[20.07.2019]
W ramach akcji Zabytek Otwarty na Trakcie Królewsko-Cesarskim, w letnie sobotnie popołudnie można było obejrzeć z przewodnikiem wnętrza kościoła i klasztoru Jezuitów na Szewskiej. Będąc trollem sakralnym, wielokrotnie przewracałam oczami, słuchając dość koturnowej przemowy przewodnika, który streszczając obiektywnie imponującą, bo ponad 750-letnią obecność zakonu najpierw Dominikanów, potem Jezuitów w Poznaniu, całkiem poważnie mówił o wierze w rzeczy absurdalne typu rozścielanie płaszcza na wzburzonych wodach, żeby mogła suchą nogą przejść armia. Młodzież wprawdzie strzygła uszami, słysząc o paleniu książek przez Inkwizycję (a z tonu przewodnika można było wywnioskować, że tak wtedy było i było to dobre), ale ogólnie była raczej nastawiona na plac zabaw i lody, nie zostaliśmy więc na koncert organowy i zwiedzanie otoczenia kościoła. Nie musicie czekać na kolejną edycję akcji, kościół jest otwarty, można go zwiedzać i bez przewodnika, chociaż pewnie nie da się wejść w każdy zakamarek.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 20, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20.07.2019]
W ramach akcji Zabytek Otwarty na Trakcie Królewsko-Cesarskim, w letnie sobotnie popołudnie można było obejrzeć z przewodnikiem wnętrza kościoła i klasztoru Jezuitów na Szewskiej. Będąc trollem sakralnym, wielokrotnie przewracałam oczami, słuchając dość koturnowej przemowy przewodnika, który streszczając obiektywnie imponującą, bo ponad 750-letnią obecność zakonu najpierw Dominikanów, potem Jezuitów w Poznaniu, całkiem poważnie mówił o wierze w rzeczy absurdalne typu rozścielanie płaszcza na wzburzonych wodach, żeby mogła suchą nogą przejść armia. Młodzież wprawdzie strzygła uszami, słysząc o paleniu książek przez Inkwizycję (a z tonu przewodnika można było wywnioskować, że tak wtedy było i było to dobre), ale ogólnie była raczej nastawiona na plac zabaw i lody, nie zostaliśmy więc na koncert organowy i zwiedzanie otoczenia kościoła. Nie musicie czekać na kolejną edycję akcji, kościół jest otwarty, można go zwiedzać i bez przewodnika, chociaż pewnie nie da się wejść w każdy zakamarek.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 20, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Białystok. Miejsce na styku różnych krajów, gdzie obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i Tatarzy. To tu Ludwik Zamenhof wymyślił esperanto, żeby ułatwić porozumienie w neutralnym języku. Miasto, które nazywa siebie europejską stolicą kultury i miastem wielokulturowym. Tyle że takim nie jest, wbrew hasłom.
Początek zmiata z nóg - Żydzi, wywożeni do Treblinki, świadomi już tego, że jadą na śmierć, próbują ratować niemowlęta i dzieci, wyrzucając je z okien jadącego pociągu. Liczą na to, że ktoś dzieci uratuje, zaopiekuje się nimi i przeżyją, że uda się ukryć je przed Niemcami. Ale mieszkańcy okolic nie zaryzykują dla ratowania Żyda, wolą wydać te dzieci, których nie zastrzelono od razu przy torach. Oficjalnie wiadomo o jednej uratowanej i ukrytej dziewczynce, żyje do dziś. Na jej klatce schodowej ktoś maluje swastyki. I jak myślałam, że po tym początku nie przeczytam nic bardziej szokującego, myliłam się. Celowo zapomniana i ignorowana przeszłość, blokowanie jakichkolwiek inicjatyw związanych z historią Żydów (i w mniejszym stopniu, ale również, z kulturą prawosławną), obecny także w innych nurtach prawdopośrodkizm (może i wydawaliśmy Żydów, ale oni ukrzyżowali Pana Jezusa!) i dążenie do źle pojętej “równości” (jeśli ONI stawiają pomnik żydowski, to my stawiamy katolicki), czy wreszcie niemaskowana niczym nienawiść, wywodząca się z wielopokoleniowego przekazu o mniej lub bardziej wyimaginowanej krzywdzie Prawdziwych Polaków, to wszystko sprawiało, że spoglądałam na kalendarz (tak, książka była wydana w 2015, nie w 1955) i kręciłam głową z niedowierzaniem. Ruchy faszystowskie, mocne podziały, wspierani finansowo kibice terroryzujący miasto, podpalane zabytki, uznanie swastyk za “azjatyckie symbole szczęścia” (“MSWIA po pół roku działań przygotowało raport, chwaląc się, że do końca 2013 roku przeszkolono wszystkich policjantów (...), by rozpoznawali przestępstwo z nienawiści albo nauczyli się, jak wyglądają swastyki”), manipulacja statystykami, dewocyjny katolicyzm również na uczelni wyższej (“Ale czy pan jest w łasce?” i “jedyna w Polsce pracownia zajmująca się cudami (...) Pracownia Badań i Dokumentacji Zjawisk Mirakularnych”).
Kącki szuka śladów po wymordowanych nie-katolikach, odwiedza Sokółkę z “oficjalnie” uznaną przez naukę (patrz wyżej) krwawiącą hostią, czyta tablice pamiątkowe i akta prokuratorskie. Rozmawia z osobami zaangażowanymi w ratowanie tego, co zostało z zamazanej przeszłości, z przedstawicielami władzy i Kościoła, z ludźmi, którzy próbowali, ale się poddali. Pokazuje, że nie ma niegroźnego nacjonalizmu oraz do czego prowadzi rasizm, ksenofobia i brak tolerancji.
