Hotel Sheraton był pierwszym poznańskim pięciogwiazdkowym hotelem (od 2006 do 2008, kiedy otwarto Blow Up Hall 50 50 i Hotel City Park Residence), postrzeganym jako szczyt luksusu i powiew wielkiego świata. Dzięki spotkaniu fotograficznym zorganizowanym przez team @Instapoznan mogłam zajrzeć do środka; nie tylko do lobby, gdzie odbyłam kiedyś jedną z dziwniejszych rozmów o pracę (long story short, jakby nie kryzys 2008, pewnie byłabym CIO albo innym trzyliterowym skrótem).
Absurdalnie, najbardziej imponującym miejscem jest wspomniane lobby hotelowe. Basen i SPA na jednej z wyższych kondygnacji to miejsce ciekawe, ale takie zwykłe (klasy Term maltańskich), zaś apartament prezydencki jest duży (100 m2), ale poza tym wygląda jak większość pokoi hotelowych.
Apartament prezydencki
Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan8 na instagramie (jak widać, przepuściłam okazję spaceru numer 7, na poznańską Arenę).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 23, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
photowalk, instapoznan
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Hotel Sheraton był pierwszym poznańskim pięciogwiazdkowym hotelem (od 2006 do 2008, kiedy otwarto Blow Up Hall 50 50 i Hotel City Park Residence), postrzeganym jako szczyt luksusu i powiew wielkiego świata. Dzięki spotkaniu fotograficznym zorganizowanym przez team @Instapoznan mogłam zajrzeć do środka; nie tylko do lobby, gdzie odbyłam kiedyś jedną z dziwniejszych rozmów o pracę (long story short, jakby nie kryzys 2008, pewnie byłabym CIO albo innym trzyliterowym skrótem).
Absurdalnie, najbardziej imponującym miejscem jest wspomniane lobby hotelowe. Basen i SPA na jednej z wyższych kondygnacji to miejsce ciekawe, ale takie zwykłe (klasy Term maltańskich), zaś apartament prezydencki jest duży (100 m2), ale poza tym wygląda jak większość pokoi hotelowych.
Apartament prezydencki
Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan8 na instagramie (jak widać, przepuściłam okazję spaceru numer 7, na poznańską Arenę).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 23, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
photowalk, instapoznan
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Podobnie jak dwa lata temu dziecko spędziło noc poza domem (pod opieką, z innymi dziećmi, nie że wystawiłam do ogródka), więc obejrzałam film dla dorosłych, w kinie i bez dubbingu.
Zaczyna się grubo, bo od spektakularnego samobójstwa Deadpoola. Problem w tym, że dzięki mutacji chłopak się naprawia i niebawem już jest na nogach[1], chociaż bardzo nieszczęśliwy, bo chęć życia skutecznie wyprało z niego zabicie (spokojnie, to się dzieje na samym początku filmu) jego ukochanej tuż po tym, jak zaproponowała, żeby mieli dziecko. Decyduje się przyłączyć do niemarkowych X-manów (człowieka-blachy, panny wyglądającej jak Justin Bieber i jej azjatyckiej ukochanej), ale podczas akcji ratowania młodego mutanta w rozmiarze XXL trafia do więzienia dla mutantów, gdzie o mało co nie umiera, bo na miejscu mają obroże blokujące moce mutanckie (serio?). Potem jest przybysz z przyszłości, zawiązanie drużyny X-force (nie na długo, ale zawsze) oraz zaskakujące zakończenie. W zasadzie kilka zaskakujących zakończeń.
Scenarzyści powtórzyli wszystkie numery z poprzedniej części - zburzona czwarta ściana, cameo Wolverine'a i kilku innych X-menów (oraz Brada Pitta!), niemagiczni sojusznicy (barman[2] i taksówkarz[3]), fekalny humor, mnóstwo szydery z konsorcjów komisowych i popkultury oraz doskonałe dialogi. Spłakałam się ze śmiechu, chociaż oczywiście nie wiem, czy stałam się przez to lepszym człowiekiem.
[1] Nogi traci również w trakcie filmu. Odrastają, ale nie chciałam tego oglądać. Nikt nie chciał.
[2] Bardzo skromna rola, w zasadzie pojawia się dwukrotnie, rzuca dwoma ciętymi ripostami i to by było na tyle. Trochę szkoda, że kosztem ostatniego sezonu "Silicon Valley".
[3] Hinduski taksówkarz Dopinder, który chce zostać płatnym mordercą. Mój idol.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 21, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Podobnie jak dwa lata temu dziecko spędziło noc poza domem (pod opieką, z innymi dziećmi, nie że wystawiłam do ogródka), więc obejrzałam film dla dorosłych, w kinie i bez dubbingu.
Zaczyna się grubo, bo od spektakularnego samobójstwa Deadpoola. Problem w tym, że dzięki mutacji chłopak się naprawia i niebawem już jest na nogach[1], chociaż bardzo nieszczęśliwy, bo chęć życia skutecznie wyprało z niego zabicie (spokojnie, to się dzieje na samym początku filmu) jego ukochanej tuż po tym, jak zaproponowała, żeby mieli dziecko. Decyduje się przyłączyć do niemarkowych X-manów (człowieka-blachy, panny wyglądającej jak Justin Bieber i jej azjatyckiej ukochanej), ale podczas akcji ratowania młodego mutanta w rozmiarze XXL trafia do więzienia dla mutantów, gdzie o mało co nie umiera, bo na miejscu mają obroże blokujące moce mutanckie (serio?). Potem jest przybysz z przyszłości, zawiązanie drużyny X-force (nie na długo, ale zawsze) oraz zaskakujące zakończenie. W zasadzie kilka zaskakujących zakończeń.
Scenarzyści powtórzyli wszystkie numery z poprzedniej części - zburzona czwarta ściana, cameo Wolverine'a i kilku innych X-menów (oraz Brada Pitta!), niemagiczni sojusznicy (barman[2] i taksówkarz[3]), fekalny humor, mnóstwo szydery z konsorcjów komisowych i popkultury oraz doskonałe dialogi. Spłakałam się ze śmiechu, chociaż oczywiście nie wiem, czy stałam się przez to lepszym człowiekiem.
[1] Nogi traci również w trakcie filmu. Odrastają, ale nie chciałam tego oglądać. Nikt nie chciał.
[2] Bardzo skromna rola, w zasadzie pojawia się dwukrotnie, rzuca dwoma ciętymi ripostami i to by było na tyle. Trochę szkoda, że kosztem ostatniego sezonu "Silicon Valley".
[3] Hinduski taksówkarz Dopinder, który chce zostać płatnym mordercą. Mój idol.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 21, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Szwed Arne Murberg, nieco opóźniony w rozwoju (często zapomina wielu słów, wolno się uczy, często nie rozumie związków przyczynowo-skutkowych), ale bardzo rezolutny 30-latek dostaje od umierającego ojca misję. Ma odnaleźć swoją matkę, Violettę, która - jak się okazuje, wcale nie umarła, kiedy miał rok, tylko znudzona życiem rodzinnym zwiała z, jak to określił poetycznie ojciec, wędrownym trubadurem do Berlina. Po odnalezieniu matki ma przekazać jej zamknięte pudełko z nieznaną zawartością. Arne, wyposażony przez nadopiekuńczego wuja w dobre rady, zapas gotówki i pobieżną znajomość niemieckiego wsiada do samolotu i rozpoczyna przygodę. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka, wszystko jest nowe - ludzie, zapachy, jedzenie, ulice. Odkrywa restauracje, próbuje alkoholu nie zdając sobie sprawy ze skutków, gubi telefon komórkowy (jedyny kontakt z wujem i ciotką), ktoś kradnie mu buty, bo drzemka na ławce w Tiergarten to nie jest jeden z najlepszych pomysłów. Absurdalnie, Arne wcale nie traci ducha - każde z tych zdarzeń jest przyczynkiem do czegoś dobrego: kupna żółtych butów w KaDeWe, przypadkowego spotkania matki czy wreszcie poznania Beate, mówiącej po szwedzku Niemki.
To zupełnie inny typ książki niż wszystkie inne tego autora. W zasadzie to powieść obyczajowa z elementem mistycyzmu, brak w niej śledztwa i fabuła jest raczej drugorzędna (oczywiście cały czas szukałam tropów i czekałam, aż do akcji włączy się bardziej rzeczywisty detektyw niż wyimaginowany Perry Mason). Arne odkrywa, jak przyjemne może być życie, kiedy nikt mu nie organizuje czasu; owszem, nie jest najbystrzejszy, bywa łatwowierny, ale ostatecznie zaczyna wierzyć we własne siły. Drugoplanowa Beate, od dziecka traktowana jako słaba, jeżdżąca na wózku, uwolniła się spod presji ultra-religijnej rodziny już wcześniej; teraz pokazuje Arnemu, że mimo choroby jest mądrą, umiejącą się samodzielnie utrzymać osobą.
Pozostaje ten nieszczęsny element mistyczny, który, mam wrażenie, został wprowadzony nieco na siłę, żeby wszystkie elementy układanki się zazębiły. Wypuszczony z zakłady psychiatrycznego profesor Litvinus, wynajmujący mieszkanie w domu, w którym mieszkała matka Arnego, planuje wykonanie rytuału, dzięki któremu przeniesie się w czasie. Hipnotyzuje Arnego, który podczas hipnozy trafia do XVI wieku, gdzie - jako wiejski chłopak Aron - ma uratować skazaną na stos Beate, uznaną za czarownicę. Do uratowania przydaje się pudełko, które ma przekazać matce; rzeczywistość miesza się tu ze snami, Arne przemieszcza się w magiczny sposób między zagrożonym mieszkaniem profesora a Kolumną Zwycięstwa, gdzie budzi się z hipnotycznego snu po wykonaniu zadania.
