Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Alice Munro - Odcienie miłości

Powinnam się poddać, ale nieustająco próbuję odkryć, skąd decyzja komitetu noblowskiego (i coraz bardziej się skłaniam do opcji, że chodziło o wybór najmniej kontrowersyjnego autora). Munro się doskonale czyta, ale absolutnie nic po lekturze mi nie zostaje; ba, zdarzyło mi się nawet przerwać opowiadanie w połowie, bo przysypiałam i po podjęciu lektury już nie pamiętałam, o czym jest. Plus, na co się już skarżyłam parokrotnie, opowiadania opisują jakiś wycinek z życia bohaterów, a czasem nawet jakieś wspomnienie, które po latach uaktywnia coś w ich życiu (albo i nie), ale nie mają zakończenia jako takiego. A to bohaterkę powiadomił ojciec, że jej matka umarła, więc bohaterka wspomina panikę, kiedy zobaczyła, że jej matka planowała się powiesić; co ciekawe, jej młodsza siostra pamięta historię jako żart, który matka chciała zrobić ojcu. Pierwszej żonie były mąż zwierzył się, że zdradza drugą żonę z kochanką. Dwaj bracia żyją obok siebie, jeden w cieniu drugiego, który podczas zabawy uszkodził sobie głowę i nie jest już tak sprawny intelektualnie jak wcześniej. O rodzinnej wyprawie, która mogła się zakończyć tragedią, ale na szczęście nie zakończyła, bo matka we właściwej chwili spojrzała na kąpiącą się córkę. O powrocie po latach do miasteczka i spotkaniu z dawną kochanką, która została żoną brata. I tak dalej.

Inne tej autorki.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 8, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2020, opowiadania - 0 komentarzy - Skomentuj


Alice Munro - Odcienie miłości

Powinnam się poddać, ale nieustająco próbuję odkryć, skąd decyzja komitetu noblowskiego (i coraz bardziej się skłaniam do opcji, że chodziło o wybór najmniej kontrowersyjnego autora). Munro się doskonale czyta, ale absolutnie nic po lekturze mi nie zostaje; ba, zdarzyło mi się nawet przerwać opowiadanie w połowie, bo przysypiałam i po podjęciu lektury już nie pamiętałam, o czym jest. Plus, na co się już skarżyłam parokrotnie, opowiadania opisują jakiś wycinek z życia bohaterów, a czasem nawet jakieś wspomnienie, które po latach uaktywnia coś w ich życiu (albo i nie), ale nie mają zakończenia jako takiego. A to bohaterkę powiadomił ojciec, że jej matka umarła, więc bohaterka wspomina panikę, kiedy zobaczyła, że jej matka planowała się powiesić; co ciekawe, jej młodsza siostra pamięta historię jako żart, który matka chciała zrobić ojcu. Pierwszej żonie były mąż zwierzył się, że zdradza drugą żonę z kochanką. Dwaj bracia żyją obok siebie, jeden w cieniu drugiego, który podczas zabawy uszkodził sobie głowę i nie jest już tak sprawny intelektualnie jak wcześniej. O rodzinnej wyprawie, która mogła się zakończyć tragedią, ale na szczęście nie zakończyła, bo matka we właściwej chwili spojrzała na kąpiącą się córkę. O powrocie po latach do miasteczka i spotkaniu z dawną kochanką, która została żoną brata. I tak dalej.

Inne tej autorki.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 8, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2020, opowiadania - 0 komentarzy - Skomentuj


Mariusz Szczygieł - Osobisty przewodnik po Pradze

Wydanie tej pozycji - bo ciągle nie zdecydowałam, czy jest to pozycja książkowa, czy jednak wydawnictwo typowo turystyczne - poprzedzał spory hype w mediach, przynajmniej tych, które czytam. Po przeczytaniu (i obejrzeniu) uważam, że uzasadniony - tl;dr, warto przeczytać przed wizytą w Pradze.

Słowem kluczowym z tytułu jest “osobisty”. Poza historiami ciekawych miejsc - architektonicznie, kulturowo, historycznie, Szczygieł opisuje swoje wizyty w Pradze również w kontekście wydarzeń i ludzi (Havel, Gott, Hrabal czy dojmująco smutne opowieści o zagładzie praskich Żydów). Mam ochotę wyciągnąć zarówno Gottland (czytany w 2008), jak i “Zrób sobie raj” (2011, ale i tak nic nie pamiętam), żeby jeszcze chwilę pogrzać się w ciepłym opisach Szczygła. Z punktu widzenia turysty, w “Przewodniku” jest spora lista adresów, gdzie warto - na przykład dla mnie to rzeźby Černego, winda typu paternoster w ratuszu czy kilka z obiektów architektonicznych - secesyjnych czy kubistycznych, które mnie zachwyciły po samym opisie.

I tu niestety muszę przejść do tego, na co się najbardziej cieszyłam, czekając na “Przewodnik” i co jednocześnie mnie najbardziej rozczarowało, czyli zdjęcia Filipa Springera. Jeśli ktoś z Was pamięta jakość zdjęć na Instagramie w okolicy 2014 - zaciemnionych “nastrojowymi” filtrami, z ziarnem, takich, że raczej się można było domyślać, co jest sfotografowane niż to wiedzieć, to właśnie takie są zdjęcia w wydawnictwie. Na matowym papierze, który jeszcze pogarsza widoczność. Niektóre z miejsc opisanych znam (ściana Lennona, Kampa, Lucerna czy Synagoga Pinkasa), więc dośpiewałam sobie, co na zdjęciu jest, innych miejsc nie znam i tak wydrukowane zdjęcia mi niewiele dały. Szkoda, zwłaszcza że Springer wystawił na aukcje odbitki zdjęć i wyglądają o niebo lepiej niż w druku.

Inne tego autora tu.

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 7, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, podroze, 2020 - 2 komentarze - Skomentuj


Mariusz Szczygieł - Osobisty przewodnik po Pradze

Wydanie tej pozycji - bo ciągle nie zdecydowałam, czy jest to pozycja książkowa, czy jednak wydawnictwo typowo turystyczne - poprzedzał spory hype w mediach, przynajmniej tych, które czytam. Po przeczytaniu (i obejrzeniu) uważam, że uzasadniony - tl;dr, warto przeczytać przed wizytą w Pradze.

Słowem kluczowym z tytułu jest “osobisty”. Poza historiami ciekawych miejsc - architektonicznie, kulturowo, historycznie, Szczygieł opisuje swoje wizyty w Pradze również w kontekście wydarzeń i ludzi (Havel, Gott, Hrabal czy dojmująco smutne opowieści o zagładzie praskich Żydów). Mam ochotę wyciągnąć zarówno Gottland (czytany w 2008), jak i “Zrób sobie raj” (2011, ale i tak nic nie pamiętam), żeby jeszcze chwilę pogrzać się w ciepłym opisach Szczygła. Z punktu widzenia turysty, w “Przewodniku” jest spora lista adresów, gdzie warto - na przykład dla mnie to rzeźby Černego, winda typu paternoster w ratuszu czy kilka z obiektów architektonicznych - secesyjnych czy kubistycznych, które mnie zachwyciły po samym opisie.

I tu niestety muszę przejść do tego, na co się najbardziej cieszyłam, czekając na “Przewodnik” i co jednocześnie mnie najbardziej rozczarowało, czyli zdjęcia Filipa Springera. Jeśli ktoś z Was pamięta jakość zdjęć na Instagramie w okolicy 2014 - zaciemnionych “nastrojowymi” filtrami, z ziarnem, takich, że raczej się można było domyślać, co jest sfotografowane niż to wiedzieć, to właśnie takie są zdjęcia w wydawnictwie. Na matowym papierze, który jeszcze pogarsza widoczność. Niektóre z miejsc opisanych znam (ściana Lennona, Kampa, Lucerna czy Synagoga Pinkasa), więc dośpiewałam sobie, co na zdjęciu jest, innych miejsc nie znam i tak wydrukowane zdjęcia mi niewiele dały. Szkoda, zwłaszcza że Springer wystawił na aukcje odbitki zdjęć i wyglądają o niebo lepiej niż w druku.

Inne tego autora tu.

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 7, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, podroze, 2020 - 2 komentarze - Skomentuj


Run

Ruby (Merritt Wever, Zoey z “Nurse Jackie”) i Billy (Domhnall Gleeson, Bill Weasley z “Harry’ego Pottera) przed 17 laty ustalili, że jeśli któreś z nich nie będzie dawać sobie rady z życiem, wyśle do drugiego SMS-a o treści “RUN” (ucieczka), a jeśli adresat odpowie tym samym, spotkają się na dworcu w Nowym Jorku i ruszą w tygodniową podróż przez Stany, zostawiając wszystko za sobą. Po tygodniu razem zdecydują, czy wracają do dotychczasowego życia, czy jednak chcą ze sobą być. Szybko okazuje się, że Ruby ma do czego wracać (mąż, dzieci), Billy chyba popalił za sobą mosty. Na początku to w zasadzie teatr dwojga aktorów, potem do akcji włączają się inni - Fiona (Archie Panjabi), współpracowniczka Billy’ego, mąż Ruby, wreszcie w finale ekscentryczna taksydermistka (Phoebe Waller-Bridge).

Wadą serialu jest to, że jest serialem i HBO podawało go po odcinku. Po zakończeniu można już uczciwie obejrzeć go jednym ciągiem, co ma więcej sensu dla emocji i fabuły (początkowo produkcja miała być filmem). Poza tym to ogromnie pyszne kino, mnóstwo chemii między bohaterami, impulsywność, brawura, brak rozwagi; może ze względu na pociąg skojarzyło mi się z o wiele bardziej stonowanym “Przed wschodem słońca”, tyle że tutaj bohaterowie się znali i mieli za sobą burzliwą przeszłość. I absolutnie zaskakujące zakończenie, bardzo w absurdalnym stylu “Fargo”.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 5, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Run

Ruby (Merritt Wever, Zoey z “Nurse Jackie”) i Billy (Domhnall Gleeson, Bill Weasley z “Harry’ego Pottera) przed 17 laty ustalili, że jeśli któreś z nich nie będzie dawać sobie rady z życiem, wyśle do drugiego SMS-a o treści “RUN” (ucieczka), a jeśli adresat odpowie tym samym, spotkają się na dworcu w Nowym Jorku i ruszą w tygodniową podróż przez Stany, zostawiając wszystko za sobą. Po tygodniu razem zdecydują, czy wracają do dotychczasowego życia, czy jednak chcą ze sobą być. Szybko okazuje się, że Ruby ma do czego wracać (mąż, dzieci), Billy chyba popalił za sobą mosty. Na początku to w zasadzie teatr dwojga aktorów, potem do akcji włączają się inni - Fiona (Archie Panjabi), współpracowniczka Billy’ego, mąż Ruby, wreszcie w finale ekscentryczna taksydermistka (Phoebe Waller-Bridge).

Wadą serialu jest to, że jest serialem i HBO podawało go po odcinku. Po zakończeniu można już uczciwie obejrzeć go jednym ciągiem, co ma więcej sensu dla emocji i fabuły (początkowo produkcja miała być filmem). Poza tym to ogromnie pyszne kino, mnóstwo chemii między bohaterami, impulsywność, brawura, brak rozwagi; może ze względu na pociąg skojarzyło mi się z o wiele bardziej stonowanym “Przed wschodem słońca”, tyle że tutaj bohaterowie się znali i mieli za sobą burzliwą przeszłość. I absolutnie zaskakujące zakończenie, bardzo w absurdalnym stylu “Fargo”.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 5, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ale jak to Zamek Książ

[23-24.05.2020]

Zanim zacznę - tak, jest pandemia; tak, lepiej zostać w domu. Mimo tego, kiedy tylko państwo z kartonu poluzowało obostrzenia, zarezerwowałam wyjazd. Na jedną noc. Nie za daleko. Ale żeby po ponad dwóch miesiącach zobaczyć coś innego niż trójkąt dom-spożywczy-nawynos. Eksperci kalkulują ryzyko wyjazdu w niezatłoczone miejsce, z zachowaniem dystansu i codziennej higieny (maseczki, mycie rąk, odkażanie) jako niskie do średniego w zależności od higieny miejsca. Zagrożenie mniejsze niż wizyta w sklepie na rogu, gdzie maseczki można, ale tylko na usta, a najlepiej na brodzie, oraz dystans oznacza, że może nikt ci się nie kładzie na plecach, ale oddech na karku czujesz. Więc.

I tu całkiem serio prośba - nie znam Polski, a tegoroczne wakacje planuję jako serię krótszych wyjazdów tam, gdzie ładnie. Z przyczyn oczywistych odpada Bałtyk (prędzej Ostsee, bo tam jednak luźniej, ale to muszą do sąsiadów granice otworzyć), ale chętnie przyjmę polecanki na ładne lokalizacje, mile widziane jeziora do pływania w okolicy, raczej nie całkiem dzicz, bo wifi i kaflowaną łazienkę przyjemnie mieć, ale i nie centrum stolicy. Dajcie cioci Zuzie coś ładnego do inspiracji.

Jeśli się zastanawialiście kiedyś, czy warto obejrzeć Zamek Książ od środka, to warto. Trasa zwiedzania nie jest długa (w porównaniu z wielkością obiektu - 400 pomieszczeń, z czego dostępnych jest ponad 20), ale przez jakąś godzinę prowadzi audioguidem[1] przez pomieszczenia reprezentacyjne i mieszkalne, hole, klatki schodowe, obłędną salę balową z muzycznymi krużgankami i żyrandolem spuszczanym na korbkę z sufitu, wystawę sztuki współczesnej, sklep z pamiątkami i - po oddaniu audioguide’a - tarasy. Młodzież nieznudzona, chociaż połowę czasu walczyła ze słuchawkami, co podobno “same wypadają z uszu”. Tłumów nie było, może dlatego, że pogoda iście majowa - słońce przerywane urwaniem chmury, chociaż ciepło. Tarasy bez Ogrodu Świateł, za to z soczystą zielenią i rododendronami we wszystkich chyba możliwych kolorach. Uczciwy catspotting - spotkałam chyba 5 różnych; pani z obsługi wyjaśniła, że jest co najmniej siedem, co najmniej, bo to się dynamicznie zmienia (oraz było więcej, ale ktoś je wytruł, człowiek korona stworzenia). Mimo deszczu przespacerowałam rodzinę po parku, skutecznie niszcząc pantofelki (ale wyschły bez szkody). Oraz byłam absolutnie super dzielna, wstając o 5:33 (no, 5:57, jakiś czas deliberując pod kołdrą czy bardzo mi się nie chce, czy jednak może choć trochę) na poranny spacer dookoła zamku, gdzie tylko koty i autonomiczna kosiarka Husqvarna.

Jak poprzednio, nocowałam w hotelu Zamkowym, ale to był już ostatni raz. Poprzednio kwestię szumiącej przez całą noc wody w rurach zrzuciłam na problemy techniczne, ale ponieważ pół roku później cisza nocna dalej była mocno względna, na kolejną (bo będzie, zdecydowanie!) jednak poszukam czegoś innego. Poza irytującym szumem hotel jest całkiem w porządku, wygodne łóżka, czysto, bogate śniadania w restauracji opodal (ze względu na pandemię wszystko poporcjowane, na żądanie jest robione świeże ciepłe), ale ja jednak lubię w nocy ciszę.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Do audioguide’a dodawane są jednorazowe słuchawki. Można zabrać ze sobą albo wyrzucić.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 4, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: polska, walbrzych, ksiaz - 3 komentarze - Skomentuj


Ale jak to Zamek Książ

[23-24.05.2020]

Zanim zacznę - tak, jest pandemia; tak, lepiej zostać w domu. Mimo tego, kiedy tylko państwo z kartonu poluzowało obostrzenia, zarezerwowałam wyjazd. Na jedną noc. Nie za daleko. Ale żeby po ponad dwóch miesiącach zobaczyć coś innego niż trójkąt dom-spożywczy-nawynos. Eksperci kalkulują ryzyko wyjazdu w niezatłoczone miejsce, z zachowaniem dystansu i codziennej higieny (maseczki, mycie rąk, odkażanie) jako niskie do średniego w zależności od higieny miejsca. Zagrożenie mniejsze niż wizyta w sklepie na rogu, gdzie maseczki można, ale tylko na usta, a najlepiej na brodzie, oraz dystans oznacza, że może nikt ci się nie kładzie na plecach, ale oddech na karku czujesz. Więc.

I tu całkiem serio prośba - nie znam Polski, a tegoroczne wakacje planuję jako serię krótszych wyjazdów tam, gdzie ładnie. Z przyczyn oczywistych odpada Bałtyk (prędzej Ostsee, bo tam jednak luźniej, ale to muszą do sąsiadów granice otworzyć), ale chętnie przyjmę polecanki na ładne lokalizacje, mile widziane jeziora do pływania w okolicy, raczej nie całkiem dzicz, bo wifi i kaflowaną łazienkę przyjemnie mieć, ale i nie centrum stolicy. Dajcie cioci Zuzie coś ładnego do inspiracji.

Jeśli się zastanawialiście kiedyś, czy warto obejrzeć Zamek Książ od środka, to warto. Trasa zwiedzania nie jest długa (w porównaniu z wielkością obiektu - 400 pomieszczeń, z czego dostępnych jest ponad 20), ale przez jakąś godzinę prowadzi audioguidem[1] przez pomieszczenia reprezentacyjne i mieszkalne, hole, klatki schodowe, obłędną salę balową z muzycznymi krużgankami i żyrandolem spuszczanym na korbkę z sufitu, wystawę sztuki współczesnej, sklep z pamiątkami i - po oddaniu audioguide’a - tarasy. Młodzież nieznudzona, chociaż połowę czasu walczyła ze słuchawkami, co podobno “same wypadają z uszu”. Tłumów nie było, może dlatego, że pogoda iście majowa - słońce przerywane urwaniem chmury, chociaż ciepło. Tarasy bez Ogrodu Świateł, za to z soczystą zielenią i rododendronami we wszystkich chyba możliwych kolorach. Uczciwy catspotting - spotkałam chyba 5 różnych; pani z obsługi wyjaśniła, że jest co najmniej siedem, co najmniej, bo to się dynamicznie zmienia (oraz było więcej, ale ktoś je wytruł, człowiek korona stworzenia). Mimo deszczu przespacerowałam rodzinę po parku, skutecznie niszcząc pantofelki (ale wyschły bez szkody). Oraz byłam absolutnie super dzielna, wstając o 5:33 (no, 5:57, jakiś czas deliberując pod kołdrą czy bardzo mi się nie chce, czy jednak może choć trochę) na poranny spacer dookoła zamku, gdzie tylko koty i autonomiczna kosiarka Husqvarna.

Jak poprzednio, nocowałam w hotelu Zamkowym, ale to był już ostatni raz. Poprzednio kwestię szumiącej przez całą noc wody w rurach zrzuciłam na problemy techniczne, ale ponieważ pół roku później cisza nocna dalej była mocno względna, na kolejną (bo będzie, zdecydowanie!) jednak poszukam czegoś innego. Poza irytującym szumem hotel jest całkiem w porządku, wygodne łóżka, czysto, bogate śniadania w restauracji opodal (ze względu na pandemię wszystko poporcjowane, na żądanie jest robione świeże ciepłe), ale ja jednak lubię w nocy ciszę.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Do audioguide’a dodawane są jednorazowe słuchawki. Można zabrać ze sobą albo wyrzucić.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 4, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: polska, walbrzych, ksiaz - 3 komentarze - Skomentuj


Zygmunt Zeydler-Zborowski - Alicja nr 3

Znany pisarz kryminałów, Zygmunt (narrator), udaje się do Rzymu na zaproszenie byłej żony Joanny i jej drugiego, włoskiego męża. W samolocie zachwyca się kolankiem sąsiadki, Alicji, dzięki czemu nawiązuje znajomość, którą potem kontynuuje mimo drwiących komentarzy byłej żony. Alicja okazuje się być w połowie Polką, w połowie Włoszką, zaprasza Zygmunta na kolację do posiadłości swojej babki, włoskiej hrabiny. Zwierza się też, że się czegoś obawia. Wracają razem do Polski, ale Alicję wynoszą z samolotu martwą, ktoś ją otruł. Downar prosi więc narratora o powrót do Włoch i nieformalne śledztwo, prośbę wspomagając dietą w dolarach[1]. Na miejscu okazuje się, że na miejscu zmarłej Alicji znajduje się zupełnie inna osoba, a wszyscy udają, że podmianka nie miała miejsca; śledztwo wspomagane przez wnuczkę hrabiny, Luizę, wskazuje, że przed Alicją znaną narratorowi była jeszcze jedna, pochowana na podmiejskim cmentarzu pod fałszywym nazwiskiem. Pojawia się wątek handlarzy narkotyków i porwania, Zygmunt zyskuje niespodziewanych sprzymierzeńców w osobach marynarza Heniusia Boćwiny zwanego Pieszczochem[2] oraz porucznika Kudeli, wysłanym jako tajna eskorta, i metodami raczej nielegalnymi (szantaż, wtargnięcie) pozyskuje informacje potrzebne dla zlikwidowania gangu, asumpt do podejrzeń daje mu widok bogactwa jednej ze spotkanych postaci[3].

Się ma: spadek w “tych jeszcze dobrych dolarach” (?!).
Się je i pije: soczystą szynkę, znakomitą polędwicę oraz wyborny schab pieczony plus owoce, sery, ciasto i herbatę (na pokładzie samolotu PL LOT), płatki owsiane na mleku (na śniadanie), soczewicę, szynkę i sałatkę jarzynową, popijając obficie czerwonym winem (u eks-żony), pieczone kurczęta, wyborną sałatę, przyrumienione kartofelki, wino, ciasta, owoce, sery (u aktualnej żony), makaron z parmezanem i kotlet z sałatą, cienkie wino do popicia, sandwicze z szynką i sok pomarańczowy, smażoną rybę, sałatę i pół litra wina, risotto i wątróbkę z białym winem, znowu risotto, ale tym razem a la Milanese i smażoną rybę z sałatą, tylko ćwierć litra wina, oliwki, cieniutkie frytki, ser i skórkę z pieczonego prosięcia jako zagryzkę pod wino (w licznych barach i trattoriach), kabanosy, ser i trochę czerstwe, ale smaczne obwarzanki pod butelkę polskiej wódki (u porucznika Kudeli).
Się narzeka: na spaliny, smog i samochody w Rzymie oraz głośną muzykę “jazzową”.
Się wiezie do Włoch (samolotem!): chleb razowy, suchą kiełbasę, czekoladki, śledzie w oliwie, śledzie w occie, makowce i babki od Gajewskiego oraz maszynę do pisania.
Się pali: w samolocie (oprócz narratora, który nie pali w ogóle!).
Się obserwuje kobiety: ”zacząłem natomiast z żywym zainteresowaniem przyglądać się stewardesom. Wszystkie były młode, zgrabne i przystojne. Tylko ich zawodowe uśmiechy, chłodne i bezosobowe, działały jak sprawnie funkcjonująca lodówka „Polar”. Nie mogę wymagać, żeby te młodziutkie dziewczęta zakochały się od pierwszego wejrzenia w starszym panu o siwej, mocno już przerzedzonej czuprynie i zaczerwienionych oczach - pomyślałem melancholijnie”; “Nigdy nie miałem zbytniego zaufania do kobiet za kierownicą”. Było jeszcze o fantazjach erotycznych z zakonnicą, ale się zlituję i pominę.

[1] Tutaj autor wchodzi nieco w postmodernizm, komentując całą fabułę ustami aktualnej żony Zygmunta, Bożeny:

- Dobrze się czyta. Bardzo mało prawdopodobne, ale zabawne. Powinni ci to chyba wydrukować.
- Co ci się wydaje mało prawdopodobne? - zainteresowałem się.
- Wszystko, a przede wszystkim to, że Downar dał ci tysiąc dolarów. Wierzysz w cuda?

[2] Obraz Polaków za granicą jest, oględnie mówiąc, dość prosty - wszyscy są raczej grubociosani i w sytuacjach stresowych rzucają kurwami (również funkcjonariusze):

[Heniusia] Twarzyczka nie wzbudziła we mnie zachwytu niezmiernie trudno było oprzeć się wrażeniu, że nowo przybyły mógłby bez większej charakteryzacji dublować oryginalnego goryla w jakimś ogrodzie zoologicznym. To podobieństwo do antropoidalnej małpy potęgował fakt, iż nos tego człowieka wyglądał tak, jakby ktoś po nim przejechał rowerem.

[3] Dziwnie nie mam zaufania do ludzi bardzo bogatych. Być może, działa tu jakiś odruch nabyty w ojczystym kraju, ale milionerzy, bez względu na narodowość, napawają mnie zawsze pewnym niepokojem. Nie mogę uwierzyć, żeby ogromne bogactwa można było zdobyć uczciwą pracą.

Inne tego autora tu.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 1, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2020, kryminal - 2 komentarze - Skomentuj


Zygmunt Zeydler-Zborowski - Alicja nr 3

Znany pisarz kryminałów, Zygmunt (narrator), udaje się do Rzymu na zaproszenie byłej żony Joanny i jej drugiego, włoskiego męża. W samolocie zachwyca się kolankiem sąsiadki, Alicji, dzięki czemu nawiązuje znajomość, którą potem kontynuuje mimo drwiących komentarzy byłej żony. Alicja okazuje się być w połowie Polką, w połowie Włoszką, zaprasza Zygmunta na kolację do posiadłości swojej babki, włoskiej hrabiny. Zwierza się też, że się czegoś obawia. Wracają razem do Polski, ale Alicję wynoszą z samolotu martwą, ktoś ją otruł. Downar prosi więc narratora o powrót do Włoch i nieformalne śledztwo, prośbę wspomagając dietą w dolarach[1]. Na miejscu okazuje się, że na miejscu zmarłej Alicji znajduje się zupełnie inna osoba, a wszyscy udają, że podmianka nie miała miejsca; śledztwo wspomagane przez wnuczkę hrabiny, Luizę, wskazuje, że przed Alicją znaną narratorowi była jeszcze jedna, pochowana na podmiejskim cmentarzu pod fałszywym nazwiskiem. Pojawia się wątek handlarzy narkotyków i porwania, Zygmunt zyskuje niespodziewanych sprzymierzeńców w osobach marynarza Heniusia Boćwiny zwanego Pieszczochem[2] oraz porucznika Kudeli, wysłanym jako tajna eskorta, i metodami raczej nielegalnymi (szantaż, wtargnięcie) pozyskuje informacje potrzebne dla zlikwidowania gangu, asumpt do podejrzeń daje mu widok bogactwa jednej ze spotkanych postaci[3].

Się ma: spadek w “tych jeszcze dobrych dolarach” (?!).
Się je i pije: soczystą szynkę, znakomitą polędwicę oraz wyborny schab pieczony plus owoce, sery, ciasto i herbatę (na pokładzie samolotu PL LOT), płatki owsiane na mleku (na śniadanie), soczewicę, szynkę i sałatkę jarzynową, popijając obficie czerwonym winem (u eks-żony), pieczone kurczęta, wyborną sałatę, przyrumienione kartofelki, wino, ciasta, owoce, sery (u aktualnej żony), makaron z parmezanem i kotlet z sałatą, cienkie wino do popicia, sandwicze z szynką i sok pomarańczowy, smażoną rybę, sałatę i pół litra wina, risotto i wątróbkę z białym winem, znowu risotto, ale tym razem a la Milanese i smażoną rybę z sałatą, tylko ćwierć litra wina, oliwki, cieniutkie frytki, ser i skórkę z pieczonego prosięcia jako zagryzkę pod wino (w licznych barach i trattoriach), kabanosy, ser i trochę czerstwe, ale smaczne obwarzanki pod butelkę polskiej wódki (u porucznika Kudeli).
Się narzeka: na spaliny, smog i samochody w Rzymie oraz głośną muzykę “jazzową”.
Się wiezie do Włoch (samolotem!): chleb razowy, suchą kiełbasę, czekoladki, śledzie w oliwie, śledzie w occie, makowce i babki od Gajewskiego oraz maszynę do pisania.
Się pali: w samolocie (oprócz narratora, który nie pali w ogóle!).
Się obserwuje kobiety: ”zacząłem natomiast z żywym zainteresowaniem przyglądać się stewardesom. Wszystkie były młode, zgrabne i przystojne. Tylko ich zawodowe uśmiechy, chłodne i bezosobowe, działały jak sprawnie funkcjonująca lodówka „Polar”. Nie mogę wymagać, żeby te młodziutkie dziewczęta zakochały się od pierwszego wejrzenia w starszym panu o siwej, mocno już przerzedzonej czuprynie i zaczerwienionych oczach - pomyślałem melancholijnie”; “Nigdy nie miałem zbytniego zaufania do kobiet za kierownicą”. Było jeszcze o fantazjach erotycznych z zakonnicą, ale się zlituję i pominę.

[1] Tutaj autor wchodzi nieco w postmodernizm, komentując całą fabułę ustami aktualnej żony Zygmunta, Bożeny:

- Dobrze się czyta. Bardzo mało prawdopodobne, ale zabawne. Powinni ci to chyba wydrukować.
- Co ci się wydaje mało prawdopodobne? - zainteresowałem się.
- Wszystko, a przede wszystkim to, że Downar dał ci tysiąc dolarów. Wierzysz w cuda?

[2] Obraz Polaków za granicą jest, oględnie mówiąc, dość prosty - wszyscy są raczej grubociosani i w sytuacjach stresowych rzucają kurwami (również funkcjonariusze):

[Heniusia] Twarzyczka nie wzbudziła we mnie zachwytu niezmiernie trudno było oprzeć się wrażeniu, że nowo przybyły mógłby bez większej charakteryzacji dublować oryginalnego goryla w jakimś ogrodzie zoologicznym. To podobieństwo do antropoidalnej małpy potęgował fakt, iż nos tego człowieka wyglądał tak, jakby ktoś po nim przejechał rowerem.

[3] Dziwnie nie mam zaufania do ludzi bardzo bogatych. Być może, działa tu jakiś odruch nabyty w ojczystym kraju, ale milionerzy, bez względu na narodowość, napawają mnie zawsze pewnym niepokojem. Nie mogę uwierzyć, żeby ogromne bogactwa można było zdobyć uczciwą pracą.

Inne tego autora tu.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 1, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2020, kryminal - 2 komentarze - Skomentuj