Inne tego autora tutaj.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 20, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2019, reportaz
- 2 komentarze
- Skomentuj
Białystok. Miejsce na styku różnych krajów, gdzie obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i Tatarzy. To tu Ludwik Zamenhof wymyślił esperanto, żeby ułatwić porozumienie w neutralnym języku. Miasto, które nazywa siebie europejską stolicą kultury i miastem wielokulturowym. Tyle że takim nie jest, wbrew hasłom.
Początek zmiata z nóg - Żydzi, wywożeni do Treblinki, świadomi już tego, że jadą na śmierć, próbują ratować niemowlęta i dzieci, wyrzucając je z okien jadącego pociągu. Liczą na to, że ktoś dzieci uratuje, zaopiekuje się nimi i przeżyją, że uda się ukryć je przed Niemcami. Ale mieszkańcy okolic nie zaryzykują dla ratowania Żyda, wolą wydać te dzieci, których nie zastrzelono od razu przy torach. Oficjalnie wiadomo o jednej uratowanej i ukrytej dziewczynce, żyje do dziś. Na jej klatce schodowej ktoś maluje swastyki. I jak myślałam, że po tym początku nie przeczytam nic bardziej szokującego, myliłam się. Celowo zapomniana i ignorowana przeszłość, blokowanie jakichkolwiek inicjatyw związanych z historią Żydów (i w mniejszym stopniu, ale również, z kulturą prawosławną), obecny także w innych nurtach prawdopośrodkizm (może i wydawaliśmy Żydów, ale oni ukrzyżowali Pana Jezusa!) i dążenie do źle pojętej “równości” (jeśli ONI stawiają pomnik żydowski, to my stawiamy katolicki), czy wreszcie niemaskowana niczym nienawiść, wywodząca się z wielopokoleniowego przekazu o mniej lub bardziej wyimaginowanej krzywdzie Prawdziwych Polaków, to wszystko sprawiało, że spoglądałam na kalendarz (tak, książka była wydana w 2015, nie w 1955) i kręciłam głową z niedowierzaniem. Ruchy faszystowskie, mocne podziały, wspierani finansowo kibice terroryzujący miasto, podpalane zabytki, uznanie swastyk za “azjatyckie symbole szczęścia” (“MSWIA po pół roku działań przygotowało raport, chwaląc się, że do końca 2013 roku przeszkolono wszystkich policjantów (...), by rozpoznawali przestępstwo z nienawiści albo nauczyli się, jak wyglądają swastyki”), manipulacja statystykami, dewocyjny katolicyzm również na uczelni wyższej (“Ale czy pan jest w łasce?” i “jedyna w Polsce pracownia zajmująca się cudami (...) Pracownia Badań i Dokumentacji Zjawisk Mirakularnych”).
Kącki szuka śladów po wymordowanych nie-katolikach, odwiedza Sokółkę z “oficjalnie” uznaną przez naukę (patrz wyżej) krwawiącą hostią, czyta tablice pamiątkowe i akta prokuratorskie. Rozmawia z osobami zaangażowanymi w ratowanie tego, co zostało z zamazanej przeszłości, z przedstawicielami władzy i Kościoła, z ludźmi, którzy próbowali, ale się poddali. Pokazuje, że nie ma niegroźnego nacjonalizmu oraz do czego prowadzi rasizm, ksenofobia i brak tolerancji.
Inne tego autora tutaj.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 20, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2019, reportaz
- 2 komentarze
- Skomentuj
[19.07.2019]
Kiedy okazuje się, że zstępna jest sprawna, ale niekoniecznie symetryczna, co jakiś czas trzeba wykonać zdjęcie rentgenowskie. Lekarz tym razem wysłał nas do Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego im. Wiktora Degi (w XIX wieku zwanym Zakładem Sacré-Coeur), gdzie robią na tzw. długiej kliszy oraz 24h/7, więc odpada konieczność zrywania się z pracy w dziwnych godzinach. Ponieważ szpital składa się z wielu budynków, rozrzuconych na sporym terenie, nie ma w zasadzie żadnej nawigacji. W budynku D jest Centralna Gipsownia. Przy wejściu do innego budynku wisiała tabliczka “izba przyjęć”, więc było zamknięte i nie było śladu człowieka. Już myślałam, że cały personel zeżarły zombie, ale okazało się, że od samego początku trzeba było iść do pięknej neogotyckiej wieżyczki, do której ciągnęło mnie od lat. Po rejestracji odesłano nas na pięterko najpiękniejszą klatką schodową w Poznaniu, gdzie moja rodzina ze zdziwieniem stwierdziła, że chyba coś mi jest, skoro najpierw chcę znaleźć gabinet, a za aparat nie chwytam. Duh. Say no more, aparatu nie miałam, bo do takich wnętrz telefon lepiej.
modernistyczna rotundka z Centralną Gipsownią
Wieżyczka / Klatka schodowa w wieżyczce
Ja w dół patrzę
Kolory i faktury
Miejsce dla tych, co nie do końca wierzą w medycynę
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 19, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[19.07.2019]
Kiedy okazuje się, że zstępna jest sprawna, ale niekoniecznie symetryczna, co jakiś czas trzeba wykonać zdjęcie rentgenowskie. Lekarz tym razem wysłał nas do Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego im. Wiktora Degi (w XIX wieku zwanym Zakładem Sacré-Coeur), gdzie robią na tzw. długiej kliszy oraz 24h/7, więc odpada konieczność zrywania się z pracy w dziwnych godzinach. Ponieważ szpital składa się z wielu budynków, rozrzuconych na sporym terenie, nie ma w zasadzie żadnej nawigacji. W budynku D jest Centralna Gipsownia. Przy wejściu do innego budynku wisiała tabliczka “izba przyjęć”, więc było zamknięte i nie było śladu człowieka. Już myślałam, że cały personel zeżarły zombie, ale okazało się, że od samego początku trzeba było iść do pięknej neogotyckiej wieżyczki, do której ciągnęło mnie od lat. Po rejestracji odesłano nas na pięterko najpiękniejszą klatką schodową w Poznaniu, gdzie moja rodzina ze zdziwieniem stwierdziła, że chyba coś mi jest, skoro najpierw chcę znaleźć gabinet, a za aparat nie chwytam. Duh. Say no more, aparatu nie miałam, bo do takich wnętrz telefon lepiej.
modernistyczna rotundka z Centralną Gipsownią
Wieżyczka / Klatka schodowa w wieżyczce
Ja w dół patrzę
Kolory i faktury
Miejsce dla tych, co nie do końca wierzą w medycynę
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 19, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Barbara Nawrocka-Dońska - Tajemnicza katarynka #001
Lista osób:
- Maliszek - naczelnik poczty, udaje się na kurację do sanatorium
- Korta - ma zastąpić Maliszka, kapitan milicji undercover
- Maliszkowa - żona naczelnika
- Kazimierz Kamiński - magazynier, nieboszczyk, po pijaku grał na katarynce, a na trzeźwo w amatorskim teatrze
- Kamińska - ciągle atrakcyjna wdowa, ale jakaś taka zgryźliwa
- Brat Kamińskiego - dobrze sytuowany, jeździ na taryfie, ma zadrę z wdową
- Motocyklista - lekkomyślny młodziak, zginął w wypadku kilka dni przed pożarem
- Czarnkowa - współpracowniczka Kamińskiego w magazynie, wynajmuje pokój Korcie
- porucznik Małek - podwładny i konfident Korty (z Warszawy)
- kelnerka od Modrzejewskiego - źródło plotek, ale opiekuńcza
- kierownik sklepu mięsnego - podobno kochanek wdowy Kamińskiej, raczej lekkoduch
- ekspedientka z mięsnego - fertyczna blondyna w klipsach i brudnym fartuchu, chętna
- nauczyciel - entuzjasta teatru, lubi brydża
- ksiądz - powolny i raczej nie entuzjasta milicji
Garwolin. W pożarze ginie kierownik magazynu, trochę pijak. Wdowa jest rozżalona, bo wszyscy w miasteczku uważają, że to ona jest winna (nie przyprowadzała pijaka z knajpy do domu, kazała mu wynieść irytującą ją katarynkę i narzędzia stolarskie do magazynu, gdzie denat dokonał żywota). Korta, pracujący w ukryciu jako zastępca naczelnika poczty, wyjaśnienia szuka raczej w potencjalnych malwersacjach, których jednak kontrola NIK-u nie wykryła i możliwym związku z tzw. aferą bawełnianą, analizowaną przez warszawską milicję. Zaprzyjaźnia się z mieszkańcami miasteczka. Mija miesiąc, śledztwo nie posuwa się do przodu, ale chyba przez wzgląd na sympatię dla poznanych ludzi i ośli upór, Korta sprawę wyjaśnia. Rozwiązanie jest przewidywalne, zwłaszcza w kontekście tytułu, ale - zwłaszcza jak na kryminał milicyjny - całkiem odkrywcze.
Obyczajowo, kapitan Korta musi udawać kawalera, mimo że ma żonę (za którą tęskni) i dzieci (za którymi jakby nie). W drugim wyimku jest o ciężkich, acz nieokreślonych wyrzeczeniach, które musiała ponieść pani Kortowa, dzięki czemu nabrała prawa do prowadzenia niechętnego męża do swojej rodziny oraz stawiania choinki w zapewne ateistycznym[1] domu.
Nie nosił obrączki i żeńska połowa obsady poczty traktowała go jak ewentualny obiekt do strzału. Ich rozciekawione śledzenie, podszyte płcią, podobałoby mu się w innych okolicznościach. Akurat w tych, w jakich się znajdował, niepokoiło go trochę. Miał dobre pojęcie o kobiecym sprycie. Wolałby, żeby niejedna para ładnych oczu mniej przyglądała się jego poczynaniom. Czasem zdawało mu się, że dostrzega iskierki wesołości w tych oczach. Oglądał potem swoje buty albo krawat, zastanawiał się, czy jest, czy nie jest dobry w roli zwierzchnika panienek przy okienku. Nie ma to jak nasze dziewczyny – westchnął tęsknie do kobiet w milicji, z którymi porozumiewał się wpół słowa. Nigdy dotąd nie przeprowadzał analizy ich kwalifikacji pod tym kątem. Posiadły trudną sztukę niemal męskiego myślenia i sposobu działania przy zachowaniu cech kobiecości. Bez obrony tych cech nie mogłyby pracować skutecznie. Dopiero porównanie kobiet pracujących w jego własnym i w innym zawodzie, które uderzyło go od razu, gdy stał się zwierzchnikiem tamtych, pozwoliło mu ocenić kobiety z własnego środowiska. Pewnie dlatego nasze kobiety wydają mi się inteligentniejsze, że przy moich urzędniczkach z poczty czuję się jak jeleń – myślał z humorem.
Nawet nie lubił świąt właśnie ze względu na konieczność poddawania się terrorowi zachowania. Trzeba było jeść i pić, przyjmować i oddawać wizyty ciotkom, wujkom, kuzynom. Nie mógł się od tego wykręcić. Jego żona spędzała życie w domu, w rodzinie, a święta stały się dla wielu świętem rodziny. Nie mógł jej tego pozbawić. Wyrzekła się dla niego nawyków i przekonań wyniesionych z własnego domu. Właściwie oceniał, czego musiała dokonać. Stawiała dzieciom choinkę i kapitan się z tym godził. Zrozumiała wiele rzeczy – dla niego – i on musiał zrozumieć ją.
Się pije: czysta, ruski winiak, piwo w restauracji drugiej kategorii (to w ogóle fascynujący temat, jak wraz z kategorią spadała jakość restauracji).
Się nosi: ubranie z Cedetu za 1200 zł i ortalionowy płaszcz
Się je: pierożki z mięsem (w restauracji trzeciej kategorii), kapuśniak (u wdowy Czarnkowej), kanapki z korkami (?!) w tej lepszej knajpie.
[1] To jest swoją drogą ciekawe - również współcześnie to kobiety dbają o niskopoziomowe życie duchowe rodziny i są strażniczkami tradycji. Mężczyźni zwykle są ponad to, najwyżej posłusznie wykonują polecenia, zwykle wzdychając i przewracając oczami.
Inne tej autorki tutaj.
Kazimierz Koźniewski - Sztyletem w serce #002
Lista osób:
- Markowska - pokojowa w hotelu Świt
- Andrzej Koszuch - lokator pokoju 315, najpierw rekonwalescent po wypadku, potem denat
- Koszuchowa - żona, nie taka stara, ale z męską twarzą, krawcowa
- Urszula - córka, niesforna, nie chce się uczyć w technikum, ale atrakcyjna
- Stanisław - portier w hotelu Świt, czytelnik powieści kryminalnych
- Porucznik Lewandowski - prowadzi śledztwo
- Major Kiedrowski - dowodzi śledztwem, mało mówi, dużo słucha
- Jerzy Smoleński - chirurg operujący Koszucha
- Redaktor Gryczer - dziennikarz, również ofiara kraksy samochodowej, leżał razem z Koszuchem w szpitalu
- Poznański - urzędnik ze stoczni, opiekował się Koszuchem niejako służbowo
15 stycznia Andrzej Koszuch, pracownik poznańskiego Ceglorza, jadący w delegację do Trójmiasta, uległ wypadkowi. Szofer zbiegł (i co ciekawe, nikt go nie szukał przez te kilka miesięcy), a mężczyzna cudem ocalał, uratowany przez kierowcę samochodu, jadącego za nim. Po trzech miesiącach w szpitalu został wypuszczony, ale po kilku dniach w hotelu, 15 maja, znaleziono go zasztyletowanego nożem pochodzenia hitlerowskiego, bez peruki. Żona sugerowała, że denat bał się o życie, bo odkrył kradzież w zakładzie. W trakcie śledztwa okazuje się, że odciski palców Koszucha w pewnym momencie się zmieniły - na okupacyjnej kenkarcie są inne niż w dokumentach wydawania dowodu osobistego (srsly, przy dowodzie trzeba było odbijać odciski?!), a dokumenty w ogóle są wydane na podstawie potwierdzenia przez dwóch świadków, z których jeden nie żyje, a drugi zniknął.
Ponieważ ślad prowadzi w przeszłość, autor dzieli się pewnymi opiniami o AK i UPA, wrzucając obydwa ugrupowania do jednego worka (“uczciwych ludzi tam [w lesie] nie było”). Wyrok podziemnego sądu wojskowego nad zdrajcą, który z zemsty wydał kilka osób gestapo, jest traktowany jako niecywilizowany samosąd. I jak na literaturę dość lekką, tutaj finał jest z tych dramatycznych i mocnych w wymowie, a milicja okazuje sporo empatii mimo emitowanych poglądów polityczno-historycznych.
Się pali: sporty (tajemniczy gość denata), carmeny (częstuje nimi doktor), giewonty (Gryczer), klubowe (Poznański).
Się pije: herbatę (bo kawa szkodzi).
Edigey Jerzy - Szkielet bez palców #003
Lista osób:
- major Adam Krzyżewski - gawędziarz z bogatą praktyką w rozwiązywaniu spraw
- dziennikarz - alter ego autora, naciąga Krzyżewskiego na opowieści
- Doktor Stanisław Kamiński - patolog, ma chody w kawiarni Stylowej
- Jan Cieślik - złodziej po wyroku, możliwe że szkielet bez palców
- Barbara Kosicka - niewierna flama Cieślika, atrakcyjna i wygadana[1]
- Ryszard Kosicki - brat Barbary
- Mieczysław Pietrzak - aktualny absztyfikant Barbary, brat Józefa
- Józef Pietrzak - robotnik budowlany, w 1957 roku pracował przy rozbiórce na Kiełbaśniczej
- Honorata Pietrzak - siostra Józefa i Mieczysława, mniej ładna i mniej inteligentna od Barbary
Historia jest archiwalna, major Krzyżewski opowiada ją w klubie znajomemu dziennikarzowi z Warszawy i jego koledze. Dwudziestoparoletni zbrodniarz został skazany najpierw na karę śmierci, potem na dożywocie (co jest dość ciekawym rozwiązaniem fabularnym, bo zwykle akcja prl-owskich kryminałów kończyła się na otoczeniu przestępcy, ewentualnie jego przyznaniu się po forsownym przesłuchaniu). Mottem życiowym Krzyżewskiego jest fraza “Nie ma bowiem przestępstw doskonałych, są jedynie chwilowo nie wykryte”, co - zwłaszcza post factum - okazuje się oczywiście prawdą.
1960. Podczas rozbiórki gruzów na ul. Kiełbaśniczej znaleziono zwłoki. Szybko okazało się, że nie jest to niemiecki żołnierz, zachowany z czasów II wojny, tylko stosunkowo świeży denat sprzed 2-4 lat, szczupły mężczyzna w wieku 30-40 lat. Krzyżewski rozpoczyna mozolne szukanie potencjalnego zaginionego (których oczywiście w Polsce jest mniej niż w USA, gdzie jest to plagą), dzieląc się przy okazji szerokim opisem sytuacji, w których ludzie wychodzą z domu i nie wracają (bo to taka książka typu “bawiąc-uczyć”). Lista poszukiwanych z całej Polski zawęża się do czterech osób, z których jedna - niejaki Cieślik - nie zameldowała się w miejscu zamieszkania po wyjściu z więzienia. Śledztwo pokazane jest detalicznie i - chyba ze względu na wspomniany edukacyjny charakter - jako zbiorowy wysiłek ciężko pracujących ludzi, a nie olśnienia i przypadek.
[1]
Kosicka bawiła się coraz lepiej, patrząc, jak mundury milicjantów stają się w miarę postępu
pracy coraz bardziej ciemne i brudne.
- Niektórzy - powiedziała patrząc bezczelnie na majora - gdyby byli tacy chorzy, jak są głupi, to już dawno by umarli.
Się pije: koniak i kawę (we Wrocławskim Klubie dziennikarza), wódkę pod chleb i ogórki (u Kosickiej).
Się pali: giewonty (Cieślik)
Inne tego autora tutaj.
Inne z tego cyklu tutaj.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 17, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, panowie, prl, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Barbara Nawrocka-Dońska - Tajemnicza katarynka #001
Lista osób:
- Maliszek - naczelnik poczty, udaje się na kurację do sanatorium
- Korta - ma zastąpić Maliszka, kapitan milicji undercover
- Maliszkowa - żona naczelnika
- Kazimierz Kamiński - magazynier, nieboszczyk, po pijaku grał na katarynce, a na trzeźwo w amatorskim teatrze
- Kamińska - ciągle atrakcyjna wdowa, ale jakaś taka zgryźliwa
- Brat Kamińskiego - dobrze sytuowany, jeździ na taryfie, ma zadrę z wdową
- Motocyklista - lekkomyślny młodziak, zginął w wypadku kilka dni przed pożarem
- Czarnkowa - współpracowniczka Kamińskiego w magazynie, wynajmuje pokój Korcie
- porucznik Małek - podwładny i konfident Korty (z Warszawy)
- kelnerka od Modrzejewskiego - źródło plotek, ale opiekuńcza
- kierownik sklepu mięsnego - podobno kochanek wdowy Kamińskiej, raczej lekkoduch
- ekspedientka z mięsnego - fertyczna blondyna w klipsach i brudnym fartuchu, chętna
- nauczyciel - entuzjasta teatru, lubi brydża
- ksiądz - powolny i raczej nie entuzjasta milicji
Garwolin. W pożarze ginie kierownik magazynu, trochę pijak. Wdowa jest rozżalona, bo wszyscy w miasteczku uważają, że to ona jest winna (nie przyprowadzała pijaka z knajpy do domu, kazała mu wynieść irytującą ją katarynkę i narzędzia stolarskie do magazynu, gdzie denat dokonał żywota). Korta, pracujący w ukryciu jako zastępca naczelnika poczty, wyjaśnienia szuka raczej w potencjalnych malwersacjach, których jednak kontrola NIK-u nie wykryła i możliwym związku z tzw. aferą bawełnianą, analizowaną przez warszawską milicję. Zaprzyjaźnia się z mieszkańcami miasteczka. Mija miesiąc, śledztwo nie posuwa się do przodu, ale chyba przez wzgląd na sympatię dla poznanych ludzi i ośli upór, Korta sprawę wyjaśnia. Rozwiązanie jest przewidywalne, zwłaszcza w kontekście tytułu, ale - zwłaszcza jak na kryminał milicyjny - całkiem odkrywcze.
Obyczajowo, kapitan Korta musi udawać kawalera, mimo że ma żonę (za którą tęskni) i dzieci (za którymi jakby nie). W drugim wyimku jest o ciężkich, acz nieokreślonych wyrzeczeniach, które musiała ponieść pani Kortowa, dzięki czemu nabrała prawa do prowadzenia niechętnego męża do swojej rodziny oraz stawiania choinki w zapewne ateistycznym[1] domu.
Nie nosił obrączki i żeńska połowa obsady poczty traktowała go jak ewentualny obiekt do strzału. Ich rozciekawione śledzenie, podszyte płcią, podobałoby mu się w innych okolicznościach. Akurat w tych, w jakich się znajdował, niepokoiło go trochę. Miał dobre pojęcie o kobiecym sprycie. Wolałby, żeby niejedna para ładnych oczu mniej przyglądała się jego poczynaniom. Czasem zdawało mu się, że dostrzega iskierki wesołości w tych oczach. Oglądał potem swoje buty albo krawat, zastanawiał się, czy jest, czy nie jest dobry w roli zwierzchnika panienek przy okienku. Nie ma to jak nasze dziewczyny – westchnął tęsknie do kobiet w milicji, z którymi porozumiewał się wpół słowa. Nigdy dotąd nie przeprowadzał analizy ich kwalifikacji pod tym kątem. Posiadły trudną sztukę niemal męskiego myślenia i sposobu działania przy zachowaniu cech kobiecości. Bez obrony tych cech nie mogłyby pracować skutecznie. Dopiero porównanie kobiet pracujących w jego własnym i w innym zawodzie, które uderzyło go od razu, gdy stał się zwierzchnikiem tamtych, pozwoliło mu ocenić kobiety z własnego środowiska. Pewnie dlatego nasze kobiety wydają mi się inteligentniejsze, że przy moich urzędniczkach z poczty czuję się jak jeleń – myślał z humorem.
Nawet nie lubił świąt właśnie ze względu na konieczność poddawania się terrorowi zachowania. Trzeba było jeść i pić, przyjmować i oddawać wizyty ciotkom, wujkom, kuzynom. Nie mógł się od tego wykręcić. Jego żona spędzała życie w domu, w rodzinie, a święta stały się dla wielu świętem rodziny. Nie mógł jej tego pozbawić. Wyrzekła się dla niego nawyków i przekonań wyniesionych z własnego domu. Właściwie oceniał, czego musiała dokonać. Stawiała dzieciom choinkę i kapitan się z tym godził. Zrozumiała wiele rzeczy – dla niego – i on musiał zrozumieć ją.
Się pije: czysta, ruski winiak, piwo w restauracji drugiej kategorii (to w ogóle fascynujący temat, jak wraz z kategorią spadała jakość restauracji).
Się nosi: ubranie z Cedetu za 1200 zł i ortalionowy płaszcz
Się je: pierożki z mięsem (w restauracji trzeciej kategorii), kapuśniak (u wdowy Czarnkowej), kanapki z korkami (?!) w tej lepszej knajpie.
[1] To jest swoją drogą ciekawe - również współcześnie to kobiety dbają o niskopoziomowe życie duchowe rodziny i są strażniczkami tradycji. Mężczyźni zwykle są ponad to, najwyżej posłusznie wykonują polecenia, zwykle wzdychając i przewracając oczami.
Inne tej autorki tutaj.
Kazimierz Koźniewski - Sztyletem w serce #002
Lista osób:
- Markowska - pokojowa w hotelu Świt
- Andrzej Koszuch - lokator pokoju 315, najpierw rekonwalescent po wypadku, potem denat
- Koszuchowa - żona, nie taka stara, ale z męską twarzą, krawcowa
- Urszula - córka, niesforna, nie chce się uczyć w technikum, ale atrakcyjna
- Stanisław - portier w hotelu Świt, czytelnik powieści kryminalnych
- Porucznik Lewandowski - prowadzi śledztwo
- Major Kiedrowski - dowodzi śledztwem, mało mówi, dużo słucha
- Jerzy Smoleński - chirurg operujący Koszucha
- Redaktor Gryczer - dziennikarz, również ofiara kraksy samochodowej, leżał razem z Koszuchem w szpitalu
- Poznański - urzędnik ze stoczni, opiekował się Koszuchem niejako służbowo
15 stycznia Andrzej Koszuch, pracownik poznańskiego Ceglorza, jadący w delegację do Trójmiasta, uległ wypadkowi. Szofer zbiegł (i co ciekawe, nikt go nie szukał przez te kilka miesięcy), a mężczyzna cudem ocalał, uratowany przez kierowcę samochodu, jadącego za nim. Po trzech miesiącach w szpitalu został wypuszczony, ale po kilku dniach w hotelu, 15 maja, znaleziono go zasztyletowanego nożem pochodzenia hitlerowskiego, bez peruki. Żona sugerowała, że denat bał się o życie, bo odkrył kradzież w zakładzie. W trakcie śledztwa okazuje się, że odciski palców Koszucha w pewnym momencie się zmieniły - na okupacyjnej kenkarcie są inne niż w dokumentach wydawania dowodu osobistego (srsly, przy dowodzie trzeba było odbijać odciski?!), a dokumenty w ogóle są wydane na podstawie potwierdzenia przez dwóch świadków, z których jeden nie żyje, a drugi zniknął.
Ponieważ ślad prowadzi w przeszłość, autor dzieli się pewnymi opiniami o AK i UPA, wrzucając obydwa ugrupowania do jednego worka (“uczciwych ludzi tam [w lesie] nie było”). Wyrok podziemnego sądu wojskowego nad zdrajcą, który z zemsty wydał kilka osób gestapo, jest traktowany jako niecywilizowany samosąd. I jak na literaturę dość lekką, tutaj finał jest z tych dramatycznych i mocnych w wymowie, a milicja okazuje sporo empatii mimo emitowanych poglądów polityczno-historycznych.
Się pali: sporty (tajemniczy gość denata), carmeny (częstuje nimi doktor), giewonty (Gryczer), klubowe (Poznański).
Się pije: herbatę (bo kawa szkodzi).
Edigey Jerzy - Szkielet bez palców #003
Lista osób:
- major Adam Krzyżewski - gawędziarz z bogatą praktyką w rozwiązywaniu spraw
- dziennikarz - alter ego autora, naciąga Krzyżewskiego na opowieści
- Doktor Stanisław Kamiński - patolog, ma chody w kawiarni Stylowej
- Jan Cieślik - złodziej po wyroku, możliwe że szkielet bez palców
- Barbara Kosicka - niewierna flama Cieślika, atrakcyjna i wygadana[1]
- Ryszard Kosicki - brat Barbary
- Mieczysław Pietrzak - aktualny absztyfikant Barbary, brat Józefa
- Józef Pietrzak - robotnik budowlany, w 1957 roku pracował przy rozbiórce na Kiełbaśniczej
- Honorata Pietrzak - siostra Józefa i Mieczysława, mniej ładna i mniej inteligentna od Barbary
Historia jest archiwalna, major Krzyżewski opowiada ją w klubie znajomemu dziennikarzowi z Warszawy i jego koledze. Dwudziestoparoletni zbrodniarz został skazany najpierw na karę śmierci, potem na dożywocie (co jest dość ciekawym rozwiązaniem fabularnym, bo zwykle akcja prl-owskich kryminałów kończyła się na otoczeniu przestępcy, ewentualnie jego przyznaniu się po forsownym przesłuchaniu). Mottem życiowym Krzyżewskiego jest fraza “Nie ma bowiem przestępstw doskonałych, są jedynie chwilowo nie wykryte”, co - zwłaszcza post factum - okazuje się oczywiście prawdą.
1960. Podczas rozbiórki gruzów na ul. Kiełbaśniczej znaleziono zwłoki. Szybko okazało się, że nie jest to niemiecki żołnierz, zachowany z czasów II wojny, tylko stosunkowo świeży denat sprzed 2-4 lat, szczupły mężczyzna w wieku 30-40 lat. Krzyżewski rozpoczyna mozolne szukanie potencjalnego zaginionego (których oczywiście w Polsce jest mniej niż w USA, gdzie jest to plagą), dzieląc się przy okazji szerokim opisem sytuacji, w których ludzie wychodzą z domu i nie wracają (bo to taka książka typu “bawiąc-uczyć”). Lista poszukiwanych z całej Polski zawęża się do czterech osób, z których jedna - niejaki Cieślik - nie zameldowała się w miejscu zamieszkania po wyjściu z więzienia. Śledztwo pokazane jest detalicznie i - chyba ze względu na wspomniany edukacyjny charakter - jako zbiorowy wysiłek ciężko pracujących ludzi, a nie olśnienia i przypadek.
[1]
Kosicka bawiła się coraz lepiej, patrząc, jak mundury milicjantów stają się w miarę postępu
pracy coraz bardziej ciemne i brudne.
- Niektórzy - powiedziała patrząc bezczelnie na majora - gdyby byli tacy chorzy, jak są głupi, to już dawno by umarli.
Się pije: koniak i kawę (we Wrocławskim Klubie dziennikarza), wódkę pod chleb i ogórki (u Kosickiej).
Się pali: giewonty (Cieślik)
Inne tego autora tutaj.
Inne z tego cyklu tutaj.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 17, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, panowie, prl, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lucas Corso jest łowcą książek, znanym w środowisku jako ten, który potrafi znaleźć każdą książkę, chociaż czasem jego metody ocierają się o obrzeża legalności. Jednocześnie dostaje dwa zlecenia: ma sprawdzić dla przyjaciela autentyczność manuskryptu jednego z rozdziałów “Trzech muszkieterów” Dumasa oraz dla bogatego i ekscentrycznego kolekcjonera Borji ustalić, która z trzech istniejących książek “Dziewięciu wrót” jest autentyczną ewangelią Szatana. Corso rozpoczyna peregrynacje po Europie, nie dziwiąc się zupełnie, że podąża za nim śliczna 19-latka, przedstawiająca się na zmianę jako Irene Adler (z Baker Street 221B) albo Upadły Anioł, robiąca za jego ochroniarza i gumową kaczuszkę. Szczegółowa analiza najpierw manuskryptu Dumasa, a potem porównanie kolejnych wersji “Dziewięciu wrót” (te kawałki są autentycznie ciekawe poznawczo, w przeciwieństwie do naciąganej intrygi) prowadzi do (prawdopodobnie) trzech śmierci i kilku bijatyk.
Tylko że chyba się zestarzałam, bo książka mnie tym razem niepomiernie zirytowała. Corso jest egzaltowanym idiotą, snuje w głowie jakieś oszalałe wizje, że jest bohaterem książki i nieustająco usiłuje łączyć ze sobą wątki, o których wiadomo, że się zupełnie nie kleją. Dodatkowo jest absolutnym no-lifem, albo popija Bolsa (jakaż zabawna kryptoreklamka), ustawiając żołnierzyki w symulacji jednej z bitew napoleońskich, albo wspomina swoją byłą ukochaną Nikon (fotografkę, srsly), albo myśli o książkach. Przedstawiany jest jako fascynat książek jako przedmiotów kolekcjonerskich, ale tak naprawdę równie dobrze mógłby przemycać papierosy. Jego superspryt jest nieco przereklamowany - kiedy właściciel księgozbioru odmawia sprzedaży książki, Corso organizuje kradzież, która ma być upozorowana na zwykłe włamanie, bo przecież nikt nie powiąże ze sobą wizyty łowcy, pytającego o egzemplarz książki i następującego zaraz po nim włamaniu, przy którym właśnie ta książka ginie. W ogóle to raczej literatura dla chłopców, bo bohaterowie skupiają się na erekcji i za jej pomocą rozwiązują różne rzeczy. Stosunek bohaterów do dam jest w ogóle dość XX-wieczny - a to Corso obiecuje wdowie, że odda jej rękopis, dzięki czemu odbywają stosunek na kanapie, po czym on ją wyśmiewa i dziwi się, że staje się ona jego wrogiem; jakiś czas potem podejmuje współżycie ze śpiącą dziewczyną i tylko z przyzwoitości pyta, czy “można” tuż przed finałem (wierząc w moc coitus interruptus). Oczywiście czyta się całość świetnie, nieustająco, ale jednak z rosnącą irytacją.
Mocną stroną książki (w przeciwieństwie do ekranizacji) jest dwuwątkowość - wątek tytułowego Klubu Dumas jest poprowadzony ciekawie i z satysfakcjonującym wyjaśnieniem, zwłaszcza szanuję użycie postaci Balkana jako narratora kilku rozdziałów. Problem w tym, że nałożony na to wątek poszukiwania “Dziewięciu wrót” klei się z wątkiem pierwszym tylko za pomocą osoby Corsa, postać Irene jest typowym deus ex machina, a rozwiązanie intrygi (Pbefb, qbcvreb an fnzlz xbńph bevraghwąpl fvę, żr wrtb myrpravbqnjpn wrfg zbeqrepą v fmnyrńprz, wnxvzś phqrz j fcbfóo avrjvqbpmal qyn pmlgryavxn zn pmnf an cemltbgbjnavr snłfmljrw elpval mr fcrpwnyvfgnzv bq snłfmrefgj, qmvęxv pmrzh Obewn tvavr cbqpmnf avrhqnartb rxfcrelzragh cemljbłnavn Fmngnan) jest niewiarygodne.
Inne tego autora tutaj.
#46/#7
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 13, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2019, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lucas Corso jest łowcą książek, znanym w środowisku jako ten, który potrafi znaleźć każdą książkę, chociaż czasem jego metody ocierają się o obrzeża legalności. Jednocześnie dostaje dwa zlecenia: ma sprawdzić dla przyjaciela autentyczność manuskryptu jednego z rozdziałów “Trzech muszkieterów” Dumasa oraz dla bogatego i ekscentrycznego kolekcjonera Borji ustalić, która z trzech istniejących książek “Dziewięciu wrót” jest autentyczną ewangelią Szatana. Corso rozpoczyna peregrynacje po Europie, nie dziwiąc się zupełnie, że podąża za nim śliczna 19-latka, przedstawiająca się na zmianę jako Irene Adler (z Baker Street 221B) albo Upadły Anioł, robiąca za jego ochroniarza i gumową kaczuszkę. Szczegółowa analiza najpierw manuskryptu Dumasa, a potem porównanie kolejnych wersji “Dziewięciu wrót” (te kawałki są autentycznie ciekawe poznawczo, w przeciwieństwie do naciąganej intrygi) prowadzi do (prawdopodobnie) trzech śmierci i kilku bijatyk.
Tylko że chyba się zestarzałam, bo książka mnie tym razem niepomiernie zirytowała. Corso jest egzaltowanym idiotą, snuje w głowie jakieś oszalałe wizje, że jest bohaterem książki i nieustająco usiłuje łączyć ze sobą wątki, o których wiadomo, że się zupełnie nie kleją. Dodatkowo jest absolutnym no-lifem, albo popija Bolsa (jakaż zabawna kryptoreklamka), ustawiając żołnierzyki w symulacji jednej z bitew napoleońskich, albo wspomina swoją byłą ukochaną Nikon (fotografkę, srsly), albo myśli o książkach. Przedstawiany jest jako fascynat książek jako przedmiotów kolekcjonerskich, ale tak naprawdę równie dobrze mógłby przemycać papierosy. Jego superspryt jest nieco przereklamowany - kiedy właściciel księgozbioru odmawia sprzedaży książki, Corso organizuje kradzież, która ma być upozorowana na zwykłe włamanie, bo przecież nikt nie powiąże ze sobą wizyty łowcy, pytającego o egzemplarz książki i następującego zaraz po nim włamaniu, przy którym właśnie ta książka ginie. W ogóle to raczej literatura dla chłopców, bo bohaterowie skupiają się na erekcji i za jej pomocą rozwiązują różne rzeczy. Stosunek bohaterów do dam jest w ogóle dość XX-wieczny - a to Corso obiecuje wdowie, że odda jej rękopis, dzięki czemu odbywają stosunek na kanapie, po czym on ją wyśmiewa i dziwi się, że staje się ona jego wrogiem; jakiś czas potem podejmuje współżycie ze śpiącą dziewczyną i tylko z przyzwoitości pyta, czy “można” tuż przed finałem (wierząc w moc coitus interruptus). Oczywiście czyta się całość świetnie, nieustająco, ale jednak z rosnącą irytacją.
Mocną stroną książki (w przeciwieństwie do ekranizacji) jest dwuwątkowość - wątek tytułowego Klubu Dumas jest poprowadzony ciekawie i z satysfakcjonującym wyjaśnieniem, zwłaszcza szanuję użycie postaci Balkana jako narratora kilku rozdziałów. Problem w tym, że nałożony na to wątek poszukiwania “Dziewięciu wrót” klei się z wątkiem pierwszym tylko za pomocą osoby Corsa, postać Irene jest typowym deus ex machina, a rozwiązanie intrygi (Pbefb, qbcvreb an fnzlz xbńph bevraghwąpl fvę, żr wrtb myrpravbqnjpn wrfg zbeqrepą v fmnyrńprz, wnxvzś phqrz j fcbfóo avrjvqbpmal qyn pmlgryavxn zn pmnf an cemltbgbjnavr snłfmljrw elpval mr fcrpwnyvfgnzv bq snłfmrefgj, qmvęxv pmrzh Obewn tvavr cbqpmnf avrhqnartb rxfcrelzragh cemljbłnavn Fmngnan) jest niewiarygodne.
Inne tego autora tutaj.
#46/#7
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 13, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2019, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj