[9-10.12.2017]
Najpierw mieliśmy spotkać się z A. i jej chłopakami na miejscu, w Muzeum Techniki. Ponieważ różne rzeczy po drodze, minęliśmy się. Przerzucając się sms-ami i wiadomościami, spotkałyśmy się w przelocie następnego dnia na śniadaniu. Szkoda, bo i chłopaki chcieli się z Mają spotkać, i ja z A. zamienić kilka słów, bo w Poznaniu jakoś też się tak samo mijamy. W każdym razie sobota w grudniowym Berlinie przewidywalnie miła - Spectrum (nieustająco Domek Czarownicy robi zamieszanie w błędniku), restauracja Athena na Tempelhofer Ufer i spacer po Kurfürstendamm do jarmarku przy Gedächtniskirche. Przy okazji odwiedziłam sklep firmowy Taschen, gdzie jednak zaskoczyło mnie, że książki są raczej tylko po niemiecku. Szczęśliwie da się wszystko zamówić przez Internet i mimo okresu przedświątecznego przesyłka z prezentem po angielsku przychodzi w ciągu kilku dni do Polski.
Odbicia / Prąd / Domek czarownicy
Energia powietrza / Mgła / Transport
U-bahn
Kurfürstendamm / Gedächtniskirche
Następnego dnia udało nam się nie spotkać z K. i P., ponieważ przedłużyło nam się śniadanie, potem krążyliśmy dramatycznie po okolicach Wyspy Muzeów, szukając miejsca do zaparkowania, a dodatkowo kupiłam bilety do Pergamonu on-line, co gorąco polecam, bo omija się kilometrowe kolejki (ale omija się też opcję na spotkanie ze znajomymi, więc coś za coś). Gorąco polecam, bo powiedzieć, że Pergamon robi wrażenie, to nic nie powiedzieć. Nie jest ważne, czy to, co widać w muzeum, zostało odtworzone z garstki kamieni (oraz w jaki sposób pozyskanej), efekt jest taki, że weszłam, opadła mi szczęka i tak krążyłam z półotwartymi ustami, próbując ogarnąć wzrokiem kawał historii starożytnej. Brama Ishtar - 14 metrów wysoka, 30 metrów szeroka, zupełnie nie dziwi mnie pełna przechwałek inskrypcja króla o tym, po co jest brama (żeby się zachwycić i paść na kolana, zdecydowanie cel osiągnięty mimo upływu tysięcy lat). Mnóstwo lol-contentu na płaskorzeźbach - nic tak nie cieszy 8-latki jak szukanie kolejnych scenek, na których ludzie-orły cieszą się, że mają wiaderko i owocek. Fantastyczne arabskie dywany, z dużą nutą smutku, bo sporo tych pięknych rzeczy zniszczało w Syrii wraz z ludźmi, którzy byli potomkami autorów. Bardzo konkretnie planuję całą Wyspę na jakiś letni dzień.
Inskrypcja / Źródło inspiracji "Niekończącej się opowieści"
Człowiek orzeł ma wiaderko i owocek / Kciuki aprobaty

Berlinerdom, Trzy dziewczęta i chłopiec, wreszcie jarmark przy St. Marienkirche.
GALERIA ZDJĘĆ
Poprzednie wizyty: "Spectrum" - 2016 i 2014; jarmark przy St. Marienkirche 2014, 2013 i Gedächtniskirche 2014.
W tle "Avalon" Roxy Music. To płyta bezczasowa, pasuje i do grudniowych wspomnień, i do lutowej rekonwalescencji.
Adresy:
Taschen Berlin - Schlüterstr. 39.
Restauracja hinduska Appka - Maybachufer 23.
Restauracja grecka Taverna Athene - Tempelhofer Ufer 12.
Pergamonmuseum - Bodestraße.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 10, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Maja -
Tagi:
berlin, niemcy, sztuka
- 7 komentarzy
- Skomentuj
[9-10.12.2017]
Najpierw mieliśmy spotkać się z A. i jej chłopakami na miejscu, w Muzeum Techniki. Ponieważ różne rzeczy po drodze, minęliśmy się. Przerzucając się sms-ami i wiadomościami, spotkałyśmy się w przelocie następnego dnia na śniadaniu. Szkoda, bo i chłopaki chcieli się z Mają spotkać, i ja z A. zamienić kilka słów, bo w Poznaniu jakoś też się tak samo mijamy. W każdym razie sobota w grudniowym Berlinie przewidywalnie miła - Spectrum (nieustająco Domek Czarownicy robi zamieszanie w błędniku), restauracja Athena na Tempelhofer Ufer i spacer po Kurfürstendamm do jarmarku przy Gedächtniskirche. Przy okazji odwiedziłam sklep firmowy Taschen, gdzie jednak zaskoczyło mnie, że książki są raczej tylko po niemiecku. Szczęśliwie da się wszystko zamówić przez Internet i mimo okresu przedświątecznego przesyłka z prezentem po angielsku przychodzi w ciągu kilku dni do Polski.