Inne tego autora tutaj.
#41
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 17, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2018, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Szwed Arne Murberg, nieco opóźniony w rozwoju (często zapomina wielu słów, wolno się uczy, często nie rozumie związków przyczynowo-skutkowych), ale bardzo rezolutny 30-latek dostaje od umierającego ojca misję. Ma odnaleźć swoją matkę, Violettę, która - jak się okazuje, wcale nie umarła, kiedy miał rok, tylko znudzona życiem rodzinnym zwiała z, jak to określił poetycznie ojciec, wędrownym trubadurem do Berlina. Po odnalezieniu matki ma przekazać jej zamknięte pudełko z nieznaną zawartością. Arne, wyposażony przez nadopiekuńczego wuja w dobre rady, zapas gotówki i pobieżną znajomość niemieckiego wsiada do samolotu i rozpoczyna przygodę. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka, wszystko jest nowe - ludzie, zapachy, jedzenie, ulice. Odkrywa restauracje, próbuje alkoholu nie zdając sobie sprawy ze skutków, gubi telefon komórkowy (jedyny kontakt z wujem i ciotką), ktoś kradnie mu buty, bo drzemka na ławce w Tiergarten to nie jest jeden z najlepszych pomysłów. Absurdalnie, Arne wcale nie traci ducha - każde z tych zdarzeń jest przyczynkiem do czegoś dobrego: kupna żółtych butów w KaDeWe, przypadkowego spotkania matki czy wreszcie poznania Beate, mówiącej po szwedzku Niemki.
To zupełnie inny typ książki niż wszystkie inne tego autora. W zasadzie to powieść obyczajowa z elementem mistycyzmu, brak w niej śledztwa i fabuła jest raczej drugorzędna (oczywiście cały czas szukałam tropów i czekałam, aż do akcji włączy się bardziej rzeczywisty detektyw niż wyimaginowany Perry Mason). Arne odkrywa, jak przyjemne może być życie, kiedy nikt mu nie organizuje czasu; owszem, nie jest najbystrzejszy, bywa łatwowierny, ale ostatecznie zaczyna wierzyć we własne siły. Drugoplanowa Beate, od dziecka traktowana jako słaba, jeżdżąca na wózku, uwolniła się spod presji ultra-religijnej rodziny już wcześniej; teraz pokazuje Arnemu, że mimo choroby jest mądrą, umiejącą się samodzielnie utrzymać osobą.
Pozostaje ten nieszczęsny element mistyczny, który, mam wrażenie, został wprowadzony nieco na siłę, żeby wszystkie elementy układanki się zazębiły. Wypuszczony z zakłady psychiatrycznego profesor Litvinus, wynajmujący mieszkanie w domu, w którym mieszkała matka Arnego, planuje wykonanie rytuału, dzięki któremu przeniesie się w czasie. Hipnotyzuje Arnego, który podczas hipnozy trafia do XVI wieku, gdzie - jako wiejski chłopak Aron - ma uratować skazaną na stos Beate, uznaną za czarownicę. Do uratowania przydaje się pudełko, które ma przekazać matce; rzeczywistość miesza się tu ze snami, Arne przemieszcza się w magiczny sposób między zagrożonym mieszkaniem profesora a Kolumną Zwycięstwa, gdzie budzi się z hipnotycznego snu po wykonaniu zadania.
Inne tego autora tutaj.
#41
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 17, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2018, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[05.2018]
Maj w tym roku mogłam - ze względu na konieczność wybrania 5/12 urlopu - częściowo spędzić w mieście. W ciągu dnia! Bez wyrzutów sumienia! Bez celu! Mogłam posiedzieć w parku Mickiewicza pod Teatrem Wielkim, gdzie jak co roku po sezonie z płatków tulipanów pojawiło się coś ładnego (a konkretnie wielkopolska powstańcza rozetka).
Mogłam przejść się po rozoranym Świętym Marcinie i obejrzeć wystawę World Press Photo; w obu przypadkach było mi smutno, bo chociaż Święty Marcin będzie po remoncie ładniejszych, tak kondycja świata zaobserwowana przez reporterów nie wróży dobrze. Zdjęcia ciekawe, niektóre piękne, większość przerażająca. A jak już byłam w okolicy, weszłam na chwilę do pobliskiego budynku UAM, gdzie spirale schodów ozdobione są marmurem (oraz jest chłodno).
Przypadkiem już zupełnym zorientowałam się, że podczas Nocy Muzeów można zwiedzić kilka zwykle niedostępnych budynków. Gmach Dyrekcji Poczty Polskiej zdecydowanie warto - może nie ma takiego wow factor jak Collegium Maius, ale można w nim zabłądzić, wspiąć się po spiralnych schodach oraz odkryć ukryty dziedziniec.


Bar z zupami to dla mnie nowość, chociaż pewnie wszyscy byli; ogromnie wspieram ideę baru z zupami. W Zuppi na Św. Marcinie 63 można porcję ciepłej zupy z pieczywem i to bardzo szybko. Na zdjęciu zupa z młodej kapusty z boczkiem (oraz talerz z aluzją).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 14, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[05.2018]
Maj w tym roku mogłam - ze względu na konieczność wybrania 5/12 urlopu - częściowo spędzić w mieście. W ciągu dnia! Bez wyrzutów sumienia! Bez celu! Mogłam posiedzieć w parku Mickiewicza pod Teatrem Wielkim, gdzie jak co roku po sezonie z płatków tulipanów pojawiło się coś ładnego (a konkretnie wielkopolska powstańcza rozetka).
Mogłam przejść się po rozoranym Świętym Marcinie i obejrzeć wystawę World Press Photo; w obu przypadkach było mi smutno, bo chociaż Święty Marcin będzie po remoncie ładniejszych, tak kondycja świata zaobserwowana przez reporterów nie wróży dobrze. Zdjęcia ciekawe, niektóre piękne, większość przerażająca. A jak już byłam w okolicy, weszłam na chwilę do pobliskiego budynku UAM, gdzie spirale schodów ozdobione są marmurem (oraz jest chłodno).
Przypadkiem już zupełnym zorientowałam się, że podczas Nocy Muzeów można zwiedzić kilka zwykle niedostępnych budynków. Gmach Dyrekcji Poczty Polskiej zdecydowanie warto - może nie ma takiego wow factor jak Collegium Maius, ale można w nim zabłądzić, wspiąć się po spiralnych schodach oraz odkryć ukryty dziedziniec.


Bar z zupami to dla mnie nowość, chociaż pewnie wszyscy byli; ogromnie wspieram ideę baru z zupami. W Zuppi na Św. Marcinie 63 można porcję ciepłej zupy z pieczywem i to bardzo szybko. Na zdjęciu zupa z młodej kapusty z boczkiem (oraz talerz z aluzją).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 14, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Detektyw Jane Rizzoli wraz z zaprzyjaźnioną patolog, Maurą Isles, prowadzą śledztwo w sprawie brutalnie zamordowanego myśliwego, częściowo zjedzonego przez zwierzęta domowe oraz wypatroszonego. Szybko odkrywają, również za pomocą mozolnej analizy mikrośladów i billingów (na które notabene czeka się miesiącami), że tego typu zbrodni pojawiło się więcej. Drugi wątek, sprzed kilku lat, opowiada o pechowym safari w Afryce, podczas którego giną kolejni uczestnicy, w tym syn zamordowanego współcześnie myśliwego. Obie sprawy się splatają, a Maura adoptuje kota, znalezionego w domu denata.
Złego słowa bym nie powiedziała, bo to uczciwy procedural, nie przeszkadza nawet, że 9. tom cyklu o obu bohaterkach (zekranizowanego, oglądał ktoś?), tyle że jak na topową powieść z twistem to jednak tego twista za mało. Morderca podszywa się pod kogoś innego, finał.
#40
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 12, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2018, kryminal
- 2 komentarze
- Skomentuj
Detektyw Jane Rizzoli wraz z zaprzyjaźnioną patolog, Maurą Isles, prowadzą śledztwo w sprawie brutalnie zamordowanego myśliwego, częściowo zjedzonego przez zwierzęta domowe oraz wypatroszonego. Szybko odkrywają, również za pomocą mozolnej analizy mikrośladów i billingów (na które notabene czeka się miesiącami), że tego typu zbrodni pojawiło się więcej. Drugi wątek, sprzed kilku lat, opowiada o pechowym safari w Afryce, podczas którego giną kolejni uczestnicy, w tym syn zamordowanego współcześnie myśliwego. Obie sprawy się splatają, a Maura adoptuje kota, znalezionego w domu denata.
Złego słowa bym nie powiedziała, bo to uczciwy procedural, nie przeszkadza nawet, że 9. tom cyklu o obu bohaterkach (zekranizowanego, oglądał ktoś?), tyle że jak na topową powieść z twistem to jednak tego twista za mało. Morderca podszywa się pod kogoś innego, finał.
#40
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 12, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2018, kryminal
- 2 komentarze
- Skomentuj