Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: klub-srebrnego-klucza

Wigiliusz Randoński - Cały ogień na Laleczkę

Autorem jest Tadeusz Kwiatkowskim, człowiek wielu pseudonimów - wydanie poza serią “Klubu Srebrnego Klucza” na okładce miało już nazwisko Noëla Randona.

Całkiem niedawno czytałam kryminał z dokładnie tą samą zaskoczką fabularną - cemrfgęcpn bq yng wrfg j cbyvpwv glyxb cb gb, żrol mrzśpvć fvę an xvzś m cemrfmłbśpv, konretnie "Umrzesz o północy" Moreny.

W Nicei ktoś morduje serią z karabinu maszynowego dwóch na pierwszy rzut oka nie powiązanych ze sobą ludzi (właściciela warzywniaka i impresario artystów), jednocześnie na rynku pojawiają się dolary z serii skradzionej w napadzie w USA kilka lat wcześniej. Inspektor Merlin za pomocą sprytnie znalezionych poszlak trafia do nocnego klubu Cacadou, gdzie próbuje undercover z dwiema policyjnymi maszynistkami rozeznać się w półświatku, ale nic nie zyskuje, a jedynie jest świadkiem morderstwa kolejnego mężczyzny, Amerykanina. Dokooptowuje więc do śledztwa młodego Carpeau, specjalistę od machlojek walutowych i razem wpadają na trop amerykańskiego gangu, którego szef, niejaki Laleczka, uciekł po wpadce do Francji. Carpeau bez wiedzy przełożonego angażuje pannę Rouy, która - wzorem podpatrzonej w kabarecie damy - farbuje sobie włosy na fiołkowo-siwy kolor i proponuje jej wejście do pokoju hotelowego, prawdopodobnie zajmowanego przez Laleczkę, przebranego za kobietę, żeby przestępcę ujawnić. Jako że w hotelu mieszka też amerykański milioner, panna Rouy zgadza się nader chętnie[1] i następuje dramatyczny finał z kolejnym trupem.

To, co jest absolutnie złe, to szowinizm panujący we francuskich służbach w okolicy lat 1950-1960. Inspektor Merlin wybiera najbrzydszą maszynistkę[2] i ją adoruje, podsycając w pozostałych zainteresowanie swoją osobą[3] za pomocą powłóczystych spojrzeń i czekoladek, zabiera też znienacka panie na akcję w nocnym klubie pod pretekstem świętowania urodzin. Niestety, równie kiepskiego zdania o paniach jest autor, który każe się ofiarnej agentce zakochać od pierwszego wejrzenia w podstarzałym Amerykaninie, mimo że ani ona nie mówi po angielsku, ani on po francusku. Komentuje to oczywiście jeden z przestępców:

(...) czekał pan niewinnie na telefon biednej Ninon [Rouy], żeby upewnić się co do przebiegu zdarzeń.
— Tak. Wyjątkowa kretynka.
— Ale odważna.
— Każda jest odważna, kiedy ma na widoku spodnie. Najpierw chciała zaimponować panu, potem wpadł jej w oko Thomson.
— I ona jemu. Pobierają się.
— Szczęść Boże — powiedział z obrzydzeniem Micky.

Się nie ma: urlopu ojcowskiego[4].

Się pije: dżin w bistro (Marly), pernod w barze (Merlin), sok pomarańczowy (Pierri, denat), mazagran (panna Rouy).

Się pali: pall malle, gauloisy, chesterfieldy.

Się nie szanuje Amerykanów (i bagatelizuje przemoc):

Nagle ostry nieartykułowany krzyk kobiecy przedarł się przez narastającą coraz mocniej wrzawę. (...)
— Mówiłam ci, że to spelunka — rzekła panna Camlis do panny Rouy. — Uciekają przez taras, na pewno nie popłacili rachunków.
— Ale co się właściwie stało? — nie mogła zrozumieć panna Rouy.
— Amerykanie gwałcą dziewczęta. Dobrze im tak idiotkom.
— Jak to, na parkiecie? — dziwiła się panna Rouy.
— Nie bądź naiwna. To przecież zwierzęta.
(...)
Panna Camlis siedziała z odrzuconą do tyłu głową, a za jej krzesłem pochylał się Cabs i na ustach towarzyszki inspektora Merlin wyciskał ognisty pocałunek. (...)
— Naprawdę... pan sobie za wiele pozwala — rzekła stłumionym głosem panna Camlis, wydobywając się z objęć Cabsa.
Amerykanin ukazał w cichym uśmiechu zęby i według zwyczaju przytknął palec do skroni.
— Kiedy zbliżył się do mnie po ciemku, pewna byłam, że chce mnie zamordować. Dlatego tylko krzyknęłam — tłumaczyła się panna Camlis. — Bardzo przepraszam…
Inspektor Merlin chcąc nie chcąc postanowił incydent zbagatelizować. W tym celu z godną podziwu naturalnością zaprosił pannę Camlis do baru.

[1]

— Jestem gotowa na wszystko.
— Czy pani się wyrzeknie dla dobra sprawy trochę własnej godności?
— Nie wiem, co pan przez to chce powiedzieć?
— Da się pani sprowokować, pozwoli się pani im przysiąść do stolika i nie będzie pani miała nic przeciwko zaproszeniu jej do "Tarasconu" na doskonałą kawę. Oczywiście ja będę czuwał i ręczę, że pani włos z głowy nie spadnie.
— Z mężczyznami dam sobie radę, jeśli zażądają świadczeń li tylko kobiecych.
(...)
Uśmiechnęła się do słuchawki. Carpeau nie przypuszczał, że jej kontakt z milionerem może przynieść zupełnie odmienne decyzje. Nie wypadało jednak chwalić się tym przed mężczyzną. Przyjęła więc propozycję Carpeau bez komentarza. Zdziwi się dopiero, gdy oświadczy mu, iż wychodzi za mąż za Thomsona.

[2] Pannie Rouy okazywał szczególne względy, to całując jej dłoń, to zakrywając oczy, gdy udało mu się zaskoczyć ją znienacka nad maszyną, to dmuchnąwszy w jej jasne włosy. Była na pewno najbrzydsza spośród wszystkich, i w dodatku najstarsza [czyli pewnie po 30], lecz inspektor hołdował żelaznej zasadzie: "Skoro znajdziesz się w jaskini lwów, wybierz na przyjaciela najgroźniejszego". A panna Rouy miała przykry charakter połączony z nadczynnością tarczycy, które to elementy w symbiozie czynią z człowieka wieczny huragan, zmiatający wszystko, co na drodze.

[3] Inspektor był rzeczywiście przystojnym mężczyzną w wieku, który skłania dwudziestokilkuletnie kobiety do westchnień i umotywowanych nadziei. Pasemka siwych włosów na skroniach dodawały mu uroku, tak jak dobremu dżinowi dodaje prawdziwego smaku kilka kropel vermouthu. Maszynistki uwielbiały inspektora i niejedna skrycie marzyła o zajęciu niepośledniego miejsca w jego sercu.

[4]

— Coś masz skwaszoną minę, Jakubku?
Oficer połączył się z garażami i wydał polecenie.
— Żona rodzi, a ja tu siedzę na dyżurce.
— Idź do starego i powiedz mu, że wykonałeś wyższe zadanie z punktu widzenia polityki populacyjnej i żądasz nagrody za udany w pełni efekt.
Oficer machnął ręką.
— Stary nie cierpi bachorów. Gotów mi wrzepić jeszcze coś w nocy. Za karę.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#109

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Patrick Quentin - Szatański spisek

Iris Duluth, znana aktorka, leci na trzy miesiące do Tokio na występy dla amerykańskiej armii okupacyjnej, Peter - który służy w Marynarce - udaje się do San Diego. Wtem budzi się w zupełnie nieznanym miejscu, wśród nieznanych mu ludzi, którzy twierdzą, że nazywa się Gordon Renton Friend Trzeci, a trzy piękne panie są odpowiednio jego matką, siostrą i żoną. Okazuje się, że uległ wypadkowi i poza złamaniem ręki i nogi cierpi na amnezję, nie pamięta więc śmierci ojca, po którym dziedziczy cały majątek. Niestety, nie rozpoznaje żadnej z osób ani domu, a opowiedziana mu historia o tym, jakoby był alkoholikiem i że wszyscy mają nadzieję, że wypadek go z tego uleczy, niespecjalnie mu się klei. Czytelnik oczywiście wie, że w łóżku leży Peter Duluth, wątpliwości bohatera są więc dość oczywiste, zwłaszcza że reaguje na imię Peter (tak podobno nazywa się Gordy’ego) oraz na stojące w wazonie irysy. Udaje mu się dość nieporadnie uzyskać przyznanie się rodziny Friendów do oszustwa - wcale nie jego Gordym, tylko nieznaną ofiarą wypadku bez dokumentów, ale jest niezbędny w roli zaginionego członka rodziny do czasu uprawomocnienia testamentu Frienda seniora, inaczej cały majątek przejdzie na dobro purytańskiej Ligi Czystości “Aurora”. Zanim do tego dojdzie, Peterowi udaje się przespać ze swoją “żoną”, a po uzyskaniu informacji, że nie należy do rodziny Friendów, nader chętnie wtula się biust swojej siostry (a jakby nadarzyła się okazja, to i mamy Friend by nie wyrzucił z łóżka). Już po odbyciu spotkania z Ligą i podpisania wymaganego przez testament świadectwa trzeźwości, do Dulutha dociera, że to tylko część prawdy - śmierć Frienda Drugiego wcale nie była naturalna i jest on wystawiony do roli kozła ofiarnego, odpowiedzialnego za śmierć patriarchy rodu. Musi tylko się domyślić, kto stoi za całą intrygą - śliczna jak obrazek żona, niewinna siostra czy ciepła i troskliwa matka.

Jakie to naiwne i pretensjonalne! Absolutnie niewiarygodna jest trwała utrata pamięci (która cudownie ustępuje, kiedy bohater - już po zakończeniu całej intrygi przegląda gazetę i widzi swoje zdjęcie) u przypadkowej osoby, przywiezionej do Friendów przez znajomego lekarza. Friendowie w ogóle zabierają się do wielkiego oszustwa tak nieporadnie, że tylko na karb otumanienia środkami farmakologicznymi można zwalić to, że Duluth im choć przez chwilę wierzy (babcia z demencją pojawiająca się w środku nocy, zdjęcie syna usunięte z rodzinnej galerii, zwolnienie całej służby). Dodatkowo, znak czasów, bohater skupia się na fizyczności pań - podziwia ich zmysłowość, miękkość ust, atłasowość piersi, zwłaszcza kiedy się do niego chętnie przytulają i go całują. Oczywiście, w finale, jest to coś, co raczej zatai przed ukochaną Iris.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#108

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 19, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Barbara Krzysztoń - Karolino, nie przeszkadzaj

Upalny początek czerwca. Ewa Karska, studentka II roku Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie, zaliczyła rok doskonale, brakuje jej tylko wpisu od profesora Janoty, żeby oddać indeks i ruszyć z przyjaciółmi w góry. Udaje się więc do domu profesora, gdzie niestety jest świadkiem jego kłótni z Arturem, studentem i podopiecznym Janoty, a do tego strasznym palantem i bucem. Tuż przed wyjazdem orientuje się, że podczas szamotaniny z Arturem (palant i buc, wspominałam) upadła jej torba w pracowni profesora i prawdopodobnie zgubiła tam dowód osobisty. Na miejscu znajduje znowu Artura, który nie waha się wejść przez okno, tyle że oprócz dowodu Ewy para znajduje też zwłoki profesora. Sprawę prowadzą kapitan Derko i podporucznik Zieja, przy czym niebagatelną rolę odgrywa tutaj babcia Ziei, pani Karolina, z którą wnuk nieregulaminowo dzieli się detalami śledztwa. Obrotna starsza pani w przerwach od szydełkowych “dziergotek” (brr, obrzydliwe słowo) udaje członkinię komitetu rodzicielskiego u sąsiadów zamordowanego, agituje w imieniu Koła Kynologicznego, odpytując przy okazji pół dzielnicy o różne podejrzane aktywności, wreszcie przygarnia do siebie Ewę ewidentnie w celu połączenia ją w związek z wnukiem (happy end!). W trakcie śledztwa pojawia się kilka wątków - handel psychotropami ze szczególnym uwzględnieniem presji, jaka ciąży na studentach ASP, którym wmawia się, że będą geniuszami; przemyt dzieł sztuki; szantaż; zdrada; stary zapracowany mąż z dzieckiem z poprzedniego związku i młoda, rozbrykana żona; wypadek podczas kłótni z dramatycznymi konsekwencjami.

Się pali: sporty (Artur, podpor. Zieja), klubowe (babcia Karolina), carmeny (pani Monika).

Się wyraża wdzięczność:

Kierowniczka mówi, że jest jej bardzo niemiło, bo ta pani przyniosła wielkie pudło czekoladek i teraz ona czuje się zobowiązana dzwonić do tej paniusi.
— Istotnie, to dziwne.
— No, nie tak bardzo. Ludzie, kupując tapczan, wtykają ekspedientce czekoladki albo usiłują wsunąć sto złotych.

Się nosi: torbę myśliwską (miałam taką w liceum, dostałam od OMC teściowej, matki ówczesnego chłopaka).

Się je: ucztę z pomidorów, sałatki z ogórków, sera edamskiego i kefiru z ciasteczkami orzechowymi na deser, zraziki (domowe), lody (kapitan Derko zaprasza Ewę).

Się pije: dereniówkę (domowej roboty babci Karoliny), zimne mleko (z lodówki).

Się czyta: “Politykę” i opowiadania Kafki (podpor. Zieja).

Się wysyła anonimy: „Stary idioto” — ktoś pracowicie naklei wycięte z gazety litery. — „Ten dziwkarz i pijak Janota znudził się kurwami z ulicy. Zabawia się teraz twoim synem. Wstyd i zgorszenie. Myślisz, że twój Arturek zostanie artystą? Stary idioto! Będzie tylko alfonsem pedałów. Zabierz swojego synalka, póki czas”.

Szowinizm powszechny: Ewa dobrze gra w szachy “jak na dziewczynę”. Niewiele starszy od Ewy podporucznik paternalistycznie ocenia też jej ubiór (chodaki i przykrótka, “jak przerobiona z koszulki niemowlęcej” sukienka, komentując w myśli, “Jak ktoś ma takie chude nogi, powinien stale chodzić w dżinsach (...) Przez te chude nogi wygląda jak nadmiernie wyrośnięty podlotek — pomyślał z sympatią i zapalił papierosa”.

Inne z tej serii.

#107

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 18, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Kazimierz Kwaśniewski - Gdzie jest trzeci król?

Pan Gomez, pośrednik południowoamerykańskiego milionera, przybywa do Stuttgartu do masterminda zbrodni[1], pana Grubera, żeby zamówić kradzież trzeciego obrazu z tryptyku Ribery (tytułowy “trzeci król”. Kradzież, bo obrazu nie da się kupić za żadne pieniądze, ponieważ znajduje się za żelazną kurtyną, w polskim muzeum. Przedstawiciel pana Grubera dostaje idealnie podrobioną kopię, żeby ją podmienić bez wzbudzania podejrzeń. Na szczęście Interpol czuwa i sprawnie wyciąga wnioski, więc jest w stanie skomunikować się z polskimi władzami. Do Borów, gdzie w dawnej rezydencji magnackiej znajduje się muzeum państwowe, Komenda Główna w osobie kapitana Półtoraka, zwanego z nieznanych bliżej przyczyn “Telewizorem” (bez wpływu na akcję) deleguje dwójkę funkcjonariuszy undercover[2] - kapitana Wieczorka i porucznik Rogalską, udających małżeństwo - poetę i jego muzę. Wprawdzie kustosz w Borach ma wiedzieć o ich prawdziwej roli, ale już bez wiedzy zarządzającego muzeum mają zabezpieczyć oryginalny obraz, podmieniając go - tak - na idealnie zrobioną kopię. Na miejscu wszystko idzie świetnie, nikt nie przeczuwa niczego, przy kolacji opowiadane są historie o śmierci i zwiastujących ją dźwiękach dzwoneczków z obrazu Ribery, po czym - niedługo po podmianie przez milicję obrazu - ktoś zabija kustosza strzałem z kuszy, a tajemnicza osoba wynosi pakunek za bramę. Jako że do pałacu nikt nie wszedł, morderca i złodziej jest wśród obecnych. Zaimprowizowane przez kapitana Wieczorka śledztwo ujawnia kolejne kopie obrazu - w sumie z oryginałem zmienia miejsce pobytu pięć obrazów, a do przyjazdu milicji o poranku sprawa jest wyjaśniona.

Się je: bułeczki, dżem, masło (w samolocie).

Się pije: kawę i koniak (również w samolocie), czerwone wino (w gabinecie kapitana MO).

Się przesiada: z Brazylii do Stuttgartu w Paryżu, wystarczy 15 minut, bo tranzytem.

Się usprawiedliwia: kradzież obrazów jest moralnie neutralna, bo… “Czy prawie wszystkie wielkie kolekcje na kuli ziemskiej nie powstały częściowo z rozboju? Czy Anglicy mają jakiekolwiek prawo do swoich greckich zbiorów w British Museum? A Francuzi — czy kupili chociaz polowe tego, co zdobi ściany Luwru? Nie, moi drodzy panowie!”.

Się nosi: pyjamę!

Się pali: wawele.

[1] Ponownie, zbrodni, ale etycznej:

Nigdy nie przelewać krwi ludzkiej i nie splamić się zbrodnia, gdyż jak wiadomo kodeksy karne całego świata mają zupełnie inny stosunek do przestępstw popełnianych przez osoby bezbronne, nie dokonujące gwałtu, a działające wyłącznie przy pomocy intelektu. Poza tym uważamy zabójstwo za rzecz absolutnie niedopuszczalną. Nie wolno jest jednemu człowiekowi odbierać życia innemu człowiekowi. Jest to niezgodne z etyką chrześcijańską. Wyjątek stanowią oczywiście zdrajcy. Ale nie będziemy ich wspominali w naszym gronie. (…) I właśnie dlatego chciałbym zapytać: czemu, jeśli nikt, kto nie posiada obu tych obrazów równocześnie, nie mógłby stwierdzić fałszerstwa, nie pośle pan naszej kopii temu kolekcjonerowi z Ameryki Południowej, który — jak wszyscy prywatni kolekcjonerzy — nie ma zapewne wielkiego pojęcia o sztuce i nigdy nie miałby nawet cienia wątpliwości, że to, co otrzymał, jest autentycznym Trzecim Królem? Zamiast wykonać to zadanie, wystarczyłoby po prostu dać do zrozumienia, że zostało ono wykonane. Ryzyko zmniejszyłoby się wówczas oczywiście do zera, a zysk byłby ten sam, prawda?
— Jak to, doktorze?! — Pan Gruber potrząsnął głową z wyraźnym niezadowoleniem. — Odpowiedz na pytanie pana jest bardzo prosta: To byłoby nieuczciwe. (…) Zapamiętajcie sobie panowie jedno: nikt nie musi być tak uczciwy jak człowiek żyjący poza prawem. Ale dość już o tym. Powróćmy do naszego zadania.

[2] Dacie im dwie złote obrączki… na miarę.. Co?… A czy nie ma czegoś na przechowaniu… Co?… A cóż to za różnica? Niech będzie z topielicy… Co?… Nieznany samobójca przejechany przez pociąg?… A obrączka cala?… No, to i dobrze! Tak… za rewersem… Sami zwrócą…

Inne tego autora, inne z tej serii.

#104

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 13, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 2 komentarze - Skomentuj


Jerzy Siewierski - Panią naszą upiory udusiły

Jeśli myślicie, że tylko tytuł kryminału jest stylizowany na staropolszczyznę, to niestety muszę Was rozczarować, ponieważ cała historia dzieje się - jak to “bada” w posłowiu autor - w XVIII wieku i jest urywkami z rękopisu odnalezionego w latach 80. XX wieku w ruinie domu w Płocku. Urywki (“chłopiec zużył bezpowrotnie część kart manuskryptu na produkcję papierowych strzał i gołębi”) wyjaśniają pewne braki fabularne i urwane dialogi. W efekcie powstało coś niespecjalnie strawnego - śledztwo prowadzone przez amatora, osadzone w przeszłości, niestety przestylizowane i miejscami dość przaśne. Co ciekawe, ja już to kiedyś czytałam i pozostały mi pełne zachwytu erudycją autora wspomnienia, a Siewierskiego trzymałam w głowie w kategorii “mistrz suspensu”. Dlaczego, nie wiem. W każdym razie przeczytałam, Wy już nie musicie.

Narrator, anonimowy młodzian, kadet Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów JKM, wraca do posiadłości swojego stryja, żeby pochwalić się dyplomem i poznać nową stryjenkę, co to jego opiekun niedługo wcześniej pojął za żonę. Na miejscu nie zastaje stryja, tylko mnóstwo lamentu, bo - patrz tytuł - w zamkniętym pokoju stryjenki pełno krwi, a ona sama zniknęła, niechybnie przez upiory uduszona. Stryja zaś nie ma, wyjechał w nieznanym kierunku i nawet nie można go powiadomić o tragedii. Kadet nie wierzy w teorię z upiorami, znajduje panią stryjenkę w studni, zaiste uduszoną, zaczyna więc rozpytywać domowników, zaczynając oczywiście od urokliwej Marcysi, którą swego czasu obracał w sianie i teraz też chce połączyć przyjemne z pożytecznym (nie szczędząc detali). Problem w tym, że Marcysię ktoś dusi, a i na kadeta życie kilkukrotnie nastaje, strzelając do niego z daleka, zatruwając mleko (ofiarą pada kot) czy wreszcie podpalając stodołę. Do zamieszania włączają się bracia nieboszczki, którzy uważają, że zamordował ją jej mąż i chcą pomsty. Młodzian trochę się z nimi bije, po czym elokwentnie przekonuje, żeby połączyli siły w celu znalezienia winnych.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#101

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 8, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Alfabetyczny morderca

Bardzo chciałam skwitować tę książkę zdaniem “Edigey skopiował intrygę i rozwiązanie z Agathy Christie”, ale absurdalnie to za mało. Owszem, jest seria morderstw, których ofiary mają nazwiska zaczynające się na kolejne litery alfabetu i nic ich ze sobą nie łączy - 30-letni Adamiak (lokalny chuligan), 70-letnia Borzęcka (wdowa doraźnie handlująca wódką), 62-letni Czerwonomiejski (zamożny badylarz), wreszcie 50-letni Delkot (kolejarz pracujący na górce rozrządowej pod miastem). Jako że Polska jeszcze pamięta sprawę Wampira z Zagłębia, idea seryjnego mordercy jest bardzo nośna i lokalna milicja w ogóle nie bierze pod uwagę innej opcji. Oczywiście dopóki nie przyjeżdża “z nadania” porucznik Barbara Śliwińska, która świeżym okiem przegląda akta i rozwiązuje tajemnicę (nanybtvpmavr wnx h Puevfgvr, jłnśpvją bsvneą olł pmłbjvrx b anmjvfxh an yvgreę P, erfmgn zvnłn hxelć cenjqmvjl zbglj). Na tym podobieństwa się kończą, bo powieść porusza trzy mocne tematy, rzadko obecne w PRL-owskich kryminałach.

Na wstępie pojawia się enigmatyczna dedykacja:

Ale w szeregach Milicji Obywatelskiej pracuje setki kobiet wypełniających codziennie swe ciężkie i nieraz niebezpieczne obowiązki. Jeśli któraś z nich czytając tę powieść choć raz uśmiechnie się, będzie to największą nagrodą dla autora.
Szybko okazuje się, skąd miałby się wziąć ten uśmiech. Autor objaśnia:
Wbrew wszystkim normom konstytucyjnym i wszelkim frazesom o równouprawnieniu kobiet mają one jednak dużo mniejsze szanse wybicia się i awansu. Wszędzie, także i w milicji.
Porucznik Barbara traktowana jest jako dopust, major Zajączkowski jest nastawiony do niej negatywnie jeszcze zanim ją spotkał; wszak “- Na diabła mi tutaj baba? Ja potrzebuję ludzi do roboty, a nie takich, co cały dzień patrzą w lusterko i albo malują usta, albo pudrują nos”. Major “tolerował je najwyżej w służbie ruchu i w gospodarczym. Żadna komenda w całym województwie nie miała tak małej żeńskiej obsady jak Zabiegowo. W ogóle Zajączkowski był typowym starym kawalerem z wszystkimi uprzedzeniami do płci pięknej. Jaki był powód owej niechęci, nikt z podwładnych nie ośmielił się nigdy o to „Starego" zagadnąć. “(…) Tak jej życie obrzydzę, że sama będzie prosić o powrót do Częstochowy. A co do śledztwa, nie obawiaj się. Dam jej sprawę, ale sam przypilnuję, żeby dziewczyna nie popełniła jakichś głupstw, i będę robił, co uznam w tym wypadku za stosowne”. Dodatkowo porucznik jest na straconej pozycji, bo jeśli będzie ładna, to “będzie przewracała oczyma i mizdrzyła się do moich chłopaków”, jeśli brzydka (zezowata, kulawa i garbata), to “Jeszcze gorzej - Zajączkowski przestraszył się nie na żarty. - Wolę ładną niż potwora”. Na szczęście dla wymagających oczu majora Baśka jest ładna, mini ujawnia zgrabne nogi, a do tego całkiem poważnie traktuję pracę i ma efekty, chociaż podczas śledztwa zmuszona jest odrzucać niedwuznaczne propozycje erotyczne również od żonatych kolegów. Na szczęście koledzy są wyrozumiali i nie robią jej z tego powodu trudności (sic!). W finale sam major chce panią porucznik zatrzymać w mieście, oczywiście z nutką sugerującą, że również z powodu dojrzewającego, choć niezgodnego z regulaminem, uczucia.

Drugim trudnym wątkiem jest niejako dobroczynna działalność mordercy, który wyręcza milicję w ukaraniu przestępców. Zamordowani okazują się wielokrotnym gwałcicielem (o tym tropie za moment), trudnią się lichwą, mają na sumieniu między innymi brutalne morderstwo i zdradę, wreszcie rozkradają mienie państwowe. W żadnym z przypadków milicja nie podjęła śledztwa, czasem z niewiedzy (pozornej!) lub z powodu przedawnienia. Oczywiście po aresztowaniu podejrzanego milicja wyjaśnia mu niestosowność jego postępowania, a winę zwala na brak zaufania społecznego do milicji:

Bo sprawiedliwość to także umiejętność przebaczenia. Tym się różni od zemsty. Wspominał pan o konieczności rzucenia pracy, o stale towarzyszącym przezwisku „bandyta”. To na pewno było nie do zniesienia. Ale czy szukał pan pomocy i opieki?
- Gdzie jej miałem szukać?
- W radzie zakładowej, w partii czy choćby u nas, w milicji. Na pewno podano by panu życzliwą dłoń, tak jak ją podajemy tysiącom ludzi, którzy wychodząc z więzienia i chcąc dalej żyć uczciwie, znajdują się w takim samym położeniu. Nawet zmianę nazwiska mógł pan przeprowadzić legalnie, a nie za pomocą tuszu i żyletki. Ale pan nie chciał widzieć tej drogi.

Wreszcie trzecia, najsmutniejsza sprawa. Jak wspomniałam, jeden z zamordowanych miał na sumieniu wielokrotne gwałty, wprawdzie całe miasteczko, w tym milicja, wiedziało, kogo i gdzie “przekręcił” (sic!), ale ponieważ dziewczyny tego nie zgłaszały, sprawy nie było. Pytacie, czemu nie zgłaszały? Bo małe miasto, a zgłaszająca dziewczyna jest w miasteczku “spalona”, bo “Każdy będzie się z niej śmiał. Żaden chłopak z nią nie tylko się nie ożeni, ale nawet nie pokaże na ulicy. (…) Stary Niziołek [ojciec] , jak się o tym wreszcie dowiedział, sprał córkę, że przez cztery dni nie mogła się ruszyć. Zapowiedział, że jeśli jej noga jeszcze raz postanie w Zabiegowie, to ją zabije.. Pada oczywiście znana fraza “Żeby sama nie chciała, to do tego by nie doszło”, tutaj - skoro dziewczyna się zgodziła, żeby czterech znanych jej chłopaków[1] - odprowadziło ja do domu, wyraziła zgodę na bycie zgwałconą, wszak “cnota nie mydło”, a “Kopyt podzielał opinię całej wsi - to już Reymont pisał, że “jak suczka nie chce, piesek nie weźmie”. Kiedy dziewczyna szła z chłopakami do lasu, nie wiedziała co robi?”… Okazuje się, że cała ta “sprawa z gwałtem” ma zalety - dziewczyna nie kręci już nosem na niezamożnego kawalera (“Czy ona ma jakiś wybór? Tu się z niej będą dalej śmieli”), a ojciec wreszcie wybił jej z głowy pomysły pt. praca w mieście, zamiast ożenku i zajmowania się przychówkiem. Porucznik Śliwińska jeszcze się dziwi:

- A więc według was, sołtysie, wszystko jest w porządku? - Barbara nie mogła się pogodzić z tą swoistą filozofią.
- Ano, tak by wynikało, że w porządku. Pewnie, że dziewczyna dużo przeszła, ale trzeba było uważać.
… ale kiedy widzi niezbyt urodziwą dziewczynę, stwierdza, że “rzeczywiście (…) dobrze mówił Kopyt, że dziewczyna nie ma zbytniego wyboru. Ale na co ci chłopcy polecieli?”. Tak, furia we mnie narastała, kiedy czytałam o społecznej akceptacji dla gwałtu (wielokrotnego! zbiorowego!), eufemizmów na przestępstwo, boys will be boys, niskiej szkodliwości czynu, zdziwieniu, że ktoś nawet taką nieładną dziewczynę chce zgwałcić (bo przecież nie chodzi o przemoc i dominację, tylko żeby się sobie podobać, oczywiście), bo - owszem - to jest fikcja, ale do dzisiaj nie jesteśmy społecznie wiele dalej.

Się pije: wino owocowe “Czar Pegeeru”, “likier strażacki”, wódkę klubową (bo “nic bowiem w Polsce tak nie imponuje ludziom, jak umiejętność picia”), bułgarską kawę, soplicę i egri bikaver.

Się je: kiełbasę na zagrychę, śledź, ogórek, sznycelki ze świeżutkiej cielęciny.

Się kupuje( jak rzucą): czekoladki „Wedla” czy „Goplany", sok grapefruitowy w puszce, świeżutką szyneczkę, kiełbasę „śniadaniową" (chociaż ta nie cieszyła się zbyt wielkim wzięciem na Śląsku), przerastały boczek i świńskie ryje (…) Krupniok i kaszankę już sprzedano, bułgarskie winogrona i banany, ale i kalafior, kapustę czy kwaszone ogórki.

Bawiąc-uczyć: jak działa górka rozrządowa.

Problemy kadrowe w milicji: zastępca komendanta uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu, jeden z oficerów szkolił się na kursie specjalistycznym z dziedziny kryminalistyki, drugi ciężko zachorował i musiał wyjechać do sanatorium na dłuższą kurację.

[1] Ach, ten ograny motyw “obcego w mroku”…

- Ale proszę mi, panno Hanko, wytłumaczyć, jak do tego doszło, że zgodziła się pani iść z tymi chłopcami wieczorem przez las?
- Z jednym bym nie poszła. Bałabym się. Ale ich było czterech. Wszystkich przecież dobrze znałam. Z jednym razem pracowałam. A z Wickiem biegałam do szkoły. Teraz wiem, że byłam głupia.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#100

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 7, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Marcin Dor - Major opóźnia akcję

Jeśli nie czytałyście książki, ale coś się Wam kojarzy, to macie rację - główna oś fabularna tego tomiku została kanwą dla pierwszego odcinka serialu “07 zgłoś się”, choć z pewnymi zmianami w fabule.

Z zagranicy do prywatnych osób przychodzą francuskie sweterki na suwak, w planach są hurtowe ilości pożądanych na rynku płaszczy ortalionowych, w zamian twarda waluta opuszcza kraj, przemycana podczas niby niewinnych wyjazdów (w serialu nielegalnie importowana jest… kremplina). Porucznik Drwień ma rozpracowany cały gang, ale jego zwierzchnik - major Krupski - wcale nie kwapi się do wydania pozwolenia na interwencję, co dla Drwienia jest oczywiste - major zwariował albo dostał łapówkę. Dodatkowo życie osobiste porucznika nie układa się - jego ojciec, przyjaciel majora z czasów wojny, odradza synowi występowanie przeciw szefowi, dodatkowo nie akceptuje jego związku ze starszą od niego Joanną[1]. Narratorem drugiego wątku jest Tomasz, właśnie wyszedł z więzienia za malwersacje na rynku mieszkaniowym, zaczepił się u zgrabnej[2], acz “wybrakowanej” - bo z blizną na twarzy - urzędniczki pocztowej i szuka pracy. Przez więzienne kontakty trafia do prywaciarza Kreczera, zaczyna rozwozić towar, szybko okazuje się, że ma czujne ucho i sprawne ręce w kwestii przesłuchiwania i wymierzania kar, stając się cennym nabytkiem dla przemytniczego gangu, tego samego, co go właśnie porucznik Drwień rozpracowuje. Nie jest też - co przestępcza "inteligencja" docenia - prymitywem; zna się na malarstwie (Kossak, Boznańska), mówi po francusku (bo miał matkę Francuzkę) oraz wie, że pernod to anyżówka. Z serialu wiadomo, jaka jest pointa - Gbznfm - frevnybjl Oberjvpm - wrfg zvyvpwnagrz vapbtavgb, m avrbcngembaą gjnemą, ob jłnśavr jeópvł m cynpójxv mntenavpmarw. Książka wypakowana jest dodatkowo lekko zakamuflowaną erotyką.

Się pali: sporty, carmeny, camele (u inżyniera), wawele, ekstra-mocne, fajkę nabitą wiśniową “Amphorą” (major), z której dym pachnie miodem, kadzidłem i polnymi kwiatami(!), fajkę nabitą tytoniem „Prince Albert” (dym był fiołkowy, aromatyczny), goluazy (pisownia oryginału).

Się pije: Full Light (z lodówki), gin z sokiem pomarańczowym i lodem, ormiański koniak „Dwin”[3], jarzębiak, koniak, pomarańczówkę, pernod, herbatę “yunan”, jugosłowiański rizling, pilznera.

Się je: słone pałeczki i biszkopty (pod koniak), herbatniki, ogórkową, podsmażony makaron z mięsem, rozpustną kolację z garmażem z „Delikatesów” - kawior, plastry łososia, węgorz i węgierskie salami, popijając to oryginalnym francuskim szampanem, a potem przegryzając bananami, które trafiły się akurat, cukierki „Leśne”, korki jugosłowiańskie(?), bulion rakowy, pieczonego indyka, melbę, podlane butelką wina francuskiego (Beaujolais) - w restauracji.

Się nosi: futra z nurków lub popielic, na każdym paluchu brylant (luksusowa kokota[4]); “zamszową marynarkę i koszulkę polo rozpięta pod szyją. Koszulka była beżowa, o ton jaśniejsza od marynarki. Taki szczegół zdradza klasę faceta” (Kreczet), “piaskowy garnitur z połyskiem, białą koszulę i modny ciemnobrunatny krawat w ukośne żółte pasy. Wyglądał jak starzejący się amant z hollywodzkiego filmu dozwolonego od osiemnastu lat” (inżynier), “satynową piżamę, niebieską w złote pasy” (Tomasz).

Się ma gadżety: porucznik Drwień bawi się czterokolorowym długopisem.

Społecznie: [dzieci] fajne mają życie. Nikt im nie daje dwóch tygodni [na rozwiązanie sprawy], najwyżej klapsa w pupę, jeśli przesolą.
Wspomniany jest dramat żony majora Krupskiego:

— „Nie chciałbyś mieć dziecka?”
— „Jasne, że nie — odparł, całując Ewę w policzek — statystycznie mamy i tak ze dwoje dzieci, wystarczy, nie musimy uczestniczyć aktywnie w produkowaniu wyżu demograficznego, przywykłem do naszego trybu życia, dobrze mi, przysięgam, wcale: nie chcę mieć dziecka...” Uwierzyła? Może. Ale uśmiech miała smutny, przepojony goryczą, jak gdyby była winna przed nim że nie potrafi rodzić, że pozwoliła obozowemu lekarzowi na eksperyment; miała wtedy czternaście lat, sama była dzieckiem, w szpitalu dostawała lepsze jedzenie.

[1]

— Był telefon do ciebie — odzywa się, żując z apetytem. - Dzwoniła pani Joanna.
— Wróciła?! — Drwień aż się podrywa, patrzy na ojca z niepokojem. — Jak z nią rozmawiałeś?...
— Nauczono mnie być uprzejmym dla dam — mówi ojciec, sięgając po następne ciasteczko. — Co oczywiście nie znaczy, że mój stosunek do sprawy się zmienił.
— Mam dwadzieścia cztery lata — rzuca sucho Drwień. —Wolno mi...
— A ona czterdzieści dwa — wtrąca ojciec.
— I co z tego?
— Z tego jeszcze nic. Jestem dialektykiem, rozpatruję zjawiska w ich całokształcie. Znasz mój stosunek do tej pani.
— Kocha mnie! — Drwień rozpoczyna szybki spacer po pokoju, manewrując między stołem, kredensem i szafą biblioteczną. — I ja ją kocham... Jest nam dobrze ze sobą... nie rozumiem, jak możesz...
Ojciec dopija herbatę, patrzy z żalem na pustą filiżankę.
— Trudno mi o życzliwy stosunek do kobiety, która po dwóch godzinach znajomości przyprowadziła cię do swojego domu, spiła i wpakowała do łóżka.
(...) Nie wiedziała, że jest stara.
Nie chciała przyjąć do wiadomości, że cały jej urok to teatralny grym. Przynajmniej dla postronnego obserwatora. Młody kochanek upewniał ją, że jest wciąż młoda i piękna, ale ja nie miałem jego oczu: widziałem hennę, szminki i tusz, zmarszczki przy wargach, wiotczejącą skórę na szyi.

[2] Gdyby była amerykańską aktorką, ubezpieczyłaby swoje nogi na ładną sumkę, powiedzmy, sto tysięcy dolarów. Miały tę wartość. Zgrabne łydki spotyka się dosyć często, ale wówczas uda są albo za tłuste, albo zbyt umięśnione. Nogi Marty były skomponowane klasycznie. Posągowo. Uda, łydki, kolana — jak na reklamie pończoch Piersi też miała reklamowe, strome i twarde, na takich byle płócienny stanik wygląda jak arcydzieło gorseciarskie.
Aż dziw, że nie jest modelką.

[3] (...) wcale nie gorszego od najlepszych francuskich. Ktoś mi opowiadał: ormiański plantator winogron, jeszcze za carskich czasów, chciał kupić od ojców miasta Cognac tajemnicę produkcji ich sławnego napoju. Odmówili. Wówczas cwaniak ormiański posłał do Francji swego syna, który najął się do wytwórni koniaku jako zwykły robotnik. I wywąchał najpilniej strzeżone tajemnice.
Tata machnął koniaczek, który zdobył kopę medali na festiwalu alkoholowym, kosząc Francuzów jak pod Borodino.

[4] Gębę ma jak szympansica, nos płaski, ślepka malutkie, każdy ząb w inną stronę. I zawsze przychodzi z innym przystojniakiem. Skaczą koło niej jak pieski na tylnych łapkach, mizdrzą się, po rączkach cmokają.

Inne tego autora:

Inne z tego cyklu.

#94

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 26, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Agatha Christie - Dziesięciu Murzynków

W serii “Klub Srebrnego Klucza” powieść pojawiła się pod tym tytułem z taką okładką, wydania od roku 2004 noszą już tytuł “I nie było już nikogo”. W tym wydaniu rzecz się dzieje na Wyspie Murzynków u wybrzeży Devonu, nazwanej tak z powodu kształtu przypominającego charakterystyczny kształt głowy mieszkańca Afryki, nie wiem, jak to jest zmienione w nowszych wydaniach, jeśli jest.

Zaproszenie na wakacje do nowoczesnej acz tajemniczej willi na wyspie dostaje 10 niezwiązanych ze sobą osób - para służących, zamożny “złoty” młodzieniec, łowca przygód, były wojskowy, emerytowany sędzia, nauczycielka, zamożna właścicielka ziemska, były policjant i znany lekarz. Każde z nich otrzymuje inną, choć bliżej nieokreśloną, obietnicę - pracę, spokojne wakacje wśród dawnych przyjaciół czy okazję biznesową. Na miejscu okazuje się, że willa jest znakomicie wyposażona, para służących zadba o potrzeby gości, ale gospodarza nie ma, za to wszyscy słyszą złowrogą wiadomość z płyty, na której ktoś przypomniał obecnym ich przestępstwa, za które nie zostali ukarani. Chwilę później pada pierwszy trup, a do pozostałych dociera, że ktoś zdecydował się ich wymordować w myśl dziecięcej rymowanki.

To kryminał bez śledztwa, jeśli nie liczyć prób podejmowanych przez topniejącą grupę gości na wyspie, żeby odkryć, gdzie ukrył się psychopatyczny gospodarz, a potem - kiedy dociera do nich, że jest to “jeden z dziesięciu” - kim on jest. Wyjaśnienia udziela sam “gospodarz”, wrzucając wyznanie w butelce do wody, gdzie jest po jakimś czasie odnalezione. Autorka zostawia tropy, ale dla mnie były zbyt nieprzejrzyste, żeby je zrozumieć (np. nie znałam frazy pmrejbal śyrqź/erq ureevat, która jest podpowiedzią). Znakiem czasów są niektóre ze zbrodni, za które są ukarani zaproszeni na wyspę goście - łowca przygód zostawia na pewną śmierć 21 tubylców w Afryce, motywując to wymówką, że mieszkańcy Afryki śmierć traktują w innych kategoriach (zapewne lżej lub mniej zobowiązująco, sic!) niż Europejczycy; zasadnicza stara panna nie waha się przed wyrzuceniem ciężarnej służącej, która - z braku perspektyw - popełnia samobójstwo; guwernantka wysyła podopiecznego na pewną śmierć, żeby jej ukochany uzyskał spadek. Żadnemu z obecnych spowodowana przez nich śmierć nie spędza snu z powiek, dopiero przed samym końcem odczuwają żal czy wyrzuty sumienia.

Inne tej autorki, inne z tego cyklu.

#93

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 25, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 2 komentarze - Skomentuj


Erle Stanley Gardner - Pięć dni w Madison City

Major Doug Selby był prokuratorem okręgowym w Madison City, ale zrezygnował z tej funkcji, bo ważniejsza po ataku na Pearl Harbor roku była obrona kraju; autor umieszcza kilka aluzji plus jedną pokrzepiającą przemowę o konieczności pracy u podstaw, żeby INNI nie odebrali USA tego, co USA może uzyskać ciężką pracą obywateli. Major ma 5 dni urlopu przed powrotem na front, decyduje się więc, żeby odwiedzić przyjaciół - szeryfa Brandona, dziennikarkę Sylwię i “wybitne przystojną” prawniczkę Inez, niechcący włączając się w trwający właśnie głośny proces o milionowy spadek. Zamożna dama zginęła w wypadku, przed śmiercią sporządziła jednak testament, wydziedziczający rodzinę na korzyść swojej gospodyni. Jako że gospodyni również zginęła w wypadku, dziedziczy jej córka, a adwokaci obu stron usiłują ustalić, czy dama była w pełni świadoma i nie została zmuszona do sporządzenia niesprawiedliwego dla rodziny testamentu, co jest nietrywialne. Inez jest adwokatką rodziny testatorki, po stronie rodziny gospodyni sprawę prowadzi A. B. Carr, adwokat-celebryta. Selby przypadkiem obserwuje dziwne spotkanie na dworcu, kiedy Carr - ozdobiony białą gardenią - spotyka kobietę i mężczyznę z podobnymi ozdobami; okazuje się to istotne dla sprawy. W trakcie akcji ginie jedna osoba, druga cudem wymyka się śmierci.

Selby nie ma oczywiście żadnego umocowania poza ustnym stwierdzeniem szeryfa, że “pomaga mu zbierać dowody” oraz w pewnym momencie zostaje współ-adwokatem z Inez, nie przeszkadza mu to oczywiście w przepytywaniu świadków. Jakkolwiek oczywista jest przyjaźń z szeryfem, wszak latami współpracowali, tak dość dziwna jest sytuacja z dziennikarką i adwokatką - Inez jest ewidentnie zazdrosna o Sylwię, obie w momencie wzruszenia rzucają się i wpijają w usta Selby’ego, co ten traktuje jako oczywistą oczywistość.

Społecznie: Czarny posługacz czyści podróżnym buty w pociągu za drobną opłatą, zaś do mniej zamożnych domów, w których nie ma zwyczaju odnoszenia ubrań do pralni, raz na jakiś czas przychodzi praczka.
Edycyjnie: książka zawiera spis bohaterów, bardzo lubię!

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#92

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 23, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Claude Aveline - Pierścionek z kocim oczkiem

Nocna ulewa w Palmowa Niedziele roku 1930 zmieniła w potok ulice Bonapartego od placu Saint-Germain-des-Pres aż po ulicę du Four”. Jean-Marc Berger, młody student malarstwa, niepokoi się, bo nie może złapać taksówki na dworzec, żeby wrócić do rodzinnego Lyonu i oznajmić rodzinie, że się żeni. Piechotą nie pójdzie, bo walizki oraz czuje się coraz bardziej chory. Wreszcie nadarza się okazja, na dworzec zabiera go przypadkowy kierowca, Amerykanin, mimo problemów dojeżdżają tuż przed odjazdem, niestety w zamieszaniu ktoś podmienia jedną z walizek. Najpierw rodzina, zarządzana przez rygorystyczną babcię, jest zaskoczona, kiedy dowiaduje się, że młodzieniec zaręczył się z dobrze ponad 30-letnią kobietą[1], ale to nic w porównaniu z szokiem, kiedy po otwarciu podmienionej walizki ze środka wypada odcięta damska ręka, w której Jean-Marc rozpoznaje po tytułowym pierścionku rękę swojej narzeczonej, panny Sarrazin.

Policja z Lyonu i Paryża łączy swe siły w zaskakująco zgodnej i pełnej kurtuazji współpracy. W pięknym mieszkaniu w Neuilly znajdują rzeczywiście zwłoki flamy studenta, zamordowanej ciosem w rdzeń kręgowy, z ręką odciętą post mortem. Okazuje się, że dama była ekspertką od Van Gogha, a Jean-Marc, genialny kopista, dla “wprawy” kopiował dla niej obrazy mistrza. Z całego świata zaczynają się sypać zgłoszenia od kolekcjonerów, którzy kupili od panny Sarrazin “oryginały”, dla zaciemnienia sytuacji trop wiedzie do poprzedniej narzeczonej młodego Jean-Marca, panny Augusty i - mimo wątpliwości policji - do owego “Amerykanina”, który podwiózł delikwenta na dworzec feralnej nocy. Rozwiązanie zbrodni jest wcale nietrywialne - avrbfgebżal złbqmvravrp j pmnfvr xłógav jlznpuhwr fmglyrgrz v avrpupąpl cemreljn eqmrń xeętbjl anemrpmbarw, cb pmlz jśpvrxłl jlovrtn, avrśjvnqbz, żr jłnśavr hxbpunaą mnovł, mnś wrw olłl xbpunarx cb manyrmvravh mjłbx bqpvan eęxę, żrol hxnenć złbqmvrńpn mn moebqavę. Policja zaskakująco łatwo nawiązuje komitywę ze świadkami, typu zastawienie pułapki na dziennikarzy przy pomocy zmyślnego tragarza (“trącając się kieliszkami, naśmiewali sie z tego wspólnie”), gorzej z przesłuchiwanymi (jedno samobójstwo, jedno załamanie nerwowe).

Mimowolny humor:

- Jean-Marc - zagadnęła Maria-Luiza (...) - a czy to, co przywiozłeś dla mnie z Paryża, było w tamtej walizce?
Jean-Marc speszył się.
- Ja ci nic nie przywiozłem. Ostatnio zupełnie nie miałem czasu. A wczoraj była niedziela. Maria-Luiza wybuchnęła płaczem. Emilia odezwała się:
- Chcesz klapsa?
Mimo wszystko ten epizod rozładował atmosferę.
Uregulował i wyszedł nie dopiwszy koniaku, co wprawiło w takie zdumienie gości stojących przy barze, że odprowadzili go wzrokiem aż do drzwi.
Się je: kawę i rogaliki na śniadanie, kanapki, piwo i kawę na obiad. Policja dzieli się też wierszykami:
„Podejrzany się trzyma, gdy w twym brzuchu nic nima”.. Autorem tego wierszyka był olbrzymi Chicambaut, który od rana do wieczora coś podjadał. Na ten temat inny jego kolega ułożył następująca złotą myśl: „Zapomnisz o swoim żołądku pod warunkiem, że będziesz o nim pamiętał”.
Niech Allach [pisownia oryginału] ma cię w swojej opiece. Pójdziemy coś przekąsić za wasze zdrowie i żeby czekanie na was nie nadwątliło naszych sił, prawda, Truflot?
- Tak jest. Kto zje, ten śpi.
Był to jeszcze jeden z aksjomatów Chicambauta, na podstawie którego utarła się o nim opinia, że nawet we śnie jada.
Szowinizm:
[Śpiewaczka] Zaśmiała się. Co za śmiech! - pomyślał Belot. - Stowarzyszenie Żon Prawowitych powinno jej sprawić złoty kaganiec, aby udaremnić jej ten śmiech.

[1] Dwanascie lat starsza od niego! Co to za narzeczona! (...) Ale wiadomo, że materac wypchany banknotami jest lepszym środkiem na zmarszczki niż wszelkie maseczki kosmetyczne.

Inne z tego cyklu.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 18, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj