Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Terry Pratchett - Mort

Mort, młodzieniec z Ramtopów, zostaje przez ojca przeznaczony do terminu. Niestety nikt nie chce niezgrabnego, dociekliwego chłopca jako ucznia; moment przed północą pojawia się tajemniczy przedsiębiorca na eleganckim, białym koniu (później okazuje się, że zwierzę ma na imię Pimpuś) i bierze Morta jako czeladnika do zakładu grabarskiego (a przynajmniej tak to rozumie ojciec). Morta w ogóle nie dziwi, że to sam Śmierć, ostateczna dyskowa sprawiedliwość. W posiadłości Śmierci mieszka Isabel, adoptowana przez Śmierć 16-latka, i Albert, totumfacki i kucharz. Jako że Antropomorficzna Personifikacja chce sprawdzić, jak to jest czuć szczęście, po krótkim przeszkoleniu wysyła czeladnika na pierwszą samodzielną akcję, co udaje się w dwóch trzecich, albowiem młodzieniec, powodowany oczywistym impulsem, ratuje od śmierci 15-letnią księżniczkę Keli, przez co historia rozchodzi się na dwie odnogi. Mort, wspomagany przez Isabel, mocno niechętnego Alberta i młodego, niedoświadczonego maga Cutwella, usiłuje naprawić osnowę rzeczywistości, żeby inercja nie naprawiła anomalii, oczywiście przez uśmiercenie księżniczki.

To pierwsza historia z pełnoetatową rolą Śmierci - estetą, sympatykiem kotów, posługującym się bezlitosną logiką tam gdzie ludzie mają emocje. Lubię Alberta, eksperta od smażonego, który - po odsłonięciu tajemnicy swojego pochodzenia - ma ugruntowane poglądy na temat szacunku dla wizerunku. Nieco mniej sprawną kreską są narysowani pozostali bohaterowie - Mort wprawdzie przechodzi ewolucję, ale to postać chaotyczna; Isabel, wieczna nastolatka, niestety nie dorasta mimo upływu lat. I tak warto przeczytać, nawet ze świadomością, że to nie jest najlepsza książka cyklu, bo jest zalążkiem dla bardziej udanego Wiedźmikołaja i przyjemnego “Złodzieja czasu”.

Inne tego autora.

#131

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 20, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Mort

Mort, młodzieniec z Ramtopów, zostaje przez ojca przeznaczony do terminu. Niestety nikt nie chce niezgrabnego, dociekliwego chłopca jako ucznia; moment przed północą pojawia się tajemniczy przedsiębiorca na eleganckim, białym koniu (później okazuje się, że zwierzę ma na imię Pimpuś) i bierze Morta jako czeladnika do zakładu grabarskiego (a przynajmniej tak to rozumie ojciec). Morta w ogóle nie dziwi, że to sam Śmierć, ostateczna dyskowa sprawiedliwość. W posiadłości Śmierci mieszka Isabel, adoptowana przez Śmierć 16-latka, i Albert, totumfacki i kucharz. Jako że Antropomorficzna Personifikacja chce sprawdzić, jak to jest czuć szczęście, po krótkim przeszkoleniu wysyła czeladnika na pierwszą samodzielną akcję, co udaje się w dwóch trzecich, albowiem młodzieniec, powodowany oczywistym impulsem, ratuje od śmierci 15-letnią księżniczkę Keli, przez co historia rozchodzi się na dwie odnogi. Mort, wspomagany przez Isabel, mocno niechętnego Alberta i młodego, niedoświadczonego maga Cutwella, usiłuje naprawić osnowę rzeczywistości, żeby inercja nie naprawiła anomalii, oczywiście przez uśmiercenie księżniczki.

To pierwsza historia z pełnoetatową rolą Śmierci - estetą, sympatykiem kotów, posługującym się bezlitosną logiką tam gdzie ludzie mają emocje. Lubię Alberta, eksperta od smażonego, który - po odsłonięciu tajemnicy swojego pochodzenia - ma ugruntowane poglądy na temat szacunku dla wizerunku. Nieco mniej sprawną kreską są narysowani pozostali bohaterowie - Mort wprawdzie przechodzi ewolucję, ale to postać chaotyczna; Isabel, wieczna nastolatka, niestety nie dorasta mimo upływu lat. I tak warto przeczytać, nawet ze świadomością, że to nie jest najlepsza książka cyklu, bo jest zalążkiem dla bardziej udanego Wiedźmikołaja i przyjemnego “Złodzieja czasu”.

