Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Sycylia - Taormina 1/2

Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.

O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne - obraz wart 1000 słów.

Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi Funivia Detale Widok z kolejki Porcelanki

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.

[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].

[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.

[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.

[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: sycylia, taormina, wlochy - 5 komentarzy - Skomentuj


Sycylia - Taormina 1/2

Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.

O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne - obraz wart 1000 słów.

Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi Funivia Detale Widok z kolejki Porcelanki

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.

[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].

[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.

[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.

[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: sycylia, taormina, wlochy - 5 komentarzy - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Świetliste ostrze

Zaczyna się jak "Pamiętnik Laury Palmer" z epoki PRL-u. W małym mieście od noża wbitego w serce ginie piosenkarka estradowa, a nad jej zwłokami klęczy niedoszły narzeczony (awanturujący się i po wyroku), który potem ucieka w Polskę. Malownicza obława (a po drodze chytry staruszek, kradzież luksusowego auta zagranicznemu turyście i skok autem do rzeki) kończy się złapaniem młodzieńca i, absurdalnie, kontynuowaniem śledztwa, bo porucznik Uriasz nie jest przekonany o jego winie. Dodatkowo pamiętnik solistki, w którym denatka egzaltowaną poezją opisywała swoje życie, wskazuje, że tajemniczy On jest kimś innym od zakochanego recydywisty.

Uriasz z majorem Zglinickim z komendy stołecznej prowadzą na zmianę nocne Polaków rozmowy (a konkretnie stary wyjadacz pokazuje młodemu, że musi się jeszcze wiele nauczyć) i śledztwo, w którym odkrywają, że sprytnie zrzucone na młodzieńca morderstwo piosenkarki jest tylko krokiem w wielkim planie zemsty po tragedii sprzed lat. Szybko zaczynają wyodrębniać grupę podejrzanych, pomaga oczywiście maszyna licząca, w pięć dni wyszukująca zbiór wspólny wśród kilkuset osób (programista płakał, kiedy 10 godzin układał program) i wreszcie z zaangażowaniem wielu ludzi[1] z całej Polski, masowy morderca zostaje złapany. Nie jest tajemnicą od połowy książki, że przez dziesięciolecia układał precyzyjną zemstę na trzech kolegach, którzy przez laty cbovyv wrtb żbaę j mnnjnafbjnarw pvążl, cbjbqhwąp wrw śzvreć v śzvreć oyvźavąg, xgóelpu avr hqnłb fvę hengbjnć (przy okazji zabijając milicjanta w celu kradzieży służbowej broni i dziewczynę, bo widziała go podczas zabójstwa).

Społecznie: major je kolację w hotelu i popisuje się znajomością nazwiska przedwojennego właściciela, pytając kelnera, czy przed wojną pracował u Habera. Ten odpowiada zimno, że jest jego synem (pozostawiając wnikliwemu czytelnikowi wyjaśnienie nagłego oziębienia atmosfery). Sędzia surowo ocenia w procesie, bo przed laty jego córka została zgwałcona i "biedaczce po tym szoku coś na mózg padło". Milicjantów dziwi wykształcona żona "przy mężu", ale szybko tłumaczą sobie, że "zajmująca się wyłącznie domem żona będzie bardziej akceptowana przez tutejszą opinię publiczną". Przechowująca uciekiniera programistka maszyn cyfrowych wyjaśnia pochodzenie maszynki do golenia, "z filuternym uśmiechem (...) uniosła wysoko jedno ramię. Była w letniej bluzce bez rękawów. - Depilowanie jest bardzo higieniczne - szarżowała". Rakieta została prostytutką po tym, jak w maturalnej klasie uciekła z "hipami", ale "rzuciła zarośniętych brudasów, śliniących się za prochami".

[1] Nawet angażując się w pracę undercover - rozkręcając kramik ze świeżymi(!) warzywami pod blokiem, w którym ukrył się podejrzany lub udają ekipę z wodociągów.

Inne tego autora.

#53

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 19, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2017, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 2 komentarze - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Świetliste ostrze

Zaczyna się jak "Pamiętnik Laury Palmer" z epoki PRL-u. W małym mieście od noża wbitego w serce ginie piosenkarka estradowa, a nad jej zwłokami klęczy niedoszły narzeczony (awanturujący się i po wyroku), który potem ucieka w Polskę. Malownicza obława (a po drodze chytry staruszek, kradzież luksusowego auta zagranicznemu turyście i skok autem do rzeki) kończy się złapaniem młodzieńca i, absurdalnie, kontynuowaniem śledztwa, bo porucznik Uriasz nie jest przekonany o jego winie. Dodatkowo pamiętnik solistki, w którym denatka egzaltowaną poezją opisywała swoje życie, wskazuje, że tajemniczy On jest kimś innym od zakochanego recydywisty.

Uriasz z majorem Zglinickim z komendy stołecznej prowadzą na zmianę nocne Polaków rozmowy (a konkretnie stary wyjadacz pokazuje młodemu, że musi się jeszcze wiele nauczyć) i śledztwo, w którym odkrywają, że sprytnie zrzucone na młodzieńca morderstwo piosenkarki jest tylko krokiem w wielkim planie zemsty po tragedii sprzed lat. Szybko zaczynają wyodrębniać grupę podejrzanych, pomaga oczywiście maszyna licząca, w pięć dni wyszukująca zbiór wspólny wśród kilkuset osób (programista płakał, kiedy 10 godzin układał program) i wreszcie z zaangażowaniem wielu ludzi[1] z całej Polski, masowy morderca zostaje złapany. Nie jest tajemnicą od połowy książki, że przez dziesięciolecia układał precyzyjną zemstę na trzech kolegach, którzy przez laty cbovyv wrtb żbaę j mnnjnafbjnarw pvążl, cbjbqhwąp wrw śzvreć v śzvreć oyvźavąg, xgóelpu avr hqnłb fvę hengbjnć (przy okazji zabijając milicjanta w celu kradzieży służbowej broni i dziewczynę, bo widziała go podczas zabójstwa).

Społecznie: major je kolację w hotelu i popisuje się znajomością nazwiska przedwojennego właściciela, pytając kelnera, czy przed wojną pracował u Habera. Ten odpowiada zimno, że jest jego synem (pozostawiając wnikliwemu czytelnikowi wyjaśnienie nagłego oziębienia atmosfery). Sędzia surowo ocenia w procesie, bo przed laty jego córka została zgwałcona i "biedaczce po tym szoku coś na mózg padło". Milicjantów dziwi wykształcona żona "przy mężu", ale szybko tłumaczą sobie, że "zajmująca się wyłącznie domem żona będzie bardziej akceptowana przez tutejszą opinię publiczną". Przechowująca uciekiniera programistka maszyn cyfrowych wyjaśnia pochodzenie maszynki do golenia, "z filuternym uśmiechem (...) uniosła wysoko jedno ramię. Była w letniej bluzce bez rękawów. - Depilowanie jest bardzo higieniczne - szarżowała". Rakieta została prostytutką po tym, jak w maturalnej klasie uciekła z "hipami", ale "rzuciła zarośniętych brudasów, śliniących się za prochami".

[1] Nawet angażując się w pracę undercover - rozkręcając kramik ze świeżymi(!) warzywami pod blokiem, w którym ukrył się podejrzany lub udają ekipę z wodociągów.

Inne tego autora.

#53

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 19, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2017, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 2 komentarze - Skomentuj


Instapoznan Photowalk - Collegium Altum

[11.08.2017]

Pogoda nie dopisała - po słonecznym poranku tuż przed rozpoczęciem sesji w Collegium Altum, jednym z najwyższych budynków Poznania - zachmurzyło się, ale nie tak ładnie, że obłoczki, ale na szaro-buro i zaczęło padać. To wpływało tylko na widoczność, bo na galeryjce 18. piętra nie padało, a dodatkowo było upiornie duszno i gorąco. Słońce wyszło po godzinie, dziękuję bardzo, ale proszę popracować nad timingiem.

Oba razy - pierwszy i jedyny - byłam w budynku Akademii Ekonomicznej chyba w 1996 roku, na studenckiej imprezie, która odbywała się na działającej wtedy kawiarni na jednym z wyższych pięter budynku. Nie pamiętam opcji wyjścia na powietrze, widoki można było przez szybkę. Galeryjka, którą krążyliśmy dookoła budynku, to kratownica; udało mi się wyłączyć poczucie, że za chwilę spadnę, może dlatego, że starałam się przede wszystkim unikać gołębich odchodów, którymi całość - mimo osiatkowania - była gęsto usiana. Widoki i klimat nieustająco niesamowite. Do Korony Poznania brakuje mi Bałtyku i wieży telewizyjnej na Piątkowie.

GALERIA ZDJĘĆ. Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan4 na instagramie.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 11, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tagi: korona-poznania, photowalk, instapoznan - 0 komentarzy - Skomentuj


Instapoznan Photowalk - Collegium Altum

[11.08.2017]

Pogoda nie dopisała - po słonecznym poranku tuż przed rozpoczęciem sesji w Collegium Altum, jednym z najwyższych budynków Poznania - zachmurzyło się, ale nie tak ładnie, że obłoczki, ale na szaro-buro i zaczęło padać. To wpływało tylko na widoczność, bo na galeryjce 18. piętra nie padało, a dodatkowo było upiornie duszno i gorąco. Słońce wyszło po godzinie, dziękuję bardzo, ale proszę popracować nad timingiem.

Oba razy - pierwszy i jedyny - byłam w budynku Akademii Ekonomicznej chyba w 1996 roku, na studenckiej imprezie, która odbywała się na działającej wtedy kawiarni na jednym z wyższych pięter budynku. Nie pamiętam opcji wyjścia na powietrze, widoki można było przez szybkę. Galeryjka, którą krążyliśmy dookoła budynku, to kratownica; udało mi się wyłączyć poczucie, że za chwilę spadnę, może dlatego, że starałam się przede wszystkim unikać gołębich odchodów, którymi całość - mimo osiatkowania - była gęsto usiana. Widoki i klimat nieustająco niesamowite. Do Korony Poznania brakuje mi Bałtyku i wieży telewizyjnej na Piątkowie.

GALERIA ZDJĘĆ. Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan4 na instagramie.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 11, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tagi: korona-poznania, photowalk, instapoznan - 0 komentarzy - Skomentuj


American Gods

Cień wychodzi z więzienia tuż przed terminem, co go nie cieszy, bo jedzie na pogrzeb ukochanej żony, Laury. Na miejscu dowiaduje się, że żona jednak nie była zbyt wierna, bo zginęła w sytuacji niedwuznacznej z jego (niegdyś) najlepszym przyjacielem. Świat mu się zawalił, więc jest mu wszystko jedno - zaczyna pracować dla tajemniczego pana Wednesdaya, który okazuje się być bogiem, a konkretnie Odynem. Świat poznawany w towarzystwie Odyna jest zupełnie innym światem niż znany do tej pory; dodatkowo zmarła żona Cienia nie jest do końca nieżywa, chociaż nie pachnie za ładnie i czasem odpadają jej kończyny.

Oglądanie serialu na bazie książki (a tym bardziej na bazie książki na tyle niedawno przeczytanej, że jeszcze nie zapomniałam treści) przenosi punkt zainteresowania z "co" (fabuła wszak raczej nie zaskoczy[1]) na "jak"[2]. Jakość obsady jest od dobrych (Cień, chociaż zupełnie nie wizualizowałam go sobie jako ciemnoskórego) do doskonałych (Czernobog, Wielkanoc, Zoria Wiecziernaja, Anansie, Bilquis, Mad Sweeney czy wreszcie Odyn, Media i Ifryt). W pierwszym sezonie w zasadzie dopiero zawiązuje się akcja - pokazano bohaterów, jest zarysowany konflikt między starymi bogami a nowymi bogami, obie strony usiłują przeciągnąć Cienia na swoją stronę i pada iskra zapalna przyszłej wojny. Bez znajomości książki trochę nie wiadomo, dokąd dalej, więc czas do drugiego sezonu może się dłużyć.

[1] Może i nie zaskoczy, ale tempo pierwszego sezonu jest nieco rozczarowujące. Przede wszystkim napięcie psują wprowadzenia historii kolejnych bogów, które w książce były krótkimi przerywnikami między akcją właściwą, a w serialu potrafią zająć i pół odcinka. Owszem, są bardzo malownicze, ale nie posuwają akcji do przodu. Po drugie rozwijane są wątki poboczne i retrospekcje (np. historia Laury, żony Cienia zajmuje cały odcinek); jak wyżej -- malownicze, ale to są rzeczy, które w książce są zarysowane jednym zdaniem.

[2] "Jak" podoba mi się nader, mimo braku zaskoczeń oglądam z dużą przyjemnością.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


American Gods

Cień wychodzi z więzienia tuż przed terminem, co go nie cieszy, bo jedzie na pogrzeb ukochanej żony, Laury. Na miejscu dowiaduje się, że żona jednak nie była zbyt wierna, bo zginęła w sytuacji niedwuznacznej z jego (niegdyś) najlepszym przyjacielem. Świat mu się zawalił, więc jest mu wszystko jedno - zaczyna pracować dla tajemniczego pana Wednesdaya, który okazuje się być bogiem, a konkretnie Odynem. Świat poznawany w towarzystwie Odyna jest zupełnie innym światem niż znany do tej pory; dodatkowo zmarła żona Cienia nie jest do końca nieżywa, chociaż nie pachnie za ładnie i czasem odpadają jej kończyny.

Oglądanie serialu na bazie książki (a tym bardziej na bazie książki na tyle niedawno przeczytanej, że jeszcze nie zapomniałam treści) przenosi punkt zainteresowania z "co" (fabuła wszak raczej nie zaskoczy[1]) na "jak"[2]. Jakość obsady jest od dobrych (Cień, chociaż zupełnie nie wizualizowałam go sobie jako ciemnoskórego) do doskonałych (Czernobog, Wielkanoc, Zoria Wiecziernaja, Anansie, Bilquis, Mad Sweeney czy wreszcie Odyn, Media i Ifryt). W pierwszym sezonie w zasadzie dopiero zawiązuje się akcja - pokazano bohaterów, jest zarysowany konflikt między starymi bogami a nowymi bogami, obie strony usiłują przeciągnąć Cienia na swoją stronę i pada iskra zapalna przyszłej wojny. Bez znajomości książki trochę nie wiadomo, dokąd dalej, więc czas do drugiego sezonu może się dłużyć.

[1] Może i nie zaskoczy, ale tempo pierwszego sezonu jest nieco rozczarowujące. Przede wszystkim napięcie psują wprowadzenia historii kolejnych bogów, które w książce były krótkimi przerywnikami między akcją właściwą, a w serialu potrafią zająć i pół odcinka. Owszem, są bardzo malownicze, ale nie posuwają akcji do przodu. Po drugie rozwijane są wątki poboczne i retrospekcje (np. historia Laury, żony Cienia zajmuje cały odcinek); jak wyżej -- malownicze, ale to są rzeczy, które w książce są zarysowane jednym zdaniem.

[2] "Jak" podoba mi się nader, mimo braku zaskoczeń oglądam z dużą przyjemnością.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Doris Lessing - Lato przed zmierzchem

45-letnia Kate Brown stoi w drzwiach własnego domu na przedmieściach Londynu i szykuje się do podania kawy gościowi swojego męża. Przez ostatnie 25 lat jej życie było wypełnione przyjemną, powtarzalną krzątaniną - czwórka dzieci (już prawie wszystkie dorosły), dom pełen ich gości i mąż, wzięty lekarz, zwykle w rozjazdach. Okazuje się, że za chwilę zapadnie decyzja (w zasadzie zostanie podjęta przez męża Kate), która zmieni resztę życia kobiety. Znajomy męża proponuje jej posadę na wakacje - organizacja rządowa pilnie szuka tłumaczki konferencyjnej z i na portugalski, a Kate zna ten język doskonale (ojciec był Portugalczykiem). Kate się waha, ale dzieci rozjeżdżają się na wakacje, mąż planuje 4-miesięczną praktykę w USA, a dom będzie wynajęty. Oczywiście, mimo początkowych wątpliwości, świetnie sobie radzi w roli profesjonalnej tłumaczki, dostaje więc propozycję dłuższej współpracy w organizacji, co finalizuje przygotowanie kolejnej konferencji, tym razem w Stambule. Po konferencji Kate decyduje się na wakacje w Hiszpanii z przygodnie poznanym, młodszym od niej Amerykaninem. Po różnych dziwnych zdarzeniach, bardzo chora wraca do Londynu, gdzie po rekonwalescencji dojrzewa do powrotu do domu.

Doceniam wnikliwość tej książki - Kate nieustannie analizuje siebie i świat wokół pod kątem roli kobiety. Wyłapuje frazy i wzorce, których ona sama (świadomie i nieświadomie) używa do określenia ról; do pewnego momentu traktuje je jak pewnik, od pewnego - zaczyna kontestować porządek świata, który bez słowa protestu wtłoczył ją wprost z bycia najbardziej pożądaną dziewczyną w okolicy w rolę gderającej, wiecznie krzątającej się matki i zdradzanej żony. Gorzko uśmiecha się, relacjonując rozpad swojego małżeństwa, które jednocześnie traktuje jako bardzo dobre i pełne zrozumienia. Z drugiej strony książka jest przeraźliwie przegadana - autorka wkłada w relację bohaterki moralitet na kondycję ludzkości lat 70. - bezsensowność działań organizacji międzynarodowych i aktywistów, płytkość kontaktów międzyludzkich, zatrucie środowiska, biedę i na tym tle miałkość jest własnych rozważań o negowaniu swoich potrzeb (#problemypierwszegoświata). Dodatkowo przez 3/4 powieści przewija się powracający motyw proroczego snu Kate i jej umiejętności wpływania na fabułę śnienie, w którym niesie umierającą fokę przez zmrożoną krainę. Zapewne ma ogromne znaczenie symboliczne, ale jest męczący i niczego nie wnosi.

#51/#10

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 6, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2017 - 0 komentarzy - Skomentuj


Doris Lessing - Lato przed zmierzchem

45-letnia Kate Brown stoi w drzwiach własnego domu na przedmieściach Londynu i szykuje się do podania kawy gościowi swojego męża. Przez ostatnie 25 lat jej życie było wypełnione przyjemną, powtarzalną krzątaniną - czwórka dzieci (już prawie wszystkie dorosły), dom pełen ich gości i mąż, wzięty lekarz, zwykle w rozjazdach. Okazuje się, że za chwilę zapadnie decyzja (w zasadzie zostanie podjęta przez męża Kate), która zmieni resztę życia kobiety. Znajomy męża proponuje jej posadę na wakacje - organizacja rządowa pilnie szuka tłumaczki konferencyjnej z i na portugalski, a Kate zna ten język doskonale (ojciec był Portugalczykiem). Kate się waha, ale dzieci rozjeżdżają się na wakacje, mąż planuje 4-miesięczną praktykę w USA, a dom będzie wynajęty. Oczywiście, mimo początkowych wątpliwości, świetnie sobie radzi w roli profesjonalnej tłumaczki, dostaje więc propozycję dłuższej współpracy w organizacji, co finalizuje przygotowanie kolejnej konferencji, tym razem w Stambule. Po konferencji Kate decyduje się na wakacje w Hiszpanii z przygodnie poznanym, młodszym od niej Amerykaninem. Po różnych dziwnych zdarzeniach, bardzo chora wraca do Londynu, gdzie po rekonwalescencji dojrzewa do powrotu do domu.

Doceniam wnikliwość tej książki - Kate nieustannie analizuje siebie i świat wokół pod kątem roli kobiety. Wyłapuje frazy i wzorce, których ona sama (świadomie i nieświadomie) używa do określenia ról; do pewnego momentu traktuje je jak pewnik, od pewnego - zaczyna kontestować porządek świata, który bez słowa protestu wtłoczył ją wprost z bycia najbardziej pożądaną dziewczyną w okolicy w rolę gderającej, wiecznie krzątającej się matki i zdradzanej żony. Gorzko uśmiecha się, relacjonując rozpad swojego małżeństwa, które jednocześnie traktuje jako bardzo dobre i pełne zrozumienia. Z drugiej strony książka jest przeraźliwie przegadana - autorka wkłada w relację bohaterki moralitet na kondycję ludzkości lat 70. - bezsensowność działań organizacji międzynarodowych i aktywistów, płytkość kontaktów międzyludzkich, zatrucie środowiska, biedę i na tym tle miałkość jest własnych rozważań o negowaniu swoich potrzeb (#problemypierwszegoświata). Dodatkowo przez 3/4 powieści przewija się powracający motyw proroczego snu Kate i jej umiejętności wpływania na fabułę śnienie, w którym niesie umierającą fokę przez zmrożoną krainę. Zapewne ma ogromne znaczenie symboliczne, ale jest męczący i niczego nie wnosi.

#51/#10

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 6, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2017 - 0 komentarzy - Skomentuj