Wielopokoleniowa saga o dwóch przyrodnich siostrach, córkach Maame z plemienia Asante; Effia, która pozostała u boku ojca, zostaje konkubiną angielskiego kolonizatora, zaś Esi, wykradziona z wioski, do której uciekła jej matka, trafia do twierdzy jako niewolnica. Przez siedem pokoleń autorka pokazuje epizody z życia obu gałęzi rodu, zarówno na Złotym Wybrzeżu (współcześnie Ghanie), jak i w Stanach Zjednoczonych. Opowieści są porażająco smutne - niewolnictwo, przemoc, bezprawie, bycie pariasem wśród swoich, choroba psychiczna, porwanie, systemowe wykluczenie i narkomania, symbolicznie to wycinek losów wszystkich rodzin, rozerwanych przez handel ludźmi. Mimo tego wszystkiego jest też miłość - rodzicielska, romantyczna, czasem zakazana, podana zgrabnie mimo dramatu wokół.
Moim jedynym zarzutem do książki jest jej epizodyczność - opowieści o przedstawicielach każdego z pokoleń są mini-opowiadaniami, urywają się, zanim cała historia zostanie opowiedziana. Zniknięcie ciężarnej żony jednego z bohaterów, porwanej przez łowców zbiegłych niewolników kończy się nagle, żeby w następnym rozdziale przejść już do dorosłego syna, który urodził się w niewoli. Podobnie jest w kilku innych historiach. U mnie to pozostawiło pewien niedosyt, chociaż książka jest dość obszerna.
#124
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wielopokoleniowa saga o dwóch przyrodnich siostrach, córkach Maame z plemienia Asante; Effia, która pozostała u boku ojca, zostaje konkubiną angielskiego kolonizatora, zaś Esi, wykradziona z wioski, do której uciekła jej matka, trafia do twierdzy jako niewolnica. Przez siedem pokoleń autorka pokazuje epizody z życia obu gałęzi rodu, zarówno na Złotym Wybrzeżu (współcześnie Ghanie), jak i w Stanach Zjednoczonych. Opowieści są porażająco smutne - niewolnictwo, przemoc, bezprawie, bycie pariasem wśród swoich, choroba psychiczna, porwanie, systemowe wykluczenie i narkomania, symbolicznie to wycinek losów wszystkich rodzin, rozerwanych przez handel ludźmi. Mimo tego wszystkiego jest też miłość - rodzicielska, romantyczna, czasem zakazana, podana zgrabnie mimo dramatu wokół.
Moim jedynym zarzutem do książki jest jej epizodyczność - opowieści o przedstawicielach każdego z pokoleń są mini-opowiadaniami, urywają się, zanim cała historia zostanie opowiedziana. Zniknięcie ciężarnej żony jednego z bohaterów, porwanej przez łowców zbiegłych niewolników kończy się nagle, żeby w następnym rozdziale przejść już do dorosłego syna, który urodził się w niewoli. Podobnie jest w kilku innych historiach. U mnie to pozostawiło pewien niedosyt, chociaż książka jest dość obszerna.
#124
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Umiera sąsiad Pereza, schorowany staruszek, w szpitalu. Podczas pogrzebu osuwa się skarpa, błoto z osuwiska niszczy cmentarz oraz dom stojący niedaleko. W domu nikt nie mieszkał od śmierci jego właścicielki przed laty, ale na wszelki wypadek ekipa porządkowa przegląda ruiny i znajduje ciało nieznanej kobiety w jedwabnej, czerwonej sukni. Po wstępnych oględzinach okazuje się, że nie zginęła z powodu katastrofy naturalnej, tylko ktoś ją udusił, a osunięta masa ziemi tylko przyspieszyła odkrycie zwłok. Dla wsparcia Pereza przybywa na wyspę Willow Reeves, napięcie między bohaterami jest coraz większe, co sprawę nieco komplikuje, tym bardziej, że podejrzani są znowu jego najbliżsi sąsiedzi. Odkrycie tożsamości ofiary, jeszcze jedna śmierć i dramatyczny finał, w którym uczestniczy morderca, Willow i Perez.
Miałam poczucie, że to ostatni tom tetralogii (siódmy, wiem), ale wtem pojawił się kolejny - ósmy - tom.
Inne tej autorki tutaj.
#123
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 5, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminał, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Umiera sąsiad Pereza, schorowany staruszek, w szpitalu. Podczas pogrzebu osuwa się skarpa, błoto z osuwiska niszczy cmentarz oraz dom stojący niedaleko. W domu nikt nie mieszkał od śmierci jego właścicielki przed laty, ale na wszelki wypadek ekipa porządkowa przegląda ruiny i znajduje ciało nieznanej kobiety w jedwabnej, czerwonej sukni. Po wstępnych oględzinach okazuje się, że nie zginęła z powodu katastrofy naturalnej, tylko ktoś ją udusił, a osunięta masa ziemi tylko przyspieszyła odkrycie zwłok. Dla wsparcia Pereza przybywa na wyspę Willow Reeves, napięcie między bohaterami jest coraz większe, co sprawę nieco komplikuje, tym bardziej, że podejrzani są znowu jego najbliżsi sąsiedzi. Odkrycie tożsamości ofiary, jeszcze jedna śmierć i dramatyczny finał, w którym uczestniczy morderca, Willow i Perez.
Miałam poczucie, że to ostatni tom tetralogii (siódmy, wiem), ale wtem pojawił się kolejny - ósmy - tom.
Inne tej autorki tutaj.
#123
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 5, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminał, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nathan, młody, obiecujący programista, zostaje mocno poszkodowany w wypadku samochodu autonomicznego. Jego bogata narzeczona, Ingrid, proponuje, że zapłaci za jego życie po śmierci w drogim Lakeview, wirtualnej rzeczywistości. Nie do końca wiadomo, czy Nathan jednak by nie przeżył, ale że procedurę wykonuje się na żywym organizmie, Ingrid wciska guzik i transferuje Nathana do Lakeview. Podczas kreacji jego awatara, Nora - pracowniczka obsługi klienta - odkrywa, że niektóre pliki pamięci są uszkodzone; jakiś czas później okazuje się, że ktoś niektóre z nich skasował. Między Nathanem i Norą buduje się porozumienie i narasta chemia, w przeciwieństwie do stosunków między Nathanem i Ingrid, dla której związek z tzw. Uploadem nie jest zbyt wygodny. Jednocześnie kuzynka Nathana zaczyna prowadzić śledztwo, bo coś jej w całej sprawie cuchnie. Pierwszy sezon niektóre rzeczy wyjaśnia, ale kończy się siarczystym cliffhangerem.
Poza tym, że serial jest przyjemną komedią z elementami detektywistycznymi, jest też pyszną opowieścią o produkcji oprogramowania (ach, te cheat kody i niedotestowane opcje!), ale też podejmuje - po “Good Place”, “Black Mirror” czy “Westworld” - temat śmierci w świecie wirtualnym. Lakeview to takie Simsy, gdzie za wszystko poza podstawowym pakietem (nawet tym drogim) należy dopłacać, na przykład za postarzanie awatara, żeby zmieniał się tak jak osoby, które jeszcze żyją (co bywa dramatem dla zmarłego kilka lat wcześniej 12-latka, z którym ówcześni koledzy nie chcą już rozmawiać). “Życie wieczne” bliskiej osoby staje się kolejnym abonamentem dla bliskich, a monotonią dla zmarłych, skazanych na czekanie, aż żyjący zechcą się z nimi kontaktować. Pobrzmiewają tu też echa klasizmu, pozorne luksusy Lakeview są dla tych z zasobną kieszenią, dla biednych pozostają miejsca typu “Dwa-Giga”, gdzie po zużyciu przepustowości zmarły zawiesza się do kolejnego zasilenia konta. W jednym z pobocznych wątków, Nora próbuje uzyskać dla śmiertelnie chorego ojca zniżkę pracowniczą na Lakeview, mimo sprzeciwów tego ostatniego, który - jako wierzący - chce spotkać swoją zmarłą wcześniej żonę w niebie.
TL;DR - przyjemne, czekam na drugim sezon.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 2, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Nathan, młody, obiecujący programista, zostaje mocno poszkodowany w wypadku samochodu autonomicznego. Jego bogata narzeczona, Ingrid, proponuje, że zapłaci za jego życie po śmierci w drogim Lakeview, wirtualnej rzeczywistości. Nie do końca wiadomo, czy Nathan jednak by nie przeżył, ale że procedurę wykonuje się na żywym organizmie, Ingrid wciska guzik i transferuje Nathana do Lakeview. Podczas kreacji jego awatara, Nora - pracowniczka obsługi klienta - odkrywa, że niektóre pliki pamięci są uszkodzone; jakiś czas później okazuje się, że ktoś niektóre z nich skasował. Między Nathanem i Norą buduje się porozumienie i narasta chemia, w przeciwieństwie do stosunków między Nathanem i Ingrid, dla której związek z tzw. Uploadem nie jest zbyt wygodny. Jednocześnie kuzynka Nathana zaczyna prowadzić śledztwo, bo coś jej w całej sprawie cuchnie. Pierwszy sezon niektóre rzeczy wyjaśnia, ale kończy się siarczystym cliffhangerem.
Poza tym, że serial jest przyjemną komedią z elementami detektywistycznymi, jest też pyszną opowieścią o produkcji oprogramowania (ach, te cheat kody i niedotestowane opcje!), ale też podejmuje - po “Good Place”, “Black Mirror” czy “Westworld” - temat śmierci w świecie wirtualnym. Lakeview to takie Simsy, gdzie za wszystko poza podstawowym pakietem (nawet tym drogim) należy dopłacać, na przykład za postarzanie awatara, żeby zmieniał się tak jak osoby, które jeszcze żyją (co bywa dramatem dla zmarłego kilka lat wcześniej 12-latka, z którym ówcześni koledzy nie chcą już rozmawiać). “Życie wieczne” bliskiej osoby staje się kolejnym abonamentem dla bliskich, a monotonią dla zmarłych, skazanych na czekanie, aż żyjący zechcą się z nimi kontaktować. Pobrzmiewają tu też echa klasizmu, pozorne luksusy Lakeview są dla tych z zasobną kieszenią, dla biednych pozostają miejsca typu “Dwa-Giga”, gdzie po zużyciu przepustowości zmarły zawiesza się do kolejnego zasilenia konta. W jednym z pobocznych wątków, Nora próbuje uzyskać dla śmiertelnie chorego ojca zniżkę pracowniczą na Lakeview, mimo sprzeciwów tego ostatniego, który - jako wierzący - chce spotkać swoją zmarłą wcześniej żonę w niebie.
TL;DR - przyjemne, czekam na drugim sezon.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 2, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wyznam, że ta ksiązka jest tak skomplikowana, że wprawdzie zaczęłam słuchać audiobooka w ramach niekrępującej rozrywki w ramach podwożenia dziecka do i ze szkoły, ale odkryłam, że absolutnie nie nadążam, nie wiem, kto jest kim, więc przeczytałam też ebooka. Nie żebym zapanowała nad narracyjnym chaosem, tym bardziej, że autorka stosuje sztuczki typu “a wtedy detektyw odbył znamienną rozmowę, która mu wiele wyjaśniła”, ale przynajmniej wiem, kto zabił. Nie jest to oczywiście wina Rocha Siemianowskiego, który czyta świetnie, tylko materiału wejściowego.
Albert Campion ma zostać gubernatorem gdzieś na rubieżach Imperium, wyjazd z dziećmi i małżonką oraz prestiż. Ale to nie jest zupełnie o tym, a o śledztwie, jakie nieoficjalnie prowadzi na Apron Street na prośbę trzech osób - służącego, dawnego szefa-policjanta i znajomej aktorki. Aktorka, Rene, prowadzi pensjonat, w którym - między innymi - zamieszkuje ekscentryczna acz zubożała rodzina Palinode’ów. Wszyscy, poza 20-letnią osieroconą siostrzenicą, są już dość wiekowi, stąd nie dziwi nikogo, że dwójka z rodzeństwa zmarła w niedużym odstępie czasowym od siebie. Nie dziwi do momentu, kiedy lokalny lekarz zaczyna dostawać anonimy, sugerujące, że zaniedbał odkrycie, że oboje zmarli zostali otruci. Campion szuka motywu, szuka osoby wysyłającej anonimy, a zanim zlokalizuje zbrodniarza, natyka się na kilka innych tajemnic, usiłowanie zabójstwa i samobójstwo oraz uczestniczy w pościgu za karawanem.
To nie tak, że ta książka jest zła czy źle napisana, tylko sposób narracji jest dość przestarzały, a tempo powolne. Dialogi są zabawne, postaci świetne, opisy czasem zawierają perełki słowne (“na pierwszy rzut oka wyglądał jak tylna część słonia z pantomimy”), a jak ktoś lubi angielskie klasyczne kryminały, to może nawet będzie zachwycony.
#122/#2
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 1, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panie, kryminał, 2020, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wyznam, że ta ksiązka jest tak skomplikowana, że wprawdzie zaczęłam słuchać audiobooka w ramach niekrępującej rozrywki w ramach podwożenia dziecka do i ze szkoły, ale odkryłam, że absolutnie nie nadążam, nie wiem, kto jest kim, więc przeczytałam też ebooka. Nie żebym zapanowała nad narracyjnym chaosem, tym bardziej, że autorka stosuje sztuczki typu “a wtedy detektyw odbył znamienną rozmowę, która mu wiele wyjaśniła”, ale przynajmniej wiem, kto zabił. Nie jest to oczywiście wina Rocha Siemianowskiego, który czyta świetnie, tylko materiału wejściowego.
Albert Campion ma zostać gubernatorem gdzieś na rubieżach Imperium, wyjazd z dziećmi i małżonką oraz prestiż. Ale to nie jest zupełnie o tym, a o śledztwie, jakie nieoficjalnie prowadzi na Apron Street na prośbę trzech osób - służącego, dawnego szefa-policjanta i znajomej aktorki. Aktorka, Rene, prowadzi pensjonat, w którym - między innymi - zamieszkuje ekscentryczna acz zubożała rodzina Palinode’ów. Wszyscy, poza 20-letnią osieroconą siostrzenicą, są już dość wiekowi, stąd nie dziwi nikogo, że dwójka z rodzeństwa zmarła w niedużym odstępie czasowym od siebie. Nie dziwi do momentu, kiedy lokalny lekarz zaczyna dostawać anonimy, sugerujące, że zaniedbał odkrycie, że oboje zmarli zostali otruci. Campion szuka motywu, szuka osoby wysyłającej anonimy, a zanim zlokalizuje zbrodniarza, natyka się na kilka innych tajemnic, usiłowanie zabójstwa i samobójstwo oraz uczestniczy w pościgu za karawanem.
To nie tak, że ta książka jest zła czy źle napisana, tylko sposób narracji jest dość przestarzały, a tempo powolne. Dialogi są zabawne, postaci świetne, opisy czasem zawierają perełki słowne (“na pierwszy rzut oka wyglądał jak tylna część słonia z pantomimy”), a jak ktoś lubi angielskie klasyczne kryminały, to może nawet będzie zachwycony.
#122/#2
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 1, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panie, kryminał, 2020, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[28-30.08.2020]
Berlin w czasie pandemii jest jak najbardziej przyjazny w ramach rozsądnych ograniczeń - trzeba maseczki we wnętrzach (i jest to przestrzegane, chyba że patrz poniżej[1]), w restauracjach goście są proszeni o podanie danych pozwalających na kontakt w razie zakażenia personelu lub współgościa. Nie wiem, czy można nie podać i zostać mimo to, nie miałam z tym problemu. Mieszkałam na Wilhelmstrasse, tuż przy Bramie Brandenburskiej i
Pomniku Pomordowanych Żydów Europy, świetne miejsce do rozpoczęcia spacerów po centrum. Większość restauracji, w których jedliśmy, była w tym miejscu, bo traf chciał, że wylądowaliśmy w kulinarnym zagłębiu. Jak wspominałam na stories, w Viale dei Tigli kelner dosadził nas do zbierającej się właśnie przemiłej pani weterynarz z Kilonii, która przyjechała poprotestować przeciwko upadkowi demokracji (patrz poniżej[1]), więc pozostaliśmy ostrożnie przy small talku. Niebawem w restauracji pojawił się Gerhard Schröder, co nie wzbudziło mojej żadnej reakcji, albowiem mam prozopagnozję (TŻ mi wskazał i objaśnił), ale bardzo pobudziło pasywno-agresywną elokwencję jednej z pań przy stoliku opodal, na tyle mocno, że aż ją kelner pacyfikował; niestety nie zrozumiałam, czemu tym razem Kartagina powinna zostać zburzona.
Restauracje:
- Ram - Wilhelmstraße 79, indyjska
- Maya - Wilhelmstraße 94, meksykańska [zamknięta]
- Viale dei Tigli - Wilhelmstraße 75, włoska
- Five Elephant Mitte - Alte Schönhauser Str. 14, kawiarnia/piekarnia (ale nie śniadania!)
- Haagen-dazs - Potsdamer Platz 5, lodziarnia
- Eiffel - Kurfürstendamm 105, śniadania
- Taverna Berkis - Winterfeldtstraße 45, grecka
Rodzina obiecała mi - po chyba trzech latach, kiedy się to nie udawało - że wejdziemy na Siegessaeule latem, bez konieczności wleczenia ciepłych kurtek. I mimo że chęci były, to plany pokrzyżowała mi nie pandemia jako taka, ale [1] licznie zgromadzeni w sierpniowy weekend protestujący, którym maseczka kagańcem, a szczepionka narzędziem do wszczepienia chipa. Bo zapewne z powodu tłumów na kolumnę nie było opcji na spacer 270 stopni w górę (czy rodzina głośno emitowała radość? Ależ). Highlightem wyjazdu dla mojej córki był oczywiście widok jednego z demonstrantów, który podążał rześkim krokiem w kierunku Grosse Sterne obuty w sandały i z torbą-listonoszką na ukos. Przeczytajcie ostatnie zdanie ponownie, jest precyzyjne. Nie wiem, czy pomylił protesty z Love Parade, w każdym razie nie zmarzł, bo dzień był ciepły, a szedł krokiem dumnego kocura, więc nie przypuszczam, żeby spojrzenia mu robiły. Jako że cała okolica była zamknięta dla ruchu samochodowego, zrobiliśmy dużo kroków #pieszopomieście oraz trafiliśmy na przebogaty pchli targ na Str. des 17. Juni, gdzie sama się odciagnęłam od stołu z kilkudziesięcioma geometrycznymi wazonami ze szkła Murano (próbuję w minimalizm, ale cały czas żałuję!).
Celowo już uderzyłam na Schöneberg po kilka murali (i obiad, przy czym znalazłam must-have na kolejną wycieczkę, a konkretnie otwarte od 2/10/2020 Urban Nation Museum For Urban Contemporary Art) oraz na Steglitz, żeby zobaczyć budynek o dźwięcznej nazwie Bierpinsel (Piwny Pędzel). Do samego budynku nie da się wejść, ponieważ od kilku lat stoi opustoszały, po bezpośredniej okolicy też raczej trzeba ostrożnie, bo miejsce przypomina szalet. Ale jaki on jest śliczny! Ogromnie się cieszę, moja czarne serduszko się wzruszyło. Oraz to nie jest tak, że zawsze wszystko się udaje - szukając śniadania na podstawie polecanek evrdtrp nie udało mi się zjeść śniadania w Father Carpenter, bo nie dało się nigdzie zaparkować, a polecane Five Elephant Mitte okazało się pretensjonalną, hipsterską kawiarnią, gdzie - owszem - dobra kawa, ale do jedzenia przedrożone pieczywo francuskie i raczej na wynos, bo w środku blat i trzy stołki. Więc niekoniecznie jest tak, że warto wszystkim ufać. Mnie oczywiście należy, wiadomo.
Wilhelmstrasse, totalnie zachwyt pomnikiem Elsera[2]
Bülowstraße 11 / Siegessaeule
Wilhelmstrasse
Miś / Mall of Berlin
Landwehrkanal
Mall of Berlin[3] / Gertrud-Kolmar-Straße
Tiergarten
Pomnik Elsera[2] / Miś!
Bierpinsel
Bülowstraße
Bierpinsel
Bülowstraße
Meksykańska / Unter den Linden / Grecka
Indyjska / Urodzinowy aperol we włoskiej / Eiffel Berlin
GALERIA ZDJĘĆ.
[2] Georg Elser, człowiek, który prawie zmienił losy świata.
[3] A co można w Mall of Berlin? Można widoki, zwłaszcza z kładki na wysokości Gertrud-Kolmar-Straße, można Teslę, jak kto zasobny, ale można też pyszną herbatę Kusmi Tea, pachnące pianki kąpielowe w Rituals, czekoladki Lindta ze sklepu firmowego oraz zrobić zakupy #paperporn w Idee. I nie tylko, oczywiście.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 30, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
berlin, murale, niemcy
- 3 komentarze
- Skomentuj
[28-30.08.2020]
Berlin w czasie pandemii jest jak najbardziej przyjazny w ramach rozsądnych ograniczeń - trzeba maseczki we wnętrzach (i jest to przestrzegane, chyba że patrz poniżej[1]), w restauracjach goście są proszeni o podanie danych pozwalających na kontakt w razie zakażenia personelu lub współgościa. Nie wiem, czy można nie podać i zostać mimo to, nie miałam z tym problemu. Mieszkałam na Wilhelmstrasse, tuż przy Bramie Brandenburskiej i
Pomniku Pomordowanych Żydów Europy, świetne miejsce do rozpoczęcia spacerów po centrum. Większość restauracji, w których jedliśmy, była w tym miejscu, bo traf chciał, że wylądowaliśmy w kulinarnym zagłębiu. Jak wspominałam na stories, w Viale dei Tigli kelner dosadził nas do zbierającej się właśnie przemiłej pani weterynarz z Kilonii, która przyjechała poprotestować przeciwko upadkowi demokracji (patrz poniżej[1]), więc pozostaliśmy ostrożnie przy small talku. Niebawem w restauracji pojawił się Gerhard Schröder, co nie wzbudziło mojej żadnej reakcji, albowiem mam prozopagnozję (TŻ mi wskazał i objaśnił), ale bardzo pobudziło pasywno-agresywną elokwencję jednej z pań przy stoliku opodal, na tyle mocno, że aż ją kelner pacyfikował; niestety nie zrozumiałam, czemu tym razem Kartagina powinna zostać zburzona.
Restauracje:
- Ram - Wilhelmstraße 79, indyjska
- Maya - Wilhelmstraße 94, meksykańska [zamknięta]
- Viale dei Tigli - Wilhelmstraße 75, włoska
- Five Elephant Mitte - Alte Schönhauser Str. 14, kawiarnia/piekarnia (ale nie śniadania!)
- Haagen-dazs - Potsdamer Platz 5, lodziarnia
- Eiffel - Kurfürstendamm 105, śniadania
- Taverna Berkis - Winterfeldtstraße 45, grecka
Rodzina obiecała mi - po chyba trzech latach, kiedy się to nie udawało - że wejdziemy na Siegessaeule latem, bez konieczności wleczenia ciepłych kurtek. I mimo że chęci były, to plany pokrzyżowała mi nie pandemia jako taka, ale [1] licznie zgromadzeni w sierpniowy weekend protestujący, którym maseczka kagańcem, a szczepionka narzędziem do wszczepienia chipa. Bo zapewne z powodu tłumów na kolumnę nie było opcji na spacer 270 stopni w górę (czy rodzina głośno emitowała radość? Ależ). Highlightem wyjazdu dla mojej córki był oczywiście widok jednego z demonstrantów, który podążał rześkim krokiem w kierunku Grosse Sterne obuty w sandały i z torbą-listonoszką na ukos. Przeczytajcie ostatnie zdanie ponownie, jest precyzyjne. Nie wiem, czy pomylił protesty z Love Parade, w każdym razie nie zmarzł, bo dzień był ciepły, a szedł krokiem dumnego kocura, więc nie przypuszczam, żeby spojrzenia mu robiły. Jako że cała okolica była zamknięta dla ruchu samochodowego, zrobiliśmy dużo kroków #pieszopomieście oraz trafiliśmy na przebogaty pchli targ na Str. des 17. Juni, gdzie sama się odciagnęłam od stołu z kilkudziesięcioma geometrycznymi wazonami ze szkła Murano (próbuję w minimalizm, ale cały czas żałuję!).
Celowo już uderzyłam na Schöneberg po kilka murali (i obiad, przy czym znalazłam must-have na kolejną wycieczkę, a konkretnie otwarte od 2/10/2020 Urban Nation Museum For Urban Contemporary Art) oraz na Steglitz, żeby zobaczyć budynek o dźwięcznej nazwie Bierpinsel (Piwny Pędzel). Do samego budynku nie da się wejść, ponieważ od kilku lat stoi opustoszały, po bezpośredniej okolicy też raczej trzeba ostrożnie, bo miejsce przypomina szalet. Ale jaki on jest śliczny! Ogromnie się cieszę, moja czarne serduszko się wzruszyło. Oraz to nie jest tak, że zawsze wszystko się udaje - szukając śniadania na podstawie polecanek evrdtrp nie udało mi się zjeść śniadania w Father Carpenter, bo nie dało się nigdzie zaparkować, a polecane Five Elephant Mitte okazało się pretensjonalną, hipsterską kawiarnią, gdzie - owszem - dobra kawa, ale do jedzenia przedrożone pieczywo francuskie i raczej na wynos, bo w środku blat i trzy stołki. Więc niekoniecznie jest tak, że warto wszystkim ufać. Mnie oczywiście należy, wiadomo.
Wilhelmstrasse, totalnie zachwyt pomnikiem Elsera[2]
Bülowstraße 11 / Siegessaeule
Wilhelmstrasse
Miś / Mall of Berlin
Landwehrkanal
Mall of Berlin[3] / Gertrud-Kolmar-Straße
Tiergarten
Pomnik Elsera[2] / Miś!
Bierpinsel
Bülowstraße
Bierpinsel
Bülowstraße
Meksykańska / Unter den Linden / Grecka
Indyjska / Urodzinowy aperol we włoskiej / Eiffel Berlin
GALERIA ZDJĘĆ.
[2] Georg Elser, człowiek, który prawie zmienił losy świata.
[3] A co można w Mall of Berlin? Można widoki, zwłaszcza z kładki na wysokości Gertrud-Kolmar-Straße, można Teslę, jak kto zasobny, ale można też pyszną herbatę Kusmi Tea, pachnące pianki kąpielowe w Rituals, czekoladki Lindta ze sklepu firmowego oraz zrobić zakupy #paperporn w Idee. I nie tylko, oczywiście.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 30, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
berlin, murale, niemcy
- 3 komentarze
- Skomentuj