Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Ogrodnicy

Skusiłam się, zanęcona udziałem Olivii Colman i nazwiskiem Willa Sharpe'a w czołówce. I powiem Wam, że to jest dziwny serial, coś pomiędzy teatrem telewizji a filmami Charliego Kaufmana. Oparty na faktach - małżeństwo na skutek zbiegu okoliczności przyznaje się do morderstwa rodziców żony i ukrycia ich zwłok w ogródku kilkanaście lat wcześniej. Ale sama intryga nie jest na tyle istotna, co analiza tego, co ich (albo jedno z nich) do zbrodni skłoniło, czy była to zbrodnia w afekcie, czy zaplanowana, jak wyglądało ich życie przed i po. Nie wiem, na ile serial wiernie oddaje fakty, bo że realia, to zdecydowanie nie, ale osoba Susan, córki zamordowanych, jest co najmniej zastanawiająca. Kobieta po poważnej traumie, żyjąca w krainie wiecznej ułudy, oszukująca również męża, żeby nieco umilić mu niezbyt udane życie, nie wydaje się kryminalistką, raczej kimś, kto wymaga opieki, również psychiatrycznej. Mąż, ewidentnie w spektrum autyzmu, wydaje się postępować wedle własnych zasad, ale jest dość bezradny w zetknięciu z życiem codziennym.

Jak wspomniałam, to dziwny serial, zostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Zmęczył formą - składającymi się dekoracjami, umownością scen, mocno filtrowanym obrazem, onirycznością i przejaskrawieniem. Miałam poczucie, że umyka mi przez to treść.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 22, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ogrodnicy

Skusiłam się, zanęcona udziałem Olivii Colman i nazwiskiem Willa Sharpe'a w czołówce. I powiem Wam, że to jest dziwny serial, coś pomiędzy teatrem telewizji a filmami Charliego Kaufmana. Oparty na faktach - małżeństwo na skutek zbiegu okoliczności przyznaje się do morderstwa rodziców żony i ukrycia ich zwłok w ogródku kilkanaście lat wcześniej. Ale sama intryga nie jest na tyle istotna, co analiza tego, co ich (albo jedno z nich) do zbrodni skłoniło, czy była to zbrodnia w afekcie, czy zaplanowana, jak wyglądało ich życie przed i po. Nie wiem, na ile serial wiernie oddaje fakty, bo że realia, to zdecydowanie nie, ale osoba Susan, córki zamordowanych, jest co najmniej zastanawiająca. Kobieta po poważnej traumie, żyjąca w krainie wiecznej ułudy, oszukująca również męża, żeby nieco umilić mu niezbyt udane życie, nie wydaje się kryminalistką, raczej kimś, kto wymaga opieki, również psychiatrycznej. Mąż, ewidentnie w spektrum autyzmu, wydaje się postępować wedle własnych zasad, ale jest dość bezradny w zetknięciu z życiem codziennym.

Jak wspomniałam, to dziwny serial, zostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Zmęczył formą - składającymi się dekoracjami, umownością scen, mocno filtrowanym obrazem, onirycznością i przejaskrawieniem. Miałam poczucie, że umyka mi przez to treść.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 22, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Łukasz Orbitowski - Kult

Oława, pamiętny rok 1997, powódź tysiąclecia. Zbyszek, fryzjer męski, mąż i ojciec, opowiada historię swojego brata, Henryka. Henio od dzieciństwa był “trochę nie tego”, łatwo się gubił, często zamyślał, był niespecjalnie inteligentny, zainteresowany światem, ale na swoich warunkach, tu upadł na głowę, tam sobie coś innego uszkodził, w dorosłe życie wszedł więc z rentą i pod niechętną opieką brata i jego żony. I do tego momentu historia jest taka zwyczajna, gdy wtem Heniowi na działkach objawia się Matka Boża, co zapoczątkowuje ogromny kult, który jednoczy wiernych (“jeremiaszów”) i grupkę szukających zarobku przy proroku Heniu wraz z pomocnikami (“mateuszów”). Henryk uzdrawia ludzi dwa razy w tygodniu, raz na jakiś czas ma objawienia, ostatnią osobą, która w to wierzy, jest Zbyszek, ale że to brat, to wspiera go w wieloletniej walce z kościołem i partią, współpracując z ze swoimi szkolnymi kolegami - księdzem Romkiem i partyjniakiem Waldkiem.

Pomijając niejednoznaczność historii rodzinnej, opowiadanej przez Zbyszka, wiarołomnego męża i cynika, ale mimo to kochającego brata - bo nie wiadomo, czy rzeczywiście przez naiwnego Henia przemawiała Matka Boża Oławska, czy jednak były to omamy powodowane uciskiem krwiaka na mózg - to fantastyczny opis okresu przemian lat 80. i 90. w małym miasteczku pod Wrocławiem. Budowa sanktuarium, sfinansowana z datków “jeremiaszy”, przeprowadzona całkowicie na dziko, przejście od schyłkowego socjalizmu do pierwszej zachwytu kapitalizmem, o tym starzejący się Zbyszek opowiada młodemu Łukaszowi, alter ego autora. Ironicznie, ale nieoceniająco - owszem, może i to wszystko to był zabobon, nakręcany przez cwaniaków kosztem nieco opóźnionego Henia, ale tylko Zbyszkowi wolno było z tego kpić; z perspektywy roku 1997 nic nie jest już takie oczywiste. Opowieść oparta jest na faktach - był w Oławie lokalny “prorok”, Kazimierz Domański, z wizjami, budową nieuznawanego przez kościół miejsca kultu i tłumami zadeptującymi ogrody działkowe - ale dużo, mam wrażenie, pochodzi od samego autora i czyta się to doskonale (jakie ten chłopak ma ucho do języka!). Dees ma o “Kulcie” ładną notkę.

Inne tego autora.

#102

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 19, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2022 - 0 komentarzy - Skomentuj


Łukasz Orbitowski - Kult

Oława, pamiętny rok 1997, powódź tysiąclecia. Zbyszek, fryzjer męski, mąż i ojciec, opowiada historię swojego brata, Henryka. Henio od dzieciństwa był “trochę nie tego”, łatwo się gubił, często zamyślał, był niespecjalnie inteligentny, zainteresowany światem, ale na swoich warunkach, tu upadł na głowę, tam sobie coś innego uszkodził, w dorosłe życie wszedł więc z rentą i pod niechętną opieką brata i jego żony. I do tego momentu historia jest taka zwyczajna, gdy wtem Heniowi na działkach objawia się Matka Boża, co zapoczątkowuje ogromny kult, który jednoczy wiernych (“jeremiaszów”) i grupkę szukających zarobku przy proroku Heniu wraz z pomocnikami (“mateuszów”). Henryk uzdrawia ludzi dwa razy w tygodniu, raz na jakiś czas ma objawienia, ostatnią osobą, która w to wierzy, jest Zbyszek, ale że to brat, to wspiera go w wieloletniej walce z kościołem i partią, współpracując z ze swoimi szkolnymi kolegami - księdzem Romkiem i partyjniakiem Waldkiem.

Pomijając niejednoznaczność historii rodzinnej, opowiadanej przez Zbyszka, wiarołomnego męża i cynika, ale mimo to kochającego brata - bo nie wiadomo, czy rzeczywiście przez naiwnego Henia przemawiała Matka Boża Oławska, czy jednak były to omamy powodowane uciskiem krwiaka na mózg - to fantastyczny opis okresu przemian lat 80. i 90. w małym miasteczku pod Wrocławiem. Budowa sanktuarium, sfinansowana z datków “jeremiaszy”, przeprowadzona całkowicie na dziko, przejście od schyłkowego socjalizmu do pierwszej zachwytu kapitalizmem, o tym starzejący się Zbyszek opowiada młodemu Łukaszowi, alter ego autora. Ironicznie, ale nieoceniająco - owszem, może i to wszystko to był zabobon, nakręcany przez cwaniaków kosztem nieco opóźnionego Henia, ale tylko Zbyszkowi wolno było z tego kpić; z perspektywy roku 1997 nic nie jest już takie oczywiste. Opowieść oparta jest na faktach - był w Oławie lokalny “prorok”, Kazimierz Domański, z wizjami, budową nieuznawanego przez kościół miejsca kultu i tłumami zadeptującymi ogrody działkowe - ale dużo, mam wrażenie, pochodzi od samego autora i czyta się to doskonale (jakie ten chłopak ma ucho do języka!). Dees ma o “Kulcie” ładną notkę.

Inne tego autora.

#102

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 19, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2022 - 0 komentarzy - Skomentuj


O zieleni w mieście

[17.08.2022]

To był najbardziej chyba upalny dzień tego lata, przynajmniej dla mnie. Może decyzja zwiedzania ogrodu botanicznego nie była najtrafniejsza, ale - absurdalnie - okazało się, że w przepastnych pawilonach oranżerii było chłodniej i przyjemniej niż na dworze. Tak jak poprzednio, obejrzałam tylko kawałek obiektu - oranżerie i kawałek lasu, tym razem z powodu upału i planów na dalszą część popołudnia. Może kiedyś. W ogrodzie przy oranżeriach jest kawiarnia, niestety tylko gotówką (Niemcy, ogarnijcie się), a w środku poza ogromem roślin, wodospadami i akwariami bywają jaszczurki.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 18, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: berlin, niemcy, ogrod-botaniczny - 0 komentarzy - Skomentuj


O zieleni w mieście

[17.08.2022]

To był najbardziej chyba upalny dzień tego lata, przynajmniej dla mnie. Może decyzja zwiedzania ogrodu botanicznego nie była najtrafniejsza, ale - absurdalnie - okazało się, że w przepastnych pawilonach oranżerii było chłodniej i przyjemniej niż na dworze. Tak jak poprzednio, obejrzałam tylko kawałek obiektu - oranżerie i kawałek lasu, tym razem z powodu upału i planów na dalszą część popołudnia. Może kiedyś. W ogrodzie przy oranżeriach jest kawiarnia, niestety tylko gotówką (Niemcy, ogarnijcie się), a w środku poza ogromem roślin, wodospadami i akwariami bywają jaszczurki.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 18, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: berlin, niemcy, ogrod-botaniczny - 0 komentarzy - Skomentuj


Never Have I Ever

Devi Vishwakumar miała traumatyczną pierwszą klasę - podczas szkolnego koncertu umarł jej ojciec, a niedługo potem 15-latka straciła władzę w nogach na kilka miesięcy, przez co stała się znana w szkole, ale nie w ten dobry sposób, tylko jako “ta biedna dziewczyna”, “nieruchalna”, “kujon na wózku”. Po odzyskaniu zdrowia fizycznego, Devi zdecydowała, że chce swoje życie zmienić, stać się popularną dziewczyną, a uzyska to dzięki związkowi z najładniejszym chłopakiem w szkole, Paxtonem. Wraz z równie niepopularnymi przyjaciółkami - egzaltowaną Eleanor i nieco androgyniczną Fabiolą - podejmują różne, czasem bardzo karkołomne przedsięwzięcia, żeby dotrzeć do celu. Devi, jak się łatwo domyślić po personaliach, nie jest wiotką blondyną w typie czirliderki, tylko amerykańską Hinduską[1], ale jednak to nie etniczny wygląd jest jej problem, a temperament i nieprzewidywalność. Potrafi rzucać rzeczami, zawodzić przyjaciół i rodzinę, skręcić awanturę z niczego, zaproponować pożycie intymne obiektowi pożądania (a potem uciec), rywalizuje ze wszystkimi, zwłaszcza bogatym kujonem Benem, do tego bez wahania kłamie i oszukuje. I tak jak udało się jej podnieść z choroby psychosomatycznej, tak jej psychika jest w dalszym ciągu rozsypana po śmierci ojca. W tym celu chodzi do psycholożki, która usiłuje pomóc okiełznać chaos w głowie nastolatki.

Serial jest ewidentnie skierowany do młodzieży, ale bawi mnie nader. Kwintesencja wszystkich miłosnych dramatów w liceum, konflikt z nadopiekuńczą matką (i babką), ale też samotność osoby innej niż reszta - te motywy są bardzo oklepane, ale podane w świeży, zabawny, ale nie slapstikowy sposób. Zdecydowanie bardziej do mnie przemówił niż podobny tematycznie ”Sex Education”; tu też pojawiają się wątki określenia własnej orientacji, problemów zdrowotnych czy odrzucenia. Jedyny chyba problem miałam z aktorem grającym Paxtona, który nie dość, że jest młodszą wersją Jamesa Franco, jest prawie 30-latkiem grającym 17-latka.

[1] Przy czym, oczywiście to subiektywne, aktorka jest przepiękna - ma śliczną twarz, obłędne włosy, z czasem jej figura rozwija się w tę stronę, że na jej widok biskup wybiłby głową dziurę w witrażu, że sparafrazuję Chandlera. Nie wiem, naprawdę, skąd pomysł, że Devi jest “nieruchalna”.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 15, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Never Have I Ever

Devi Vishwakumar miała traumatyczną pierwszą klasę - podczas szkolnego koncertu umarł jej ojciec, a niedługo potem 15-latka straciła władzę w nogach na kilka miesięcy, przez co stała się znana w szkole, ale nie w ten dobry sposób, tylko jako “ta biedna dziewczyna”, “nieruchalna”, “kujon na wózku”. Po odzyskaniu zdrowia fizycznego, Devi zdecydowała, że chce swoje życie zmienić, stać się popularną dziewczyną, a uzyska to dzięki związkowi z najładniejszym chłopakiem w szkole, Paxtonem. Wraz z równie niepopularnymi przyjaciółkami - egzaltowaną Eleanor i nieco androgyniczną Fabiolą - podejmują różne, czasem bardzo karkołomne przedsięwzięcia, żeby dotrzeć do celu. Devi, jak się łatwo domyślić po personaliach, nie jest wiotką blondyną w typie czirliderki, tylko amerykańską Hinduską[1], ale jednak to nie etniczny wygląd jest jej problem, a temperament i nieprzewidywalność. Potrafi rzucać rzeczami, zawodzić przyjaciół i rodzinę, skręcić awanturę z niczego, zaproponować pożycie intymne obiektowi pożądania (a potem uciec), rywalizuje ze wszystkimi, zwłaszcza bogatym kujonem Benem, do tego bez wahania kłamie i oszukuje. I tak jak udało się jej podnieść z choroby psychosomatycznej, tak jej psychika jest w dalszym ciągu rozsypana po śmierci ojca. W tym celu chodzi do psycholożki, która usiłuje pomóc okiełznać chaos w głowie nastolatki.

Serial jest ewidentnie skierowany do młodzieży, ale bawi mnie nader. Kwintesencja wszystkich miłosnych dramatów w liceum, konflikt z nadopiekuńczą matką (i babką), ale też samotność osoby innej niż reszta - te motywy są bardzo oklepane, ale podane w świeży, zabawny, ale nie slapstikowy sposób. Zdecydowanie bardziej do mnie przemówił niż podobny tematycznie ”Sex Education”; tu też pojawiają się wątki określenia własnej orientacji, problemów zdrowotnych czy odrzucenia. Jedyny chyba problem miałam z aktorem grającym Paxtona, który nie dość, że jest młodszą wersją Jamesa Franco, jest prawie 30-latkiem grającym 17-latka.

[1] Przy czym, oczywiście to subiektywne, aktorka jest przepiękna - ma śliczną twarz, obłędne włosy, z czasem jej figura rozwija się w tę stronę, że na jej widok biskup wybiłby głową dziurę w witrażu, że sparafrazuję Chandlera. Nie wiem, naprawdę, skąd pomysł, że Devi jest “nieruchalna”.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 15, 2022

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Arkadij i Gieorgij Wajner - Wizyta u Minotaura

Rok 1970. Ktoś włamuje się do mieszkania znanego moskiewskiego wirtuoza skrzypiec i kradnie - poza rzeczami wartościowymi - oryginalnego Stradivariusa. Książka jest dwuwątkowa - przyklejona nieco od czapy historia wielkich rodów, produkujących skrzypce (Stradivari, Amati, Guarneri), przeplata się z przebiegiem śledztwa. Śledczy Tichonow pracuje ze śledczą Ławrową, ewidentnie coś między nimi iskrzy, ale poza grzecznym pocałunkiem w policzek na koniec sprawy, do niczego nie dochodzi (poza okazjonalnymi rozważaniami, czy Ławrowa nie wyjdzie za mąż i przestanie pracować w milicji, bo mąż nie pozwoli). Ton jest raczej ironiczny, jest na przykład trochę szydery z pracoholizmu szefa (“ - My i tak pracujemy wedle pańskiego ulubionego schematu: jak najwcześniej zacząć, jak najpóźniej skończyć, ale za to bez przerwy. Jak długo można?! - Nie wiem. Może jeszcze ze dwie godziny dłużej”), ale chwilę później przechodzi w patos (“a samo tylko niebo, łagodna jesień i cały nieprawdopodobnie piękny świat rozpościerający się dokoła nie mogą dać spokoju, jeśli wokół nas nie ma ludzi i ich ciepła, ich sympatii, choćby odrobiny najzwyklejszej ludzkiej miłości…”). W trakcie śledztwa zostaje aresztowanych kilka osób[1], wychodzi sprawa przestępstwa i szantażu sprzed lat, jedna osoba popełnia samobójstwo, a w powidokach mowa jest o oblężeniu Leningradu i śmierci głodowej w 1943 (i spekulantach, oczywiście). Kluczowym śladem jest puszka marynowanych maślaków. W nagrodę za rozwiązanie sprawy Ławrowa i Tichonow dostaną cenne podarki - malutkie odbiorniczki radiowe za 30 rubli sztuka. Tytułowy Minotaur to przestępca, ukrywający się w głębi labiryntu kłamstw i zatartych tropów.

Się pali: siewiery, “Rygę” z filtrem, tytoń „Kapitański”, „Złote runo”, zieloną machorkę i holenderską czerwoną „Amforę”.

Się pije: wódkę i zakąsza cukierkiem, lokalne wino.

Się je: bulion w filiżance i gorące pierożki, jarskie sznycle z kefirem, jajecznicę, mleko i bułkę, pstrąga w białym sosie i ormiański chleb.

Się nie je: bekonu[2].

Się wykorzystuje: kobiety (“zwabił do siebie do domu i upił. A pijana dziewucha, wiadomo! Zepsuł ją, a potem poniewierał jak psa”).

Się robi wynalazki: “jakieś mądrale tak długo gotowały wodę, aż wyszła im woda zupełnie do wody niepodobna — kleista, ciągliwa, nie zamarzająca i kwaśna w smaku. No i powiedz, na cholerę mi taka woda, co to ani napić się, ani umyć!”.

Się karmi: psa czekoladowymi cukierkami. Nie róbcie tego, czekolada psu szkodzi.

[1] Na przykład fachowiec, który narzeka na system…

— Za darmo? — łypnął ze złością Mielnik. — Jeśliby życie inaczej się ułożyło, byłbym milionerem, własną fabryką bym kierował, a nie w ciupie u ciebie ze złodziejami rozmawiał…
— Dlaczego ci się to twoje życie nie ułożyło?
— Dlatego, że nie pozwalacie po ludzku żyć! Jeśli człowiek potrafi i chce pracować, powinien coś z tego mieć. Ja umiem pracować, a obok mnie udaje robotę darmozjad. Jemu za pracę społeczną, za gadaninę — dyplom, a on, jak każdy głupi, cieszy się z byle czego, a mnie na cholerę ten dyplom? Ja chcę mieć z roboty korzyść, a mnie dają premię, piątkę w zęby i na tablicę honorową! Przodownik!... A ja waszych zaszczytów nie potrzebuję. Ja chcę zarobić. Gdybym dostał tyle, ile uczciwie zarobiłem, to nigdy bym na cudze nawet nie popatrzył.

[2] “Pamiętam, że kiedy wyświetlali „Wyspę skarbów”, jeden z jej bohaterów mówił, że jest człowiekiem prostym, któremu do szczęścia potrzeba tylko bekonu, jajek i rumu, my — głodne dzieci wojny - zaczynaliśmy się śmiać jak szaleni, sądząc, że to tylko taki bezczelny kawał.”

Inne z tej serii.

#101

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 13, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2022, z-jamnikiem - 0 komentarzy - Skomentuj


Arkadij i Gieorgij Wajner - Wizyta u Minotaura

Rok 1970. Ktoś włamuje się do mieszkania znanego moskiewskiego wirtuoza skrzypiec i kradnie - poza rzeczami wartościowymi - oryginalnego Stradivariusa. Książka jest dwuwątkowa - przyklejona nieco od czapy historia wielkich rodów, produkujących skrzypce (Stradivari, Amati, Guarneri), przeplata się z przebiegiem śledztwa. Śledczy Tichonow pracuje ze śledczą Ławrową, ewidentnie coś między nimi iskrzy, ale poza grzecznym pocałunkiem w policzek na koniec sprawy, do niczego nie dochodzi (poza okazjonalnymi rozważaniami, czy Ławrowa nie wyjdzie za mąż i przestanie pracować w milicji, bo mąż nie pozwoli). Ton jest raczej ironiczny, jest na przykład trochę szydery z pracoholizmu szefa (“ - My i tak pracujemy wedle pańskiego ulubionego schematu: jak najwcześniej zacząć, jak najpóźniej skończyć, ale za to bez przerwy. Jak długo można?! - Nie wiem. Może jeszcze ze dwie godziny dłużej”), ale chwilę później przechodzi w patos (“a samo tylko niebo, łagodna jesień i cały nieprawdopodobnie piękny świat rozpościerający się dokoła nie mogą dać spokoju, jeśli wokół nas nie ma ludzi i ich ciepła, ich sympatii, choćby odrobiny najzwyklejszej ludzkiej miłości…”). W trakcie śledztwa zostaje aresztowanych kilka osób[1], wychodzi sprawa przestępstwa i szantażu sprzed lat, jedna osoba popełnia samobójstwo, a w powidokach mowa jest o oblężeniu Leningradu i śmierci głodowej w 1943 (i spekulantach, oczywiście). Kluczowym śladem jest puszka marynowanych maślaków. W nagrodę za rozwiązanie sprawy Ławrowa i Tichonow dostaną cenne podarki - malutkie odbiorniczki radiowe za 30 rubli sztuka. Tytułowy Minotaur to przestępca, ukrywający się w głębi labiryntu kłamstw i zatartych tropów.

Się pali: siewiery, “Rygę” z filtrem, tytoń „Kapitański”, „Złote runo”, zieloną machorkę i holenderską czerwoną „Amforę”.

Się pije: wódkę i zakąsza cukierkiem, lokalne wino.

Się je: bulion w filiżance i gorące pierożki, jarskie sznycle z kefirem, jajecznicę, mleko i bułkę, pstrąga w białym sosie i ormiański chleb.

Się nie je: bekonu[2].

Się wykorzystuje: kobiety (“zwabił do siebie do domu i upił. A pijana dziewucha, wiadomo! Zepsuł ją, a potem poniewierał jak psa”).

Się robi wynalazki: “jakieś mądrale tak długo gotowały wodę, aż wyszła im woda zupełnie do wody niepodobna — kleista, ciągliwa, nie zamarzająca i kwaśna w smaku. No i powiedz, na cholerę mi taka woda, co to ani napić się, ani umyć!”.

Się karmi: psa czekoladowymi cukierkami. Nie róbcie tego, czekolada psu szkodzi.

[1] Na przykład fachowiec, który narzeka na system…

— Za darmo? — łypnął ze złością Mielnik. — Jeśliby życie inaczej się ułożyło, byłbym milionerem, własną fabryką bym kierował, a nie w ciupie u ciebie ze złodziejami rozmawiał…
— Dlaczego ci się to twoje życie nie ułożyło?
— Dlatego, że nie pozwalacie po ludzku żyć! Jeśli człowiek potrafi i chce pracować, powinien coś z tego mieć. Ja umiem pracować, a obok mnie udaje robotę darmozjad. Jemu za pracę społeczną, za gadaninę — dyplom, a on, jak każdy głupi, cieszy się z byle czego, a mnie na cholerę ten dyplom? Ja chcę mieć z roboty korzyść, a mnie dają premię, piątkę w zęby i na tablicę honorową! Przodownik!... A ja waszych zaszczytów nie potrzebuję. Ja chcę zarobić. Gdybym dostał tyle, ile uczciwie zarobiłem, to nigdy bym na cudze nawet nie popatrzył.

[2] “Pamiętam, że kiedy wyświetlali „Wyspę skarbów”, jeden z jej bohaterów mówił, że jest człowiekiem prostym, któremu do szczęścia potrzeba tylko bekonu, jajek i rumu, my — głodne dzieci wojny - zaczynaliśmy się śmiać jak szaleni, sądząc, że to tylko taki bezczelny kawał.”

Inne z tej serii.

#101

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 13, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2022, z-jamnikiem - 0 komentarzy - Skomentuj