Inne tego autora.

#131

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 20, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Ondaatje - Angielski pacjent

We włoskiej willi, opuszczonej przez okupujących Niemców, po ewakuacji szpitala polowego pozostaje Hana, pielęgniarka z Kanady, opiekująca się terminalnym pacjentem o nieznanej tożsamości. W trakcie długiego lata powoli wychodzi na jaw, że poparzony mężczyzna to węgierski hrabia de Almasy, znany przed wojną podróżnik i kartograf; część historii opowiada David Caravaggio, kanadyjski szpieg, dawny znajomy ojca Hany, który dotarł do willi w poszukiwaniu zdrajcy. Do trojga bohaterów dołącza Sikh Kip, saper, który oczyszcza okolicę z min pozostawionych przez Niemców. Kip i Hana mają się ku sobie, Caravaggio usiłuje wyciągnąć z umierającego, jaka była przyczyna śmierci małżeństwa Katherine i Geoffreya Cliftonów, z którymi Almasy znał się przed wojną (i - jak wychodzi - miał romans z Katherine) oraz czy to właśnie on dostarczył Rommlowi mapy Sahary.

Książka jest, oględnie mówiąc, chaotyczna w swojej strukturze - z właściwego czasu i miejsca akcji (koniec wojny we Włoszech) odchodzą wąsy wspomnień bohaterów. Zapewne miało to odwzorować wojenną traumę, jaką przeżyli bohaterowie; tytułowy angielski pacjent usiłuje wyprzeć z pamięci wszystkie wspomnienia i swoją tożsamość. Hana straciła ojca i narzeczonego (plus ma za sobą poronienie), chce się odciąć od przeszłości. Carravagio był torturowany przez Niemców, szuka w Almasym winnego. Kip rozbraja bomby, ale czuje narastające zgorzknienie, bo niby jest Brytyjczykiem, ale drugiej kategorii. Podsumowując, to nie jest książka słaba, ale też niekoniecznie do ponownego czytania.

Tłumaczenie zawiera, nomen omen, kwiatek - Hana porównuje skórę Kipa do kwiatu o nazwie “brązowe oko Susan”, co jest kalką ze zwyczajowej nazwy rudbekii (“black-eyed Susan”); nie komentuję nawet skojarzeń.

To, co mogę powiedzieć o filmie, to że jest ładnie zrobiony - miękkie kolory, zapierające dech pejzaże Toskanii, surowa niesamowita pustynia, piękni młodzi aktorzy (aczkolwiek młody Colin Firth jest pulchny jak bułeczka, trochę mi zajęło, zanim go poznałam). Scenariusz nawet ratuje chaos książki, wplatając zgrabnie w teatralną scenę włoskiej willi reminiscencje poszczególnych bohaterów (oszczędzając niestety na postaci Hany, która jest płaska i absolutnie niewiarygodna, dodatkowo za dezercję z wojska mogłaby trafić pod sąd, jakby to nie była rzeczywistość hollywoodzka), chociaż zupełnie psuje wymowę zakończenia (cnpwrag cebfv Unaę b rhgnanmwę, Xvc cb antłrw śzvrepv xbyrtv m bqqmvnłh jcnqn j fghcbe, cb pmlz jenm m bqqmvnłrz bchfmpmn jvyyę, pb avwnx fvę zn qb zvłbfarw qenzl m xfvążxv, xvrql Uvaqhf anoenł avranjvśpv qb jfmlfgxvpu ovnłlpu, eójavrż Unal, cb fchfmpmravh cemrm Nzrelxnaój obzol an Uvebfuvzę). Inna sprawa, że zakończenie książki jest na tyle otwarte, że aż prosiło się o cokolwiek innego niż urwanie w połowie. Podsumowując, to nie jest zły film, ale absolutnie nie widzę podstaw do obsypania go nagrodami (9 Oskarów i 3 nominacje, nie licząc 3 Złotych Globów i Srebrnego Niedźwiedzia).

#130

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 19, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Ondaatje - Angielski pacjent

We włoskiej willi, opuszczonej przez okupujących Niemców, po ewakuacji szpitala polowego pozostaje Hana, pielęgniarka z Kanady, opiekująca się terminalnym pacjentem o nieznanej tożsamości. W trakcie długiego lata powoli wychodzi na jaw, że poparzony mężczyzna to węgierski hrabia de Almasy, znany przed wojną podróżnik i kartograf; część historii opowiada David Caravaggio, kanadyjski szpieg, dawny znajomy ojca Hany, który dotarł do willi w poszukiwaniu zdrajcy. Do trojga bohaterów dołącza Sikh Kip, saper, który oczyszcza okolicę z min pozostawionych przez Niemców. Kip i Hana mają się ku sobie, Caravaggio usiłuje wyciągnąć z umierającego, jaka była przyczyna śmierci małżeństwa Katherine i Geoffreya Cliftonów, z którymi Almasy znał się przed wojną (i - jak wychodzi - miał romans z Katherine) oraz czy to właśnie on dostarczył Rommlowi mapy Sahary.

Książka jest, oględnie mówiąc, chaotyczna w swojej strukturze - z właściwego czasu i miejsca akcji (koniec wojny we Włoszech) odchodzą wąsy wspomnień bohaterów. Zapewne miało to odwzorować wojenną traumę, jaką przeżyli bohaterowie; tytułowy angielski pacjent usiłuje wyprzeć z pamięci wszystkie wspomnienia i swoją tożsamość. Hana straciła ojca i narzeczonego (plus ma za sobą poronienie), chce się odciąć od przeszłości. Carravagio był torturowany przez Niemców, szuka w Almasym winnego. Kip rozbraja bomby, ale czuje narastające zgorzknienie, bo niby jest Brytyjczykiem, ale drugiej kategorii. Podsumowując, to nie jest książka słaba, ale też niekoniecznie do ponownego czytania.

Tłumaczenie zawiera, nomen omen, kwiatek - Hana porównuje skórę Kipa do kwiatu o nazwie “brązowe oko Susan”, co jest kalką ze zwyczajowej nazwy rudbekii (“black-eyed Susan”); nie komentuję nawet skojarzeń.

To, co mogę powiedzieć o filmie, to że jest ładnie zrobiony - miękkie kolory, zapierające dech pejzaże Toskanii, surowa niesamowita pustynia, piękni młodzi aktorzy (aczkolwiek młody Colin Firth jest pulchny jak bułeczka, trochę mi zajęło, zanim go poznałam). Scenariusz nawet ratuje chaos książki, wplatając zgrabnie w teatralną scenę włoskiej willi reminiscencje poszczególnych bohaterów (oszczędzając niestety na postaci Hany, która jest płaska i absolutnie niewiarygodna, dodatkowo za dezercję z wojska mogłaby trafić pod sąd, jakby to nie była rzeczywistość hollywoodzka), chociaż zupełnie psuje wymowę zakończenia (cnpwrag cebfv Unaę b rhgnanmwę, Xvc cb antłrw śzvrepv xbyrtv m bqqmvnłh jcnqn j fghcbe, cb pmlz jenm m bqqmvnłrz bchfmpmn jvyyę, pb avwnx fvę zn qb zvłbfarw qenzl m xfvążxv, xvrql Uvaqhf anoenł avranjvśpv qb jfmlfgxvpu ovnłlpu, eójavrż Unal, cb fchfmpmravh cemrm Nzrelxnaój obzol an Uvebfuvzę). Inna sprawa, że zakończenie książki jest na tyle otwarte, że aż prosiło się o cokolwiek innego niż urwanie w połowie. Podsumowując, to nie jest zły film, ale absolutnie nie widzę podstaw do obsypania go nagrodami (9 Oskarów i 3 nominacje, nie licząc 3 Złotych Globów i Srebrnego Niedźwiedzia).

#130

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 19, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


O niedzieli we Wrocławiu

[4.10.2020]

(Będzie i o sobocie).

Miało padać po południu, więc rozczarowana byłam bardzo, kiedy o poranku zza okna przywitał mnie półmrok i mżawka przechodząca w sieknącą ulewę. Awaryjnie, zamiast Ogrodu Japońskiego, zaproponowałam Muzeum Sztuki Współczesnej opodal, mając nadzieję, że kiedy będziemy nasiąkać sztuką zamiast deszczem, pogoda się ogarnie. Żeby Was nie trzymać w niepewności, tak, pogoda się ogarnęła, ale muzeum okazało się być świetnym miejscem z trzech powodów. Po pierwsze sztuka współczesna. Wszyscy znajdą Rafaela, Wenus z Milo, sceny batalistyczne Matejki czy konie Kossaka, bo to jeszcze da się ogarnąć w szkole. Z rzeźby i malarstwa po II wojnie światowej to już tak nie za zbytnio, kilka sztandarowych obrazów Beksińskiego, prowokacje Kantora czy rzeźby Abakanowicz. A tu się można ocierać o dużo dobra, od obrazów przez instalacje, plakaty do rzeźb - jest Chwistek, Witkiewicz, Jarema, wspomniany Kantor i Beksiński, Cybis czy Mikulski (na widok którego oczywiście rzuciliśmy jednocześnie z TŻ "O, Ferdynand Wspaniały"). Nie było nudne nawet dla młodzieży, która - i tu przechodzimy do drugiego powodu - żyje w estetyce "ładnie", że trzeba równo, realistycznie i nie wychodzić poza kartkę, co owocuje dyskwalifikującym podejściem "nie umiem, więc nie zacznę". Wtem okazuje się, że można robić sztukę "brzydką", niepokojącą, z użyciem dziwnych materiałów, z zabawą fakturą, nie wiadomo o czym. Jakie to jest dobre i otwierające! Trzeci powód to sam modernistyczny budynek, zwłaszcza kratownica projektu architekta Hansa Poelziga, gdzie kawiarnia i takie światło, że nie mam słów.

Pawilon Czterech Kopuł Pawilon Czterech Kopuł / Centralna część budynku Beksiński / Mikulski Hala Poelziga

A skoro nastało słońce, przez Pergolę i obok Fontanny Multimedialnej, przeszliśmy do Ogrodu Japońskiego. Nie jest duży, ale urokliwy; karpie i żaby, kamienna ścieżka, po której można z zachowaniem pewnej ostrożności przejść suchą nogą po brzegu stawu, klony i rzeźba.

Fontanna Multimedialna z widokiem na Halę Stulecia Pergola Ogród Japoński Joga na trawie

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 18, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: polska, wroclaw, ogrod-botaniczny, sztuka - 0 komentarzy - Skomentuj


O niedzieli we Wrocławiu

[4.10.2020]

(Będzie i o sobocie).

Miało padać po południu, więc rozczarowana byłam bardzo, kiedy o poranku zza okna przywitał mnie półmrok i mżawka przechodząca w sieknącą ulewę. Awaryjnie, zamiast Ogrodu Japońskiego, zaproponowałam Muzeum Sztuki Współczesnej opodal, mając nadzieję, że kiedy będziemy nasiąkać sztuką zamiast deszczem, pogoda się ogarnie. Żeby Was nie trzymać w niepewności, tak, pogoda się ogarnęła, ale muzeum okazało się być świetnym miejscem z trzech powodów. Po pierwsze sztuka współczesna. Wszyscy znajdą Rafaela, Wenus z Milo, sceny batalistyczne Matejki czy konie Kossaka, bo to jeszcze da się ogarnąć w szkole. Z rzeźby i malarstwa po II wojnie światowej to już tak nie za zbytnio, kilka sztandarowych obrazów Beksińskiego, prowokacje Kantora czy rzeźby Abakanowicz. A tu się można ocierać o dużo dobra, od obrazów przez instalacje, plakaty do rzeźb - jest Chwistek, Witkiewicz, Jarema, wspomniany Kantor i Beksiński, Cybis czy Mikulski (na widok którego oczywiście rzuciliśmy jednocześnie z TŻ "O, Ferdynand Wspaniały"). Nie było nudne nawet dla młodzieży, która - i tu przechodzimy do drugiego powodu - żyje w estetyce "ładnie", że trzeba równo, realistycznie i nie wychodzić poza kartkę, co owocuje dyskwalifikującym podejściem "nie umiem, więc nie zacznę". Wtem okazuje się, że można robić sztukę "brzydką", niepokojącą, z użyciem dziwnych materiałów, z zabawą fakturą, nie wiadomo o czym. Jakie to jest dobre i otwierające! Trzeci powód to sam modernistyczny budynek, zwłaszcza kratownica projektu architekta Hansa Poelziga, gdzie kawiarnia i takie światło, że nie mam słów.

Pawilon Czterech Kopuł Pawilon Czterech Kopuł / Centralna część budynku Beksiński / Mikulski Hala Poelziga

A skoro nastało słońce, przez Pergolę i obok Fontanny Multimedialnej, przeszliśmy do Ogrodu Japońskiego. Nie jest duży, ale urokliwy; karpie i żaby, kamienna ścieżka, po której można z zachowaniem pewnej ostrożności przejść suchą nogą po brzegu stawu, klony i rzeźba.

Fontanna Multimedialna z widokiem na Halę Stulecia Pergola Ogród Japoński Joga na trawie

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 18, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: polska, wroclaw, ogrod-botaniczny, sztuka - 0 komentarzy - Skomentuj


Kurt Vonnegut - Rzeźnia nr 5

Moim przekleństwem jest to, że dużo czytam. Oraz że czytam o książkach - o narzędziach, metatekstualności, budowie fabuły, typach narracji i tym wszystkim, co pozwala autorom uzyskać taki, a nie inny efekt. Wiem, po co jest repetycja frazy, czemu wprowadził kosmitów z ich umiejętnością obserwowania wszystkich chwil jednocześnie[1] i użył wszechwiedzącego narratora i zaburzonej chronologii wydarzeń, po co osadził siebie jako bohatera drugoplanowego. I dlatego, że głównie widzę metodę, nie pozwala to mi dać się porwać treści. Oraz groteska. Słabo przyswajam groteskę; w okolicach końca liceum zachwycałam się Vianem i Toporem, teraz nie jestem w stanie przez ten typ literatury przebrnąć.

Autor autobiograficznie zaczyna od rozterek, jakie miał przed spisaniem swoich wojennych wspomnień - że to kolejna książka o wojnie, że nie da się oddać tego chaosu i masakry w taki sposób, aby czytanie było równoważne byciu tam wtedy, że nie ufa już swojej pamięci, która zaciera najbardziej drastyczne szczegóły, że nawet opisując rzeczywistość wiernie, może przemycić czytelnikom ideę bohaterstwa czy doniosłości walki. I chyba to udało mu się doskonale, bo mimo zdawkowości opisu i przykrywania grozy odklejeniem bohatera od rzeczywistości, to nie jest książka przyjemna.

Billy Pilgrim w 1967 roku zostaje porwany przez kosmitów jako eksponat do zoo, co brzmi dość koszmarnie, ale to nie jest najgorszy okres w życiu Billy’ego, który w czasie wojny trafił do niemieckiego obozu jenieckiego i przeżył bombadowanie Drezna. Dzięki uzyskanej od Tralfamadorczyków umiejętności przeżywania wszystkich chwil swojego życia jednocześnie, przestaje żyć w czasie linearnym. Otoczenie traktuje go jak psychicznie chorego, kiedy wspomina o uwięzieniu na innej planecie, mimo że chce tylko uspokoić wszystkich, że wszystko, co złe i dobre po prostu się zdarza.

PS Niestety tłumaczenie Jęczmyka jest bardzo słabe. Sporo kiepskiej frazy, żona bohatera je batoniki “Trzej Muszkieterowie” i “Drogę Mleczną”, ktoś inny z kolei je filadelfijski ser śmietankowy.

[1] Czy właśnie obejrzałam “Watchmen”, gdzie doktor Manhattan tak właśnie postrzegał świat? Przypadek? Nie są^W^WTak. Po Vonneguta sięgnęłam, bo dołączyłam do dyskusyjnego klubu książki i w tym miesiącu wypadło na tego autora.

Inne tego autora tutaj.

#129

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 16, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2020 - 5 komentarzy - Skomentuj


Kurt Vonnegut - Rzeźnia nr 5

Moim przekleństwem jest to, że dużo czytam. Oraz że czytam o książkach - o narzędziach, metatekstualności, budowie fabuły, typach narracji i tym wszystkim, co pozwala autorom uzyskać taki, a nie inny efekt. Wiem, po co jest repetycja frazy, czemu wprowadził kosmitów z ich umiejętnością obserwowania wszystkich chwil jednocześnie[1] i użył wszechwiedzącego narratora i zaburzonej chronologii wydarzeń, po co osadził siebie jako bohatera drugoplanowego. I dlatego, że głównie widzę metodę, nie pozwala to mi dać się porwać treści. Oraz groteska. Słabo przyswajam groteskę; w okolicach końca liceum zachwycałam się Vianem i Toporem, teraz nie jestem w stanie przez ten typ literatury przebrnąć.

Autor autobiograficznie zaczyna od rozterek, jakie miał przed spisaniem swoich wojennych wspomnień - że to kolejna książka o wojnie, że nie da się oddać tego chaosu i masakry w taki sposób, aby czytanie było równoważne byciu tam wtedy, że nie ufa już swojej pamięci, która zaciera najbardziej drastyczne szczegóły, że nawet opisując rzeczywistość wiernie, może przemycić czytelnikom ideę bohaterstwa czy doniosłości walki. I chyba to udało mu się doskonale, bo mimo zdawkowości opisu i przykrywania grozy odklejeniem bohatera od rzeczywistości, to nie jest książka przyjemna.

Billy Pilgrim w 1967 roku zostaje porwany przez kosmitów jako eksponat do zoo, co brzmi dość koszmarnie, ale to nie jest najgorszy okres w życiu Billy’ego, który w czasie wojny trafił do niemieckiego obozu jenieckiego i przeżył bombadowanie Drezna. Dzięki uzyskanej od Tralfamadorczyków umiejętności przeżywania wszystkich chwil swojego życia jednocześnie, przestaje żyć w czasie linearnym. Otoczenie traktuje go jak psychicznie chorego, kiedy wspomina o uwięzieniu na innej planecie, mimo że chce tylko uspokoić wszystkich, że wszystko, co złe i dobre po prostu się zdarza.

PS Niestety tłumaczenie Jęczmyka jest bardzo słabe. Sporo kiepskiej frazy, żona bohatera je batoniki “Trzej Muszkieterowie” i “Drogę Mleczną”, ktoś inny z kolei je filadelfijski ser śmietankowy.

[1] Czy właśnie obejrzałam “Watchmen”, gdzie doktor Manhattan tak właśnie postrzegał świat? Przypadek? Nie są^W^WTak. Po Vonneguta sięgnęłam, bo dołączyłam do dyskusyjnego klubu książki i w tym miesiącu wypadło na tego autora.

Inne tego autora tutaj.

#129

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 16, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2020 - 5 komentarzy - Skomentuj


Oyinkan Braithwaite - Moja siostra morduje seryjnie

Miejmy to z głowy - tłumaczenie tytułu jest zwyczajnie nieprawidłowe językowo. Co złego byłoby we frazie “Moja siostra jest seryjną morderczynią”?

Lagos, współcześnie. Przerażona Ayoola dzwoni do siostry, Korede, ponieważ zaatakował ją jej chłopak Femi i w samoobronie go chyba zabiła. Korede, rozsądna i opanowana pielęgniarka, jedzie na ratunek; z wybielaczem w ręku czyści mieszkanie chłopaka, pakuje zwłoki w prześcieradło i pomaga je ukryć. Również później dba o to, żeby niefrasobliwa Ayoola nie pisała lekkomyślnie pierdół w social mediach, skoro jej chłopak zaginął. Przez poczucie bycia odpowiedzialną opiekunką swojej siostry przebija się jednak po raz kolejny myśl, że to nie był pierwszy raz. Ayoola, ta śliczniejsza i bardziej urocza, ma niesamowitą łatwość rozkochiwania w sobie kolejnych chłopaków, ale kiedy robią się zazdrośni (nie bez powodu) lub mają pretensje o jej zachowanie (również nie bez powodu), rzuca ich, a kiedy mają z tym problem, zabija. Mieszkanie Femiego było trzecim miejscem zbrodni, po których Korede sprzątała; cały czas zastanawia się, czemu daje się wciągać w to siostrze, a nie dzwoni na policję. Sytuacja się zagęszcza, kiedy Ayoola odwiedza siostrę w szpitalu i zaczyna umawiać się z lekarzem, w którym nieatrakcyjna Korede kochała się od dawna. Między wierszami pojawia się psychopatyczny ojciec, systematycznie niszczący matkę i krzywdzący dziewczęta; jego śmierć była wybawieniem dla wszystkich, choć muszą obnosić się z czułą pamięcią, żeby nie urazić rodziny. Matka faworyzuje młodszą, ładniejszą córkę, wmuszając w starszą nadmierną odpowiedzialność. Korede wie, że nie może matce wyjawić, gdzie zniknął kolejnych chłopak Ayooli i czemu tak źle reaguje na to, że jej siostra chce “ustatkować się” z obiecującym lekarzem (wiadomo, brzydka zazdrość). Zwierza się więc jedynej osobie, która ją cierpliwie wysłucha - opuszczonemu przez rodzinę pacjentowi w śpiączce. Tyle że ten budzi się pewnego dnia.

To przerażająca historia, mimo prób uczynienia jej łatwą, takim niby romansem z zakrętką. Na okładce pojawia się lekka fraza, że “krew nie woda – o wiele trudniej usunąć ją z dywanu…”. O wiele trudniej wyjść z traumy spowodowanej przemocą w rodzinie i uwolnić się od roli kogoś, kto zawsze naprawia i nadstawia karku.

#130

Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 14, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Oyinkan Braithwaite - Moja siostra morduje seryjnie

Miejmy to z głowy - tłumaczenie tytułu jest zwyczajnie nieprawidłowe językowo. Co złego byłoby we frazie “Moja siostra jest seryjną morderczynią”?

Lagos, współcześnie. Przerażona Ayoola dzwoni do siostry, Korede, ponieważ zaatakował ją jej chłopak Femi i w samoobronie go chyba zabiła. Korede, rozsądna i opanowana pielęgniarka, jedzie na ratunek; z wybielaczem w ręku czyści mieszkanie chłopaka, pakuje zwłoki w prześcieradło i pomaga je ukryć. Również później dba o to, żeby niefrasobliwa Ayoola nie pisała lekkomyślnie pierdół w social mediach, skoro jej chłopak zaginął. Przez poczucie bycia odpowiedzialną opiekunką swojej siostry przebija się jednak po raz kolejny myśl, że to nie był pierwszy raz. Ayoola, ta śliczniejsza i bardziej urocza, ma niesamowitą łatwość rozkochiwania w sobie kolejnych chłopaków, ale kiedy robią się zazdrośni (nie bez powodu) lub mają pretensje o jej zachowanie (również nie bez powodu), rzuca ich, a kiedy mają z tym problem, zabija. Mieszkanie Femiego było trzecim miejscem zbrodni, po których Korede sprzątała; cały czas zastanawia się, czemu daje się wciągać w to siostrze, a nie dzwoni na policję. Sytuacja się zagęszcza, kiedy Ayoola odwiedza siostrę w szpitalu i zaczyna umawiać się z lekarzem, w którym nieatrakcyjna Korede kochała się od dawna. Między wierszami pojawia się psychopatyczny ojciec, systematycznie niszczący matkę i krzywdzący dziewczęta; jego śmierć była wybawieniem dla wszystkich, choć muszą obnosić się z czułą pamięcią, żeby nie urazić rodziny. Matka faworyzuje młodszą, ładniejszą córkę, wmuszając w starszą nadmierną odpowiedzialność. Korede wie, że nie może matce wyjawić, gdzie zniknął kolejnych chłopak Ayooli i czemu tak źle reaguje na to, że jej siostra chce “ustatkować się” z obiecującym lekarzem (wiadomo, brzydka zazdrość). Zwierza się więc jedynej osobie, która ją cierpliwie wysłucha - opuszczonemu przez rodzinę pacjentowi w śpiączce. Tyle że ten budzi się pewnego dnia.

To przerażająca historia, mimo prób uczynienia jej łatwą, takim niby romansem z zakrętką. Na okładce pojawia się lekka fraza, że “krew nie woda – o wiele trudniej usunąć ją z dywanu…”. O wiele trudniej wyjść z traumy spowodowanej przemocą w rodzinie i uwolnić się od roli kogoś, kto zawsze naprawia i nadstawia karku.

#130

Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 14, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj