Przeczytałam u Ewy Białołęckiej [link nieaktualny - 2018], jak nie należy pisać recenzji, konsekwentnie więc wykorzystam fakt, że to nie recenzja, a mój blog.
Dawno temu nauczycielka geografii w liceum, postrach nieletnich panien (chodziła plotka, że jej mąż zostawił ją dla maturzystki, stąd niechęć do świeżych buź), na jednej z pierwszych lekcji rzuciła pytanie, czy ktoś zna przysłowie o bagnach. Nikt nie znał, pani C. wyraziła po raz kolejny dezaprobatę naszym nikłym stanem wiedzy i tonem podniosłym zadeklamowała: "Bagno... WCIĄGA". Więc mnie tak wciągają książki Deavera.
Unieruchomiony po wypadku geniusz badania mikrośladów, Lincoln Rhyme i jego piękna, acz znerwicowana partnerka, rudowłosa Amelia Sachs prowadzą kolejne śledztwo, które przerywa informacja, że kuzyn Rhyme'a trafił do aresztu pod zarzutem gwałtu, morderstwa i kradzieży. Rhyme odkrywa, że przestępca ma dostęp do ogromnej bazy danych, dzięki której jest w stanie inwigilować swoje ofiary, tworzyć na podstawie ich zakupów mikroślady na miejscu przestępstw i bezkarnie podrzucać dowody swoich przestępstw, doprowadzając do skazania niewinnych osób. Jak zawsze u Deavera jest trochę przekolorowania - ogromna korporacja, śledząca w celach handlowych każdy krok człowieka za pomocą kamer, kart lojalnościowych, kart kredytowych, telefonii, internetu, z możliwością dowolnego modyfikowania tych danych, wszystkoumiejący hakerzy, strony www z blokadą możliwości zrobienia zrzutu ekranu, jak zawsze pojawia się choć jedna wzmianka o tym, że Amelia ma za sobą karierę modelki, a jej uśmiech na zdjęciach mówił, że nie jest głupią ślicznotką, gdzieś tam jest zarysowane trochę erotyki, ale i tak łykam grubawe tomiszcze jak pelikan świeżą rybkę.
Inne tego autora tutaj.
#37
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 23, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2010, kryminal
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Niezjedzona jajeczniczka na parze. Przywitanie z rudym psem przez bramę. Łapanie słońca na zapas, na następne posępne dni. Wieczorna walka tytanów. I tak, o.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niezjedzona jajeczniczka na parze. Przywitanie z rudym psem przez bramę. Łapanie słońca na zapas, na następne posępne dni. Wieczorna walka tytanów. I tak, o.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niezjedzona jajeczniczka na parze. Przywitanie z rudym psem przez bramę. Łapanie słońca na zapas, na następne posępne dni. Wieczorna walka tytanów. I tak, o.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
(Z dedykacją dla siwej).
Jak to ładnie H. kiedyś określiła, jestem stachanowcem. Pisuję. Świątek, piątek czy niedziela[1]. W samolocie, w taksówce, w pracy, w domu czy na plaży. A jak nie pisuję, to robię notatki - w pasiastym notatniku[2], w głowie, aparatem fotograficznym czy w telefonie.
Mam wewnętrzny przymus, który mnie pcha, taki leming na brzegu urwiska. Boję się chyba, że zapomnę. Nie chcę zapominać, a rzeczy niezapisane rozmywają się, stają się mgliste, a po jakimś czasie znikają, jakby nigdy ich nie było. Nie chcę zapominać rzeczy ważnych, nie chcę zapominać rzeczy błahych, nie chcę zapominać dobrych, ale też i tych złych i smutnych. Traktuję pisanie jako zakładkę w pamięci, coś podobnego do tych społecznych kamieni milowych - "gdzie byłeś, kiedy zginął Kennedy" czy "co robiłeś, kiedy umarł papież"[4]. Nie wmawiam sobie, że to, co pisuję, jest ważne jakoś tak ogólnie. Jest ważne dla mnie. Porządkuje mi świat[5]. Sortuje wspomnienia. Bo ja trochę bałaganiara jestem.
[1] Owszem, zdarzają się dni, że nie pisuję w ogóle[3]. Albo że nie widać tego, co napisałam. Doba nie jest z gumy, a człowiek czasem miewa tak, że nie ma nic mądrego do powiedzenia. Ale znajduję przewrotnie zabawnym, że recenzję "Kac Vegas" pisałam ze szpitalnego łóżka, czekając, aż córka mi się zdecyduje.
[2] Godnym następcą notatnika w kotki od siwej, który wprawdzie się nie skończył, ale rozsypał, bo nosiłam w nim milion papierków.
[3] Ale rzadko. Jak nie na któregoś bloga, to na blipa. Blip swoimi enigmatycznymi zapiskami pomaga mi wrócić do dnia kiedyś w przeszłości, do tego, co w nim było ważne. Bo nie jest ważny opis całego dnia, a tych kilka chwil, które kompulsywnie wypuściłam w świat.
[4] Nie pamiętam. Bloga zaczęłam pisać rok później. Pamiętam za to, że przejechałam pierwsze kilometry jako kierowca na pustym parkingu pod supermarketem (niechętnie). Ale o tym niebawem.
[5] Od dziecka marzyłam o wieloletnim kalendarzu. W którym dzień po dniu będę zapisywać, co robiła. I patrzeć, co robiłam rok, pięć czy dziesięć lat temu. Jaka była pogoda, co jadłam[6], co miałam na sobie. Taki narcystyczny sposób na przeżywanie ciągle swojego życia. Ale, nie wiem, czy wspominałam, zawsze mi brakowało wytrwałości i konsekwencji.
[6] O Bogini, jaka to by była nuda. Ale to marzenie z czasów dziecięcych.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
(Z dedykacją dla siwej).
Jak to ładnie H. kiedyś określiła, jestem stachanowcem. Pisuję. Świątek, piątek czy niedziela[1]. W samolocie, w taksówce, w pracy, w domu czy na plaży. A jak nie pisuję, to robię notatki - w pasiastym notatniku[2], w głowie, aparatem fotograficznym czy w telefonie.
Mam wewnętrzny przymus, który mnie pcha, taki leming na brzegu urwiska. Boję się chyba, że zapomnę. Nie chcę zapominać, a rzeczy niezapisane rozmywają się, stają się mgliste, a po jakimś czasie znikają, jakby nigdy ich nie było. Nie chcę zapominać rzeczy ważnych, nie chcę zapominać rzeczy błahych, nie chcę zapominać dobrych, ale też i tych złych i smutnych. Traktuję pisanie jako zakładkę w pamięci, coś podobnego do tych społecznych kamieni milowych - "gdzie byłeś, kiedy zginął Kennedy" czy "co robiłeś, kiedy umarł papież"[4]. Nie wmawiam sobie, że to, co pisuję, jest ważne jakoś tak ogólnie. Jest ważne dla mnie. Porządkuje mi świat[5]. Sortuje wspomnienia. Bo ja trochę bałaganiara jestem.
[1] Owszem, zdarzają się dni, że nie pisuję w ogóle[3]. Albo że nie widać tego, co napisałam. Doba nie jest z gumy, a człowiek czasem miewa tak, że nie ma nic mądrego do powiedzenia. Ale znajduję przewrotnie zabawnym, że recenzję "Kac Vegas" pisałam ze szpitalnego łóżka, czekając, aż córka mi się zdecyduje.
[2] Godnym następcą notatnika w kotki od siwej, który wprawdzie się nie skończył, ale rozsypał, bo nosiłam w nim milion papierków.
[3] Ale rzadko. Jak nie na któregoś bloga, to na blipa. Blip swoimi enigmatycznymi zapiskami pomaga mi wrócić do dnia kiedyś w przeszłości, do tego, co w nim było ważne. Bo nie jest ważny opis całego dnia, a tych kilka chwil, które kompulsywnie wypuściłam w świat.
[4] Nie pamiętam. Bloga zaczęłam pisać rok później. Pamiętam za to, że przejechałam pierwsze kilometry jako kierowca na pustym parkingu pod supermarketem (niechętnie). Ale o tym niebawem.
[5] Od dziecka marzyłam o wieloletnim kalendarzu. W którym dzień po dniu będę zapisywać, co robiła. I patrzeć, co robiłam rok, pięć czy dziesięć lat temu. Jaka była pogoda, co jadłam[6], co miałam na sobie. Taki narcystyczny sposób na przeżywanie ciągle swojego życia. Ale, nie wiem, czy wspominałam, zawsze mi brakowało wytrwałości i konsekwencji.
[6] O Bogini, jaka to by była nuda. Ale to marzenie z czasów dziecięcych.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
- 4 komentarze
- Skomentuj
(Z dedykacją dla siwej).
Jak to ładnie H. kiedyś określiła, jestem stachanowcem. Pisuję. Świątek, piątek czy niedziela[1]. W samolocie, w taksówce, w pracy, w domu czy na plaży. A jak nie pisuję, to robię notatki - w pasiastym notatniku[2], w głowie, aparatem fotograficznym czy w telefonie.
Mam wewnętrzny przymus, który mnie pcha, taki leming na brzegu urwiska. Boję się chyba, że zapomnę. Nie chcę zapominać, a rzeczy niezapisane rozmywają się, stają się mgliste, a po jakimś czasie znikają, jakby nigdy ich nie było. Nie chcę zapominać rzeczy ważnych, nie chcę zapominać rzeczy błahych, nie chcę zapominać dobrych, ale też i tych złych i smutnych. Traktuję pisanie jako zakładkę w pamięci, coś podobnego do tych społecznych kamieni milowych - "gdzie byłeś, kiedy zginął Kennedy" czy "co robiłeś, kiedy umarł papież"[4]. Nie wmawiam sobie, że to, co pisuję, jest ważne jakoś tak ogólnie. Jest ważne dla mnie. Porządkuje mi świat[5]. Sortuje wspomnienia. Bo ja trochę bałaganiara jestem.
[1] Owszem, zdarzają się dni, że nie pisuję w ogóle[3]. Albo że nie widać tego, co napisałam. Doba nie jest z gumy, a człowiek czasem miewa tak, że nie ma nic mądrego do powiedzenia. Ale znajduję przewrotnie zabawnym, że recenzję "Kac Vegas" pisałam ze szpitalnego łóżka, czekając, aż córka mi się zdecyduje.
[2] Godnym następcą notatnika w kotki od siwej, który wprawdzie się nie skończył, ale rozsypał, bo nosiłam w nim milion papierków.
[3] Ale rzadko. Jak nie na któregoś bloga, to na blipa. Blip swoimi enigmatycznymi zapiskami pomaga mi wrócić do dnia kiedyś w przeszłości, do tego, co w nim było ważne. Bo nie jest ważny opis całego dnia, a tych kilka chwil, które kompulsywnie wypuściłam w świat.
[4] Nie pamiętam. Bloga zaczęłam pisać rok później. Pamiętam za to, że przejechałam pierwsze kilometry jako kierowca na pustym parkingu pod supermarketem (niechętnie). Ale o tym niebawem.
[5] Od dziecka marzyłam o wieloletnim kalendarzu. W którym dzień po dniu będę zapisywać, co robiła. I patrzeć, co robiłam rok, pięć czy dziesięć lat temu. Jaka była pogoda, co jadłam[6], co miałam na sobie. Taki narcystyczny sposób na przeżywanie ciągle swojego życia. Ale, nie wiem, czy wspominałam, zawsze mi brakowało wytrwałości i konsekwencji.
[6] O Bogini, jaka to by była nuda. Ale to marzenie z czasów dziecięcych.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 22, 2010
Link bezpośredni -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Moje dziecko dostało od babci aparat fotograficzny marki, zdaje się, Fisher-Price. Aparat śpiewa rozmaicie, ostatnio z akompaniamentem mruczanda z tylnego fotelika w samochodzie, czasem infantylniej, czasem całkiem mądrze. Śpiewa między innymi, że "Choć mam czasem humor zły, uśmiecham się, bo jesteś Ty". Ja wiem, że wojna była i ogólnie zarówno aura jak i warunki społeczno-polityczne nie nastrajają, ale jak rany. Jechałam dziś autobusem i patrzyłam na miny wsiadających ludzi. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie, zmarszczone czoła i taki wyraz oczu, że nie podchodź. Zapewne uśmiechają się czasem do kogoś, ale na pewno nie w autobusie. Autobus to miejsce miotania gromów wzrokiem, wypracowanej latami niechęci, a na pewno co najmniej obojętnego dystansu.
Kusi mnie jedna rzecz, muszę przyznać. Żeby wzorem Smolenia krzyknąć kiedyś:
LUDZIE!!! KOCHANI... COŚCIE TACY SMUTNI???
PRZECIEŻ JEDZIECIE DO PRACY!!!
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 20, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Moje dziecko dostało od babci aparat fotograficzny marki, zdaje się, Fisher-Price. Aparat śpiewa rozmaicie, ostatnio z akompaniamentem mruczanda z tylnego fotelika w samochodzie, czasem infantylniej, czasem całkiem mądrze. Śpiewa między innymi, że "Choć mam czasem humor zły, uśmiecham się, bo jesteś Ty". Ja wiem, że wojna była i ogólnie zarówno aura jak i warunki społeczno-polityczne nie nastrajają, ale jak rany. Jechałam dziś autobusem i patrzyłam na miny wsiadających ludzi. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie, zmarszczone czoła i taki wyraz oczu, że nie podchodź. Zapewne uśmiechają się czasem do kogoś, ale na pewno nie w autobusie. Autobus to miejsce miotania gromów wzrokiem, wypracowanej latami niechęci, a na pewno co najmniej obojętnego dystansu.
Kusi mnie jedna rzecz, muszę przyznać. Żeby wzorem Smolenia krzyknąć kiedyś:
LUDZIE!!! KOCHANI... COŚCIE TACY SMUTNI???
PRZECIEŻ JEDZIECIE DO PRACY!!!
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 20, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Moje dziecko dostało od babci aparat fotograficzny marki, zdaje się, Fisher-Price. Aparat śpiewa rozmaicie, ostatnio z akompaniamentem mruczanda z tylnego fotelika w samochodzie, czasem infantylniej, czasem całkiem mądrze. Śpiewa między innymi, że "Choć mam czasem humor zły, uśmiecham się, bo jesteś Ty". Ja wiem, że wojna była i ogólnie zarówno aura jak i warunki społeczno-polityczne nie nastrajają, ale jak rany. Jechałam dziś autobusem i patrzyłam na miny wsiadających ludzi. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie, zmarszczone czoła i taki wyraz oczu, że nie podchodź. Zapewne uśmiechają się czasem do kogoś, ale na pewno nie w autobusie. Autobus to miejsce miotania gromów wzrokiem, wypracowanej latami niechęci, a na pewno co najmniej obojętnego dystansu.
Kusi mnie jedna rzecz, muszę przyznać. Żeby wzorem Smolenia krzyknąć kiedyś:
LUDZIE!!! KOCHANI... COŚCIE TACY SMUTNI???
PRZECIEŻ JEDZIECIE DO PRACY!!!
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 20, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 8 komentarzy
- Skomentuj