Węgry kojarzą się z dobrym jedzeniem. Bogaty w ryby Balaton i sławna zupa rybna halászlé, pełna kapsaicyny papryka w aromatycznej zupie gulaszowej i leczo czy słynny na cały świat czekoladowo-karmelowy tort Dobosz pozwalają podejrzewać, że węgierska dieta jest zdrowa, pełna witamin i urozmaicona. Nic bardziej mylnego. Typowa węgierska kuchnia zakłada, że do zaprawionego poranną setką palinki żołądka trafiają smażone na słoninie czy smalcu, opanierowane i zaprawione śmietaną dania.
W czasach socjalizmu tańszym odpowiednikiem drogich restauracji były bary mleczne "Paprika" z podobnym jak restauracje menu, ale skromniej podanym i niespecjalnie dobrym jakościowo. W raz z kapitalizmem pojawiła się najpierw pizza, a potem tanie budki z chińszczyzną. Sieciowe fast foody do dziś są uznawane za jedzenie dość drogie, więc luksusowe i nawet akcja MacDonalda z wprowadzeniem specjalnego węgierskiego menu, składającego się z mini-lángosy, węgierskiego hamburgera, domowych frytek i znanego węgierskiego deseru somlói galuska (ciasta z czekoladą i bitą śmietaną, przypominającego górę ze spływającą lawą, nazwaną na część nieczynnego wulkanu Somlói) nie przysporzyła popularności tego typu placówkom.
Pierwszą pułapką czyhającą na ufnego turystę są tłuste i kaloryczne lángose (czytaj: langosze) - smażone na głębokim tłuszczu wytrawne drożdżowo-ziemniaczane placki, ozdobione kleksem kwaśnej śmietany, startym serem, czosnkiem albo szynką czy kiełbasą, a czasem i dżemem. Dostępne są w większości miejsc turystycznych, w małych budkach, przypominających te sprzedające u nas gofry. Swojego pierwszego lángosa zjadłam na Wyspie Małgorzaty, ociekającego masłem, posypanego startym ostrym serem i polanego sosem czosnkowym. Wspomnienia o nim chodziły za mną jeszcze przez dwa dni i mimo że był bardzo dobry, nie powtórzyłam tego doświadczenia.
Pogácsa (czytaj: pogacza) to z kolei niewielka drożdżowa okrągła bułeczka, pieczona w piekarniku, czasem kilkucentymetrowa, czasem nieco większa - rekordowa wersja z Debreczyna ma ponad 30 cm. W zależności od regionu ma nadzienie w środku albo jest posypywana z wierzchu - makiem, sezamem, serem, skwarkami, papryką, czosnkiem, prażoną cebulą czy kminkiem. Jest często sprzedawana w piekarniach i ulicznych stoiskach jako przekąska, stanowi też dodatek do obiadu, zwłaszcza gulaszu albo potrawki.
Főzelék (dosłownie: "gotowane", czytaj: fozelyk) jest z kolei typową potrawą domową i stołówkową. To wolno gotowana, a najczęściej rozgotowana na papkę mieszanina jarzyn, zagęszczona mąką, mlekiem bądź śmietaną, czasem okraszona skwarkami albo smażonymi na chrupko boczkiem. Może stanowić samodzielne danie albo być wzbogacone o klopsiki z mielonego mięsa, gotowane na twardo jajko czy smażoną kiełbasę. Złośliwi mówią, że to zbrodnia popełniona na jarzynach, a długie gotowanie sprawia, że każdy főzelék smakuje tak samo bez względu na składniki. Znajomy Węgier chwali się umiejętnością przygotowania świetnego finomfőzeléka, czyli papki składającej się z groszku, zielonej fasolki, marchwi i kukurydzy, zabielonej mlekiem i doprawionej odrobiną słodkiej papryki. I chociaż danie jest typowo domowe, od kilku lat na Węgrzech pojawiają się fastfoowe bary "főzelékowe", w których można dostać do plastikowej miseczki chochlę tak apetycznej dla Węgrów brei.
Moją ulubioną uliczną przekąską były mini-kanapeczki tureckiej firmy Duran - kilkanaście rodzajów, na różnych typach pieczywa, ze świeżymi warzywami i smacznymi zestawieniami składników. Tanie i nieduże, wystarczały na posilenie się po godzinnym spacerze. Ku mojemu żalowi firma Duran wycofała się jakiś czas temu z Węgier, ale sandwiczy i kanapek można spróbować zarówno w Turcji, jak i Austrii.
Warto też ugasić pragnienie fröccsem. To drink składający się z dwóch części wina i jednej wody (zwany "nagyfröccs", czyli duży szprycer), jednej części wina i dwóch wody (wtedy zwany "hosszú lépés", czyli "długi krok") albo dwóch części wody i trzech wina ("házmester", czyli "cieć"). Najsłabszy jest "lakófröccs" (fröccs lokatorski) - 1 część wina na 4 częśći wody. W wersji bezalkoholowej popularny jest fröccs jabłkowy, czyli 2 części soku jabłkowego i jedna część wody sodowej. W większości restauracji nikt nie zdziwi się prośbie o przygotowanie fröccsa brzoskwiniowego albo pomarańczowego, ale w kartach zwykle można znaleźć tylko wersję jabłkową.
Jó étvágyat, czyli smacznego!
[Tekst "Węgierski fastfood" do Magazynu Business&Beauty, grudzień 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 6, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Przeczytali mnie, Listy spod róży -
Tag:
węgry
- 1 komentarz
- Skomentuj
Węgry kojarzą się z dobrym jedzeniem. Bogaty w ryby Balaton i sławna zupa rybna halászlé, pełna kapsaicyny papryka w aromatycznej zupie gulaszowej i leczo czy słynny na cały świat czekoladowo-karmelowy tort Dobosz pozwalają podejrzewać, że węgierska dieta jest zdrowa, pełna witamin i urozmaicona. Nic bardziej mylnego. Typowa węgierska kuchnia zakłada, że do zaprawionego poranną setką palinki żołądka trafiają smażone na słoninie czy smalcu, opanierowane i zaprawione śmietaną dania.
W czasach socjalizmu tańszym odpowiednikiem drogich restauracji były bary mleczne "Paprika" z podobnym jak restauracje menu, ale skromniej podanym i niespecjalnie dobrym jakościowo. W raz z kapitalizmem pojawiła się najpierw pizza, a potem tanie budki z chińszczyzną. Sieciowe fast foody do dziś są uznawane za jedzenie dość drogie, więc luksusowe i nawet akcja MacDonalda z wprowadzeniem specjalnego węgierskiego menu, składającego się z mini-lángosy, węgierskiego hamburgera, domowych frytek i znanego węgierskiego deseru somlói galuska (ciasta z czekoladą i bitą śmietaną, przypominającego górę ze spływającą lawą, nazwaną na część nieczynnego wulkanu Somlói) nie przysporzyła popularności tego typu placówkom.
Pierwszą pułapką czyhającą na ufnego turystę są tłuste i kaloryczne lángose (czytaj: langosze) - smażone na głębokim tłuszczu wytrawne drożdżowo-ziemniaczane placki, ozdobione kleksem kwaśnej śmietany, startym serem, czosnkiem albo szynką czy kiełbasą, a czasem i dżemem. Dostępne są w większości miejsc turystycznych, w małych budkach, przypominających te sprzedające u nas gofry. Swojego pierwszego lángosa zjadłam na Wyspie Małgorzaty, ociekającego masłem, posypanego startym ostrym serem i polanego sosem czosnkowym. Wspomnienia o nim chodziły za mną jeszcze przez dwa dni i mimo że był bardzo dobry, nie powtórzyłam tego doświadczenia.
Pogácsa (czytaj: pogacza) to z kolei niewielka drożdżowa okrągła bułeczka, pieczona w piekarniku, czasem kilkucentymetrowa, czasem nieco większa - rekordowa wersja z Debreczyna ma ponad 30 cm. W zależności od regionu ma nadzienie w środku albo jest posypywana z wierzchu - makiem, sezamem, serem, skwarkami, papryką, czosnkiem, prażoną cebulą czy kminkiem. Jest często sprzedawana w piekarniach i ulicznych stoiskach jako przekąska, stanowi też dodatek do obiadu, zwłaszcza gulaszu albo potrawki.
Főzelék (dosłownie: "gotowane", czytaj: fozelyk) jest z kolei typową potrawą domową i stołówkową. To wolno gotowana, a najczęściej rozgotowana na papkę mieszanina jarzyn, zagęszczona mąką, mlekiem bądź śmietaną, czasem okraszona skwarkami albo smażonymi na chrupko boczkiem. Może stanowić samodzielne danie albo być wzbogacone o klopsiki z mielonego mięsa, gotowane na twardo jajko czy smażoną kiełbasę. Złośliwi mówią, że to zbrodnia popełniona na jarzynach, a długie gotowanie sprawia, że każdy főzelék smakuje tak samo bez względu na składniki. Znajomy Węgier chwali się umiejętnością przygotowania świetnego finomfőzeléka, czyli papki składającej się z groszku, zielonej fasolki, marchwi i kukurydzy, zabielonej mlekiem i doprawionej odrobiną słodkiej papryki. I chociaż danie jest typowo domowe, od kilku lat na Węgrzech pojawiają się fastfoowe bary "főzelékowe", w których można dostać do plastikowej miseczki chochlę tak apetycznej dla Węgrów brei.
Moją ulubioną uliczną przekąską były mini-kanapeczki tureckiej firmy Duran - kilkanaście rodzajów, na różnych typach pieczywa, ze świeżymi warzywami i smacznymi zestawieniami składników. Tanie i nieduże, wystarczały na posilenie się po godzinnym spacerze. Ku mojemu żalowi firma Duran wycofała się jakiś czas temu z Węgier, ale sandwiczy i kanapek można spróbować zarówno w Turcji, jak i Austrii.
Warto też ugasić pragnienie fröccsem. To drink składający się z dwóch części wina i jednej wody (zwany "nagyfröccs", czyli duży szprycer), jednej części wina i dwóch wody (wtedy zwany "hosszú lépés", czyli "długi krok") albo dwóch części wody i trzech wina ("házmester", czyli "cieć"). Najsłabszy jest "lakófröccs" (fröccs lokatorski) - 1 część wina na 4 częśći wody. W wersji bezalkoholowej popularny jest fröccs jabłkowy, czyli 2 części soku jabłkowego i jedna część wody sodowej. W większości restauracji nikt nie zdziwi się prośbie o przygotowanie fröccsa brzoskwiniowego albo pomarańczowego, ale w kartach zwykle można znaleźć tylko wersję jabłkową.
Jó étvágyat, czyli smacznego!
[Tekst "Węgierski fastfood" do Magazynu Business&Beauty, grudzień 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 6, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Przeczytali mnie, Listy spod róży -
Tag:
węgry
- 1 komentarz
- Skomentuj
Pisałam już o tym, że znowu mi się ulało. Płacę za parking i parkuję niekoniecznie aż pod samym miejscem docelowym, bo lubię chodzić, zwłaszcza w mieście. Nie boli mnie to, mogę. I nie rozumiem, czemu miejsc, które są ładne, zabytkowe, odwiedzane przez turystów, nie pozbawić wątpliwej ozdoby w postaci parkujących wszędzie samochodów. Dostawczaki mogą podjechać, wyładować i odjechać, mieszkańcy mogą mieć zniżkę na parking podziemny. Ale nie, przecież. Stałam dzisiaj kilka minut, patrząc na fantastyczne światło na ulicy Klasztornej i czekając, aż przejdzie pani, pan, przejedzie samochód, przejedzie kolejny... o, nie przejechał, stanął, zasłaniając część ulicy, kierowca wysiadł, zapiszczał zamkiem i poszedł. I tyle mojego czekania. Nie lubię, jestem zła i rozczarowana. Dlatego też kibicuję planom zrobienia z Wrocławskiej deptaka oraz budowie obleśnie w tej chwili wyglądającego parkingu obok pałacyku Anderschów. Bo potem może będzie ciut lepiej.
Dziś był dobry dzień. Wąchałam książki w księgarni Powszechnej i wyszłam z nowym Spacerownikiem Wielkopolskim (i małym drobiazgiem teoretycznie dla Maja, ale chyba jednak dla mnie). Dostałam michę pysznego cacika w nowej tureckiej restauracji na Wielkiej, a TŻ-u skubnęłam nieco doskonałego kebabu. Świeże warzywa, dobre gołąbki w liściach winogron, ajran i - trochę niestety - turecka muzyka. Ale i tak.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Pisałam już o tym, że znowu mi się ulało. Płacę za parking i parkuję niekoniecznie aż pod samym miejscem docelowym, bo lubię chodzić, zwłaszcza w mieście. Nie boli mnie to, mogę. I nie rozumiem, czemu miejsc, które są ładne, zabytkowe, odwiedzane przez turystów, nie pozbawić wątpliwej ozdoby w postaci parkujących wszędzie samochodów. Dostawczaki mogą podjechać, wyładować i odjechać, mieszkańcy mogą mieć zniżkę na parking podziemny. Ale nie, przecież. Stałam dzisiaj kilka minut, patrząc na fantastyczne światło na ulicy Klasztornej i czekając, aż przejdzie pani, pan, przejedzie samochód, przejedzie kolejny... o, nie przejechał, stanął, zasłaniając część ulicy, kierowca wysiadł, zapiszczał zamkiem i poszedł. I tyle mojego czekania. Nie lubię, jestem zła i rozczarowana. Dlatego też kibicuję planom zrobienia z Wrocławskiej deptaka oraz budowie obleśnie w tej chwili wyglądającego parkingu obok pałacyku Anderschów. Bo potem może będzie ciut lepiej.
Dziś był dobry dzień. Wąchałam książki w księgarni Powszechnej i wyszłam z nowym Spacerownikiem Wielkopolskim (i małym drobiazgiem teoretycznie dla Maja, ale chyba jednak dla mnie). Dostałam michę pysznego cacika w nowej tureckiej restauracji na Wielkiej, a TŻ-u skubnęłam nieco doskonałego kebabu. Świeże warzywa, dobre gołąbki w liściach winogron, ajran i - trochę niestety - turecka muzyka. Ale i tak.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nietypowo bohaterką historii jest żona komisarza Maigret, pani Maigret. Kobieta bez imienia, żona przy mężu, której celem życia jest przygotowanie obiadu na 13, kiedy komisarz ma przerwę w pracy. Pewnego dnia wstawiła więc garnek z kurą i warzywami i poszła do dentysty. Niestety, ani do dentysty nie dotarła, ani nie zdążyła wrócić na czas, kura się spaliła, a ją do łez doprowadził mąż, jedzący na obiad chleb z serem. Na szczęście okazało się, że przypadkiem została wplątana w sam środek śledztwa, które w paryskiej policji wlokło się i nie mogło wyjaśnić mimo podejrzanego w areszcie.
Przyszedł donos, że w piecu introligatora z ulicy de Turenne zostały spalone zwłoki. I rzeczywiście, w piecu znaleziono ludzkie zęby, na ubraniu w szafie, do którego wprawdzie się introligator nie przyznawał[1], ludzką krew, a do tego z mieszkania zniknęła walizka. Śledztwo polegało na tym, że cały aparat policji chodził i pytał. Mozolnie, ciągle te same osoby; niektórym trzeba było stawiać szklankę wina ("Dużo pani piła? Dwie szklaneczki, nie więcej"), czasem trzeba było się z przesłuchiwanym w jednym z barów napić. Ale i tak nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pani Maigret i jej poszukiwania białego kapelusika, który miała na sobie tajemnicza opiekunka dziecka na skwerku pod gabinetem dentysty.
W ogóle to książka o żonach. Fernande, żona podejrzanego, była wcześniej damą negocjowalnego afektu, więc z wdzięczności za to, że mąż się z nią ożenił i dawał jej utrzymanie, nie zadawała pytań, za to co poniedziałek chodziła prać na barkę na Sekwanie, a - już po aresztowaniu - codziennie nosiła mężowi obiad w menażce. Maigret z kolei, w ramach śledztwa, zabrał żonę do restauracji ("dla mnie nie zamawiaj kapusty [po alzacku, ulubionej potrawy Maigreta], ale z przyjemnością zjem pieczeń lotaryńską") i do kina. Bo to dobry mąż był.
[1] to w ogóle fascynujące. Ludzie, którzy mają jedno ubranie, bo mają jeden grzbiet. I nie dlatego, że są ubodzy, bo introligator miał konta w 5 bankach i był robił zamówienia dla bogatych paryżan, ale dlatego, że im więcej nie potrzeba. Za to dobrze jadają.
Inne tego autora tu.
#65
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2011, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nietypowo bohaterką historii jest żona komisarza Maigret, pani Maigret. Kobieta bez imienia, żona przy mężu, której celem życia jest przygotowanie obiadu na 13, kiedy komisarz ma przerwę w pracy. Pewnego dnia wstawiła więc garnek z kurą i warzywami i poszła do dentysty. Niestety, ani do dentysty nie dotarła, ani nie zdążyła wrócić na czas, kura się spaliła, a ją do łez doprowadził mąż, jedzący na obiad chleb z serem. Na szczęście okazało się, że przypadkiem została wplątana w sam środek śledztwa, które w paryskiej policji wlokło się i nie mogło wyjaśnić mimo podejrzanego w areszcie.
Przyszedł donos, że w piecu introligatora z ulicy de Turenne zostały spalone zwłoki. I rzeczywiście, w piecu znaleziono ludzkie zęby, na ubraniu w szafie, do którego wprawdzie się introligator nie przyznawał[1], ludzką krew, a do tego z mieszkania zniknęła walizka. Śledztwo polegało na tym, że cały aparat policji chodził i pytał. Mozolnie, ciągle te same osoby; niektórym trzeba było stawiać szklankę wina ("Dużo pani piła? Dwie szklaneczki, nie więcej"), czasem trzeba było się z przesłuchiwanym w jednym z barów napić. Ale i tak nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pani Maigret i jej poszukiwania białego kapelusika, który miała na sobie tajemnicza opiekunka dziecka na skwerku pod gabinetem dentysty.
W ogóle to książka o żonach. Fernande, żona podejrzanego, była wcześniej damą negocjowalnego afektu, więc z wdzięczności za to, że mąż się z nią ożenił i dawał jej utrzymanie, nie zadawała pytań, za to co poniedziałek chodziła prać na barkę na Sekwanie, a - już po aresztowaniu - codziennie nosiła mężowi obiad w menażce. Maigret z kolei, w ramach śledztwa, zabrał żonę do restauracji ("dla mnie nie zamawiaj kapusty [po alzacku, ulubionej potrawy Maigreta], ale z przyjemnością zjem pieczeń lotaryńską") i do kina. Bo to dobry mąż był.
[1] to w ogóle fascynujące. Ludzie, którzy mają jedno ubranie, bo mają jeden grzbiet. I nie dlatego, że są ubodzy, bo introligator miał konta w 5 bankach i był robił zamówienia dla bogatych paryżan, ale dlatego, że im więcej nie potrzeba. Za to dobrze jadają.
Inne tego autora tu.
#65
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2011, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
TŻ przywiózł mi dwa worki czekoladek miętowych, dwa worki gorzkiej i wielki wór mieszanej. Poniewczasie zorientowałam się, że mogłam chcieć malinową, bo nadziewana malinami gorzka jest obłędnie dobra. Zwierzam się TŻ-u.
- A w tym worku z różnymi nie ma?
- Już nie ma.
Poza tym jutro mogłoby padać, bo sama nie wiem, co robić w związku z nadmiarem możliwości. A jakby padało, to bym przespała.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 2 komentarze
- Skomentuj
TŻ przywiózł mi dwa worki czekoladek miętowych, dwa worki gorzkiej i wielki wór mieszanej. Poniewczasie zorientowałam się, że mogłam chcieć malinową, bo nadziewana malinami gorzka jest obłędnie dobra. Zwierzam się TŻ-u.
- A w tym worku z różnymi nie ma?
- Już nie ma.
Poza tym jutro mogłoby padać, bo sama nie wiem, co robić w związku z nadmiarem możliwości. A jakby padało, to bym przespała.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Nie wiem, co lubię bardziej - kolorowe żaróweczki czy elegancką pajęczynę kratownic. Na zmianę ufam dziecięco założeniom konstrukcyjnym, że nie rozpadnie się znienacka, z drugiej strony zdążyłam obejrzeć tyle thrillerów, w których nagle okazywało się, że diabelski młyn czy rollercoster uległ sabotażowi, że moja naiwna wiara topnieje, a ja na samym szczycie świata czuję przy chybotaniu wagonika zimno w środku, że jednak coś się zdarzy. I zazdroszczę radosnej siedmiolatce, która razem ze mną wskakuje do wagonika, jej odwagi i bezgranicznej wiary, że nic się nie stanie. Też tak kiedyś miałam, ale urosłam. I po co mi to było?
Nie lubię z kolei muzyki, elektronicznej łupanki (i nie mówię tu o wysublimowanych dźwiękach spod klawiszy takiego Gus Gus czy innego Armina van Buurena), która ma zadanie chyba podnieść jeszcze poziom adrenaliny tym wszystkim, którzy wsiadają, zapinają pasy i w kulminacyjnym momencie podnoszą ręce, bo wtedy jest jeszcze fajniej.
Żeby nie było, że wesołe miasteczko jest tylko dla dzieci i mam, tatusiowie mogli podziwiać wdzięki szczupłej i atrakcyjnej pani, która najpierw przebrała się ze skąpych ciuszków w jeszcze skąpsze bikini (i nie użyła do tego celu przebieralni), po czym w negliżu pozowała do zdjęć z figurami czeplinowskich klaunów przy wejściu do którejś z atrakcji.
Ja w tym czasie patrzyłam w Poznań (niestety przez szybę i pod światło).
PS Podobno trendy jest dawać angielskie tytuły.
PPS Miasteczko było do dzisiaj przy Mieszka I.
PPPS A TŻ ma kilka stosików zdjęć z Krainy Wolności, ale nie chce wystąpić gościnnie na blogu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 2, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie wiem, co lubię bardziej - kolorowe żaróweczki czy elegancką pajęczynę kratownic. Na zmianę ufam dziecięco założeniom konstrukcyjnym, że nie rozpadnie się znienacka, z drugiej strony zdążyłam obejrzeć tyle thrillerów, w których nagle okazywało się, że diabelski młyn czy rollercoster uległ sabotażowi, że moja naiwna wiara topnieje, a ja na samym szczycie świata czuję przy chybotaniu wagonika zimno w środku, że jednak coś się zdarzy. I zazdroszczę radosnej siedmiolatce, która razem ze mną wskakuje do wagonika, jej odwagi i bezgranicznej wiary, że nic się nie stanie. Też tak kiedyś miałam, ale urosłam. I po co mi to było?
Nie lubię z kolei muzyki, elektronicznej łupanki (i nie mówię tu o wysublimowanych dźwiękach spod klawiszy takiego Gus Gus czy innego Armina van Buurena), która ma zadanie chyba podnieść jeszcze poziom adrenaliny tym wszystkim, którzy wsiadają, zapinają pasy i w kulminacyjnym momencie podnoszą ręce, bo wtedy jest jeszcze fajniej.
Żeby nie było, że wesołe miasteczko jest tylko dla dzieci i mam, tatusiowie mogli podziwiać wdzięki szczupłej i atrakcyjnej pani, która najpierw przebrała się ze skąpych ciuszków w jeszcze skąpsze bikini (i nie użyła do tego celu przebieralni), po czym w negliżu pozowała do zdjęć z figurami czeplinowskich klaunów przy wejściu do którejś z atrakcji.
Ja w tym czasie patrzyłam w Poznań (niestety przez szybę i pod światło).
PS Podobno trendy jest dawać angielskie tytuły.
PPS Miasteczko było do dzisiaj przy Mieszka I.
PPPS A TŻ ma kilka stosików zdjęć z Krainy Wolności, ale nie chce wystąpić gościnnie na blogu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 2, 2011
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj