[13.08.2021]
Na ostatni sierpniowy spacer po Libercu poszłam również w okolicach ulicy Masarykovej, konkretnie do Ogrodu Botanicznego przy Purkyňovej 630/1. Mimo tego, że nie za bardzo rozumiem po czesku, a starsza pani w kasie niespecjalnie rozumiała po polsku i angielsku, dogadałyśmy się tak, że zapłacę kartą, ale oddam pani wiadro drobnych koron, a pani mi wyda 200 koron w papierku; całość operacji obserwował TŻ ze zdziwioną miną i zapytał, jaką kartą zagrałam, że nie dość, że dostałam bilety, to jeszcze gotówkę (płatniczą, badum tsss!). Do Botanika bardzo warto - nie jest duży, ale przebogaty - ogród różany w sierpniu w pełnym rozkwicie, w wielokątnych oranżeriach piękne aranżacje ze specjalną sekcją roślin owadożernych, akwaria (był aksolotl!) i lilie wodne. Pachniało, brzęczało i przez liście przeświecało słońce. Tuż przy wejściu do Ogrodu jest mała kawiarenka, można na kawę i ciasto albo lody.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 3, 2021
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
czechy, ogrod-botaniczny, liberec
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[13.08.2021]
Na ostatni sierpniowy spacer po Libercu poszłam również w okolicach ulicy Masarykovej, konkretnie do Ogrodu Botanicznego przy Purkyňovej 630/1. Mimo tego, że nie za bardzo rozumiem po czesku, a starsza pani w kasie niespecjalnie rozumiała po polsku i angielsku, dogadałyśmy się tak, że zapłacę kartą, ale oddam pani wiadro drobnych koron, a pani mi wyda 200 koron w papierku; całość operacji obserwował TŻ ze zdziwioną miną i zapytał, jaką kartą zagrałam, że nie dość, że dostałam bilety, to jeszcze gotówkę (płatniczą, badum tsss!). Do Botanika bardzo warto - nie jest duży, ale przebogaty - ogród różany w sierpniu w pełnym rozkwicie, w wielokątnych oranżeriach piękne aranżacje ze specjalną sekcją roślin owadożernych, akwaria (był aksolotl!) i lilie wodne. Pachniało, brzęczało i przez liście przeświecało słońce. Tuż przy wejściu do Ogrodu jest mała kawiarenka, można na kawę i ciasto albo lody.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 3, 2021
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
czechy, ogrod-botaniczny, liberec
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mimo że akcja dzieje się w Londynie, czuć, że nie jest książka pisana przez rodowitego Brytyjczyka - owszem, zawiązek akcji jest dość egzotyczny jak na PRL, ale bohaterowie nie robią wrażenia rdzennych mieszkańców (zwłaszcza komisarz Scotland Yardu, Calder); autorem wydanej pod pseudonimem powieści jest Polak, Andrzej Grembowicz.
Jack Lemon, rzutki dziennikarz, natyka się w gazecie na dziwne ogłoszenie:
Przyszli spadkobiercy! Sytuacja nigdy nie jest beznadziejna!
Biuro usług spadkowych, Pimlico, Sutherland Street 37.
Przechodzi nad tym do porządku dziennego, bo nie jest nawet świadomy, że niedługo los jego przyjaciółki, uroczej[1] Pameli Jones, będzie ściśle spleciony z osobą, która owe ogłoszenie opłaciła. Państwo Beynam, para małżonków w kłopotach finansowych, pojawia się w biurze Rogera Holla w Pimlico, gdzie wykupują u niego za grubą kwotę 10 tysięcy funtów, możliwość szybkiego uzyskania spadku po ciotce. Holl obiecuje załatwienie sprawy w ciągu miesiąca, bez dowodów, świadków i podejrzeń. I rzeczywiście, ciotka Mary umiera niespodziewanie na serce na parkowej ławce. Po otwarciu testamentu okazuje się jednak, że ciotka, będąca w niezbyt dobrych stosunkach z siostrzenicą, zostawiła połowę majątku… Pameli Jones, córce jej przyjaciółki, która ją często odwiedzała, w przeciwieństwie do siostrzenicy. Małżeństwo Beynamów zaczyna Pameli grozić, w trakcie pogróżek wymyka im się kilka słów za dużo, co pozwala pannie Jones podzielić się wątpliwościami ze swoim przyjacielem dziennikarzem. Ponieważ nie ma żadnych dowodów na morderstwo, Lemon rozpoczyna śledztwo samodzielnie i odkrywa więcej takich nagłych a niewyjaśnionych zgonów, a kiedy panna Jones mimo młodego wieku ląduje w szpitalu z zawałem, wie, że jest na dobrym tropie.
Niestety, to bardzo podła książeczka, w której autor poszedł na łatwiznę, wprowadzając motyw ezoteryczny - zbrodniarz jestbfboą b anqanghenyalpu hzvrwęgabśpvnpu ovbraretvpmalpu, xbaxergavr hzvr młą raretvą htbqmvć j bfboę, xgóeą qbglxn. Cemrfgęcpl hśzvrepnwąprtb avrjvaar fgnehfmxv cemrpvjfgnjvn fvę ovbraretbgrencrhgn, xgóel wnx j yhfgemr bqovwn łnqharx fxhzhybjnartb młn v tbqmv avą j ngnxhwąprtb tb Ubyyn, cemrm pb gra tvavr an zvrwfph. Londyn jest mały, wszyscy się znają, a do wykrycia sprawcy przyczynia się fakt, że w każdym przypadku ktoś pamięta tajemniczego mężczyznę o nietypowej powierzchowności (brunet o jasnoniebieskich oczach i bladej cerze), który rozmawiał tuż przed śmiercią z nieszczęśliwymi spadkodawcami.
Się pali: tak, nałogowo.
[1] Jack Lemon, poza byciem dziennikarzem, jest też znawcą kobiecej urody. Z zachwytem obserwuje zgrabne ciało Pameli, która krząta się po jego mieszkaniu, przygotowując śniadanie (podczas gdy on leży w łóżku i wydaje odgłosy godowe, mające zachęcić Pamelę do aktywności erotycznej o poranku), ocenia nogi świadkini, wreszcie - w szpitalu przy łóżku silnie kontuzjowanej przyjaciółki - uprawia flircik z pielęgniarką (króciutki dialog, a w środku tyle maczyzmu i protekcjonalności).
- Wygląda pani zupełnie fantastycznie w tym fartuszku - powiedział. - Na miejscu pani męża nie wypuszczałbym pani w ogóle z domu. To dla niego straszne ryzyko.
- No, proszę - uśmiechnęła się pielęgniarka. - A nie wygląda pan na podrywacza.
Inne z tego cyklu.
#112
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 2, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, 2021, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mimo że akcja dzieje się w Londynie, czuć, że nie jest książka pisana przez rodowitego Brytyjczyka - owszem, zawiązek akcji jest dość egzotyczny jak na PRL, ale bohaterowie nie robią wrażenia rdzennych mieszkańców (zwłaszcza komisarz Scotland Yardu, Calder); autorem wydanej pod pseudonimem powieści jest Polak, Andrzej Grembowicz.
Jack Lemon, rzutki dziennikarz, natyka się w gazecie na dziwne ogłoszenie:
Przyszli spadkobiercy! Sytuacja nigdy nie jest beznadziejna!
Biuro usług spadkowych, Pimlico, Sutherland Street 37.
Przechodzi nad tym do porządku dziennego, bo nie jest nawet świadomy, że niedługo los jego przyjaciółki, uroczej[1] Pameli Jones, będzie ściśle spleciony z osobą, która owe ogłoszenie opłaciła. Państwo Beynam, para małżonków w kłopotach finansowych, pojawia się w biurze Rogera Holla w Pimlico, gdzie wykupują u niego za grubą kwotę 10 tysięcy funtów, możliwość szybkiego uzyskania spadku po ciotce. Holl obiecuje załatwienie sprawy w ciągu miesiąca, bez dowodów, świadków i podejrzeń. I rzeczywiście, ciotka Mary umiera niespodziewanie na serce na parkowej ławce. Po otwarciu testamentu okazuje się jednak, że ciotka, będąca w niezbyt dobrych stosunkach z siostrzenicą, zostawiła połowę majątku… Pameli Jones, córce jej przyjaciółki, która ją często odwiedzała, w przeciwieństwie do siostrzenicy. Małżeństwo Beynamów zaczyna Pameli grozić, w trakcie pogróżek wymyka im się kilka słów za dużo, co pozwala pannie Jones podzielić się wątpliwościami ze swoim przyjacielem dziennikarzem. Ponieważ nie ma żadnych dowodów na morderstwo, Lemon rozpoczyna śledztwo samodzielnie i odkrywa więcej takich nagłych a niewyjaśnionych zgonów, a kiedy panna Jones mimo młodego wieku ląduje w szpitalu z zawałem, wie, że jest na dobrym tropie.
Niestety, to bardzo podła książeczka, w której autor poszedł na łatwiznę, wprowadzając motyw ezoteryczny - zbrodniarz jestbfboą b anqanghenyalpu hzvrwęgabśpvnpu ovbraretvpmalpu, xbaxergavr hzvr młą raretvą htbqmvć j bfboę, xgóeą qbglxn. Cemrfgęcpl hśzvrepnwąprtb avrjvaar fgnehfmxv cemrpvjfgnjvn fvę ovbraretbgrencrhgn, xgóel wnx j yhfgemr bqovwn łnqharx fxhzhybjnartb młn v tbqmv avą j ngnxhwąprtb tb Ubyyn, cemrm pb gra tvavr an zvrwfph. Londyn jest mały, wszyscy się znają, a do wykrycia sprawcy przyczynia się fakt, że w każdym przypadku ktoś pamięta tajemniczego mężczyznę o nietypowej powierzchowności (brunet o jasnoniebieskich oczach i bladej cerze), który rozmawiał tuż przed śmiercią z nieszczęśliwymi spadkodawcami.
Się pali: tak, nałogowo.
[1] Jack Lemon, poza byciem dziennikarzem, jest też znawcą kobiecej urody. Z zachwytem obserwuje zgrabne ciało Pameli, która krząta się po jego mieszkaniu, przygotowując śniadanie (podczas gdy on leży w łóżku i wydaje odgłosy godowe, mające zachęcić Pamelę do aktywności erotycznej o poranku), ocenia nogi świadkini, wreszcie - w szpitalu przy łóżku silnie kontuzjowanej przyjaciółki - uprawia flircik z pielęgniarką (króciutki dialog, a w środku tyle maczyzmu i protekcjonalności).
- Wygląda pani zupełnie fantastycznie w tym fartuszku - powiedział. - Na miejscu pani męża nie wypuszczałbym pani w ogóle z domu. To dla niego straszne ryzyko.
- No, proszę - uśmiechnęła się pielęgniarka. - A nie wygląda pan na podrywacza.
Inne z tego cyklu.
#112
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 2, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, 2021, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
10-latki często mają wyimaginowanych przyjaciół, zwłaszcza jeśli niespecjalnie dobrze im idzie z rzeczywistymi rówieśnikami. Johannes, zwany Jojo, tęskni za ojcem, walczącym o kraj gdzieś we Włoszech, zapracowanej matki często nie ma w domu, kumpluje się więc z wyobrażonym Hitlerem, swoim ideałem. Bo rzecz się dzieje w hitlerowskich Niemczech w czasie II wojny światowej, dzieci spędzają czas na obozach Hitlerjugend, łącząc sielską zabawę z treningiem militarnym. Jojo, chociaż przepełniony silnym uczuciem do Hitlera, odmawia zamordowania królika, zyskując miano tchórza i przezwisko. Żeby odbudować swoją pozycję w zespole, chwyta granat, który wybucha na tyle blisko, że mocno uszkodzony chłopiec ląduje w szpitalu i od tej pory może już tylko pełnić różne pomocnicze funkcje. Więcej czasu spędza w domu i kiedyś, pod nieobecność matki, odkrywa, że w ścianach poddasza ukrywa się nastoletnia Żydówka Elsa, przyjaciółka jego zmarłej siostry. Sytuacja jest patowa - zgodne z nazistowską ideologią, powinien donieść, wszak Żydzi to zło, ale jeśli doniesie, to może zginąć i on i matka, prawdopodobnie zahipnotyzowana przez tę dziwną nie-osobę. Stwierdza więc, że wybada ją dokładnie, pozna prawdę o Żydach, przez co będzie również przydatny dla Hitlera. Zaczyna więc pisać (i rysować) książkę o Żydach - że po osiągnięciu pewnego wieku rosną im skrzydła czy że czytają w myślach - na podstawie rozmów z inteligentną i złośliwą Elsą. Odkrywa też, że jego ukochana mama bynajmniej nie wspiera nazizmu, tylko uczestniczy w niemieckim ruchu oporu.
Jaki to przewrotnie uroczy film, z gatunku takich, które koniecznie trzeba obejrzeć, żeby zrozumieć. O tym, jak bardzo sielski i kolorowy może być świat dziecka, dorastającego w czasie wojny, gdzie wojna jest czymś oczywistym i normalnym. Słusznie porównywany z “Życie jest piękne”, chociaż jest nieco lżejszy, bo bardziej slapstickowy i absurdalny. Fantastyczna jest też realizacja - scenografia czeskich miasteczek (grających udatnie niemieckie), doskonała muzyka z niemieckim “Heroes” Bowiego, kostiumy dopracowane do najdrobniejszego detalu i drugi plan. I ta paleta kolorystyczna. I dialogi. Niekoniecznie dla dzieci, chociaż może właśnie dzieci najłatwiej mogą wychwycić absurdy nazizmu.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 1, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 4 komentarze
- Skomentuj
10-latki często mają wyimaginowanych przyjaciół, zwłaszcza jeśli niespecjalnie dobrze im idzie z rzeczywistymi rówieśnikami. Johannes, zwany Jojo, tęskni za ojcem, walczącym o kraj gdzieś we Włoszech, zapracowanej matki często nie ma w domu, kumpluje się więc z wyobrażonym Hitlerem, swoim ideałem. Bo rzecz się dzieje w hitlerowskich Niemczech w czasie II wojny światowej, dzieci spędzają czas na obozach Hitlerjugend, łącząc sielską zabawę z treningiem militarnym. Jojo, chociaż przepełniony silnym uczuciem do Hitlera, odmawia zamordowania królika, zyskując miano tchórza i przezwisko. Żeby odbudować swoją pozycję w zespole, chwyta granat, który wybucha na tyle blisko, że mocno uszkodzony chłopiec ląduje w szpitalu i od tej pory może już tylko pełnić różne pomocnicze funkcje. Więcej czasu spędza w domu i kiedyś, pod nieobecność matki, odkrywa, że w ścianach poddasza ukrywa się nastoletnia Żydówka Elsa, przyjaciółka jego zmarłej siostry. Sytuacja jest patowa - zgodne z nazistowską ideologią, powinien donieść, wszak Żydzi to zło, ale jeśli doniesie, to może zginąć i on i matka, prawdopodobnie zahipnotyzowana przez tę dziwną nie-osobę. Stwierdza więc, że wybada ją dokładnie, pozna prawdę o Żydach, przez co będzie również przydatny dla Hitlera. Zaczyna więc pisać (i rysować) książkę o Żydach - że po osiągnięciu pewnego wieku rosną im skrzydła czy że czytają w myślach - na podstawie rozmów z inteligentną i złośliwą Elsą. Odkrywa też, że jego ukochana mama bynajmniej nie wspiera nazizmu, tylko uczestniczy w niemieckim ruchu oporu.
Jaki to przewrotnie uroczy film, z gatunku takich, które koniecznie trzeba obejrzeć, żeby zrozumieć. O tym, jak bardzo sielski i kolorowy może być świat dziecka, dorastającego w czasie wojny, gdzie wojna jest czymś oczywistym i normalnym. Słusznie porównywany z “Życie jest piękne”, chociaż jest nieco lżejszy, bo bardziej slapstickowy i absurdalny. Fantastyczna jest też realizacja - scenografia czeskich miasteczek (grających udatnie niemieckie), doskonała muzyka z niemieckim “Heroes” Bowiego, kostiumy dopracowane do najdrobniejszego detalu i drugi plan. I ta paleta kolorystyczna. I dialogi. Niekoniecznie dla dzieci, chociaż może właśnie dzieci najłatwiej mogą wychwycić absurdy nazizmu.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 1, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Lyme Regis, urocza brytyjska miejscowość wypoczynkowa, 1867. Na dłuższy pobyt przyjeżdża do swojej ciotki Ernestyna Freeman, nudna i układna młoda dziewczyna, córka zamożnego kupca, a za nią jej narzeczony - starszy od niej o 10 lat intelektualista, kolekcjonujący skamieniałe jeżowce zwolennik kontrowersyjnej teorii Darwina, Karol Smithson. W dużym skrócie - na miejscu spotykają społecznego wyrzutka, guwernantkę Sarę, zwaną Tragedią albo tytułową Kochanicą Francuza, której winą była zakazana miłość do francuskiego kapitana. Kapitan wrócił do siebie, pozostawiając kobietę zhańbioną; problem w tym, że Sara wcale się tej hańby nie wstydzi, pokazując swoją twarz w mieście ku zgorszeniu prawie wszystkich. Ernestyna o tym spotkaniu szybko zapomina, zainteresowana sobą i planowanym zamążpójściem (a konkretnie gierkami z narzeczonym), w przeciwieństwie do Karola, który - po kilku przypadkowych spotkaniach - zaczyna bardzo interesować się społeczną dzikuską. Z tego zainteresowania wynika 90-sekundowy stosunek płciowy (wcale nie żartuję), który rozsypuje dotychczasowe życie Karola w pył.
Wspominałam ostatnio o subiektywnym podziale książek na przyjemne do czytania i te nie. Fowles zdecydowanie ląduje w tej drugiej kategorii. Poza głównym wątkiem skrywanej, łamiącej wiktoriańskie normy miłości Karola i Sary (przy czym, dodam, to w ogóle nie jest miłość, tylko jakaś chaotyczna plątanina uczuć), należących do różnych światów, autor z perspektywy lat 70. XX wieku, obudowuje całość przemyśleniami o wiktoriańskiej erotyce, grze pozorów, przenikających się sferach społecznych, ekonomii, wreszcie wchodzi w postmodernistyczną zabawę, w której pojawia się jako jedna z postaci w książce i każe czytelnikowi wybierać zakończenie historii. Przeczytałam, chociaż zajęło mi to dwa tygodnie (z przerwami na coś innego dla higieny psychicznej), żebyście Wy nie musiały.
Inne tego autora.
#111
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 28, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2021
- 4 komentarze
- Skomentuj
Lyme Regis, urocza brytyjska miejscowość wypoczynkowa, 1867. Na dłuższy pobyt przyjeżdża do swojej ciotki Ernestyna Freeman, nudna i układna młoda dziewczyna, córka zamożnego kupca, a za nią jej narzeczony - starszy od niej o 10 lat intelektualista, kolekcjonujący skamieniałe jeżowce zwolennik kontrowersyjnej teorii Darwina, Karol Smithson. W dużym skrócie - na miejscu spotykają społecznego wyrzutka, guwernantkę Sarę, zwaną Tragedią albo tytułową Kochanicą Francuza, której winą była zakazana miłość do francuskiego kapitana. Kapitan wrócił do siebie, pozostawiając kobietę zhańbioną; problem w tym, że Sara wcale się tej hańby nie wstydzi, pokazując swoją twarz w mieście ku zgorszeniu prawie wszystkich. Ernestyna o tym spotkaniu szybko zapomina, zainteresowana sobą i planowanym zamążpójściem (a konkretnie gierkami z narzeczonym), w przeciwieństwie do Karola, który - po kilku przypadkowych spotkaniach - zaczyna bardzo interesować się społeczną dzikuską. Z tego zainteresowania wynika 90-sekundowy stosunek płciowy (wcale nie żartuję), który rozsypuje dotychczasowe życie Karola w pył.
Wspominałam ostatnio o subiektywnym podziale książek na przyjemne do czytania i te nie. Fowles zdecydowanie ląduje w tej drugiej kategorii. Poza głównym wątkiem skrywanej, łamiącej wiktoriańskie normy miłości Karola i Sary (przy czym, dodam, to w ogóle nie jest miłość, tylko jakaś chaotyczna plątanina uczuć), należących do różnych światów, autor z perspektywy lat 70. XX wieku, obudowuje całość przemyśleniami o wiktoriańskiej erotyce, grze pozorów, przenikających się sferach społecznych, ekonomii, wreszcie wchodzi w postmodernistyczną zabawę, w której pojawia się jako jedna z postaci w książce i każe czytelnikowi wybierać zakończenie historii. Przeczytałam, chociaż zajęło mi to dwa tygodnie (z przerwami na coś innego dla higieny psychicznej), żebyście Wy nie musiały.
Inne tego autora.
#111
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 28, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2021
- 4 komentarze
- Skomentuj
To, czego mi mocno brakło w pandemii, to śniadania poza domem (jeśli już mówimy o #problemypierwszegoświata). Na wynos ciężko, bo większość rzeczy śniadaniowych powinna być raczej świeża i ciepła, chyba że zimny bufet, a i wtedy fajnie, jak można wybrać i żeby było na porcelanie, a nie w styropianie. Niestety kilka miejsc zniknęło bezpowrotnie (Le Targ, Razowa), kilka zrezygnowało w ogóle z opcji śniadaniowej, pozostając przy lanczach i posiłkach bardziej konkretnych (Republiko Róż, wróć z bufetem!). Jak to mówią vlogerzy, without further ado, przejdźmy do moich typów na leniwy poranek. Ha, kłamałam, jeszcze dopisek - nie, nie chodzę na śniadania do restauracji codziennie, nie chodzę nawet co tydzień, poniżej to zdjęcia i doświadczenia zebrane od czerwca, kiedy można było w ogóle pójść na śniadanie i było na tyle ciepło, że mi się chciało rano wyjść z domu. I tak, zdaję sobie sprawę, że akurat kwestie śniadaniowe łatwo jest opędzić niskim kosztem w domu i robię to przez 95% czasu, ale z wiekiem moim ulubionym jedzeniem jest takie, które ktoś mi zrobi i poda, za co chętnie zapłacę. Chętnie poznam Wasze typy, jeśli gdzieś bywacie na śniadaniach w Poznaniu (a i w innych miastach, może nabiorę chęci na wycieczkę).
Moim niekwestionowanym liderem jest Projekt Wilson, mieszczący się w przepiękniej kamienicy na rogu Matejki i Siemiradzkiego. Można w środku, można w mini-ogródku, nawet jak jest nieco chłodniej (otulając się kocykiem). Menu jest bogate - jajka, klasyczne zestawy śniadaniowe, bogate kanapki, naleśniki i, pardon le mot, pankejki, na zimno i na ciepło. Miejsca nie jest za dużo, aczkolwiek zawsze udawało się wejść bez rezerwacji. A, i śniadania wydawane są dość długo, dopóki się nie wyczerpią składniki.
Projekt Kuchnia znajdziecie na Dziedzińcu Starego Browaru. Można w środku, można pod zadaszeniem dziedzińca, wada jest taka, że potrafi przewalać się tłum ludzi. Śniadania bogate, acz dostępne do 12:30.
O Ptasim Radiu pisałam kilka razy, kiedyś bywałam często, zwłaszcza że śniadaniowe menu obowiązywało do 22:30, teraz jest już limitowane do przedpołudnia. Trochę mniejszy wybór, ciężko jest znaleźć coś do bezwarunkowego zaakceptowania przez córkę (a rozmawiamy o poziomie, że naleśnik może być, ale żeby nie był pomazany sosem, sos może być obok), ale mam sentyment i herbata pyszna.
W Czarnym Mleku zaczęłam bywać, bo przez dwa lata mieściła się nieopodal szkoła córki, zdarzało mi się wpaść na szybkie śniadanie przed pracą. Raczej proste, bardziej w kierunku słodkiego, ale nie tylko ciasto. I kawa dosko.
Wreszcie Parle Pattiserie - za pierwszym razem się odbiłam z braku miejsca, za drugim razem już przezornie zarezerwowałam stolik wcześniej. Śniadania bogate i świetne, można kupić francuskie pieczywo i słodycze. W środku dość głośno, bo miejsce nie za duże, można na stoliku od ulicy, co jest nieco surrealistyczne, jako że rzecz się mieści przy Gruwaldzkiej.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 27, 2021
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
stary-browar
- 6 komentarzy
- Skomentuj
To, czego mi mocno brakło w pandemii, to śniadania poza domem (jeśli już mówimy o #problemypierwszegoświata). Na wynos ciężko, bo większość rzeczy śniadaniowych powinna być raczej świeża i ciepła, chyba że zimny bufet, a i wtedy fajnie, jak można wybrać i żeby było na porcelanie, a nie w styropianie. Niestety kilka miejsc zniknęło bezpowrotnie (Le Targ, Razowa), kilka zrezygnowało w ogóle z opcji śniadaniowej, pozostając przy lanczach i posiłkach bardziej konkretnych (Republiko Róż, wróć z bufetem!). Jak to mówią vlogerzy, without further ado, przejdźmy do moich typów na leniwy poranek. Ha, kłamałam, jeszcze dopisek - nie, nie chodzę na śniadania do restauracji codziennie, nie chodzę nawet co tydzień, poniżej to zdjęcia i doświadczenia zebrane od czerwca, kiedy można było w ogóle pójść na śniadanie i było na tyle ciepło, że mi się chciało rano wyjść z domu. I tak, zdaję sobie sprawę, że akurat kwestie śniadaniowe łatwo jest opędzić niskim kosztem w domu i robię to przez 95% czasu, ale z wiekiem moim ulubionym jedzeniem jest takie, które ktoś mi zrobi i poda, za co chętnie zapłacę. Chętnie poznam Wasze typy, jeśli gdzieś bywacie na śniadaniach w Poznaniu (a i w innych miastach, może nabiorę chęci na wycieczkę).
Moim niekwestionowanym liderem jest Projekt Wilson, mieszczący się w przepiękniej kamienicy na rogu Matejki i Siemiradzkiego. Można w środku, można w mini-ogródku, nawet jak jest nieco chłodniej (otulając się kocykiem). Menu jest bogate - jajka, klasyczne zestawy śniadaniowe, bogate kanapki, naleśniki i, pardon le mot, pankejki, na zimno i na ciepło. Miejsca nie jest za dużo, aczkolwiek zawsze udawało się wejść bez rezerwacji. A, i śniadania wydawane są dość długo, dopóki się nie wyczerpią składniki.
Projekt Kuchnia znajdziecie na Dziedzińcu Starego Browaru. Można w środku, można pod zadaszeniem dziedzińca, wada jest taka, że potrafi przewalać się tłum ludzi. Śniadania bogate, acz dostępne do 12:30.
O Ptasim Radiu pisałam kilka razy, kiedyś bywałam często, zwłaszcza że śniadaniowe menu obowiązywało do 22:30, teraz jest już limitowane do przedpołudnia. Trochę mniejszy wybór, ciężko jest znaleźć coś do bezwarunkowego zaakceptowania przez córkę (a rozmawiamy o poziomie, że naleśnik może być, ale żeby nie był pomazany sosem, sos może być obok), ale mam sentyment i herbata pyszna.
W Czarnym Mleku zaczęłam bywać, bo przez dwa lata mieściła się nieopodal szkoła córki, zdarzało mi się wpaść na szybkie śniadanie przed pracą. Raczej proste, bardziej w kierunku słodkiego, ale nie tylko ciasto. I kawa dosko.
Wreszcie Parle Pattiserie - za pierwszym razem się odbiłam z braku miejsca, za drugim razem już przezornie zarezerwowałam stolik wcześniej. Śniadania bogate i świetne, można kupić francuskie pieczywo i słodycze. W środku dość głośno, bo miejsce nie za duże, można na stoliku od ulicy, co jest nieco surrealistyczne, jako że rzecz się mieści przy Gruwaldzkiej.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 27, 2021
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
stary-browar
- 6 komentarzy
- Skomentuj