Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O tym, jakie kopytka mają alpaki

[15.09.2019]

Żeby nie trzymać Was w niepewności, alpaki mają kopytka miękkie jak psia łapa, zupełnie nie zrogowaciałe, za to - tak jak psy - z pazurami, które trzeba przycinać. Co za tym idzie, zwierzę łatwo sobie może kończynę zranić albo sparzyć o gorący asfalt. Dlatego na spacer z alpaką z “Przytul alpakę” można umówić się późnym popołudniem (w moim przypadku o 17), kiedy już nawet w upalny dzień temperatura spada do akceptowalnych wartości. Może i alpaki nie są specjalnie towarzyskimi zwierzętami (nie kładą się na kolanach, nie merdają ogonem, nie mruczą), ale są absolutnie mięciutkie i cieplutkie, ładnie pachną, pozwalają się przytulić i nawet zbytnio nie brykają podczas spaceru, chyba że znajdą coś soczystego do skubnięcia na poboczu. Aktualnie na spacery wychodzą dwa samczyki - Primek i Ptysiek, samiczki podobno są humorzaste, bo hormon. Poza alpakami, które mają miękkie pyszczki i śliczne rzęsy, w hodowli są dwa małe koty (takie w wersji “weź na ręce, a ja włączę moduł mruczący”) oraz właściciel, który opowiada o alpakach wszystko. I wydaje marchewkę do karmienia.

Na spacer z alpakami można umawiać się jeszcze przez jakiś czas w tym roku, potem dopiero na wiosnę. Adres: Kowalewska 30, Suchorzew, facebook.

GALERIA ZDJĘĆ (niewiele, bo emocji mnóstwo). A o tym, co robiłam do 17, niebawem.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend - Tag: suchorzew - 0 komentarzy - Skomentuj


Witaszyce - Dobrzyca - Szwajcaria Żerkowska

[15.09.2019]

Ponieważ musiałam zagospodarować czas do 17, żeby nie marnować jednego z, jak na razie, ostatnich pięknych dni lata, dodatkowo odwiedziliśmy Witaszyce i Dobrzycę, a już w drodze powrotnej zahaczyliśmy o punkt widokowy w Szwajcarii Żerkowskiej.

Do Witaszyc chciałam pojechać już dawno, od kiedy dowiedziałam się, że mieści się tam Muzeum Dwóch Imperiów - Gwiezdnych Wojen i Wojen Napoleońskich. W samym neobarokowym pałacu mieści się hotel i restauracja[1], muzea zaś w dworku w przypałacowym ogrodzie. Ze względu na brak zainteresowań historycznych u młodzieży, ograniczyliśmy się do zbierania kasztanów w parku, trampoliny i Gwiezdnych Wojen. Dla fanów może być to miejsce kultowe, dla nie-fanów warte jednorazowej wizyty. Majut się nieco strachał, bo piwnica.

Jak za czasów Napoleona / Wtem w ogrodzie Sala balowa / Trooper z Maryjką (chyba)

[1] Restauracja przyzwoita, z polską kuchnią domową, dodatkowo można zjeść w sali balowej, bo akurat było miejsce.

Angielski park w Dobrzycy określany jest jako Wielkopolskie Łazienki. W klasycystycznym pałacu można zwiedzić muzeum ziemiaństwa, ale ponieważ wyklepałam się/młodzież zgadła, że jedziemy do alpak, przebiegliśmy przez park, zatrzymując się w oranżerii (makieta kolejki), przy monopterze (już wiem, co to jest monopter!) i przy klatce z pawiami (najdłużej, albowiem dziecko mnie mobilizowało, żebym patykiem pozyskała pióro zza podwójnej siatki; da się, że wymaga manipulowania i nadludzkiej zręczności). Zdjęć pawi nie ma.

Oranżeria Pałac / Pomnik otwieracza?!

Rzutem na taśmę wbiłam na punkt widokowy między Żerkowem a Śmiełowem. Punkt widokowy to mocne określenie na niewielką drewnianą ambonę z kilkoma schodkami, ale widok na krainę nazwaną nie bez powodu “Szwajcarią Żerkowską” jest zdecydowanie wart zatrzymania się. Może nie już po zachodzie słońca i z czymś lepszym optycznie niż telefon. Z niewielkiego wzniesienia widać dolinę trzech rzek (Warty, Prosny i Lutyni) z małym miasteczkiem, znak szczególny - biały kościół z wieżą.

Adresy:

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tagi: witaszyce, zerkow, szwajcaria-zerkowska, dobrzyca - 0 komentarzy - Skomentuj


Dashiell Hammett - Sokół maltański

Panna Wonderly zgłasza się do Sama Spade’a, ponieważ nie może się skontaktować ze swoją siostrą Corinne, która podobnież zadawała się z przedstawicielem półświatka, Floydem Thursbym. Wspólnik Sama, Miles Archer, ostrzy sobie ząbki na uroczą pannę, planując po zakończeniu poszukiwań zająć się nią bardziej intymnie. Wtem coś idzie nie tak, najpierw martwy zostaje znaleziony Archer, potem Thursby. Szybko wychodzi, że panna Wonderly wcale nie ma siostry, nie nazywa się Wonderly, a straszliwie zagmatwana intryga zmusza Spade’a do lawirowania między siedzącą mu na karku policją, a przestępcami, którzy usiłują od mijającej się z prawdą panny wydobyć cenną statuetkę, tytułowego sokoła maltańskiego.

Niestety, jak na top10 wszelkich rankingów powieści kryminalnych, to straszliwie słaba książka. Prowadzenie śledztwa przez Spade’a polega na spuszczaniu łomotu rozmówcom, przeszukiwaniu mieszkań i pokojów hotelowych, nadużywaniu przyjaźni i namawiania znajomych do półlegalnych przysług, podpuszczaniu ludzi na siebie nawzajem, żeby się wygadali, czy wreszcie na piciu sporych ilości alkoholu. Sam Spade jest osobnikiem przeraźliwie antypatycznym, zrzucającym na (tak na oko zakochaną w nim) sekretarkę rzeczy przykre (np. konieczności poinformowania żony Archera, że właśnie została wdową, przy czym sekretarka ma polecenie trzymać ją od niego z daleka, bo wprawdzie Spade z żoną partnera sypiał, ale już go za bardzo irytuje albo wyjaśniania policji, skąd zakrwawione zwłoki w agencji). Na to wszystko nakłada się rozbuchany erotyzm detektywa: sypiał z żoną partnera (“- Nic nie poradzę, że nie umiem inaczej postępować z kobietami - rzekł tonem skargi - a poza tym nie lubiłem Milesa”), okłamuje klientkę, że ktoś ją śledzi, więc dziewczę zostaje więc u niego na noc (z wiadomym skutkiem), wielokrotnie obraża swoją sekretarkę (”- Jesteś aniołem - rzekł z czułością poprzez dym - moim aniołkiem z pustą głową. Uśmiechnęła się trochę kwaśno”) czy wreszcie do każdej kobiety pcha się z łapami - tu przytuli policzek do biodra stojącej obok niego sekretarki lub szarpnie w zdenerwowaniu jej ramiona, tu oprze dłoń na “pulchnym ramieniu” telefonistki, tam kładzie dłoń na gładkim, nagim ramieniu klientki albo na jej kolanie.

Spoiler alert! Doskonałym podsumowaniem jest wyimek z posłowia, autorstwa Krzysztofa Zarzeckiego: “I nie okaże się bynajmniej rycerzem z dawnych romansów, który na koniec poprowadzi swoją wybrankę do ołtarza, lecz gorzkim realistą z nowoczesnej powieści, który odda w ręce policji przewrotną klientkę, mimo że wziął od niej pieniądze, przespał się z nią po drodze i ciągle nieobojętne mu są jej wdzięki”. (posłowie).

Się je: nóżki w galarecie, kanapki z pasztetówką i peklowaną wołowiną, jajka, bułki i sok pomarańczowy albo jajecznicę na bekonie i grzanki z marmoladą na śniadanie, kotlet, pieczony kartofel i sałatkę z pomidorów na obiad.
Się pije: bacardi, brandy, johnnie walker, cocktail manhattan.

#70 + ponownie przeczytany #71 Łups!.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 14, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, mwa, cwa, 2019, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 4 komentarze - Skomentuj


Dashiell Hammett - Sokół maltański

Panna Wonderly zgłasza się do Sama Spade’a, ponieważ nie może się skontaktować ze swoją siostrą Corinne, która podobnież zadawała się z przedstawicielem półświatka, Floydem Thursbym. Wspólnik Sama, Miles Archer, ostrzy sobie ząbki na uroczą pannę, planując po zakończeniu poszukiwań zająć się nią bardziej intymnie. Wtem coś idzie nie tak, najpierw martwy zostaje znaleziony Archer, potem Thursby. Szybko wychodzi, że panna Wonderly wcale nie ma siostry, nie nazywa się Wonderly, a straszliwie zagmatwana intryga zmusza Spade’a do lawirowania między siedzącą mu na karku policją, a przestępcami, którzy usiłują od mijającej się z prawdą panny wydobyć cenną statuetkę, tytułowego sokoła maltańskiego.

Niestety, jak na top10 wszelkich rankingów powieści kryminalnych, to straszliwie słaba książka. Prowadzenie śledztwa przez Spade’a polega na spuszczaniu łomotu rozmówcom, przeszukiwaniu mieszkań i pokojów hotelowych, nadużywaniu przyjaźni i namawiania znajomych do półlegalnych przysług, podpuszczaniu ludzi na siebie nawzajem, żeby się wygadali, czy wreszcie na piciu sporych ilości alkoholu. Sam Spade jest osobnikiem przeraźliwie antypatycznym, zrzucającym na (tak na oko zakochaną w nim) sekretarkę rzeczy przykre (np. konieczności poinformowania żony Archera, że właśnie została wdową, przy czym sekretarka ma polecenie trzymać ją od niego z daleka, bo wprawdzie Spade z żoną partnera sypiał, ale już go za bardzo irytuje albo wyjaśniania policji, skąd zakrwawione zwłoki w agencji). Na to wszystko nakłada się rozbuchany erotyzm detektywa: sypiał z żoną partnera (“- Nic nie poradzę, że nie umiem inaczej postępować z kobietami - rzekł tonem skargi - a poza tym nie lubiłem Milesa”), okłamuje klientkę, że ktoś ją śledzi, więc dziewczę zostaje więc u niego na noc (z wiadomym skutkiem), wielokrotnie obraża swoją sekretarkę (”- Jesteś aniołem - rzekł z czułością poprzez dym - moim aniołkiem z pustą głową. Uśmiechnęła się trochę kwaśno”) czy wreszcie do każdej kobiety pcha się z łapami - tu przytuli policzek do biodra stojącej obok niego sekretarki lub szarpnie w zdenerwowaniu jej ramiona, tu oprze dłoń na “pulchnym ramieniu” telefonistki, tam kładzie dłoń na gładkim, nagim ramieniu klientki albo na jej kolanie.

Spoiler alert! Doskonałym podsumowaniem jest wyimek z posłowia, autorstwa Krzysztofa Zarzeckiego: “I nie okaże się bynajmniej rycerzem z dawnych romansów, który na koniec poprowadzi swoją wybrankę do ołtarza, lecz gorzkim realistą z nowoczesnej powieści, który odda w ręce policji przewrotną klientkę, mimo że wziął od niej pieniądze, przespał się z nią po drodze i ciągle nieobojętne mu są jej wdzięki”. (posłowie).

Się je: nóżki w galarecie, kanapki z pasztetówką i peklowaną wołowiną, jajka, bułki i sok pomarańczowy albo jajecznicę na bekonie i grzanki z marmoladą na śniadanie, kotlet, pieczony kartofel i sałatkę z pomidorów na obiad.
Się pije: bacardi, brandy, johnnie walker, cocktail manhattan.

#70 + ponownie przeczytany #71 Łups!.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 14, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, mwa, cwa, 2019, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 4 komentarze - Skomentuj


Émile Ajar - Życie przed sobą

Schyłek lat 60., Paryż. Belleville, dzielnica pełna kolorowych emigrantów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, kilku-kilkunastoletni (do pewnego momentu sam nie wie, ile ma lat) Arab. Opiekuje się nim pani Roza, chorobliwie otyła stara Żydówka z Polski, cudem uratowana z obozu (do dziś trzyma pod łóżkiem portret Hitlera, co stanowi pocieszenie w trudnych chwilach, bo ona żyje, a on nie). Kiedyś była prostytutką, “radziła sobie” na ulicy, obecnie zajmuje się dziećmi innych dam ulicznych, którym nie wolno oficjalnie mieć dzieci, nawet jeśli mają “strączyciela”. Narracja Momo, chłopca wychowywanego przez całą dzielnicę - lekarza-społecznika, transwestytę Lolę, lokalnych sprzedawców czy liczne damy negocjowalnego afektu, w przerażający sposób pokazuje (co potęgowane jest naiwną narracją przedwcześnie dojrzałego dziecka) zaniedbania społeczne w środowiskach emigranckich i tych, którzy żyją na obrzeżach legalności.

Oprócz przemycanej między wierszami historii życia Momo, to bardzo fizjologiczna opowieść o umieraniu. Momo zdaje sobie sprawę, że zdrowie pani Rozy coraz bardziej szwankuje, nawet nie przez to, że mieszkają na 6. piętrze, ale z powodu postępującej degeneracji jej mózgu z powodu problemów z krążeniem (według Momo cierpi na “amnestię”). Pani Roza również zdaje sobie z tego sprawę, a jej największą obawą jest śmierć (a wcześniej długa wegetacja) w szpitalu, którego - jak i wszystkich innych służb socjalnych - panicznie się boi. Pani Roza jest jedyną osobą, którą funkcjonalnie osierocony Momo kocha; chce zrobić wszystko, żeby złagodzić jej cierpienie odchodzenia, na tyle, na ile dziecko jest w stanie pomóc. Celne spostrzeżenia Momo, czasem zabawne swoją świeżością, podkreślają tylko grozę opisywanej historii (svanyavr pułbcvrp hxeljn cnavą Ebmę j cemltbgbjnarw cemrm avą abemr j cvjavpl, tqmvr bcvrxhwr fvę cemrm gltbqavr wrw ebmxłnqnwąplz fvę pvnłrz).

Nie znałam wcześniej nazwiska autora, zapewne dlatego, że pseudonim Romaina Gary’ego, którego już bardziej kojarzę (choć nic nie czytałam).

Inne tego autora:

#69/#10

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 13, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 2 komentarze - Skomentuj


Émile Ajar - Życie przed sobą

Schyłek lat 60., Paryż. Belleville, dzielnica pełna kolorowych emigrantów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, kilku-kilkunastoletni (do pewnego momentu sam nie wie, ile ma lat) Arab. Opiekuje się nim pani Roza, chorobliwie otyła stara Żydówka z Polski, cudem uratowana z obozu (do dziś trzyma pod łóżkiem portret Hitlera, co stanowi pocieszenie w trudnych chwilach, bo ona żyje, a on nie). Kiedyś była prostytutką, “radziła sobie” na ulicy, obecnie zajmuje się dziećmi innych dam ulicznych, którym nie wolno oficjalnie mieć dzieci, nawet jeśli mają “strączyciela”. Narracja Momo, chłopca wychowywanego przez całą dzielnicę - lekarza-społecznika, transwestytę Lolę, lokalnych sprzedawców czy liczne damy negocjowalnego afektu, w przerażający sposób pokazuje (co potęgowane jest naiwną narracją przedwcześnie dojrzałego dziecka) zaniedbania społeczne w środowiskach emigranckich i tych, którzy żyją na obrzeżach legalności.

Oprócz przemycanej między wierszami historii życia Momo, to bardzo fizjologiczna opowieść o umieraniu. Momo zdaje sobie sprawę, że zdrowie pani Rozy coraz bardziej szwankuje, nawet nie przez to, że mieszkają na 6. piętrze, ale z powodu postępującej degeneracji jej mózgu z powodu problemów z krążeniem (według Momo cierpi na “amnestię”). Pani Roza również zdaje sobie z tego sprawę, a jej największą obawą jest śmierć (a wcześniej długa wegetacja) w szpitalu, którego - jak i wszystkich innych służb socjalnych - panicznie się boi. Pani Roza jest jedyną osobą, którą funkcjonalnie osierocony Momo kocha; chce zrobić wszystko, żeby złagodzić jej cierpienie odchodzenia, na tyle, na ile dziecko jest w stanie pomóc. Celne spostrzeżenia Momo, czasem zabawne swoją świeżością, podkreślają tylko grozę opisywanej historii (svanyavr pułbcvrp hxeljn cnavą Ebmę j cemltbgbjnarw cemrm avą abemr j cvjavpl, tqmvr bcvrxhwr fvę cemrm gltbqavr wrw ebmxłnqnwąplz fvę pvnłrz).

Nie znałam wcześniej nazwiska autora, zapewne dlatego, że pseudonim Romaina Gary’ego, którego już bardziej kojarzę (choć nic nie czytałam).

Inne tego autora:

#69/#10

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 13, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 2 komentarze - Skomentuj


Kjell Ola Dahl - Lodowa kąpiel

Grudzień. Zimno. Zwykli ludzie szykują się do świąt - przygotowują świąteczne potrawy i wymieniają się przepisami (autor czasem również), kupują prezenty i choinki. Tymczasem ekipa z Oslo, składająca się z Gunnarstrandy (którego partner Frølich jest zawieszony po wydarzeniach poprzedniego tomu, pojawia się tylko jako osoba doradzająca), Leny Stigersand, Emila Yttergjerde (dość lekkomyślnie podchodzącego do swojej pracy) oraz Farteina Rise (z ciężko chorym dzieckiem, nieco odsuwanego na drugi tor) wyjaśnia niezależnie kilka spraw: śmierć bezdomnej narkomanki w metrze, list z pogróżkami do posłanki, w którym grożą jej śmiercią czy wreszcie śmierć pracownika agencji rządowej, który wracając z uroczystej kolacji wpadł do portowego basenu. Osią akcji jest śledztwo w sprawie utonięcia (morderstwa, nie wypadku), prowadzone przez Lenę, która szybko odkrywa, że wszystkie trzy sprawy się ze sobą łączą, diagnozuje u siebie raka piersi i dodatkowo nawiązuje romans z dziennikarzem, Steffenem Gjerstadem, który jest uroczy, ale nie waha się rzucić Leny na pożarcie, gdy w grę wchodzi chwytliwy artykuł.

Ten tom cierpi trochę na tym, że Lena ignoruje polecenia służbowe, kontynuuje śledztwo mimo wyraźnego zakazu Służby Bezpieczeństwa (PST), przez co o mało co nie ginie z rąk groźnego zbrodniarza (i o mało co nie rozwala poważnej sprawy PST) i - oczywiście - nikomu nic nie mówi prawie do samego końca. Społecznie - jest o oswajaniu choroby, w tym wsparciu kolegów z pracy i szefa (Rindal, mimo że podejmuje niekoniecznie popularne decyzje, działa całkiem racjonalnie).

Inne tego autora tu.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 10, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2019, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Kjell Ola Dahl - Lodowa kąpiel

Grudzień. Zimno. Zwykli ludzie szykują się do świąt - przygotowują świąteczne potrawy i wymieniają się przepisami (autor czasem również), kupują prezenty i choinki. Tymczasem ekipa z Oslo, składająca się z Gunnarstrandy (którego partner Frølich jest zawieszony po wydarzeniach poprzedniego tomu, pojawia się tylko jako osoba doradzająca), Leny Stigersand, Emila Yttergjerde (dość lekkomyślnie podchodzącego do swojej pracy) oraz Farteina Rise (z ciężko chorym dzieckiem, nieco odsuwanego na drugi tor) wyjaśnia niezależnie kilka spraw: śmierć bezdomnej narkomanki w metrze, list z pogróżkami do posłanki, w którym grożą jej śmiercią czy wreszcie śmierć pracownika agencji rządowej, który wracając z uroczystej kolacji wpadł do portowego basenu. Osią akcji jest śledztwo w sprawie utonięcia (morderstwa, nie wypadku), prowadzone przez Lenę, która szybko odkrywa, że wszystkie trzy sprawy się ze sobą łączą, diagnozuje u siebie raka piersi i dodatkowo nawiązuje romans z dziennikarzem, Steffenem Gjerstadem, który jest uroczy, ale nie waha się rzucić Leny na pożarcie, gdy w grę wchodzi chwytliwy artykuł.

Ten tom cierpi trochę na tym, że Lena ignoruje polecenia służbowe, kontynuuje śledztwo mimo wyraźnego zakazu Służby Bezpieczeństwa (PST), przez co o mało co nie ginie z rąk groźnego zbrodniarza (i o mało co nie rozwala poważnej sprawy PST) i - oczywiście - nikomu nic nie mówi prawie do samego końca. Społecznie - jest o oswajaniu choroby, w tym wsparciu kolegów z pracy i szefa (Rindal, mimo że podejmuje niekoniecznie popularne decyzje, działa całkiem racjonalnie).

Inne tego autora tu.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 10, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2019, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Hallgrimur Helgason - Kobieta w 1000 °C

Herre (Herbjörg María Björnsson), wnuczka pierwszego prezydenta Islandii, wegetowała w zimnym garażu, opuszczona przez rodzinę i umierająca na raka. Autor zadzwonił do niej przypadkiem podczas kampanii wyborczej swojej żony, wdał się w kilkugodzinną rozmowę, zafascynowany jej osobą chciał spędzić z nią więcej czasu, ale dama w międzyczasie umarła. Książka[1] jest po części faktyczną rekonstrukcją jej życia, po części fikcją tam, gdzie nie miał danych. Opowieść narratorki jest kilkutorowa - opisuje współcześnie umieranie ciała, podczas gdy głowa jest najzupełniej sprawna (problemem jest pójście kilku metrów do toalety, ale jednocześnie nie ma żadnych przeszkód, żeby posługiwać się zdjęciami byłej Miss i prowadzić pieprzne konwersacje z młodymi mężczyznami z całego świata), wraca do swojego dzieciństwa, brutalnie zakończonego przez II wojnę światową oraz - dość oszczędnie - przechodzi przez powojenne życie (dramatyczna strata dziecka, kilku mężów, przemoc domowa czy wreszcie poczucie, że była kiepską matką, stąd śmierć w biedzie i samotności).

Wojna jest głównym motywem, siłą, która rozdziela rodziny i narody, ale przede wszystkim niszczy kobiety. Ojciec Herre, zafascynowany faszyzmem, został stronnikiem Hitlera, wbrew poglądom wszystkich innych - dziadka, który walczył o niezależności Islandii od Wielkiego Brytanii i Danii czy babki-Dunki, nie wspominając o matce Herre, twardo stąpającej po ziemi islandzkiej chłopce. Nastoletnia Herre, rzucona w wyniku zawirowań wojennych w środek Europy, usiłuje wrócić do domu, wybierając tę opcję polityczną, która daje jej większą szansę na przeżycie. Mimo to jest wielokrotnie zgwałcona, przymiera głodem, zabija, żeby przeżyć, a swojego ojca - również mocno straumatyzowanego przez uczestnictwo w walkach na froncie wschodnim i pobyt w obozie jenieckim - spotyka w “wyzwolonym” Berlinie. Mimo tego potrafi ironizować i - bogatsza w powojenne doświadczenia - lekko opisywać swoją przeszłość, w tym pocałunki młodego Lennona, romans z marynarzem bez palców czy unikanie prześladowań powojennych na argentyńskiej prowincji. Ironizuje również na temat umierania, wybiera sobie formę pochówku (kremację, stąd tytuł), do końca chce mieć wpływ na to, co się z nią dzieje. Nie jest to, mimo narzuconej konwencji, książka lekka, finał losów wojennych Herre i gładkie przejście do dyplomatycznych salonów jest dość traumatyczną sceną, którą trudno zapomnieć.

[1] Niestety, na rynek polski książka wyszła w formie skróconej (żeby nie powiedzieć skastrowanej) na podstawie uproszczonego wydania niemieckiego (źródło); w Niemczech wyszła potem kompletna, w Polsce już nie. Niestety czuć to w trakcie czytania.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 8, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 0 komentarzy - Skomentuj


Hallgrimur Helgason - Kobieta w 1000 °C

Herre (Herbjörg María Björnsson), wnuczka pierwszego prezydenta Islandii, wegetowała w zimnym garażu, opuszczona przez rodzinę i umierająca na raka. Autor zadzwonił do niej przypadkiem podczas kampanii wyborczej swojej żony, wdał się w kilkugodzinną rozmowę, zafascynowany jej osobą chciał spędzić z nią więcej czasu, ale dama w międzyczasie umarła. Książka[1] jest po części faktyczną rekonstrukcją jej życia, po części fikcją tam, gdzie nie miał danych. Opowieść narratorki jest kilkutorowa - opisuje współcześnie umieranie ciała, podczas gdy głowa jest najzupełniej sprawna (problemem jest pójście kilku metrów do toalety, ale jednocześnie nie ma żadnych przeszkód, żeby posługiwać się zdjęciami byłej Miss i prowadzić pieprzne konwersacje z młodymi mężczyznami z całego świata), wraca do swojego dzieciństwa, brutalnie zakończonego przez II wojnę światową oraz - dość oszczędnie - przechodzi przez powojenne życie (dramatyczna strata dziecka, kilku mężów, przemoc domowa czy wreszcie poczucie, że była kiepską matką, stąd śmierć w biedzie i samotności).

Wojna jest głównym motywem, siłą, która rozdziela rodziny i narody, ale przede wszystkim niszczy kobiety. Ojciec Herre, zafascynowany faszyzmem, został stronnikiem Hitlera, wbrew poglądom wszystkich innych - dziadka, który walczył o niezależności Islandii od Wielkiego Brytanii i Danii czy babki-Dunki, nie wspominając o matce Herre, twardo stąpającej po ziemi islandzkiej chłopce. Nastoletnia Herre, rzucona w wyniku zawirowań wojennych w środek Europy, usiłuje wrócić do domu, wybierając tę opcję polityczną, która daje jej większą szansę na przeżycie. Mimo to jest wielokrotnie zgwałcona, przymiera głodem, zabija, żeby przeżyć, a swojego ojca - również mocno straumatyzowanego przez uczestnictwo w walkach na froncie wschodnim i pobyt w obozie jenieckim - spotyka w “wyzwolonym” Berlinie. Mimo tego potrafi ironizować i - bogatsza w powojenne doświadczenia - lekko opisywać swoją przeszłość, w tym pocałunki młodego Lennona, romans z marynarzem bez palców czy unikanie prześladowań powojennych na argentyńskiej prowincji. Ironizuje również na temat umierania, wybiera sobie formę pochówku (kremację, stąd tytuł), do końca chce mieć wpływ na to, co się z nią dzieje. Nie jest to, mimo narzuconej konwencji, książka lekka, finał losów wojennych Herre i gładkie przejście do dyplomatycznych salonów jest dość traumatyczną sceną, którą trudno zapomnieć.

[1] Niestety, na rynek polski książka wyszła w formie skróconej (żeby nie powiedzieć skastrowanej) na podstawie uproszczonego wydania niemieckiego (źródło); w Niemczech wyszła potem kompletna, w Polsce już nie. Niestety czuć to w trakcie czytania.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 8, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 0 komentarzy - Skomentuj