Odbicia / Prąd / Domek czarownicy
Energia powietrza / Mgła / Transport
U-bahn
Kurfürstendamm / Gedächtniskirche
Następnego dnia udało nam się nie spotkać z K. i P., ponieważ przedłużyło nam się śniadanie, potem krążyliśmy dramatycznie po okolicach Wyspy Muzeów, szukając miejsca do zaparkowania, a dodatkowo kupiłam bilety do Pergamonu on-line, co gorąco polecam, bo omija się kilometrowe kolejki (ale omija się też opcję na spotkanie ze znajomymi, więc coś za coś). Gorąco polecam, bo powiedzieć, że Pergamon robi wrażenie, to nic nie powiedzieć. Nie jest ważne, czy to, co widać w muzeum, zostało odtworzone z garstki kamieni (oraz w jaki sposób pozyskanej), efekt jest taki, że weszłam, opadła mi szczęka i tak krążyłam z półotwartymi ustami, próbując ogarnąć wzrokiem kawał historii starożytnej. Brama Ishtar - 14 metrów wysoka, 30 metrów szeroka, zupełnie nie dziwi mnie pełna przechwałek inskrypcja króla o tym, po co jest brama (żeby się zachwycić i paść na kolana, zdecydowanie cel osiągnięty mimo upływu tysięcy lat). Mnóstwo lol-contentu na płaskorzeźbach - nic tak nie cieszy 8-latki jak szukanie kolejnych scenek, na których ludzie-orły cieszą się, że mają wiaderko i owocek. Fantastyczne arabskie dywany, z dużą nutą smutku, bo sporo tych pięknych rzeczy zniszczało w Syrii wraz z ludźmi, którzy byli potomkami autorów. Bardzo konkretnie planuję całą Wyspę na jakiś letni dzień.
Inskrypcja / Źródło inspiracji "Niekończącej się opowieści"
Człowiek orzeł ma wiaderko i owocek / Kciuki aprobaty

Berlinerdom, Trzy dziewczęta i chłopiec, wreszcie jarmark przy St. Marienkirche.
GALERIA ZDJĘĆ
Poprzednie wizyty: "Spectrum" - 2016 i 2014; jarmark przy St. Marienkirche 2014, 2013 i Gedächtniskirche 2014.
W tle "Avalon" Roxy Music. To płyta bezczasowa, pasuje i do grudniowych wspomnień, i do lutowej rekonwalescencji.
Adresy:
Taschen Berlin - Schlüterstr. 39.
Restauracja hinduska Appka - Maybachufer 23.
Restauracja grecka Taverna Athene - Tempelhofer Ufer 12.
Pergamonmuseum - Bodestraße.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 10, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Maja -
Tagi:
berlin, niemcy, sztuka
- 7 komentarzy
- Skomentuj
... bab gadar i absolutny zanik umiejętności posługiwania się słowem pisanym, a do tego lista szkiców notek mi dramatycznie rośnie, dziś będzie o serialach w telegraficznym skrócie:
- Love: Gus, nudny i nieco aspergerowaty nauczyciel, pracujący na planie filmowym poznaje Mickey, odjechaną, acz socjopatyczną dziewczynę ze związkofobią. Nie ma absolutnie szansy na to, żeby im się wspólnie udało utrzymać nietypowo zaczęty związek, ale nieustająco próbują. Śmieszne, ale czasem do bólu amerykańskie.
- Easy: etiudki o różnych nietypowych sytuacjach w związkach (np. pani chce się bawić w przebieranki, pan niespecjalnie albo mąż ukrywa przed ciężarną żoną, że rozkręca manufakturę kraftowego piwa, bo żona w ciąży nie może pić). Niespecjalnie ciekawe, chociaż fajna obsada.
- Crazyhead: Amy chodzi do psychiatry, bo widuje ludzi z płonącymi twarzami, co nie jest specjalnie głupie do momentu, kiedy poznaje Raquel, również obdarzoną tym rodzajem widzenia. Zombie, demony, dużo krwi i rzeczy niesmacznych, ale to serial brytyjski, więc niespecjalnie dziwi.
- Sex&Drugs&Rock&Roll - Deanis Leary w roli eks-rockmana, który po latach usiłuje wskrzesić dawny zespół. Pojawia się właśnie pełnoletnia córka, która również chce zrobić karierę na scenie, eks-żona i barwna ekipa z drugiego planu (najlepszy jest Rehab, basista).
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 7, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... bab gadar i absolutny zanik umiejętności posługiwania się słowem pisanym, a do tego lista szkiców notek mi dramatycznie rośnie, dziś będzie o serialach w telegraficznym skrócie:
- Love: Gus, nudny i nieco aspergerowaty nauczyciel, pracujący na planie filmowym poznaje Mickey, odjechaną, acz socjopatyczną dziewczynę ze związkofobią. Nie ma absolutnie szansy na to, żeby im się wspólnie udało utrzymać nietypowo zaczęty związek, ale nieustająco próbują. Śmieszne, ale czasem do bólu amerykańskie.
- Easy: etiudki o różnych nietypowych sytuacjach w związkach (np. pani chce się bawić w przebieranki, pan niespecjalnie albo mąż ukrywa przed ciężarną żoną, że rozkręca manufakturę kraftowego piwa, bo żona w ciąży nie może pić). Niespecjalnie ciekawe, chociaż fajna obsada.
- Crazyhead: Amy chodzi do psychiatry, bo widuje ludzi z płonącymi twarzami, co nie jest specjalnie głupie do momentu, kiedy poznaje Raquel, również obdarzoną tym rodzajem widzenia. Zombie, demony, dużo krwi i rzeczy niesmacznych, ale to serial brytyjski, więc niespecjalnie dziwi.
- Sex&Drugs&Rock&Roll - Deanis Leary w roli eks-rockmana, który po latach usiłuje wskrzesić dawny zespół. Pojawia się właśnie pełnoletnia córka, która również chce zrobić karierę na scenie, eks-żona i barwna ekipa z drugiego planu (najlepszy jest Rehab, basista).
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 7, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Poprzedni tom niespecjalnie mnie wciągnął, ale kolejne - bardzo. Mimo początkowego braku chemii polubiłam Van Veeterena, cynicznego, dowcipnego[1] i elokwentnego policjanta na granicy wypalenia zawodowego i życiowego[2], ale ciągle węszącego i pchającego kolejne śledztwa do przodu mimo tępego szefa[3] i często braku jakichkolwiek przesłanek do kontynuowania sprawy. Ba, ma całkiem ogarniętą ekipę, która - w przeciwieństwie do szefa - bardzo dobrze ze sobą współpracuje i ma życie prywatne! Śledztwa nie są też prowadzone metodą olśnień (chociaż czasem się to Van Veeterenowi zdarza, co go jednak niepomiernie irytuje), tylko wymagają ciężkiej pracy, setek godzin poświęconych na przesiewanie zgłoszeń i danych (rzecz się dzieje na początku lat 90., nawet w Holandii nie było wtedy jeszcze sprawnie działających sieci komputerowych). Najbardziej lubię porównanie padające w "Kobiecie", że najczęstszą metodą pracy jest zadanie świadkom pytań zgodnie z regułą świni poszukującej trufli - jeśli odpowiednio długo i wytrwale się grzebie w ziemi, to prędzej czy później coś się znajdzie. Oraz że policjant to ktoś, kto nie ma szansy na bycie kimkolwiek w życiu.
Tytułowy punkt Borkmanna to taki moment w śledztwie, kiedy policja dysponuje już wszystkimi niezbędnymi śladami, żeby rozpoznać przestępcę. Problem w tym, że najczęściej detektywi nie są w stanie tego punktu określić i często tylko przypadek pozwala na rozwiązanie sprawy. Van Veeteren wraz ze współpracownikiem Münsterem zostaje delegowany do miasteczka Kaalbringen, gdzie morderca za pomocą siekiery rozwala głowy pozornie nie związanym ze sobą mężczyznom. Na miejscu jest emerytowany inspektor Bausen, dla którego to ostatnia sprawa przed odejściem na emeryturę. Od razu się z Van Veeterenem dogadują - Bausen ma doskonale zaopatrzoną piwniczkę z winami[4], a do tego świetnie gra w szachy. Münsterowi nie jest tak wesoło - delegacja odciąga go od dzieci i żony, która również jest faktem rozłąki zirytowana; na szczęście śledztwo jest nadzwyczaj ciekawe, a lokalni współpracownicy - całkiem niegłupi i sympatyczni. Ba, nawet przestępca okazuje się - mimo makabrycznego zamiłowania do walenia siekierą po głowie - bardzo miłym człowiekiem.
W "Powrocie" z więzienia po drugim wyroku wychodzi morderca. Długo się wolnością nie cieszy, bo znika; jego zwłoki po prawie roku znajduje przedszkolna wycieczka[5]. Trochę zajmuje, zanim ekipa odkryje, kim jest denat (nie pomaga brak głowy, stóp i rąk), dodatkowo Van Veeteren część śledztwa prowadzi ze szpitalnego łóżka, bo akurat wycinają mu raka jelita grubego. Śledztwo podważa winę zaginionego, a jego zwłoki sugerują, że ktoś, kto zabił wcześniej dwie kobiety i znalazł kozła ofiarnego, dalej jest na wolności. Kiedy po mozolnym zbieraniu dowodów Van Veeteren wkracza na finałową rozmowę z podejrzanym, finał jest niespodziewany i zaskakujący nawet dla mnie (a trochę kryminałów w życiu przeczytałam).
W "Kobiecie ze znamieniem" giną na oko zupełnie nie związani ze sobą mężczyźni - każdy najpierw dostaje dwa strzały w serce, potem kolejne trafiają w przyrodzenie. Wydaje się nic ich nie łączyć, tym bardziej sprawa jest trudna, bo nie ma motywu; nie pomaga, że rzecz się dzieje w styczniu, kiedy Van Veeteren wolałby zapaść w hibernację. Tuż przed trzecią zbrodnią ekipa odkrywa, że panowie kończyli razem szkołę wojskową; nagle mają ponad 30 potencjalnych ofiar (jeśli trend się utrzyma), z których jedna może, choć nie musi, być mordercą. Wątek śledztwa przeplatany jest przemyśleniami zbrodniarza, które jednak niespecjalnie zdradzają zakończenie.
[1]
– Znasz historię Heliogabala? – zapytał.
– Tego od krwi na trawie? – Tak. Był cesarzem rzymskim od 218 do 222 roku. Zabijał ludzi, bo lubił podziwiać czerwień na zielonym tle. Bezkompromisowy esteta, bez dwóch zdań. Chociaż krew nie najlepiej utrzymuje kolor.
– Nie – odparł Bausen. – I mało prawdopodobne, żeby to było motywem tej zbrodni. W środę w nocy musiało tu być ciemno jak diabli. Dwie sąsiadujące ze sobą latarnie są zepsute.
– Hm. To skreślamy wątek Heliogabala. Zawsze to miło móc wyeliminować jakieś nazwisko z listy...
– A pan komisarz nie da mi żadnej dobrej rady? – spytał, kiedy wychodzili już z lokalu.
Van Veeteren podrapał się po karku.
– Nie. Przecież sam już powiedziałeś: trzeba umieć być cierpliwym. Kury nie będą szybciej znosić jajek od tego, że będziemy stać nad nimi i się gapić.
– Skąd pan komisarz bierze te wszystkie powiedzonka?
– Nie mam pojęcia – rzucił ubawiony Van Veeteren. – My, poeci, tak już mamy. To po prostu na nas spływa.
Van Veeteren z irytacją zgasił swoją cygaretkę.
– Przecież wiem – wymamrotał. – Wycięli mi kawałek jelita, Münster, a nie mózgu.
[2] Eks-żona Renate, której raczej unika, bo go nudzi, syn w więzieniu, z którym niespecjalnie ma o czym rozmawiać i zamężna córka z kilkuletnimi bliźniakami, dość zajęta swoim życiem.
[3] Który potrafi nie przyjść na odprawę, bo zatrzymują go sprawy doniosłej wagi, a konkretnie przesadzanie roślin doniczkowych w gabinecie. W lutym. Nie żeby podwładni żałowali nieobecności.
[4] Się pije: Sain Emillion '71 z serem i gruszkami czy Pertrault '81.
[5] Mental note to self: nigdy nie zostać przedszkolanką.
Zaczęło się od Eunice, lat sześć, która zwymiotowała w autobusie już po przejechaniu czterystu metrów. Paul, lat trzy, mniej więcej w tym samym czasie nasikał sobie do butów. Ellen i Judith, lat cztery i pięć, dosłownie kilka minut później rzuciły się sobie do oczu z powodu zielonej chusteczki w różowe króliczki. Emile, lat trzy i pół, zanosił się od płaczu za mamą, aż huczało w całym autobusie, a Christophe’a, lat sześć, rozbolał ząb.
Inne tego autora.
#72-#74
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 2, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2017, kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj
Poprzedni tom niespecjalnie mnie wciągnął, ale kolejne - bardzo. Mimo początkowego braku chemii polubiłam Van Veeterena, cynicznego, dowcipnego[1] i elokwentnego policjanta na granicy wypalenia zawodowego i życiowego[2], ale ciągle węszącego i pchającego kolejne śledztwa do przodu mimo tępego szefa[3] i często braku jakichkolwiek przesłanek do kontynuowania sprawy. Ba, ma całkiem ogarniętą ekipę, która - w przeciwieństwie do szefa - bardzo dobrze ze sobą współpracuje i ma życie prywatne! Śledztwa nie są też prowadzone metodą olśnień (chociaż czasem się to Van Veeterenowi zdarza, co go jednak niepomiernie irytuje), tylko wymagają ciężkiej pracy, setek godzin poświęconych na przesiewanie zgłoszeń i danych (rzecz się dzieje na początku lat 90., nawet w Holandii nie było wtedy jeszcze sprawnie działających sieci komputerowych). Najbardziej lubię porównanie padające w "Kobiecie", że najczęstszą metodą pracy jest zadanie świadkom pytań zgodnie z regułą świni poszukującej trufli - jeśli odpowiednio długo i wytrwale się grzebie w ziemi, to prędzej czy później coś się znajdzie. Oraz że policjant to ktoś, kto nie ma szansy na bycie kimkolwiek w życiu.
Tytułowy punkt Borkmanna to taki moment w śledztwie, kiedy policja dysponuje już wszystkimi niezbędnymi śladami, żeby rozpoznać przestępcę. Problem w tym, że najczęściej detektywi nie są w stanie tego punktu określić i często tylko przypadek pozwala na rozwiązanie sprawy. Van Veeteren wraz ze współpracownikiem Münsterem zostaje delegowany do miasteczka Kaalbringen, gdzie morderca za pomocą siekiery rozwala głowy pozornie nie związanym ze sobą mężczyznom. Na miejscu jest emerytowany inspektor Bausen, dla którego to ostatnia sprawa przed odejściem na emeryturę. Od razu się z Van Veeterenem dogadują - Bausen ma doskonale zaopatrzoną piwniczkę z winami[4], a do tego świetnie gra w szachy. Münsterowi nie jest tak wesoło - delegacja odciąga go od dzieci i żony, która również jest faktem rozłąki zirytowana; na szczęście śledztwo jest nadzwyczaj ciekawe, a lokalni współpracownicy - całkiem niegłupi i sympatyczni. Ba, nawet przestępca okazuje się - mimo makabrycznego zamiłowania do walenia siekierą po głowie - bardzo miłym człowiekiem.
W "Powrocie" z więzienia po drugim wyroku wychodzi morderca. Długo się wolnością nie cieszy, bo znika; jego zwłoki po prawie roku znajduje przedszkolna wycieczka[5]. Trochę zajmuje, zanim ekipa odkryje, kim jest denat (nie pomaga brak głowy, stóp i rąk), dodatkowo Van Veeteren część śledztwa prowadzi ze szpitalnego łóżka, bo akurat wycinają mu raka jelita grubego. Śledztwo podważa winę zaginionego, a jego zwłoki sugerują, że ktoś, kto zabił wcześniej dwie kobiety i znalazł kozła ofiarnego, dalej jest na wolności. Kiedy po mozolnym zbieraniu dowodów Van Veeteren wkracza na finałową rozmowę z podejrzanym, finał jest niespodziewany i zaskakujący nawet dla mnie (a trochę kryminałów w życiu przeczytałam).
