Kategoria:
rozne
Pani w średnim wieku, wioząca tramwajem staruszka, zaproponowała mi, żebym nie kasowała biletu, bo ona może (jako opiekunka) przewieźć jeszcze jedną osobę darmo.
Młody człowiek zza lady objaśniał każdemu chętnemu (a było ich sporo), że zupa dnia (ogórkowa) była, ale już nie ma. A wszystkim smakowała, co jedli.
Znalazłam nieczytany wcześniej kryminał Zeydlera Zborowskiego.
Na zdjęciach do dowodu wygląda się tak, jakby się nigdy nie chciało wyglądać.
Nosiłam pół dnia aparat i nie zrobiłam żadnego zdjęcia. A niebo przez chwilę było spektakularne.
Znowu reisefieber (i znowu sprawdzałam, jak to pisać).
Czasem chciałabym pomilczeć.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 30, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pani w średnim wieku, wioząca tramwajem staruszka, zaproponowała mi, żebym nie kasowała biletu, bo ona może (jako opiekunka) przewieźć jeszcze jedną osobę darmo.
Młody człowiek zza lady objaśniał każdemu chętnemu (a było ich sporo), że zupa dnia (ogórkowa) była, ale już nie ma. A wszystkim smakowała, co jedli.
Znalazłam nieczytany wcześniej kryminał Zeydlera Zborowskiego.
Na zdjęciach do dowodu wygląda się tak, jakby się nigdy nie chciało wyglądać.
Nosiłam pół dnia aparat i nie zrobiłam żadnego zdjęcia. A niebo przez chwilę było spektakularne.
Znowu reisefieber (i znowu sprawdzałam, jak to pisać).
Czasem chciałabym pomilczeć.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 30, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... jest mi ambiwalentnie.
Bo jest ciemniej. Budzę się rano i nie mam ochoty wyjść z łóżka. Tak samo szaro jest o 8 rano, tak samo o 10 i o 14, a o 16 zaczyna się robić jeszcze szarzej. Ale lubię dźwięk deszczu, uderzającego o parapet. Oczywiście, najbardziej lubię, kiedy słyszę go z okolic łóżka, z którego nie muszę wstawać. Tyle że jest mokro. Terytorium zostaje ograniczone do mieszkania, zanika też balkon, co powoduje pewne niesnaski i próby aneksji. Nie można robić zdjęć. Bo w domu ciemno, a na spacerze trzeba mieć parasol. Tęczowy parasol z kolei daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala na udawanie, że wokół nie robi się coraz bardziej brązowo i ściółkowo. Jesienny brąz to jeszcze jednak całkiem dobry kolor. Kolor liści, kasztanów, moich włosów i płaszczyka z guziczkami w kształcie misiów.
... pachnie mokrymi liśćmi i dymem z komina. I melancholią. Czas na doroczną lekturę "Doliny Muminków w listopadzie".
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
... jest mi ambiwalentnie.
Bo jest ciemniej. Budzę się rano i nie mam ochoty wyjść z łóżka. Tak samo szaro jest o 8 rano, tak samo o 10 i o 14, a o 16 zaczyna się robić jeszcze szarzej. Ale lubię dźwięk deszczu, uderzającego o parapet. Oczywiście, najbardziej lubię, kiedy słyszę go z okolic łóżka, z którego nie muszę wstawać. Tyle że jest mokro. Terytorium zostaje ograniczone do mieszkania, zanika też balkon, co powoduje pewne niesnaski i próby aneksji. Nie można robić zdjęć. Bo w domu ciemno, a na spacerze trzeba mieć parasol. Tęczowy parasol z kolei daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala na udawanie, że wokół nie robi się coraz bardziej brązowo i ściółkowo. Jesienny brąz to jeszcze jednak całkiem dobry kolor. Kolor liści, kasztanów, moich włosów i płaszczyka z guziczkami w kształcie misiów.
... pachnie mokrymi liśćmi i dymem z komina. I melancholią. Czas na doroczną lekturę "Doliny Muminków w listopadzie".
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Wyjechałam latem (zimnym, bo zimnym, ale latem). Wróciłam w jesień, pachnącą ściętą trawą i dymem, kwitnącą astrami, cyniami i późnymi daliami. W wyjazdach cały czas fajne jest to, że po powrocie zastaje się to samo, co było wcześniej (trochę mniej fajne, że przez tydzień nikt nie tknął rozbabranej w trzech miejscach dojazdówki do wsi, ale jakoś mnie to nie dziwi; zdziwiłabym się, jakby tknęli). Trzeba przejść spacerowymi ścieżkami, policzyć wszystkie psy, odnotować koty, sprawdzić, gdzie zakwitły nowe róże i czy winorośl już nabrała czerwonych kolorów (nabrała). I wracać do domu ze świeżą bagietką z wioskowej piekarni, zerkając przez ramię na zachodzące słońce.
I liczyć na to, że może za jakiś tydzień przywróci się dom do stanu sprzed wyjazdu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wyjechałam latem (zimnym, bo zimnym, ale latem). Wróciłam w jesień, pachnącą ściętą trawą i dymem, kwitnącą astrami, cyniami i późnymi daliami. W wyjazdach cały czas fajne jest to, że po powrocie zastaje się to samo, co było wcześniej (trochę mniej fajne, że przez tydzień nikt nie tknął rozbabranej w trzech miejscach dojazdówki do wsi, ale jakoś mnie to nie dziwi; zdziwiłabym się, jakby tknęli). Trzeba przejść spacerowymi ścieżkami, policzyć wszystkie psy, odnotować koty, sprawdzić, gdzie zakwitły nowe róże i czy winorośl już nabrała czerwonych kolorów (nabrała). I wracać do domu ze świeżą bagietką z wioskowej piekarni, zerkając przez ramię na zachodzące słońce.
I liczyć na to, że może za jakiś tydzień przywróci się dom do stanu sprzed wyjazdu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Chcę być piękna, zdrowa i bogata, czego i Wam życzę. A oprócz tego (nie będzie 35, bo wybrałam tylko te takie bardziej):
- chcę przejechać się wzdłuż wybrzeża Kalifornii pociągiem, wysiadając na każdej stacji,
- przelecieć balonem o wschodzie słońca, na przykład nad Kapadocją,
- wrócić do Poznania (wyremontowana kamienica albo domek na Sołaczu),
- przejechać rowerem wzdłuż szlaku winnic w Napa,
- objechać Balaton, najchętniej pociągiem z wysiadaniem na każdej stacji,
- mieć czas na przeczytanie tych książek, które już mam i miejsce na te, które chciałabym kupić,
- zacząć uczyć się rzeczy, na które jakoś nigdy nie mogę znaleźć czasu (lista w kieszonce notesu),
- #wstydliwe-wyznania zorganizować sobie wystawę fotografii.
PS Ogarniam. Ale czasem bywało różnie. Patrząc na ubiegły rok, uważam, że był to najlepszy rok w moim życiu. Najpełniejszy, najciekawszy, najczynniejszy i najbardziej twórczy. I poukładałam sobie w głowie sporo. A to ważne, bo tam bałagan zwykle jest.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 28, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Chcę być piękna, zdrowa i bogata, czego i Wam życzę. A oprócz tego (nie będzie 35, bo wybrałam tylko te takie bardziej):
- chcę przejechać się wzdłuż wybrzeża Kalifornii pociągiem, wysiadając na każdej stacji,
- przelecieć balonem o wschodzie słońca, na przykład nad Kapadocją,
- wrócić do Poznania (wyremontowana kamienica albo domek na Sołaczu),
- przejechać rowerem wzdłuż szlaku winnic w Napa,
- objechać Balaton, najchętniej pociągiem z wysiadaniem na każdej stacji,
- mieć czas na przeczytanie tych książek, które już mam i miejsce na te, które chciałabym kupić,
- zacząć uczyć się rzeczy, na które jakoś nigdy nie mogę znaleźć czasu (lista w kieszonce notesu),
- #wstydliwe-wyznania zorganizować sobie wystawę fotografii.
PS Ogarniam. Ale czasem bywało różnie. Patrząc na ubiegły rok, uważam, że był to najlepszy rok w moim życiu. Najpełniejszy, najciekawszy, najczynniejszy i najbardziej twórczy. I poukładałam sobie w głowie sporo. A to ważne, bo tam bałagan zwykle jest.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 28, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Rok temu miałam fin de siècle. Że nie będzie już takich poranków (niestety, jak na razie się nie zapowiada, żeby szybko wróciły), że lato się kończy, że owoce nie będą już takie jak były, te sprawy. A jednocześnie poczucie, że zaczyna się era pierwszych razów, świeżości i ponownej możliwości, żeby zachwycić się czymś, o czym dawno zapomniałam. Dziś nie czuję upływu czasu, jestem w samym sercu nowości. Nie wszystkie są fajne, bo na przykład mam trochę dreszczy przed pierwszym Majowym lotem (zwłaszcza że Ryanairem, gdzie pewnie każą mi płacić za wodę przegotowaną dla dziecka) czy sprawdzaniem, jak bardzo Citi naciąga pod pretekstem robienia dobrze[3]. Ale jak już dolecimy, to będzie nader.
Za to niesamowicie lubię wymyślać coraz to nowe scenariusze. Wbrew temu, co mówi naród (że po co lecieć do Dublina, skoro jest tyle fajniejszych miejsc[1] i, oraz po co do miasta[2]), bardzo się na ten wyjazd cieszę. I mimo wąskiego okienka czasu tam, mam w głowie mnóstwo. I nawet jak się nie uda za pierwszym razem, to się - mam nadzieję - nie wymydli.
I nagle wyszło, że zaplanowałam sobie na niecałe 5 dni dziewięć(!) miejsc, w które koniecznie muszę pojechać. I ja jadę odpocząć, ech. Ale te targi, foki (foki!), zamki, cmentarze, ogrody, mosty, biblioteki, parki, budynki, plaże, zachody słońca i ulice - to tam czeka! I jak to tak, nie powąchać?
[1] W połowie byłam, w drugiej połowie i tak prędzej czy później będę, a poza tym we mnie jeszcze gdzieś siedzi to poczucie irlandzkiej magii, nie zabite przez stada rodaków jeżdżącym tam na zmywak. Nie, to nie o pani, kochaniutka.
[2] Zdziwniej, zdziwniej, bo mi w mieście dobrze.
[3] Tym razem biorę ze sobą alternatywnie kartę innego banku. Bo śliczna obietnica wypłat za granicą bez przewalutowania szybko okazała się mieć drobny druczek w postaci kursu zakupu walorów, który okazał się znacznie droższy od kursu sprzedaży w dowolnym kantorze. To ja sobie jednak kupię jak zwierzę, zamiast korzystać z produktu wymyślonego przez pazernych bankierów.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 27, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Rok temu miałam fin de siècle. Że nie będzie już takich poranków (niestety, jak na razie się nie zapowiada, żeby szybko wróciły), że lato się kończy, że owoce nie będą już takie jak były, te sprawy. A jednocześnie poczucie, że zaczyna się era pierwszych razów, świeżości i ponownej możliwości, żeby zachwycić się czymś, o czym dawno zapomniałam. Dziś nie czuję upływu czasu, jestem w samym sercu nowości. Nie wszystkie są fajne, bo na przykład mam trochę dreszczy przed pierwszym Majowym lotem (zwłaszcza że Ryanairem, gdzie pewnie każą mi płacić za wodę przegotowaną dla dziecka) czy sprawdzaniem, jak bardzo Citi naciąga pod pretekstem robienia dobrze[3]. Ale jak już dolecimy, to będzie nader.
Za to niesamowicie lubię wymyślać coraz to nowe scenariusze. Wbrew temu, co mówi naród (że po co lecieć do Dublina, skoro jest tyle fajniejszych miejsc[1] i, oraz po co do miasta[2]), bardzo się na ten wyjazd cieszę. I mimo wąskiego okienka czasu tam, mam w głowie mnóstwo. I nawet jak się nie uda za pierwszym razem, to się - mam nadzieję - nie wymydli.
I nagle wyszło, że zaplanowałam sobie na niecałe 5 dni dziewięć(!) miejsc, w które koniecznie muszę pojechać. I ja jadę odpocząć, ech. Ale te targi, foki (foki!), zamki, cmentarze, ogrody, mosty, biblioteki, parki, budynki, plaże, zachody słońca i ulice - to tam czeka! I jak to tak, nie powąchać?
[1] W połowie byłam, w drugiej połowie i tak prędzej czy później będę, a poza tym we mnie jeszcze gdzieś siedzi to poczucie irlandzkiej magii, nie zabite przez stada rodaków jeżdżącym tam na zmywak. Nie, to nie o pani, kochaniutka.
[2] Zdziwniej, zdziwniej, bo mi w mieście dobrze.
[3] Tym razem biorę ze sobą alternatywnie kartę innego banku. Bo śliczna obietnica wypłat za granicą bez przewalutowania szybko okazała się mieć drobny druczek w postaci kursu zakupu walorów, który okazał się znacznie droższy od kursu sprzedaży w dowolnym kantorze. To ja sobie jednak kupię jak zwierzę, zamiast korzystać z produktu wymyślonego przez pazernych bankierów.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 27, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 4 komentarze
- Skomentuj