Tag:
beletrystyka
Ze Szwają mam tak, jak z jedzeniem truskawek prosto z grządki. Są słodkie, pyszne, ale piach czasem zgrzyta w zębach i nie zastąpią sensownego posiłku na dłuższą metę. Książki czyta się świetnie, typowa lektura leżaczkowa, dowcipna, celna, ale ze względu na pojawiające się co jakiś czas idiotyzmy, powtarzalne wątki czy papierowość bohaterów (dobrzy są doskonali, źli, zwykle bogaci - mimo przebłysków - nie rokują) nie jestem w stanie traktować jej poważnie.
W "Romansie na receptę" 48-letnia Eulalia, zwana Lalą, redaktorka z telewizji, nagle odkrywa, że jej dzieci, bliźnięta, dorosły i wyprowadzają się z domu rodzinnego na studia. Samotność, depresja i smutek. Znajomy (i znany z poprzednich tomów psychiatra Grzegorz) niedwuznacznie sugeruje, że przydałoby się jej własne życie osobiste, mile widziane miłosne. Do stanów depresyjnych (i potencjalnego klimakterium, co życzliwie sugerują jej znajomi współpracownicy) dołącza najazd Hunów na jej dom: rodzice (cichy ojciec oraz matka, która jej serdecznie nie lubi, kocha za to idiotyczną szwagierkę), 10-letnie zarozumiałe dziecko szwagierki, którym rodzice się mają opiekować i - po pewnym czasie - sama szwagierka, ponieważ w tym czasie zaplanowała sobie remont[1]. Do tego dochodzą wpadające okazjonalnie w przerwach między wojażami i dzieci i wyrzucona z domu para ich znajomych - dziewczyna w niespodziewanej ciąży z niesłownym docentem i jej chłopak, co ją chce mimo nieswojego dziecka. Mimo zamieszania udaje się jej zrealizować fajny reportaż o górach, wyjechać w parę miejsc, dokonać akcji sabotującej dobrobyt niesłownego naukowca oraz poznać niesympatycznego pana, który z czasem okazuje się - jak to w romansie - nader sympatyczny. W tle dużo zachwytów nad Karkonoszami i ludźmi tam żyjącymi.
[1] Nie, nie rozumiem, czemu Lala zgodziła się na opiekę nad siostrzenicą u siebie w domu mimo pracy zawodowej i wyjazdów. Od biedy rozumiem, czemu rodzice Lali musieli mieszkać u niej w domu, żeby opiekować się wnuczką, chociaż funkcjonalnie nie wiem, co za różnica. Nie, nie rozumiem, czemu szwagierka po powrocie z wojaży nie mogła zamieszkać w pustym mieszkaniu swoich teściów, którzy mieszkali u Lali albo wręcz czemu teściowie nie wrócili do domu, pozwalając się szwagierce zająć swoją rodzoną córką.
Tytułowy "Anioł w kapeluszu" to emerytowana profesor psychologii, Jaśmina. Nagle umarł jej ukochany mąż, niedługo potem odeszła wieloletnia gosposia, dzieci rozjechały się po świecie, umarła staruszka-matka, samotność więc dopadła ją na wielu frontach. Po odwiedzinach u lekarza z sugestią depresji przeprowadza się z Warszawy do rodzinnego Szczecina, wyrzuca garsonki, kupuje luźne długie suknie i kapelusze i zaczyna żyć dla siebie. Ponieważ - nietypowo - akcje jest wielowątkowa, historia Jaśminy przeplata się z innymi historiami: nastoletniego Jonasza z rodzicami-karierowiczami[2], którzy niszczą syna w imię jego dobra, doprowadzając go do załamania nerwowego, Mirandy - studentki polonistyki, mieszkającej kątem u znanej z poprzednich tomów pani Lili, charakteryzatorki teatralnej - również w depresji po ciąży surogackiej. Jonasz, który uciekł z domu, ostatecznie trafia do domu Jaśminy, gdzie z pomocą przyjaciół (eleganckiego kloszarda Mirona, który okazuje się eks-milionerem, Mirandy i znajomych nauczycieli) wychodzi na ludzi[3]. W tle zachwyt przyrodą i spokojnym życiem.
[2] Jakkolwiek rozumiem założenia książki, tak postaci rodziców, którzy - mimo zaginięcia jedynego dziecka - bez wahania jadą na wycieczkę do Chin, bo opłacona, zostawiając na gospodarstwie płatną pomoc domową, jakby się bachor znalazł, są nawet nie z kartonu, tylko z płyty paździerzowej strugane.
[3] Wychodzi na ludzi za pomocą domu z ogrodem, książek, sympatycznej eks-policyjnej psicy Maszy oraz ad hoc zrealizowanej edukacji waldorfskiej, o której kilka słów się pojawia w książce.
Inne tej autorki.
#43-44
Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 29, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Małe miasteczko w Vermont. Tym razem rozbudowana ilościowo rodzina: roztargniona matka (zajmująca się domem i dziećmi), ojciec - profesor wyższej uczelni, czwórka dzieci - Laurie (11 l.), Jannie (8), Sally (5) i Barry (2) oraz domowe zwierzęta przenieśli się z za małego domu do większego. Niespecjalnie celowo, tylko tak wyszło, kiedy okazało się, że sprzęt sportowy nie mieści się w szafie. A potem lawina ruszyła, w efekcie czego zamieszkali w dużym, kilkunastopokojowym domu z krzywym filarem.
Jak w przypadku "Życia" odczuwałam sporą irytację, tak tu głównie odczuwam rozbawienie - przeprowadzka dopiero mnie czeka. Wiadomo - trzeba wziąć poprawkę na szowinistyczne lata 50., kiedy udział męża w czymkolwiek ograniczał się do palenia cygar i wypisywania czeków. Moja ulubiona scena - żona dowiaduje się, że ma odwiedzić ich dom znajoma męża, pedantka i elegantka, więc sprząta, niszcząc resztki manicure i stosując urocze techniki pasywno-agresywne. Sporo pysznych cytatów i trafnych spostrzeżeń o obu tomach można znaleźć na blogu absolutnienieperfekcyjnej.
Inne tej autorki.
#39
Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 22, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Marzec, a ja już mam kandydaturę na największe książkowe rozczarowanie roku. Bo to nie jest zła książka, bynajmniej. Są doskonałe sytuacje, jest groteska i absurd, autor ma niesamowite ucho do korpo-bełkotu, potrafi zbudować i napięcie, i ładnie z niego wyjść, tylko...
Tak jak w "Poddanych Microsoftu" jest zachwyt erą start-upów, poczuciem, że można wszystko, z przyjemnością, a do tego nagle mogą pojawić się niebagatelne pieniądze, tak tu jest epoka wypalonych dzieci korporacji. W firmie tworzącej gry komputerowe pracuje grupa nieco autystycznych nerdów (zebrana w jednym kubiku tylko dlatego, że ich nazwiska zaczynająsię na literę "J"), z dziwactwami i przyzwyczajeniami, z nałogami i niesamowitą umiejętnością prokrastynacji, która wykształciła się jako walka z firmowymi absurdami (typu wsadzenie postaci wesołego żółwia do zręcznościowej gry z jazdą na deskorolce czy przerobienie tej gry na przygodówkę fantasy, na szczęście już bez żółwia). Ethan, główny bohater, ma też pokręconą rodzinę - matkę hodującą marihuanę, której zdarza się przypadkowo doprowadzić do śmierci dealera bądź zamieszkać w lesbijskiej komunie, ojca - aktora statystującego w kolejnych filmach i czekającego na rolę mówioną czy wreszcie brata, agenta nieruchomości, przypadkiem zaplątanego w handle narkotykami i przemytem ludzi. I jak byłam skłonna zaakceptować ten świat z jego umownością, brakiem konsekwencji prawnych i nieprzewidywalnością, tak wprowadzenie samego autora, Złego a Demonicznego Douga Couplanda, jako jednego z bohaterów, dodatkowo w roli deus ex machina, uważam za chwyt słaby i wskazujący na to, że autor nie ogarnął kwestii poprowadzenia akcji i zakończenia książki. A to ratuje Ethana z bezdroży chińskiej prowincji, a to wysyła go do sklepu po buty, kiedy reszcie jego rodziny i przyjaciół proponuje intratny biznes, wyśmiewając się potem ze swojego bohatera, że stracił okazję. Głupie, toporne, może o klasę lepsze niż "a potem się obudził" i kompletnie zaburzające działanie świata opisanego.
Drugą, chociaż mniejszą, wadą książki jest sztuczne rozdęcie przez wklejone między rozdziałami dodatki - kilka stron maili spamowych, 41 stron rozwinięcia liczby pi chyba do 10 tys. miejsc po przecinku, lista angielskich słów trzyliterowych akceptowanych w scrabble, fragmenty zabaw, jakimi załoga JPod-a zajmowała się w czasie pracy itp.
A szkoda, bo był potencjał. Mam poczucie, że dostałam półprodukt.
Inne tego autora.
#25
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 6, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 2 komentarze
- Skomentuj
Rzadko kiedy zostaję po przeczytaniu książki z poczuciem "ale w zasadzie o co chodziło"; tutaj jest ten raz. Owszem, mogę chwalić język, niesamowite zdolności obserwacji świata wokół autorki, kompozycję ronda, doszukiwać się wątków autobiograficznych, ale nie bardzo mam poczucie sensu, bo zabrakło mi treści.
Gdzieś w bliżej niesprecyzowanej Ameryce Farah i Joanne chodzą na jogę, trochę się przyjaźnią, ale jednak nie bardzo. Joanne poznaje nieciekawego faceta, Farah jest zazdrości i się dziwi, bo uważa, że ona jest ładniejsza, więc szuka przyjaciółki gdzie indziej. Jest otyły, jadący na silnych psychotropach sąsiad, alter ego autorki z blokadą pisania, którą chce przełamać przeprowadzką, sikający na poduszkę kot i hipsterski wernisaż, pokazujący sztukę śmieci. Wszystko to przeplatane jest psychodelicznymi snami, które bohaterowie czasem współdzielą, czasem ktoś kogoś zabija, stara i niepełnosprawna syrena wyłudza spodnie od piżamy, a pod blokiem leży martwy kot. Ten, co sikał na poduszkę.
Chyba pozostanę tu na stanowisku, że za mało znam się na literaturze współczesnej, żeby to zrozumieć. Trochę boję się kolejnych utworów, skoro ten - według wywiadu - był najbardziej przemyślany.
Inne tej autorki:
#6
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 11, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W życiu Tomasza, lekarza-chirurga, życie to szala, na której rzeczy przechodzą z kategorii "lekkie" - łatwe, proste, powtarzalne, nierefleksyjne i w ostatecznym rozrachunku nieznaczące, do kategorii "ciężkie" - czasem trudne, niewdzięczne, z konsekwencjami, ale sprawiające, że czuje się życie. Bo "Einmal is Keinmal" ("raz się nie liczy"), życie jest tylko jedno i nie ma możliwości sprawdzenia, co by było, gdyby pójść inną drogą. Tomasz, znawca i koneser wielu kobiet[1], niezobowiązująco oczywiście, nagle zakochuje się w Teresie, przypadkowo spotkanej kelnerce z małego miasteczka. Mimo miłości do niej, która jest zupełnie niezależna od seksu, dalej spotyka się z innymi kobietami, między innymi z Sabiną, malarką, która wiecznie coś lub kogoś (w tym siebie zdradza). Na orbicie znajduje się Franz, profesor z Genewy, kochanek Sabiny, którego ta jednak - w kolejnej zdradzie - opuszcza. Tomasz z Teresą są cały czas razem, ale oddalają się często od siebie, czy to z powodów politycznych, czy też uczuciowych (włosy Tomasza ciągle pachną wydzieliną jego kochanek).
Książka to ciągła zmiana perspektywy - te same historie, opowiedziane z punktu widzenia Tomasza, Teresy czy Sabiny i Franza, czasem kilkukrotnie doprecyzowane o nowe szczegóły, budują skomplikowany obraz życia, które częściowo się odbywa tylko w ludzkich umysłach. Dodatkowo rzecz się dzieje w Pradze w latach 60., podczas Praskiej Wiosny i po inwazji latem 1968 roku. Polityka mocno dotyka wszystkich - Tomasz po publikacji artykułu, który można odczytać jako krytykę prosowieckiego rządu, emigruje do Szwajcarii, skąd wraca, bo Teresa z kolei tam nie może żyć. Nachodzony przez "towarzyszy", rezygnuje ze stanowiska i myje okna w praskich sklepach i mieszkaniach, jako swego rodzaju maskotka spółdzielni. Koło Teresy, pracującej jako barmanka w podłej knajpie, kręci się "bezpieka", szukając na nią haka. Oboje uciekają na wieś, do pracy w spółdzielni rolniczej.
Nie wiem zupełnie, czemu mnie ta książka aż tak zaskoczyła. Wszak to czeska klasyka, a nie dziwi chyba nikogo, że Czesi równie chętnie i z podobnym zaangażowaniem piszą o erotyce, śmierci, miłości, polityce i wydalaniu. W paru miejscach jednak zdziwiła mnie aż taka bezpośredniość, zwłaszcza w kwestiach fizjologii.
W wersji audio fantastycznie czytał Marek Barbasiewicz.
[1] Raptem 8 nowych kobiet rocznie, co przez 25 lat sypiania daje koło 200. Nie dziwmy się ciągłej irytacji Teresy.
#5/#1
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 9, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kolejne pokolenie Forsyte'ów, lata 20. XX wieku. Syn Ireny, Jon, wyjechał z nią do Ameryki i na trochę ślad po nim zaginął. Fleur, córka Soamesa, wzięła szybki ślub z Michałem Montem, bo nie dość, że szlachta, to jeszcze do tego okazał się miłym człowiekiem. Jak ojciec, który otaczał się ładnymi przedmiotami, córka zaczęła otaczać się sławnymi ludźmi - pisarzami, poetami, aktorami, prowadząc tzw. salon. Spora część książki, jako przełamanie miałkości egzystencji tzw. sfer (romansiki, afera finansowa, proces o zniesławienie - jedna pani nazwała Fleur snobką, Fleur nazwała ją niemoralną i żmiją), opowiada o batalii młodego Monta w parlamencie w sprawie tzw. foggartyzmu, który naiwnie zakładał poprawienie stanu biedoty przez eksport dzieci do kolonii. Jak mówi moje dziecko - nudy, nudy, nudy. Sytuacja nieco się poprawiła w drugim i trzecim tomie, kiedy świeżo ożeniony z Amerykanką Jon wraca do kraju, żeby założyć farmę. Fleur, mimo że jakoś poukładała sobie życie z Michałem (dorobili się nawet dziecka, małego Kita), wpada na błyskotliwy pomysł, że jak się prześpi z Jonem, to potem jakoś to będzie. To już prawie powieść sensacyjna, tyle że - absurdalnie - bardziej współczułam staremu Soamesowi, który jako jedyny czuł, że coś się dzieje i usiłował ochronić swoją córkę przed samą sobą.
Wprawdzie to oryginalna Saga miała w zamyśle opowiadać o schyłku imperium, ale właśnie "Nowoczesna komedia" pokazuje, jak się rozpada wyobrażenie klasy wyższej o jej roli w społeczeństwie. Pseudodobroczynność, reakcja na strajki robotników kontra wyścigi w Ascot, bywanie i Parlament.
Inne tego autora.
#131-132 (2014), #2 (2015)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 6, 2015
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ruby Lennox opowiada swoje życie - od poczęcia do pogrzebu matki. Opowiada w sposób nieciągły, pełen dygresji, bo i ma o czym dygresje robić. Jej rodzina od kilku pokoleń umierała na wojnach (mężczyźni) albo odchodziła znienacka. Cioteczna babka, Ada, umarła po ciężkiej chorobie. Prababka, Alice, zniknęła pewnego dnia, zostawiając po sobie zestaw pięknych zdjęć i niemowlę. Siostra, Gilian, zginęła w wypadku. Matka, Bunty, odeszła na tydzień, podczas którego przedsiębiorczy ojciec oddał je pod opiekę swojej kochance. Ale wróciła, co niespecjalnie wszystkich ucieszyło, bo nie była specjalnie miła. Między wierszami pojawia się jeszcze jedna osoba, którą Ruby odkrywa powoli z pokładów swojej niepamięci. Atkinson buduje świat z kobiet, mężczyźni są na poboczu; pomijając niedopowiedziany twist zaszyty w fabule, który każe przerzucać kolejne kartki, fascynujący jest niegdysiejszy świat przedmieść Yorku, małomiasteczkowe lata 50. (koronacja królowej Elżbiety w jednym z pierwszych telewizorów w okolicy!), potem już bardziej świadome i kosmopolityczne lata 60. i 70.
O książce pisała dees, bardziej składnie i wnikliwie. A ja dodałam w ramach gratisu zdjęcia z berlińskiego Aquarium (i tutaj).
Inne tej autorki tutaj.
#128
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 28, 2014
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nastoletni Jon, słowiański protoplasta w czasach pierwszych misjonarzy, łamie przedchrześcijańskie tabu i przepływa na zakazany brzeg rzeki, żeby uratować tonącą dziewczynkę. W tym momencie słyszy głos boga, Bezimiennego/Światowida. Ostatni z wioskowych szamanów wraz z chrześcijańskim kapłanem zgadzają się, że musi zostać wykonawcą poleceń Bezimiennego. Jon dorasta, żeni się z uratowaną przez siebie Gają, ale co jakiś czas wyrusza na wyprawę do kamiennego posągu boga. Odległość nieduża, ale okazuje się, że podróżuje w czasie. Raz jest chirurgiem wszczepiającym chłopcu nowe serce (które za sprawą Królowej Lodu okazuje się sercem mordercy), drugi raz - pomaga Joannie d'Arc wypełnić misję, która kończy się stosem. Kolejna wyprawa to Palestyna, w której Judasz za worek srebrników zdradza Jezusa. Wszędzie kręci się krótko ostrzyżona dziewczyna i chłopiec, który ma serce z lodu, a przez to żadnych wyrzutów sumienia. Każda wyprawa pokazuje coraz większą erozję posągu Bezimiennego, przy jednoczesnym rozwoju chrześcijaństwa w świecie Jona.
Może jestem uprzedzona, ale wynudziłam się przy lekturze bardzo. Pratchett historie o tym, że to wiara ludzi utrzymuje bogów przy życiu, podaje w sposób o wiele przyjemniejszy, wnikliwszy i pozwalający na wyłowienie z postmodernistycznej historii czegoś uniwersalnego. Tutaj jest, żeby nie użyć deprecjonujących określeń, dość pretensjonalnie. Dużo rozważań o tym, czy Bóg jest jeden, czy wielu, tylko różnie postrzegani i nazywani, czy warto było oddawać życie za wiarę, żeby we współczesności frazy "O, Jezu" czy "O boże" ludzie używali jako przecinka, kiedy rozleją kawę. Przyznam, że książki bym zapewne nie skończyła, audiobooka przesłuchałam, choć bez zachwytu.
#124 / #11
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 8, 2014
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kolejny zbiór opowiadań, również o związkach i o kobietach. O córce, która wraca z niedokończonych studiów do domu ojca-lekarza, domu, w którym się nie rozmawia innymi słowami niż zezwala ojciec. O pielęgniarce, która opiekuje się śmiertelnie chorą kobietą i słyszy jej ostatnie wyznanie, które zmienia cały świat, mimo ze pielęgniarki bezpośrednio nie dotyczy. O młodym małżeństwie i wścibskiej sąsiadce. O hippisach i młodej matce, która nie umie kochać swojego męża bezwarunkowo. Wszystkie historie są wielowymiarowe, bogate w szczegóły, postaci oddychają, domy mają kurz, kolor i zapach. Niestety, tak jak w poprzednio czytanym tomie, męczy mnie forma - opowiadanie to za mało, żeby mieć przyjemność z lektury. Dodatkowo, w prawie każdym brakuje pointy. Jest element zaskoczenia, jest zmiana perspektywy, ale historie kończą się niedopowiedziane, czytelnik dostaje wycinek, nie całość.
Inne tej autorki.
#123
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 3, 2014
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tortilla Flat to mała przybrzeżna miejscowość koło Monterey, w Kalifornii. Steinbeck umieścił tam ekipę paisanos, sowizdrzałów i lekkoduchów, na wiecznym rauszu, którzy wesoło przepędzają dni, kradnąc tu i ówdzie, plotkując o paniach nietrudnego dostępu oraz prowadząc filozoficzne dysputy. Naiwny Pirat ze swoim stadem psów, serdeczny i uczynny Jezus Maria, Danny, właściciel najpierw dwóch, potem jednego rozsypującego się domu (po dziadku), Pilon czy Wielki Joe, bywalec aresztów, żyją sobie, raz lepiej, raz gorzej, czasem ponosząc karę za swoje czyny, czasem spędzając wieczór przy galonie wina.
Co mnie szczególnie zachwyciło, to sposób, w jaki Steinbeck opisuje swój świat - pełen kolorów, zapachów, światła. Dawno nie czytałam tak plastycznej książki, pełnej życia. To nie spisany rachunek z Ikei jak u Larssona, który - owszem - tworzy wiarygodny natłok szczegółów, ale świat składający się w mojej głowie podczas czytania w coś realnego.
Inne tego autora:
#118
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 13, 2014
Link bezpośredni -
Tag:
beletrystyka
- 11 komentarzy
- Skomentuj