W "Kobiecie ze znamieniem" giną na oko zupełnie nie związani ze sobą mężczyźni - każdy najpierw dostaje dwa strzały w serce, potem kolejne trafiają w przyrodzenie. Wydaje się nic ich nie łączyć, tym bardziej sprawa jest trudna, bo nie ma motywu; nie pomaga, że rzecz się dzieje w styczniu, kiedy Van Veeteren wolałby zapaść w hibernację. Tuż przed trzecią zbrodnią ekipa odkrywa, że panowie kończyli razem szkołę wojskową; nagle mają ponad 30 potencjalnych ofiar (jeśli trend się utrzyma), z których jedna może, choć nie musi, być mordercą. Wątek śledztwa przeplatany jest przemyśleniami zbrodniarza, które jednak niespecjalnie zdradzają zakończenie.
[1]
– Znasz historię Heliogabala? – zapytał.
– Tego od krwi na trawie? – Tak. Był cesarzem rzymskim od 218 do 222 roku. Zabijał ludzi, bo lubił podziwiać czerwień na zielonym tle. Bezkompromisowy esteta, bez dwóch zdań. Chociaż krew nie najlepiej utrzymuje kolor.
– Nie – odparł Bausen. – I mało prawdopodobne, żeby to było motywem tej zbrodni. W środę w nocy musiało tu być ciemno jak diabli. Dwie sąsiadujące ze sobą latarnie są zepsute.
– Hm. To skreślamy wątek Heliogabala. Zawsze to miło móc wyeliminować jakieś nazwisko z listy...
– A pan komisarz nie da mi żadnej dobrej rady? – spytał, kiedy wychodzili już z lokalu.
Van Veeteren podrapał się po karku.
– Nie. Przecież sam już powiedziałeś: trzeba umieć być cierpliwym. Kury nie będą szybciej znosić jajek od tego, że będziemy stać nad nimi i się gapić.
– Skąd pan komisarz bierze te wszystkie powiedzonka?
– Nie mam pojęcia – rzucił ubawiony Van Veeteren. – My, poeci, tak już mamy. To po prostu na nas spływa.
Van Veeteren z irytacją zgasił swoją cygaretkę.
– Przecież wiem – wymamrotał. – Wycięli mi kawałek jelita, Münster, a nie mózgu.
[2] Eks-żona Renate, której raczej unika, bo go nudzi, syn w więzieniu, z którym niespecjalnie ma o czym rozmawiać i zamężna córka z kilkuletnimi bliźniakami, dość zajęta swoim życiem.
[3] Który potrafi nie przyjść na odprawę, bo zatrzymują go sprawy doniosłej wagi, a konkretnie przesadzanie roślin doniczkowych w gabinecie. W lutym. Nie żeby podwładni żałowali nieobecności.
[4] Się pije: Sain Emillion '71 z serem i gruszkami czy Pertrault '81.
[5] Mental note to self: nigdy nie zostać przedszkolanką.
Zaczęło się od Eunice, lat sześć, która zwymiotowała w autobusie już po przejechaniu czterystu metrów. Paul, lat trzy, mniej więcej w tym samym czasie nasikał sobie do butów. Ellen i Judith, lat cztery i pięć, dosłownie kilka minut później rzuciły się sobie do oczu z powodu zielonej chusteczki w różowe króliczki. Emile, lat trzy i pół, zanosił się od płaczu za mamą, aż huczało w całym autobusie, a Christophe’a, lat sześć, rozbolał ząb.
Inne tego autora.
#72-#74
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 2, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2017, kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj
Trzy sezony (czwarty w drodze) po kilka luźno lub wcale ze sobą powiązanych etiud ze wspólnym mianownikiem - Internet (za tytułowym czarnym ekranem). Trudno jest oceniać całość serialu, bo poszczególne odcinki są bardzo różne pod względem formy, wymowy i treści - od absurdalnie katastroficznych, przez nadmiernie (i niepotrzebnie) brutalne czy oparte o nielogiczne założenia aż do wzruszających i dających nadzieję.
W "The National Anthem" zostaje porwana księżniczka brytyjska, a porywacz żąda, żeby premier odbył na antenie telewizji niepozorowany stosunek ze świnią (i nie, nie jest wyjaśnione, co komu zawiniła świnia). Na kolejne decyzje rządu ogromny wpływ mają wyniki sondaży opinii publicznej, bo każdy korzystający z mediów może zagłosować, co dalejha. Odcinek nielogiczny i więcej mówiący o próżności klasy rządzącej niż o realnym problemie dostępności do informacji i jej rozprowadzania.
"Fifteen Million Merits" dzieje się w nieokreślonej, ale dalekiej przyszłości. Z niewiadomych przyczyn ludzie zarabiają "merity" potrzebne do zakupu czegoś więcej niż minimum koniecznego do przeżycia, pedałując na rowerach stacjonarnych i oglądając setki kanałów w telewizji (nie do końca jasne jest, czy płacą za możliwość oglądania, czy za możliwość nieoglądania). Za tytułowe 15 milionów można iść na casting i zostać KIMŚ w analogu programu typu Idol, pytanie tylko, czy warto. Niespójny świat (np. gdzie są rodziny, w których rodzą się dzieci, trafiające na rowery) z bardzo wyraźną wymową, że popularność w Internecie to ułuda.
"The Entire History of You" wyposaża każdego człowieka w moduł pozwalający na powrót i oglądanie każdej sekundy swojego życia w jakości HD. Można z tego korzystać w calu wspominania miłych chwil i uczenia się na błędach, można się zadręczać niepowodzeniami i zniszczyć swoje życie, żyjąc przeszłością.
W "Be Right Back" młoda wdowa odtwarza swojego zmarłego tragicznie męża na podstawie jego aktywności w mediach społecznościowych. Historia jest strawna do momentu, kiedy z wirtualności (rozmowy przez komunikator/telefon) przechodzi do realności, aplikując AI do manekina.
"White Bear" to powracający również w późniejszych epizodach motyw amnezji - młoda kobieta budzi się w nieznanym miejscu, nie wie, kim jest, nikt z nią nie rozmawia i nie chce jej pomóc (za to wszyscy ją nagrywają), a tajemniczy zamaskowany człowiek chce ją zabić. Bxnmhwr fvę, żr wrfg cemrfgęcpmlavą v pbqmvraavr cemrm bqteljnal grngemlx m choyvpmabśpvą qbjvnqhwr fvę b moebqav, wnxą cbcrłavłn.
W "The Waldo Moment" komik animuje fikcyjną maskotkę, która obraża znanych polityków. W pewnym momencie zaciera mu się granica między sobą a fikcyjną postacią. Nie zapada w pamięć.
"White Christmas" ponawia motyw amnezji oraz sztucznej inteligencji na bazie kopii umysłu konkretnego człowieka (oraz - jak się okazuje - cemrfłhpunavn moebqavnemn). Dwóch mężczyzn w ośnieżonej chacie pośrodku niczego spędza razem już którąś zimę, nie wiadomo dlaczego. Zaczynają rozmawiać, jeden zwierza się ze złych rzeczy, które zrobił, drugi do pewnego momentu milczy, potem już nie. Epizod wprowadza kolejny powracający motyw - rzeczywistość wirtualną.
"Nosedive" jest chyba najsłabszy z dotychczasowych. Instagramowo słodkie społeczeństwo wzajemnie się ocenia, a ranking każdego - aktualizowany po każdej codziennej czynności (uśmiech do zdjęcia z kawą, lajk od kogoś z wyższą punktacją, 5 gwiazdek za small-talk w windzie) - upoważnia do życiowego awansu. Absurdalnie nielogiczne - nie da się egzystować w takim społeczeństwie, gdzie każda decyzja jest oportunistyczna.
W "Playtest" młodemu Amerykaninowi podróżującemu po Europie kończą się fundusze, więc podejmuje się testowania oprogramowania z rzeczywistością rozszerzoną. Nieźle zrobione, trzyma w napięciu, ale finał jest aż za bardzo oczywisty (wrśyv emrpmljvfgbść jveghnyan avr eóżav fvę bq emrpmljvfgbśpv, gb avtql avr jvrfm, j xgóerw wrfgrś).
"Shut Up and Dance" to z kolei odcinek najbardziej brutalny i bezsensowny. Młody chłopak zostaje sfilmowany przez hakerów, kiedy się masturbuje i żeby uniknąć kompromitacji, wykonuje ich coraz bardziej łamiące prawo wymagania. Podczas kolejnych zadań spotyka innych szantażowanych, którzy postępują tak samo. Końcówka mocno rozczarowująca - jfmlfpl fmnagnżbjnav bxnmhwą fvę olć źyv (mqenqmnwąpl ząż pml crqbsvy), n unpxreml v gnx avfmpmą vpu żlpvr, hwnjavnwąp gnwrzavpr zvzb jlxbanavn cbyrprń. Wymowa - w Internecie wszyscy widzą, co robisz.
"San Junipero" to najsympatyczniejszy odcinek o rzeczywistości wirtualnej. Dwie młode dziewczyny - odważna i rozrywkowa Kelly oraz nieśmiała Yorkie - spotykają się w fikcyjnej miejscowości w latach 80., gdzie się w sobie zakochują, spędzają wieczór, po czym znikają do prawdziwego życia. O tym, czy da się egzystować po śmierci i na jakich warunkach.
"Men Against Fire" wraca do rozszerzonej rzeczywistości. Żołnierze mają wszczepione implanty, żeby łatwiej polować na mutantów w egzotycznej lokalizacji (Dania?). Kiedy implant jednego ze snajperów ulega uszkodzeniu, żołnierz staje przed wyborem pamiętania każdej akcji wojskowej bez "ochrony" wirtualnej rzeczywistości albo zapomnienia o całej sprawie.
"Hated in the Nation" to uczciwy kryminał ze śledztwem. Nano-pszczoły sterowane przez terrorystę zabijają kolejne ofiary, jak się okazuje, wskazywane przez specjalny hasztag (dziś internauci głosują na najmniej lubianego zwyrodnialca, ogłoszenie wyroku już po dzienniku).
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 30, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Trzy sezony (czwarty w drodze) po kilka luźno lub wcale ze sobą powiązanych etiud ze wspólnym mianownikiem - Internet (za tytułowym czarnym ekranem). Trudno jest oceniać całość serialu, bo poszczególne odcinki są bardzo różne pod względem formy, wymowy i treści - od absurdalnie katastroficznych, przez nadmiernie (i niepotrzebnie) brutalne czy oparte o nielogiczne założenia aż do wzruszających i dających nadzieję.
W "The National Anthem" zostaje porwana księżniczka brytyjska, a porywacz żąda, żeby premier odbył na antenie telewizji niepozorowany stosunek ze świnią (i nie, nie jest wyjaśnione, co komu zawiniła świnia). Na kolejne decyzje rządu ogromny wpływ mają wyniki sondaży opinii publicznej, bo każdy korzystający z mediów może zagłosować, co dalejha. Odcinek nielogiczny i więcej mówiący o próżności klasy rządzącej niż o realnym problemie dostępności do informacji i jej rozprowadzania.
"Fifteen Million Merits" dzieje się w nieokreślonej, ale dalekiej przyszłości. Z niewiadomych przyczyn ludzie zarabiają "merity" potrzebne do zakupu czegoś więcej niż minimum koniecznego do przeżycia, pedałując na rowerach stacjonarnych i oglądając setki kanałów w telewizji (nie do końca jasne jest, czy płacą za możliwość oglądania, czy za możliwość nieoglądania). Za tytułowe 15 milionów można iść na casting i zostać KIMŚ w analogu programu typu Idol, pytanie tylko, czy warto. Niespójny świat (np. gdzie są rodziny, w których rodzą się dzieci, trafiające na rowery) z bardzo wyraźną wymową, że popularność w Internecie to ułuda.
"The Entire History of You" wyposaża każdego człowieka w moduł pozwalający na powrót i oglądanie każdej sekundy swojego życia w jakości HD. Można z tego korzystać w calu wspominania miłych chwil i uczenia się na błędach, można się zadręczać niepowodzeniami i zniszczyć swoje życie, żyjąc przeszłością.
W "Be Right Back" młoda wdowa odtwarza swojego zmarłego tragicznie męża na podstawie jego aktywności w mediach społecznościowych. Historia jest strawna do momentu, kiedy z wirtualności (rozmowy przez komunikator/telefon) przechodzi do realności, aplikując AI do manekina.
"White Bear" to powracający również w późniejszych epizodach motyw amnezji - młoda kobieta budzi się w nieznanym miejscu, nie wie, kim jest, nikt z nią nie rozmawia i nie chce jej pomóc (za to wszyscy ją nagrywają), a tajemniczy zamaskowany człowiek chce ją zabić. Bxnmhwr fvę, żr wrfg cemrfgęcpmlavą v pbqmvraavr cemrm bqteljnal grngemlx m choyvpmabśpvą qbjvnqhwr fvę b moebqav, wnxą cbcrłavłn.
W "The Waldo Moment" komik animuje fikcyjną maskotkę, która obraża znanych polityków. W pewnym momencie zaciera mu się granica między sobą a fikcyjną postacią. Nie zapada w pamięć.
"White Christmas" ponawia motyw amnezji oraz sztucznej inteligencji na bazie kopii umysłu konkretnego człowieka (oraz - jak się okazuje - cemrfłhpunavn moebqavnemn). Dwóch mężczyzn w ośnieżonej chacie pośrodku niczego spędza razem już którąś zimę, nie wiadomo dlaczego. Zaczynają rozmawiać, jeden zwierza się ze złych rzeczy, które zrobił, drugi do pewnego momentu milczy, potem już nie. Epizod wprowadza kolejny powracający motyw - rzeczywistość wirtualną.
"Nosedive" jest chyba najsłabszy z dotychczasowych. Instagramowo słodkie społeczeństwo wzajemnie się ocenia, a ranking każdego - aktualizowany po każdej codziennej czynności (uśmiech do zdjęcia z kawą, lajk od kogoś z wyższą punktacją, 5 gwiazdek za small-talk w windzie) - upoważnia do życiowego awansu. Absurdalnie nielogiczne - nie da się egzystować w takim społeczeństwie, gdzie każda decyzja jest oportunistyczna.
W "Playtest" młodemu Amerykaninowi podróżującemu po Europie kończą się fundusze, więc podejmuje się testowania oprogramowania z rzeczywistością rozszerzoną. Nieźle zrobione, trzyma w napięciu, ale finał jest aż za bardzo oczywisty (wrśyv emrpmljvfgbść jveghnyan avr eóżav fvę bq emrpmljvfgbśpv, gb avtql avr jvrfm, j xgóerw wrfgrś).
"Shut Up and Dance" to z kolei odcinek najbardziej brutalny i bezsensowny. Młody chłopak zostaje sfilmowany przez hakerów, kiedy się masturbuje i żeby uniknąć kompromitacji, wykonuje ich coraz bardziej łamiące prawo wymagania. Podczas kolejnych zadań spotyka innych szantażowanych, którzy postępują tak samo. Końcówka mocno rozczarowująca - jfmlfpl fmnagnżbjnav bxnmhwą fvę olć źyv (mqenqmnwąpl ząż pml crqbsvy), n unpxreml v gnx avfmpmą vpu żlpvr, hwnjavnwąp gnwrzavpr zvzb jlxbanavn cbyrprń. Wymowa - w Internecie wszyscy widzą, co robisz.
"San Junipero" to najsympatyczniejszy odcinek o rzeczywistości wirtualnej. Dwie młode dziewczyny - odważna i rozrywkowa Kelly oraz nieśmiała Yorkie - spotykają się w fikcyjnej miejscowości w latach 80., gdzie się w sobie zakochują, spędzają wieczór, po czym znikają do prawdziwego życia. O tym, czy da się egzystować po śmierci i na jakich warunkach.
"Men Against Fire" wraca do rozszerzonej rzeczywistości. Żołnierze mają wszczepione implanty, żeby łatwiej polować na mutantów w egzotycznej lokalizacji (Dania?). Kiedy implant jednego ze snajperów ulega uszkodzeniu, żołnierz staje przed wyborem pamiętania każdej akcji wojskowej bez "ochrony" wirtualnej rzeczywistości albo zapomnienia o całej sprawie.
"Hated in the Nation" to uczciwy kryminał ze śledztwem. Nano-pszczoły sterowane przez terrorystę zabijają kolejne ofiary, jak się okazuje, wskazywane przez specjalny hasztag (dziś internauci głosują na najmniej lubianego zwyrodnialca, ogłoszenie wyroku już po dzienniku).
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 30, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Skomplikowana saga ze skandynawską legendą w tle, o ludziach, którzy w pewnym momencie odkryli, że nie mają zupełnie wpływu na swoje życie. Skomplikowana jest też ze względu na strukturę - przeplatają się wydarzenia współczesne (2011) z historią z lat 80. (dzieciństwo Samuela), końca lat 60. (dramatyczny czas między szkołą a studiami Faye, matki Samuela) i z lat 40. (norweskie korzenie ojca Faye), dodatkowo część wydarzeń dzieje się w rzeczywistości wirtualnej, a kolejna partia zdarzeń ujawnia się dzięki napisaniu o nich książek.
Samuel, wykładowca niezbyt prestiżowej uczelni, gdzie załapał się jako autor jednej książki (kolejnych nie potrafił napisać), dowiaduje się, że jego matka - która zniknęła wiele lat wcześniej, kiedy miał 8 lat (i z czego do dziś się nie wygrzebał) - została aresztowana za zamach na konserwatywnego gubernatora i oskarżona o terroryzm. Wplątany w sieć niezależnych od siebie intryg - wydawca żąda od niego, żeby napisał druzgoczący dokument o swojej matce, na uczelni skandal z psychopatyczną studentką - zgadza się na wszystko i zaczyna podróż w przeszłość rodziny. W trakcie poszukiwań z pomocą uzależnionego od gry internetowej znajomego odkrywa, że jego matka jest postacią niejednoznaczną i nawet fakt porzucenia go przez nią i konsekwencji tego (nieumiejętność zdobycia ukochanej i utrzymania trudnej przyjaźni) nie wydaje się już być taki znaczący.
Pozostałam z ambiwalentnymi uczuciami po lekturze. Zgrabna konstrukcja, napisana w dynamiczny sposób, wciąga w śledzenie ciekawej historii, ale postaci są w najlepszym razie irytujące (Laura, Charlie Brown), a w większości przypadków zupełnie mdłe (pozostałe); rozwiązania fabularne okazują się mimo budowanego napięcia dość... zwyczajne. Bohaterowie są przemiatani przez życie zupełnie bez udziału własnej woli: Samuel nie próbuje grać o ukochaną z powodu decyzji jej brata, Faye - najpierw zmanipulowana przez znajomą, potem wplątana w zamieszki studenckie w Chicago - żyje nie swoim życiem. Dodatkowo wiele wątków, a niektóre robiące wrażenie doklejonych na ślinę (studium uzależnienia od gier internetowych, samo zawiązanie akcji z ewolucją ciśnięcia żwirem w przypadkową osobę do ataku terrorystycznego), rozwadniają esencję książki. Nie jest to jednak pozycja zła, ale może niekoniecznie trafia do mojego kanonu "dobrych książek".
#71
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Skomplikowana saga ze skandynawską legendą w tle, o ludziach, którzy w pewnym momencie odkryli, że nie mają zupełnie wpływu na swoje życie. Skomplikowana jest też ze względu na strukturę - przeplatają się wydarzenia współczesne (2011) z historią z lat 80. (dzieciństwo Samuela), końca lat 60. (dramatyczny czas między szkołą a studiami Faye, matki Samuela) i z lat 40. (norweskie korzenie ojca Faye), dodatkowo część wydarzeń dzieje się w rzeczywistości wirtualnej, a kolejna partia zdarzeń ujawnia się dzięki napisaniu o nich książek.
Samuel, wykładowca niezbyt prestiżowej uczelni, gdzie załapał się jako autor jednej książki (kolejnych nie potrafił napisać), dowiaduje się, że jego matka - która zniknęła wiele lat wcześniej, kiedy miał 8 lat (i z czego do dziś się nie wygrzebał) - została aresztowana za zamach na konserwatywnego gubernatora i oskarżona o terroryzm. Wplątany w sieć niezależnych od siebie intryg - wydawca żąda od niego, żeby napisał druzgoczący dokument o swojej matce, na uczelni skandal z psychopatyczną studentką - zgadza się na wszystko i zaczyna podróż w przeszłość rodziny. W trakcie poszukiwań z pomocą uzależnionego od gry internetowej znajomego odkrywa, że jego matka jest postacią niejednoznaczną i nawet fakt porzucenia go przez nią i konsekwencji tego (nieumiejętność zdobycia ukochanej i utrzymania trudnej przyjaźni) nie wydaje się już być taki znaczący.
Pozostałam z ambiwalentnymi uczuciami po lekturze. Zgrabna konstrukcja, napisana w dynamiczny sposób, wciąga w śledzenie ciekawej historii, ale postaci są w najlepszym razie irytujące (Laura, Charlie Brown), a w większości przypadków zupełnie mdłe (pozostałe); rozwiązania fabularne okazują się mimo budowanego napięcia dość... zwyczajne. Bohaterowie są przemiatani przez życie zupełnie bez udziału własnej woli: Samuel nie próbuje grać o ukochaną z powodu decyzji jej brata, Faye - najpierw zmanipulowana przez znajomą, potem wplątana w zamieszki studenckie w Chicago - żyje nie swoim życiem. Dodatkowo wiele wątków, a niektóre robiące wrażenie doklejonych na ślinę (studium uzależnienia od gier internetowych, samo zawiązanie akcji z ewolucją ciśnięcia żwirem w przypadkową osobę do ataku terrorystycznego), rozwadniają esencję książki. Nie jest to jednak pozycja zła, ale może niekoniecznie trafia do mojego kanonu "dobrych książek".
#71
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj