Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: klub-srebrnego-klucza

Georges Simenon - Chińskie cienie

Przy placu de Vosges 61, w fabryce szczepionek (ale nie na covid, bo rzecz jest z lat 30. ubiegłego wieku) ktoś zabija Coucheta, zamożnego właściciela fabryki, a z sejfu za plecami zwłok znikają pieniądze na wypłaty. Jedynym świadkiem jest dozorczyni, która ze swojej pakamery widzi tylko cienie ludzi i rozpoznaje ich po krokach. Wie też wszystko o wszystkich w kamienicy - że pani de Saint–Marc, żona byłego ambasadora z pierwszego piętra, właśnie rodzi, na drugim piętrze mieszkają wariatki[1] i państwo Martin, ona jest kłótliwa, a on to skromny urzędnik w biurze notarialnym. Couchet okazuje się mieć skomplikowane życie osobiste - ma elegancją żonę z wyższych sfer, dodatkowo kochankę - tancerkę Ninę, która mieszka w hoteliku pokój obok syna Coucheta - bezrobotnego narkomana, a sytuację dodatkowo gmatwa fakt, że pani Martin z drugiego piętra była niegdyś pierwszą żoną denata. Maigret, niezguła, poczciwiec, o nieco pozbawionych wyrazu oczach, kręci się po Paryżu, rozmawiając z kolejnymi osobami, czasem użyje nieco przemocy[2], czasem przesłuchiwanej da na taksówkę[3], ale w końcu z rozmów i przyjrzeniu się zwyczajom wynoszenia śmieci przez mieszkańców kamienicy, rozwiązuje podwójną zagadkę kradzieży i morderstwa.

Się dba o męża:

Kiedy kładł się spać, pani Maigret obudziła się po to tylko, by na wpół przytomnie wymamrotać: — A kolację przynajmniej jadłeś?

Się zażywa: kokainy, eteru (lepszy od kokainy).
Się pije: małe piwo w trakcie służby (na pragnienie), wermut (u przesłuchiwanych), aperitif koloru rubinowego (tancerka), nalewkę śliwkową (przywozi ją z Alzacji siostra pani Maigret).
Się je: kanapki z anchois, wędzoną szynkę z Alzacji.

[1] To stara Matylda! Była kucharka. Widział ją pan? Wygląda jak wielka ropucha. Mieszka w sąsiednim pokoju, z siostrą wariatką. Obie są równie stare i równie obrzydliwe! Od czasu jak tu mieszkamy, wariatka nigdy nie wyszła nawet ze swego pokoju. — Dlaczego tak krzyczy? — No właśnie! Zawsze ją napada kiedy zostaje po ciemku sama. Boi się jak dziecko. I wyje… Nie mówiąc o tym, że to ani zdrowe ani apetyczne, dwie staruchy w jednym pokoju!

[2] Maigret nie miał czasu na długie perswazje. Chwycił ją za ramię i dłonią zakrył usta: — Cicho! Pani się myli! Jestem z policji… Nim sens tych słów dotarł do jej świadomości, szamotała się zdenerwowana, próbowała kąsać, kopać obcasem. Trzask rozdartego jedwabiu — puściło ramiączko sukni.

[3] Komisarz wsunął jej w rękę stufrankowy banknot, skinął na przejeżdżającą taksówkę i z rękoma w kieszeni bąknął: — Do jutra…

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#88

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 17, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Patricia Highsmith - Znajomi z pociągu

Guy Haines, obiecujący młody architekt, chce się ożenić z ukochaną Anną, jedzie więc do rodzinnego miasteczka Mercalf, żeby uzyskać zgodę na rozwód ze swoją pierwszą żoną, Miriam. Nie spodziewa się problemów, zwłaszcza że nie widziana od dawna Miriam oznajmiła, że jest z kimś innym w ciąży. W pociągu trafia na Charlesa Bruno, zdegenerowanego złotego młodzieńca, który niespodziewanie wpada na pomysł, żeby obaj panowie pozbyli się swoich problemów - Bruno zabije niewierną Miriam, a Haines skróci żywot ojca Bruno. Guy oczywiście otrząsa się na samą myśl, ucieka z pociągu, pozostawiając jednak czytaną właśnie książkę. Kiedy dowiaduje się, że ktoś zamordował Miriam, doskonale wie, kto dokonał tej zbrodni, ale ukrywa fakt znajomości z Charlesem przed całym światem, bo boi się oskarżenia o współudział. Jak się łatwo domyślić, Bruno ma go w garści i stopniowo wkręca się w krąg najbliższych znajomych architekta, wbija na bezczelnego na jego ślub z Anną, cały czas manipulując i szantażując coraz bardziej pogrążającego się w szaleństwie Hainesa, jednocześnie zapewniając go o swoim rosnącym braterskim (czy aby?) uczuciu do niego.

Jaka to jest męcząca opowieść! Bruno jest psychopatą, nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia (a jeśli, skutecznie je tłumi alkoholem), natomiast w Hainesie kotłują się emocje jak u Raskolnikowa. Niestety, podobnie jak u Raskolnikowa, zanika logika wraz z narastającą paranoją i poczuciem osaczenia, wkrada się chaos i przypadek. Morał z tej opowieści jest taki, że trzeba trzymać się z daleka od psychopatów, nie podawać żadnych informacji o sobie przypadkowym ludziom, a jeśli ktoś Wam zaproponuje udział w morderstwie, zwróćcie się do policji, a nie dawajcie się szantażować.

Inne tej autorki, inne z tej serii.

#86

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 12, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Tomasz Helner - Komisarz Bonetti szuka Magdaleny

Tomasz Helner to jeden z pseudonimów Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, łatwo się domyślić po zamiłowaniu ZZZ do Włoch (i pięknych pań).

Magdalena, młoda i niespecjalnie rozważna[1], jedzie do Rzymu na spotkanie z mężem, który ma wyjść po nią na stację i dowieźć do Neapolu, w którym pracuje. Niestety męża nie ma, bo - czego oczywiście Magda nie wie - jego gospodyni zapomniała oddać mu telegram, więc niezasobna finansowo chwyta się okazji i jedzie samochodem z przygodnie poznaną parą Szwajcarów - Edwinem i Karoliną Walderami, którzy cudownym zbiegiem okoliczności planują wycieczkę w dół półwyspu. Najpierw jednak jadą do willi pod Rzym, gdzie zmęczona kilkudziesięcioma godzinami w pociągu Magdalena zasypia, a gdy się budzi, znajduje zwłoki Edwina. Porywają ją gangsterzy, wiozą nie wiadomo gdzie, po czym okazuje się, że wzięto ją za niejaką Ingryd, Szwedkę zajmującą się przemytem narkotyków. Magda zostaje uprowadzona przez szefa gangu, niejakiego Nordona, który szantażuje ją sfingowanymi dowodami jej udziału w morderstwie Edwina, ale też twierdzi, że się w niej zakochał[2], tyle że jest dżentelmenem, nie pcha się do jej sypialni, tylko czeka, aż i ona zachwyci się jego opalonym i umięśnionym ciałem. Plan bezbłędny, Magdalena oczywiście ma syndrom sztokholmski[3] (aczkolwiek znudzona trywialnym pięknem wyspy tęskni za Polską[4]), tyle że Stefan, bezsensownie kręcący się po Rzymie w poszukiwaniu zaginionej żony, trafia przypadkiem - przez wuja swojego kolegi - na piękną signorę Manganello[5], która okazuje się należeć do tego samego gangu. Przed konsumpcją znajomości ustrzega Stefana tylko fakt, że ktoś signorę znienacka morduje.

Widzę dużo podobieństw do "Całego zdania nieboszczyka" Chmielewskiej; Magdalena jest łudząco podobna do jednej z przestępczyń, przez co Walderowie wyłuskują ją na dworcu i wplątują w intrygę, pojawia się też motyw samotnej ucieczki chybotliwą łódką z wyspy. Reszta akcji jest raczej przypadkowa - kolega Stefana nieświadomie prowadzi go do wuja-gangstera, a Bonetti - fan malarstwa - prywatnie trafia na doroczną wystawę obrazów na via Margutta, gdzie znajduje portret Yngrid. Oczywiście włoska policja w ogóle nie podejrzewa Stefana ani Magdaleny o bycie w szajce, ponieważ to biedni Polacy.

Się je: suchą kiełbasę i jajka na twardo (w pociągu), świeże bułeczki z szynką i serem (we włoskiej restauracji), zimne karczochy i sandwicze z szynką oraz ciasto biszkoptowe (w willi Szwajcarów), kawę, grzanki, masło i marmeladę (w kawiarni), makaron i twarde, wysmażone na oliwie mięso (na odludnej wyspie), doskonałe ravioli, wyśmienite risotto i smażone karczochy oraz budyń czekoladowy z biszkoptami (Eleonora, żona komisarza Bonnettiego), skromna zupa z soczewicy i omlecik z groszkiem, zupę ryżową i rybę smażoną, pływającą niesmacznie w oliwie i w pomidorowym sosie, pomarańcze, drożdżowe bułki (na śniadanie), zimne mięsa, pieczone kurczęta sery i owoce, różne gatunki win, ciasta, słodycze (u barona). Cała rzecz kończy się ucztą u Bonettiego, gdzie Eleonora upiekła trzy kury, do tego smażone kartofle, sałata, a na deser zrobiła tort orzechowy.
Się pije: czaj serwowany przez rosyjskiego konduktora w pociągu Warszawa-Wiedeń-Rzym, wermuth, koniak, whisky, martini dry.
Patriotycznie: Na zakończenie rozmowy uprzejmy pocztowiec powiedział, że bardzo lubi Polaków i ceni ich za męstwo, odwagę i miłość ojczyzny. — My, Włosi, mamy wiele wspólnego z wami, Polakami.
Się pali: cygara (Bonetti), Nazionale (Franco).
Szowinizm powszechny: Bonetti zwrócił uwagę na fakt, że nic z tych wszystkich przedmiotów nie wskazywało na obecność kobiety. Wiedział przecież z własnego doświadczenia, ile przedstawicielki płci pięknej potrafią gromadzić niepotrzebnych gratów.

Wolski w tej chwili poczuł, że jest bardzo głodny. — Z przyjemnością, ale pod warunkiem, że to ja panią zapraszam. Jestem Polakiem, a u nas w Polsce jest taki zwyczaj, że mężczyzna zaprasza kobietę.

Etyka gangstera: Największe fortuny na świecie zaczynały się przeważnie od niezbyt czystych machinacji, od oszustw, kradzieży, nawet od zbrodni. Jakbyśmy się zaczęli doszukiwać rodowodu majątków miliarderów amerykańskich to zapewniam panią, że doszukalibyśmy się gangsterskich metod ich samych albo ich przodków. Widzi pani, ja jestem o tyle uczciwszy, w swym działaniu, że nie udaję człowieka uczciwego, nie każę ludziom otaczać się czcią i szacunkiem.

[1]

(...) może kokietować spokojnie innych mężczyzn, pewna, iż masywna sylwetka Stefana zapewni jej należyty szacunek otoczenia Wiedziała, że zawsze ją ochroni, że wydobędzie ją z każdej trudnej sytuacji, w jakiej może się znaleźć dzięki swej wrodzonej lekkomyślności Tak bardzo lubiła być lekkomyślną. Taką ogromną przyjemność sprawiało jej nieliczenie się z konsekwencjami niezbyt przemyślanych i niezbyt rozsądnych czynów. (...) Mimo, że groziło jej nieznane niebezpieczeństwo, cała ta historia zaczynała ją ekscytować. Przypominała sobie podobne sceny, oglądane wielokrotnie na ekranie i wyobrażała sobie jak jej przyjaciółki zzielenieją z zazdrości, kiedy będzie opowiadała swoją sensacyjną przygodę. Widziała już niedowierzający uśmieszek Leny i zawiedzione spojrzenie Baśki, która z zapartym tchem będzie czekała na scenę gwałtu. — E, nawet cię nie zgwałcili — powie z pogardą. —Też mi gangsterzy.

[2] Nie był człowiekiem sentymentalnym i potrafił zabijać z zimnym wyrachowaniem, strzelać jednak do bezbronnej dziewczyny, a potem ciało topić w jeziorze... Nie. To mu się wydawało niesmaczne, jakieś po prostu nietaktowne. Pochodził z dobrej rodziny i nawet w swej zbrodniczej działalności lubił utrzymywać, jak mówił, wytworny styl. Ojciec jego był austriackim baronem, a matka angielską lady. Musiał przecież szanować swe arystokratyczne tradycje.

[3] (...) I nagle złapała się na tym, że dla tego człowieka zaczyna odczuwać coś w rodzaju sympatii. (...) Nie widziała już w nim bezwzględnego, idącego po trupach gangstera, ale ofiarę przeciwności życiowych, fatalnych zbiegów okoliczności, przypadkowych powikłań. (...) Człowiek to dziwne stworzenie, często ulega złudzeniom, a jeszcze częściej jest nieświadomym niewolnikiem utartych obyczajów. Utarło się, iż uczciwa, szanująca się kobieta powinna kochać męża, no i kobieta wmawia w siebie, że tak jest istotnie, chociażby jej rzeczywiste uczucia wcale się nie pokrywały z tym założeniem.

[4] Prawie z nienawiścią patrzyła na niebieskie morze, na porcelanowy błękit nieba i na sypiące złotym blaskiem słońce. Dosyć już miała tego słodkiego, pocztówkowego krajobrazu, dosyć upałów, dosyć makaronu z pomidorowym sosem. Marzyła o tym, żeby jak najprędzej wrócić do kraju, zobaczyć prawdziwy las, prawdziwą wieś, prawdziwe, ogromne łany zbóż, ożywione czerwienią maków. Tęskniła też za krwistym befsztykiem wielkim jak dłoń, za młodymi kartoflami i, za razowym chlebem i za talerzem barszczu. Żona rybaka niezmiennie smażyła ryby na oliwie i gotowała makaron.

[5] Była tak piękna, że Wolski aż się zmieszał, a Alberto wpatrzył się w nią oszołomiony i z trudem wykrztusił grzecznościowe słowa powitania. Wysoka, postawna, świetnie zbudowana. Jasno blond, gęste, nietlenione włosy upięte w wysoki kok kontrastowały w niepokojący sposób z ogromnymi zupełnie czarnymi oczami o miękkim, aksamitnym połysku. (...) Profil greckiej bogini. Usta mocno zarysowane, zmysłowe.

Inne tego autora, inne z tej serii.

#83

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 5, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Eduard Fiker - Seria C-L

Lata 50. W wagonie pocztowym, transportującym 20 milionów koron w świeżo wydrukowanych banknotach z tytułowej serii C-L, wybucha bomba. Giną wszyscy konwojenci poza pracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, który - bardzo ciężko ranny - twierdzi, że nie było szans na to, żeby pieniądze nie uległy zniszczeniu. Kapitan Kalasz z Komendy Głównej i młodziutki Karliczek, oddelegowany jako asystent, są sceptyczni - dziwne ślady (nieużywany w pociągu klucz francuski i zamordowana dziewczyna przy torach kilkanaście kilometrów przed miejscem wybuchu) oraz pojawiające się epizodycznie na rynku banknoty z feralnej serii sugerują, że eksplozja nie była wypadkiem przy pracy i kradzież jednak nastąpiła. Potem ktoś planuje (na szczęście bez efektu) zgładzenie hospitalizowanego funkcjonariusza, a kolejni podejrzani o posiadanie kradzionych banknotów zostają znalezieni martwi. Przestępca okazuje się psychopatą, który chciał się zemścić na państwie za to, że rozstrzelano jego ojca za odmowę uczestniczenia w 1. wojnie światowej (“ponieważ był członkiem jakiejś sekty religijnej”). Morduje współpracowników, bo byli nierozważni, a narzeczoną, bo ”kobiety nawet za tysiące milionów nie zmusicie do milczenia”.

Się je: czekoladę, pieczywo, kiełbasę i ciastka oraz popija herbatą z manierki, wodą mineralną i kawą (w podróży), jajko w majonezie i rogaliki (w restauracji na Przykopach), dużą porcję lodów, cocktail, czarną kawę, kilka ciastek i papierosy (przesłuchiwana w kawiarni świadkini). Wreszcie dość obficie pożywia się kapitan, strudzony śledztwem[1].
Się gra: w “durnia” (”Grali w skupieniu, z drobnomieszczańską chciwością zagarniali drobne monety, co u tego rodzaju ludzi, mających do czynienia z milionami, wydało mi się groteskowe”).
Się pali: Karliczek nie pali, za to Kalasz pali nałogowo (na szczęście jest zdrów jak rydz), podobnie podpułkownik - straszliwe cygara, ze od ich dymu padały muchy.
Się czyta: “Dikobraz” (ale wcale nie bawi).
Się pije: czerwone wino.
Się zażywa: “chytry środek”, który pozwoli kapitanowi pracować dwa dni bez ustanku i usunie senność i zmęczenie; lekarz przepisujący przestrzega, że “organizm po zażyciu zjada sam siebie”.
Się udaje: “białego” emigranta rosyjskiego, bo tylko tacy mogli dostać darmowy wstęp na wyższe studia.

[1]

— Zatrzymajcie się, na Boga! — krzyczę niemal. Wszystkie uczucia zagłusza we mnie nagle przemożny głód. Człowiek musi jeść. Kupuję trzy parówki z musztardą, dwie świeże bułki i kufel piwa. Potem z zapalonym papierosem wsiadam znowu do auta.

Inne z tego cyklu.

#74

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 10, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 2 komentarze - Skomentuj


Barbara Nawrocka, Ryszard Doński - Akcja "Chirurg"

Wyjątkowo ciepły czerwiec. Ktoś bezczelnie napada na sklep jubilerski na Hożej, zostawia karteczkę sugerującą akcję polityczną i - uciekając - strzela do milicjanta. Kapitan Korda cieszy się, bo wreszcie “trafił na przeciwnika, który pozwala ocenić rangę własnego zawodu, wysiłku, inteligencji, przenikliwości”. Na podstawie mizernych śladów i enigmatycznych zeznań świadków, Korda ogromną pracą[1] całego aparatu buduje portret pamięciowy (przydają się charakterystyczne okulary przeciwsłoneczne, wyprodukowane tylko w jednym rozmiarze) i powoli odkrywa, kim jest przestępca. W drugim wątku Andrzej, obiecujący student 3. roku Politechniki Warszawskiej, zakochuje się od pierwszego wejrzenia w maturzystce Katarzynie, a ponieważ “ma klasę”, obiecuje dziewczynie, że dotknie ją dopiero wtedy, gdy zabierze ją do Paryża. I nie próbuje nawet jej dotknąć, gdy się spotykają, tylko planuje zdobycie funduszy na wyjazd; rozważa okradzenie ciotki, która “sprzed wojny” ma trochę sreber, ale w końcu wymyśla inny plan - napad na sklep jubilerski za pomocą skradzionej w tramwaju broni. Podczas ucieczki zawodzi go jednak osławiona inżynierska logika i strzela do przypadkowego milicjanta, od tej pory jest zbiegiem (i, ależ to zabawne, nie spotka już nigdy Katarzyny, z którą chciał od pierwszego wejrzenia pod paryskim niebem). Ten wątek to wgląd w głowę Raskolnikowa bez wyrzutów sumienia, psychopaty, który z każdej sytuacji wyciąga dla siebie korzyść (ba, nawet spowiada się z przestępstwa, żeby uzyskać psychiczną ulgę[2]). Jako że w Polsce nie udaje mu się sprzedać skradzionych precjozów, usiłuje uciec do NRD albo Danii, w tym celu rozkochuje w sobie przypadkiem poznaną w pociągu Agnieszkę, naiwną córkę rolnika, która widzi w nim szansę na lepsze życie dla siebie.

Się pali: na zabawie, ale potem głowa boli (no bo przecież nie od wódki), fajkę.
Się je: rzodkiewki, jajka na miękko i bułki.
Szowinizm powszechny: “rzucała głową jak pensjonarka”, “ślepa kobieca satysfakcja”, kiedy kobieta widzi, że zrobiła wrażenie na mężczyźnie, irytacja kobiety z powodu spóźnienia i odrzucającego zachowania to “humory” i “miłosne gierki”. Korda obiecuje żonie popołudnie w domu, ale praca wygrywa (“A nawet gdybym został ― pomyślał ― kobieta tkwi z dziećmi przed telewizorem, potem zajmie się kolacją. Na kolację wrócę”). O zachowaniu Andrzeja w stosunku do Agnieszki (“nieznaczna tępota rysów dowodziła, że dziewczyna nie uczyła się długo, nie spędzała czasu na czytaniu” czy w scenie z aparatem[3]) nawet nie wspominam.
Się pije: cytrynówkę, bo od wina boli głowa, pomarańczówkę (żeby przetrwać do rana w marynarskiej knajpie).
Się podróżuje: latami zbiera się 20 tysięcy i z Orbisem płynie “Batorym” na Wyspy Kanaryjskie przez trzy tygodnie.

[1] Milicja rozsyła funkcjonariuszy do wszystkich miejscowości skomunikowanych kolejowo z Gdańskiem, a dodatkowo zawozi znajomych Andrzeja z Warszawy do Szczecina w celu rozpoznania zwłok, na co studenci się cieszą, bo…

― Przepraszam panów za tę nieoczekiwaną podróż ― powiedział głośno ― ale to obywatelski obowiązek, którego mamy prawo wymagać od każdego.
― Oczywiście, oczywiście ― rzucił prędko Laskowski. ― Nie byłem jeszcze w Szczecinie. Całkiem ładna podróż nad morze za państwowe pieniądze. Do tego w lecie. Kto by się krzywił na taką propozycję!

[2]

Andrzej szedł wzdłuż konfesjonałów, starając się tłumić odgłos kroków. Potrzebował ciszy, skupienia. Zatrzymał się przed jednym z konfesjonałów.
― Chciałbym się wyspowiadać ― powiedział wyraźnie. Jego słowa zabrzmiały na tyle głośno, aby mógł utwierdzić się w swojej odwadze.
Od ołtarza rozległ się delikatny dźwięk dzwonka. Zaczęła się msza. Andrzej wstał z klęcznika i przeszedł do bariery dzielącej wiernych i kapłana. Wstąpił uroczyście na schodek. Był pewny, że coś przełomowego dzieje się w jego życiu. Nie miał podobnego wrażenia nigdy dotąd ― ani po maturze, ani po zdaniu egzaminu na pierwszy rok studiów. Uczucie lekkości, spowodowane postem, wzmogło się. Przyjął komunię i stanął znów na placu. Chciało mu się fruwać, jakby miał skrzydła u ramion. Obrzucił spojrzeniem krzyżujące się ulice, obejmując nim cały świat. Naprzeciw kościoła mieścił się bar samoobsługowy.
Andrzej zażądał setki i wypił ją jednym haustem.

[3] Nie załadował kasety aparatu i teraz dostrzegał cały komizm sytuacji ― biegającą, podnieconą Agnieszkę, przekręcającą nie istniejący film. Wszystko jedno ― myślał. ― Robimy zdjęcia. Przyszliśmy tu robić zdjęcia.

Inne z tego cyklu, inne tej autorki.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 1, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Isaac Asimov - Pozytonowy detektyw

Książka w wersji Iskier z 1960 roku nosi błędny tytuł “Pozytronowy detektyw”, w innych wydaniach poprawiony już na “Pozytonowy”.

Bliżej nieokreślona, ale daleka przyszłość. Ludzkość w większości wyemigrowała na inne planety, gdzie żyje “w luksusie na słabo zaludnionych, a pełnych robotów światach”. Ci, co pozostali na Ziemi, mieszkają w ciasnych miastach, a w zasadzie w wielopiętrowych ogromnych hangarach, żeby uniknąć niefiltrowanego promieniowania i nieoczyszczonej atmosfery (stąd oryginalny tytuł “The Caves of Steel”). Detektyw Lije (Elijah) Baley zostaje poproszony o śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego w eksterytorialnym Kosmopolu, należącym do Przestrzeńców, podczas którego - z przyczyn dyplomatycznych - ma współpracować z… robotem, R. Daneelem Olivawem. Robot jest androidem, nieodróżnialnym na pierwszy rzut oka od człowieka, ale że Ziemianie robotów nienawidzą, sprawa jest bardzo trudna. Lije przykłada się jednak do swojej pracy, podejrzewa wszystkich - swojego partnera-robota, Przestrzeńców (którzy mogli chcieć spowodować skandal dyplomatyczny), wreszcie odkrywa istnienie wśród Ziemian frakcji niechętnych bliższym kontaktom z Przestrzeńcami.

To w mniejszym stopniu kryminał (chociaż oczywiście też), ale raczej antyutopia pokazująca przyszłość z rozwarstwionym społeczeństwem żyjącym w świecie wiecznego niedoboru, gdzie klasa pozwala na dostęp do lepszego jedzenia i mieszkania, zaś praca - zabierana przez roboty - jest towarem deficytowym. Równie ważne co znalezienie mordercy jest dla Elijah udowodnienie, że robot - nawet wyposażony w ogromną bazę danych i lepsze możliwości przetwarzania informacji - nie jest równie dobrym śledczym, co człowiek. Finał jest dość przewrotny, z wieloma wcześniejszymi zmyłkami w fabule.

Technikalia: ludzie żywią się przetworzonymi drożdżami, nieliczne hodowle zwierząt dostarczają pożywienia luksusowego. Na Ziemi żyje 8 miliardów ludzi, stłoczonych w wielomilionowych miastach, ze wspólnymi jadalniami i łazienkami, przemieszczających się za pomocą ruchomych chodników o różnej prędkości (w tym ekspresowych). W zależności od “zaszeregowania” zawodowego, rodzinom przysługuje prawo do dziecka, własnej łazienki, lepszego jedzenia czy biletu na solarium.

Inne z tej serii.

#61

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 19, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Maurice S. Andrews - Dymisja nadinspektora Willburna

Ponieważ powoli kończą mi się książeczki z serii “Ewa wzywa 07”, wygrzebałam sobie nową-starą serię o podobnym poziomie srogości, konkretnie “Klub Srebrnego Klucza”. Są tu i zacne kryminały z PRL-u, trochę obyczajówki, nieco science-fiction i klasyki światowej; czasem mimo zagranicznie brzmiących nazwisk są to produkty polskie - jak ta książka. Akcja “Dymisji” z podtytułem “Zagadka w Punham” dzieje się w Londynie, w trakcie akcji pojawia się sporo dywagacji o roli brytyjskiego policjanta[1], tymczasem autorem jest piszący pod pseudonimem Andrzej Szczypiorski.

Zaawansowani w latach i tuszy podinspektorzy Silas i Groves prawie jednocześnie pojawiają się w podłym hoteliku na krańcach Maida Vale, gdzie recepcjonista znalazł zwłoki niejakiej Fanny Moore. Panowie, mimo że od dawna ze sobą pracują, serdecznie się nie lubią, obaj są “równie ociężali i równie zawiedzeni w swoich ambicjach”. Sprawa niby prosta - skoro morderca nie opuścił hoteliku i w nim go nie ma, recepcjonista kłamie, więc to on jest winny, zwłaszcza że zataił fakt znajomości z denatką, a chwilę później wyszedł na jaw handel narkotykami[2]. Problem w tym, że ich zwierzchnik - nadinspektor Wilbur, człowiek, który ma trzy typy humoru: jest zły, wściekły lub doprowadzony do ostateczności - oznajmia, że sprawa nie jest taka trywialna, jak się wydaje i mają szukać do skutku. Do podinspektorów dołącza faworyzowany przez Wilbura inspektor Ullman - młody i wytworny, pachnący wodą Yardleya. Sprawa morderstwa Fanny łączy się z kolejnym zabójstwem - ktoś, posługujący się tym samym nazwiskiem co tajemniczy narzeczony Fanny, rezerwuje pokój w innym hoteliku, a następnego ranka pracownik hotelu znajduje zwłoki policjanta Ashleya. Śledztwo się gmatwa, Wilburn podejrzewa, że Ashley zginął, bo był kochankiem Fanny, sprawny czytelnik już w 20% książki domyśla się, kto zabił, policjantom z Yardu trzeba na to więcej czasu. Tytułowa dymisja nie ma związku z wynikiem śledztwa - Wilburn i tak planował emeryturę, żeby zająć się polowaniami w swoim majątku na prowincji.

Jeśli szukacie historii o złych praktykach w pracy w “brytyjskiej” (por. autor) policji, to jest to świetne źródło. Wilburn wyśmiewa podinspektorów, bo są grubi i brzydcy, nie cierpi młodych ”opętanych demonem szybkości, jazzu i przygody” i - ponieważ cierpi na bezsenność - nie waha się wzywać podwładnych o 4 rano, bo akurat wpada na pomysł, żeby wydelegować im zadanie.

Się pali: playersy.
Się pije: whisky ballantine’s (chociaż jest gorsza od szkockiej!).
Się jest ponad prawem, kiedy się jest pastorem:

— Jestem poddany prawom boskim, mój panie! Wasze prawa mam w pogardzie!
Willburn był bezsilny wobec takiego cynizmu. Ten pastor wydawał mu się przez chwilę uosobieniem zła. Ale kiedy przyjrzał mu się uważniej, stwierdził, że ma przed sobą po prostu człowieka szalonego. Milles nie był normalny. Był ofiarą niezwykłych sił, sprzecznych z sobą i tworzących zadziwiającą konstrukcję. Fanatyczny, moralizatorski zapał tego kapłana splótł się nierozerwalnie ze zgubnym nałogiem. Dało to w efekcie skrzywienie psychiczne, ciekawy przypadek kliniczny dla psychiatrów, ale nie dla detektywa.

[1]

Ullman pomyślał, że właściwie taki policjant w C.I.D., pełniący służbę dyspozycyjną w oddziale operacyjnym, może dosłownie wszystko, o ile usłyszy jedno zdanie sędziego z City: „Zgadzam się!” Albowiem sędzia z City ma prawo wydawać rozkazy flocie, armii i siłom powietrznym. Ma prawo otoczyć Londyn, aresztować Anglię, zablokować Kanał. Ma prawo wydać rozkaz okupowania Szkocji i wysadzenia w powietrze Parlamentu. Ma prawo aresztować wszystkich poddanych monarchy, z wyjątkiem siebie samego. Ma prawo być Panem Bogiem, ale nie ma prawa siedzieć w obecności króla. Albowiem nie jest pierwszym lordem Beaverbrock ani pierwszym lordem Marlborough, ani pierwszym lordem Duncer. Jest po prostu sędzią z City i może wykonywać władzę dla dobra Imperium i sprawiedliwości, ale nie może usiąść na krześle w pałacu buckinghamskim, jeżeli monarcha jest w pobliżu.

[2] Przestępca chytrze ukrywa mechanizm ukrytego przejścia za tomami Shelleya i takimż kodem posługuje się w notatkach handlowych:

Bez kłopotu zestawił listę pięciu nazwisk stałych odbiorców jubileuszowego wydania dzieł Shelleya. Ci miłośnicy romantycznej poezji zadowalali się czasem jedną trzecią tomu, czasem zaś byli tak spragnieni kontaktu z literacką tradycją Anglii, że monitowali o dostarczenie im dalszych siedmiu tomów Shelleya. Z zeszytów Sedge’a wynikało niezbicie, że Shelley był najpłodniejszym twórcą wszystkich czasów.

Inne z tego cyklu, zaś inne tego autora.

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 14, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Zygmunt Zeydler-Zborowski - Koty Leokadii Kościelnej

Leokadia Kościelna ma niewesołe życie - owdowiała, córka wyjechałam do Ameryki, zbiera więc pieniądze na bilet lotniczy, żeby przed śmiercią zobaczyć wnuki. Dodatkowo opiekuje się lokalnymi bezdomnymi kotami, przez co wchodzi w konflikt z Seweryn Podsiadłym, któremu również dobro braci mniejszych leży na sercu, bo do ludzi już się zdążył rozczarować[1]; konflikt na szczęście krótkotrwały, bo po niedługim czasie oboje zgodnie karmią i leczą piwniczne koty, a pani Leokadia nawet znajduje dla tych ładnych domy na prowincji. Wydawałoby się więc, że staruszka nie ma wrogów, ale nawet prowadząc tak niewinne życie, naraża się kilku osobom. Listonosz, młody Zbyszek Michalak, podkrada jej wysyłane przez córkę listy ze względu na farsz z dolarów (wymagająca kochanka życzy sobie prezentów) i boi się, że kradzież się wyda. Lucuś Waliczek sprzedaje Kościelnej fałszywe banknoty i jest niemile zdziwiony, że podobno już uzbierała na bilet i sprawa się za chwilę rypnie. Dodatkowo na skromny pokój emerytki czyhają kwaterunkowi współlokatorzy - Wierzbiccy, którzy w 6 osób (troje dorosłych i trójka dzieci, czwarte w drodze[2]) gnieżdżą się w jednym pokoju. To wszystko, a nawet i powiązania między potencjalnymi zainteresowanymi zgonem staruszki, odkrywają kapitan Sarnecki i dołączający na prośbę Michalaka-seniora[3], Downar. Jest trochę przebieranek - Downar najpierw udaje Tadeusza Kamińskiego, przyjaciela Michalaka-juniora, potem Wierzbickiej przedstawia się jako Wiśniewski, przyjaciel męża z dawnych lat[4], wreszcie podaje się za kuzyna potencjalnego fałszerza dolarów. Do wyjaśnienia zagadki przydaje się pozorowana kraksa[5] i nitka z fioletowego szalika.

Jest to nietypowy kryminał, bo jeden z niewielu, kiedy czytelnik - patrząc na wskazane przez autora ślady - obawia się wyjaśnienia zagadki. Qrangxn bxnmhwr fvę zvrć wrfmpmr wrqaą gnwrzavpę - xbgnzv avr mnwzhwr fvę m qboebpv frepn, n mjlpmnwavr bqxnezvn wr, yrpml v fcemrqnwr an fxóexv qyn mlfxh (jfmnx zhfv xhcbjnć qbynel), Cbqfvnqłrzh jznjvnwąp, żr jlnqbcgbjhwr wr qb qboelpu qbzój. Fpran, j xgóerw Qbjane bfxneżn jenżyvjrtb fgnehfmxn, wrfg nhgraglpmavr fzhgan. Qbjanebjv grż fzhgab, jvęp ovremr qb fvrovr pmneartb xbgn, bfjbwrtb cemrm xnezvpvryn. W zestawieniu z raczej niskimi pobudkami fałszerzy, złodziei i cwaniaków, zabójcę Kościelnej da się zrozumieć (niekoniecznie usprawiedliwić, jasne).

Się nosi: rękawiczki w upał.
Się je: wątróbkę (mimo zgagi), zakąski i golonkę (pod wódkę), chleb, dżem, ser i wędlinę.
Się pije: wyborową, piwo.
Się pali: oczywiście, palenie rzucił tylko Wierzbicki (dla oszczędności) i nie pali Podsiadły.
Się żeni: i świat się kończy:

(...) małżeństwo jest prawdziwą klęską dla mężczyzny. Mógłby przecież coś osiągnąć, do czegoś w życiu dojść, gdyby nie żona, dzieci, teściowa. Jak tu na to wszystko zarobić? Skąd wziąć pieniądze? Wszędzie był już zadłużony, a ciągle nie wystarczało na najniezbędniejsze potrzeby. Rzucił nawet palenie, nie dlatego, żeby dbał o zdrowie, ale dlatego, żeby nie wydawać pieniędzy. Właściwie co miał z życia? Nic, absolutnie nic. Spał w dusznym, zatłoczonym pokoju, rano wstawał, biegł do pracy, późnym popołudniem wracał, uczył się albo robił jakąś zleconą robotę, a potem znowu spał w dusznym, zatłoczonym pokoju. Tak było. Codziennie.

Bawiąc-uczyć: włókno Cuprama (wiskoza miedziowa, właściwie "włókno Cupramy").
Się odpoczywa: w ośrodku wczasowym w starych wagonach, przerobionych na domki campingowe (tymczasem na Instagramie AD 2021).
Się handluje walutą w Polsce: Ja miałem, jak wiesz, w Brazylii dwa domy rozrywkowe. Ale mnie to znudziło. Wszystko za bardzo było uregulowane, nazbyt stabilne. Dziewczęta chętne, uprzejme, policja bez trudu przekupiona, krupierzy posłuszni, a klienci naiwni. Cholernie się nudziłem. Żadnego ryzyka.

[1] Do ludzi stracił zaufanie. Jeden przyjaciel okazał się konfidentem gestapo, drugi, już po wojnie, okradł go i uciekł za granicę, a kobiety, które spotykał, usiłowały wyłącznie wyciągnąć z niego jak najwięcej pieniędzy.

[2] Kwestia problemów lokalowych i kwaterunku ewidentnie ma podtekst społeczny. Jest i o regulacji poczęć (niestety, tylko post factum, albowiem to wina kobiety, że zachodzi w ciążę):

Pod wpływem tych rozmyślań podeszła do męża i powiedziała:
- Słuchaj, Janku...
Podniósł na nią zmęczone, zaczerwienione oczy.
- Chciałaś coś?
- Chciałam ci powiedzieć, że jestem już w szóstym miesiącu.
- Proponowałem ci, żebyś nie miała tego dziecka.
- Proponowałeś. Proponowałeś! - krzyknęła. - Ty tylko potrafisz proponować. Wiesz dobrze, że tego nie zrobię. Nigdy! Rozumiesz?! Nigdy!
Milicja też nie ma czułego ucha na takie pretensje:
- Tym Wierzbickim rzeczywiście życie układa się nie najlepiej. Spróbowałbyś ty pomieszkać w takim pokoiku w sześć osób.
Sarnecki wzruszył ramionami.
- Mój drogi, pozwól sobie powiedzieć, że w większości wypadków ludzie sami są sobie winni. Jak ktoś nie ma warunków, nie powinien zakładać rodziny. Ale u nas to się wszystko robi w myśl staropolskiej dewizy: „jakoś to będzie”. Facet się żeni, w przyspieszonym tempie płodzi dzieci i od razu ma pretensję, że nie dostaje mieszkania, od razu tragedia. No trudno... nasze budownictwo mieszkaniowe nie może nadążyć za przyrostem ludności. Buduje się dużo i ludzie bez przerwy otrzymują mieszkania, ale trzeba się trochę zastanawiać nad przyszłością rodziny. Napłodzą dzieci, a potem rozpacz, że muszą mieszkać w jednym pokoju.
[3]
Michalak pochylił się i chciał Downara pocałować w rękę. Ten cofnął się gwałtownie.
- Co pan wyprawia?!
- Panie majorze, ja... ja... panie majorze... - wyszeptał stary listonosz i wybuchnął płaczem. Trzymane na wodzy najwyższym wysiłkiem woli nerwy odmówiły posłuszeństwa.
[4]
Downar energicznym krokiem ruszył naprzód. Serdecznie uścisnął zdumionego Wierzbickiego i, całując go z dubeltówki, szepnął pośpiesznie:
- Jestem z milicji. Powiedziałem pańskiej żonie, że przyjaźnimy się od dawna. Muszę pana zabrać do Warszawy. Proszę nic żonie nie mówić.
[5] Sierżant Kaczor wysiadł błyskawicznie, ciągnąc za sobą rower. Wskoczył na siodełko i ruszył w kierunku zmotoryzowanej cyklistki, śpiewając pijackim głosem „Złoty pierścionek”. Po niedługiej chwili do uszu Downara i Sikory doszedł hałas zainscenizowanej kraksy.

Inne tego autora, inne z tej serii.

#18

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 18, 2021

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Margery Allingham - Jak najwięcej grobów

Wyznam, że ta ksiązka jest tak skomplikowana, że wprawdzie zaczęłam słuchać audiobooka w ramach niekrępującej rozrywki w ramach podwożenia dziecka do i ze szkoły, ale odkryłam, że absolutnie nie nadążam, nie wiem, kto jest kim, więc przeczytałam też ebooka. Nie żebym zapanowała nad narracyjnym chaosem, tym bardziej, że autorka stosuje sztuczki typu “a wtedy detektyw odbył znamienną rozmowę, która mu wiele wyjaśniła”, ale przynajmniej wiem, kto zabił. Nie jest to oczywiście wina Rocha Siemianowskiego, który czyta świetnie, tylko materiału wejściowego.

Albert Campion ma zostać gubernatorem gdzieś na rubieżach Imperium, wyjazd z dziećmi i małżonką oraz prestiż. Ale to nie jest zupełnie o tym, a o śledztwie, jakie nieoficjalnie prowadzi na Apron Street na prośbę trzech osób - służącego, dawnego szefa-policjanta i znajomej aktorki. Aktorka, Rene, prowadzi pensjonat, w którym - między innymi - zamieszkuje ekscentryczna acz zubożała rodzina Palinode’ów. Wszyscy, poza 20-letnią osieroconą siostrzenicą, są już dość wiekowi, stąd nie dziwi nikogo, że dwójka z rodzeństwa zmarła w niedużym odstępie czasowym od siebie. Nie dziwi do momentu, kiedy lokalny lekarz zaczyna dostawać anonimy, sugerujące, że zaniedbał odkrycie, że oboje zmarli zostali otruci. Campion szuka motywu, szuka osoby wysyłającej anonimy, a zanim zlokalizuje zbrodniarza, natyka się na kilka innych tajemnic, usiłowanie zabójstwa i samobójstwo oraz uczestniczy w pościgu za karawanem.

To nie tak, że ta książka jest zła czy źle napisana, tylko sposób narracji jest dość przestarzały, a tempo powolne. Dialogi są zabawne, postaci świetne, opisy czasem zawierają perełki słowne (“na pierwszy rzut oka wyglądał jak tylna część słonia z pantomimy”), a jak ktoś lubi angielskie klasyczne kryminały, to może nawet będzie zachwycony.

#122/#2

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 1, 2020

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Helena Sekuła - Dziewczyna znikąd

Nieznany polski fotograf Radley[0] nagle wypływa na paryskich salonach; polska prasa jest oczywiście podzielona[1], ale skoro światowa sława, to na wernisażu fotografii w Warszawie zbiera się sama śmietanka towarzyska i artystyczna. Problem w tym, że wernisaż odwiedzają też kieszonkowcy. Portfel traci pułkownik Lis, chargé d'affaires ambasady francuskiej, znany pisarz, prokurator, minister, słynna aktorka, wpływowy prezes, korespondent zagraniczny „Paris Match”, attache prasowy ambasady Iranu, ambasador JKM królowej Holandii, wreszcie sam Radley, a nawet szef ochrony, porucznik Cieślik. Major Korosz dostaje więc do wyjaśnienia najpierw sprawę samych kradzieży, potem - po owocnym spotkaniu z doliniarskim półświatkiem u Dziadka Truciciela - dochodzą do tego kolejne sprawy pobić niepokornych kieszonkowców. W drugim wątku pojawia się postać Zuzanny, przerażonej 19-latki, odratowanej przez żyjących nieco poza społeczeństwem kamieniarzy. Dziewczyna trafia do Radleya jako asystentka, okazuje się mieć doskonałe oko do fotografii, nieco gorzej jej idzie na gruncie towarzyskim, co prowadzi do związania obu wątków demoniczną postacią Hrabiego Siekierek.

Jaki to jest pyszny kryminał. Milicja sobie kpinkuje[2] i amosfera ogólnie jest raczej wesoła. Major Korosz ma spore rozeznanie w środowisku doliniarzy, więc nie waha się nadać im sprawy honorowej i - absurdalnie - jego prośba jest respektowana. Kawałek akcji odbywa się w pociągu, gdzie pełen wersal[3]. Sprawa zostaje rozwiązania dzięki wystawianiu na wabia “ładnych dziewczyn (...) - zdecydował major. - Niech mieszkają w hotelach, jeżdżą samolotami i w ogóle: turystki. Niech obnoszą pierścionki, bransoletki i wszelkiego rodzaju świecidełka” i częstowaniu podejrzanego piwem w upał w celu zebrania odcisków. Major Korosz unika śmierci dzięki swojemu ukochanemu psu, Owieczce[4].

Się je: pieczoną gęś z jarzynami (u Dziadka Truciciela), międzynarodowe rarytasy na przyjęciu w ambasadzie: A stoły przedstawiały rzeczywiście pełne zbratanie narodów. Połyskliwe ziarnka ciemnego kawioru z Astrachania sąsiadowały z obłożonymi lodem półmiskami bladych małży z wybrzeża Atlantyku, portugalskie sardynki z produktem winnic Szampanii, a różowe płatki polędwicy i butelki polskiej Żubrówki stały w zgodzie z ciężkim winem hiszpańskim.
Się pije: eksportową, koniak z mlecznej drogi (martell z pięcioma gwiazdkami).
Odniesienia literaturowe: “Zły”, “Zbrodnia i kara”.
Bawiąc-uczyć: grypsera.
Czego się nie leczy wódką: zapalenia płuc.

[0] Czy to jest polskie nazwisko?

[1] Oczywiście sukcesy warszawskiego fotografika nie pozostały bez echa w kraju. Kilku poszukującym tematu krytykom stworzyły okazję do napisania ciętych artykułów, w których pognębili swoich kolegów po fachu, przypisując krytyce polskiej kompromitujący brak zainteresowania rodzimymi talentami, co - o hańbo! - robi za nią, jak zwykle, zagranica. Wielu poczuło się dotkniętych osobiście - mimo że w enuncjacjach nie wymieniono żadnego nazwiska - więc grupa recenzentów „dotkniętych" odpowiedziała natychmiast na napaść z temperamentem i swadą.

[2]

- Pieniądze przechowuj w PKO! - z namaszczeniem pouczył Korosz.

- Kiciu - zaczął miękko do dyżurnego. - Zbierz ten cały ogródek jordanowski, a szczególnie pierwszą zmianę i bądź uprzejmy zawiadomić ich, że... są wały, a nie tajna służba, paskudnie wystawione do wiatru przez dolinę…

- Zaleciłem funkcjonariuszom godną postawę do spokojnych obywateli i zdecydowaną do elementu przestępczego…
Pierś inspektora rozdarło ciężkie westchnienie, zrezygnowany wsparł głowę na ręku - kapral należał do typu milicjantów elokwentnych, będących postrachem zarówno spokojnych obywateli, jak i swych zwierzchników.

- Znów mnie major uwielbia? - skromnie zapytał Cieślik. - To bardzo dobrze. Ja mogę pracować tylko w atmosferze miłości i łagodnego traktowania.

- Widzicie, to dlatego, że ja nie mam serca do tego pomysłu.
- Ciekaw jestem, do czego macie serce?
- Tak w ogóle to do dziewczyn — zwierzył się porucznik.

[3] W ogólnym pośpiechu i nerwowości tylko bileterzy byli opanowani, spokojni. Wiedzieli, z jakiego toru odjeżdża jaki pociąg, gdzie stoi automat z biletami peronowymi, którędy się idzie do restauracji pierwszej klasy. Sprawdzając bilety, równocześnie informowali podróżnych chętnie i wyczerpująco.

[4] Major wychował tego czworonoga od szczeniaka — stał się jego właścicielem w trochę niecodziennych okolicznościach — bardzo się do niego przywiązał, twierdził, że jest to owczarek podhalański i rodowód ma starszy niż Bourboni. (...) Znajomi inspektora, znając jego słabość, pokpiwali, że pies jest przerasowany, ponieważ ma każdą łapę z innej rasy, tchórzliwy i posądzali go o brak psiego charakteru. Mimo że nosił dumne imię Tygrys, nadane mu przez majora, przezywali go Owieczką. Majora z początku trochę to gniewało, ale po pewnym czasie — ponieważ pies reagował również i na to zawołanie — sam przyzwyczaił się do nowego miana i też nazywał go Owieczką.

Inne tej autorki tutaj.

#89

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 14, 2020

Link bezpośredni - Tag: klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj