Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: panowie

Paulo Coelho - Alchemik

Santiago zrezygnował z nowicjatu, bo ciągnął go świat i został pasterzem. Podczas wędrówki przez piękne hiszpańskie pastwiska, ponownie śni mu się sen o skarbie pod piramidami. Idzie sobie powróżyć do Cyganki, ale ostatecznie przekonuje go spotkanie z mitycznym królem Salemem, który wie wszystko o wszystkich ludziach (a udowadnia, że wie wszystko o Santiago poprzez szczegóły autoerotycznych uniesień młodego pasterza, popełniach w ukryciu). Nakręcony opowieścią o wierności własnej legendzie, oddaje mitycznemu królowi 1/10 swoich owiec (nie, nie wiem, po co półbogowi przyziemne owce), sprzedaje resztę i odpływa do Maroka. Zostaje okradziony na targowisku, ale radzi sobie mimo braku znajomości języka, zatrudniając się w sklepie z kryształami. A że jest pracowity i szybko się uczy, zbiera w niedługi czas pieniądze wystarczające na powrót do domu i odkupienie owiec, decyduje się jednak na kontynuowanie podróży przez Saharę. Na postoju w oazie poznaje piękną Beduinkę Fatimę i już-już chce zarzucić wszystko i z nią zostać, ale poznaje Alchemika, który mu wyjaśnia, że jak mu pisane jest znaleźć skarb, to powinien iść, bo będzie żałował. Idzie, zostaje znowu okradziony, potem zostaje okradziony po raz trzeci, wreszcie pod piramidami zamiast skarbu ma kolejny sen, że skarb jest w punkcie wyjścia.

Jaki to jest miałki i przegadany bieda-coaching o uzasadnianiu podążania do życiowego celu za pomocą "głosu wszechświata"! Król Salem i wszechświat pomagają tym wszystkim, którzy wypełniają własną życiową legendę. Chyba że to nie jest ich legenda, wtedy im nie pomagają. O tym, czy człowiek żyje według temu, co mu było pisane, pokazuje powodzenie życiowe - jeśli mu nie idzie, to znaczy, że nie było mu pisane. Albo się za mało starał, bo tylko tym, co się starają, wszechświat sprzyja. Jest sporo metafor o dostosowywaniu się rytmem życia do otoczenia, a konkretnie pustyni, która pozwala człowiekowi przez nią przejść pod warunkiem bliżej niesprecyzowanego dostosowania się (oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak, człowiek ginie, ale widać nie podążał swoją legendą albo za mało się starał). Jest i o miłości, którą można spokojnie opuścić na czas nieokreślony, bo jeśli to prawdziwa miłość, to poczeka na powrót (a jak się nie doczeka, to przynajmniej będzie dumna, że pustynia kochanka pochłonęła i wróci jako sokół czy inny podmuch wiatru), a jak nie była prawdziwa miłość, to nie szkodzi. Ja przesłuchałam, więc Wy już nie musicie.

#9/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 4, 2019

Link bezpośredni - Tag: panowie - 4 komentarze - Skomentuj


André Aciman - Tamte dni, tamte noce/Call Me by Your Name[1]

Uwaga, lektura poniższego może zepsuć oglądanie filmu lub czytanie książki.

Do pięknej, nieco zapuszczonej willi gdzieś w północnych Włoszech, zamieszkałej latem przez włosko-amerykańskiego profesora z rodziną, przyjeżdża Oliver, kolejny doktorant na wakacje. Pomóc profesorowi w papierowej robocie, napisać kawałek swojej książki, odpocząć. Taka doroczna tradycja. Elio, 17-letni syn profesora, czeka na niego niechętnie, bo to oznacza, że musi opuścić swój pokój i przenieść się do mniejszego. Nie pomaga też pierwsze spotkanie z Oliverem, który przesypia część dnia, wydaje się być dość arogancki i przekonany o własnej ważności, a przy tym starszy od kilka lat od Elio, który czuje się ciągle jak dzieciak. Wszyscy - domownicy, przyjaciele rodziny, sąsiedzi, równolatkowie Elio - wszyscy uwielbiają Olivera, rozsiewającego niezobowiązująco swój amerykański urok. Elio podejrzewa, że Oliver sypia z dziewczętami, które się koło niego kręcą; absurdalnie, zaczyna być o to zazdrosny, chce, żeby to z nim Oliver spędzał czas. Wyczuwa, że i że strony Olivera jest zainteresowanie, ale nie umie go rozgryźć. Przez większość wakacji gra w grę, w którą grają wszyscy zakochani - jak nie być tym, który musi zrobić pierwszy krok, jak nie narazić się na śmieszność, źle odczytując sygnały drugiej strony (wszak może miłość jest jednostronna), jak zachowywać się na tyle niezobowiązująco, żeby otoczenie nie zauważyło[2]. W tle leniwy, sielski początek lat 80., upalne włoskie lato, sady z brzoskwiniami, jezioro i ogromny wpływ antycznej kultury.

To prześliczna, pastelowa historia coming to age, o dojrzewaniu do miłości i związku; TŻ już z offu dodał, że w takich pięknych okolicznościach przyrody to on i w koniu by się zakochał, ja tylko zarezerwowałam w Umbrii wakacje (ale na wszelki wypadek będę unikać koni). Film skupia się na wspólnym lecie superinteligentnego, ale zaskakująco dziecięcego Elio i pokrywającego nieśmiałość brawurą Olivera, starszego, ale jednocześnie z większym bagażem emocjonalnym i kulturowym. Książka wychodzi trochę dalej - po trudnej rozmowie w święto Chanuka (na której kończy się film), pokazuje kolejne spotkania Elio i Olivera, kilkadziesiąt lat później. Wbrew temu, że narratorem jest Elio, po rozstaniu z Oliverem niewiele wiadomo o jego życiu, w przeciwieństwie do życia Olivera, nieustająco obecnego w myślach Elio. Czy obaj są szczęśliwi? Czy mogliby być równie, a może bardziej szczęśliwi, gdyby spróbowali być razem? Czy letnia miłość, pierwsze zaślepienie, oderwane od kontekstu i narażone na codzienność, miałoby szansę przetrwać?

Poza pięknymi obrazami (ta willa! to miasteczko! ta przyroda!) świetna jest muzyka. Leniwa, wpadająca w ucho, zgrabnie łącząca się z hitami lat 80., granymi w radio i podczas imprez. Przypomina mi ścieżkę dźwiękową do "Garden State" czy amerykańskiego remake'u "Apartamentu", coś, co zostaje na dłużej w uchu po filmie.

[1] Absolutnie nie rozumiem, po co polscy dystrybutorzy zepsuli znaczący przecież tytuł (zamieniając "Call Me by Your Name" na bezpłciowe "Tamte dni, tamte noce", zwłaszcza że film zrezygnował z perspektywy narracyjnej dorosłego Elio). Oliver proponuje Elio, żeby mówili do siebie nawzajem swoimi imionami, żeby każdy z nich stał się tym drugim, piękniejszym i lepszym od siebie.

[2] Ależ oczywiście, że spostrzegawczy i czuli rodzice widzą. Jest kilka analiz, w których wskazane są sceny, pokazujące, że matka Elio wiedziała, ale pozostała z boku, ale przede wszystkim jest piękna scena rozmowy z Elio z ojcem, który jest pełen zrozumienia i wsparcia, bez szyderstw i wzmacniających, ale deprecjonujących uproszczeń:

Zazdroszczę ci. Większość rodziców na moim miejscu liczyłaby na to, że wszystko rozejdzie się po kościach albo modliłaby się, żeby ich syn szybko stanął na nogi. Ale ja nie jestem takim rodzicem. Jeśli jest ból, pielęgnuj go, a jeśli jest płomień, nie zdmuchuj go, nie obchodź się z nim brutalnie. Ból rozstania potrafi być straszny, a patrzenie, jak druga strona zapomina, jeszcze go pogłębia. Chcąc jak najszybciej zapomnieć, wyrywamy z siebie mnóstwo uczuć i każdej następnej osobie mamy mniej do zaoferowania, a w wieku trzydziestu lat jesteśmy bankrutami. Ale nic nie czuć, żeby nie musieć czuć – co za marnotrawstwo!

Inne tego autora:

#7 (chociaż chronologicznie to #10, ale mam zaległości)

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 26, 2019

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Arkadij Strugacki, Borys Strugacki - Trudno być bogiem

Don Rumata jest znanym szaławiłą, szeroko znanym w królestwie Arkanaru, bogatym, odważnym, z koneksjami i poza układami. Obserwuje z niechęcią, jak ubożejący kraj powoli przechodzi przez prąd pokrewny europejskiemu średniowieczu - uczeni, zwłaszcza lekarze, i pisarze albo zostają złamanymi akolitami rozpasanej i prymitywnej władzy, albo giną w mękach. Don Rumata próbuje temu zapobiec, nie szczędząc środków na ratowanie najcenniejszych ludzi kultury i nauki czy buntowników, wywożąc ich czasem helikopterem. Bo don Rumata to ziemski, XXI-wieczny antropolog, który dzięki rozwojowi techniki i podróży kosmicznych może obserwować na żywym organizmie społeczeństwa z innych planet, uczestnicząc w lokalnym życiu. Nie wolno mu jednak ani się wtrącać, ani niczego zmieniać (więc, jak widać, te małe, zwykle nocne akcje, są realizowane nieco poza protokołem). Mimo częstokroć humorystycznego podejścia i ironicznej obserwacji, to ponura opowieść o teście na człowieczeństwo. Czy da się być bezstronnym obserwatorem, kiedy na twoich oczach giną tysiące niewinnych ludzi, przewala się fala bezmyślnego okrucieństwa, a za chwilę świat zaleje fala podobna do tej, która cofnęła Europę o setki lat? (Nie jest to tytuł, ale odpowiedź jest oczywista).

Kolejna książka, co to na pewno przeczytałam, a jednak nie. A warto, bo autorzy chytrze budują obraz społeczeństwa arkanarskiego - gnijącego, tonącego w pijaństwie, z brakiem perspektyw i władzą tępiącą wiedzę i ludzi inteligentnych brutalnymi metodami. Ludzie posądzeni o niesprzyjanie władzy (tej jawnej i tej "szarej", o której jednak wszyscy wiedzą), znikają bez śladu. Chytrze budują, bo kto w książce science-fiction odczyta rosyjską historię (choć może to kwestia odważniejszego tłumaczenia, ale don Rumata nazywa kraj dosłownie "Komunistyczną Republiką Arkanaru”, komentując zachodzące w imperium przemiany społeczno-polityczne.

Na jego palcach... Nie, to nie była krew - to tylko ślad po poziomkach.

Inne tego autora tutaj.

#6

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 23, 2019

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Marcin Kącki - Maestro. Historia milczenia

To przerażający reportaż o kilkudziesięciu latach, podczas których kwitła kariera Wojciecha Kroloppa, dyrygenta i dyrektora Poznańskiego Chóru Chłopięcego, zwanego też Polskimi Słowikami. Na tle rywalizacji, na początku artystycznej, później już biznesowej i politycznej, dwóch chórów - Poznańskich Słowików Stuligrosza i Polskich Słowików Kurczewskiego/Kroloppa - autor pokazuje mechanizmy, które pozwoliły dyrygentowi na oplątanie Poznania siecią zależności, dzięki czemu nie było w niczym interesie odsunięcie go od pracy z dziećmi, nawet gdy wypływały doniesienia o zabieraniu młodszych nastolatków do łóżka, wkładaniu ręki w majtki czy namawianiu do masturbacji. Trudny temat, zwłaszcza że nawet rodzice chórzystów, zachwyceni karierami synów, nie próbowali problemu ruszyć. Po co psuć i tak kiepską atmosferę; mojego dziecka to nie spotka, bo ja pilnuję; to tylko dzieci, dzieci zmyślają; słowo przeciw słowu, nikt nie uwierzy; to nie moja sprawa, jakby coś się działo, to by więcej osób się zgłosiło - to niektóre z wyjaśnień, jakie padały po latach. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co działo się w głowie ojców, którzy - sami molestowani - zdecydowali się wysłać swoich synów w to samo miejsce, żeby dzieci poznały świat i zdobyły pozycję w życiu. Zaskakująco wiele osób stara się nawet po śmierci dyrygenta unikać mówienia o nim, w tym hierarchowie kościoła, chętnie wcześniej korzystający z występów chóralnych dla uświetnienia uroczystości w świątyniach.

Prominentną część książki zajmuje sam proces i zachowanie Kroloppa już po odkryciu, że ma AIDS; do samego końca utrzymywał fasadę niewinności, oblężonej twierdzy, skazanego na cywilną śmierć przez spisek. Jednak chyba najbardziej plugawym fragmentem jest wywiad z celebrytą Jacykowem, który bujnie opowiadał o erotycznych spotkaniach ze swoich czasów nastoletnich m.in. z Kroloppem, stanowiących nie lada atrakcję dla znudzonego nastolatka-geja. Ciężka to książka, czytałam ją kilka tygodni, przerywając na czas czytania innych książek.

Inne tego autora:

#4 (zaczęte w 2018)

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 20, 2019

Link bezpośredni - Tag: panowie - 5 komentarzy - Skomentuj


Dorothy Leigh Sayers - Opowiadania

Opowiadania są zebrane w trzech broszurowych tomikach: "Kat poszedł na urlop", "Lord Peter ogląda zwłoki" i "Z dowodem w zębach" i, jak na autorkę pojawiającą się pięciokrotnie na listach MWA i CWA, są takie sobie. Ramotkowane, urwane, dwa ocierające się o paranormalność (mężczyzna nienawidzący kotów wszędzie je widzi, a w pewnym momencie dociera do niego, że śliczna żona kolegi jest demonem-kotką, tego typu sprawy), kilka uczciwych króciaków z lordem Peterem Wimseyem, detektywem-amatorem, uwielbianym przez Scotland Yard, wiktoriańskich Jamesem Bondem. A to razem z rezolutnym siostrzeńcem odkrywa skarb w książce kupionej w antykwariacie, innym razem doprowadza do odkrycia, że rozpoznanie przez porównanie karty dentystycznej ze szczęką denata jest zawodne, czy wreszcie uczestniczy w turnieju z fałszywym Wimseyem, a stawką jest tajemnica państwowa. Najbardziej polubiłam jednak dwie historyjki - jedną o trucicielce-kucharce, którą odkrył pewien dżentelmen, drugą o niepopularnym, choć dobrym fryzjerze, na którego fotelu wylądował poszukiwany brutalny przestępca.

Tłumaczem był konsekwentnie Robert Stiller, ale niestety muszę chyba na karb wydania w połowie lat 80. złożyć miałkość tłumaczenia. Kurczaka nadziewa się, uwaga, fryturą, zaś pije się pinty w pabie.

#87 (było więcej, ale jak beta-lekturę pewnego Niewydanego Jeszcze Bestsellera sobie ukradkiem podliczyłam, tak książek nieskończonych-ale-zaawansowanych (patrz facebook) czy jednej z ważniejszych pozycji związanej z narcystycznym powinowatym, o której jednak nie odważyłam się napisać, to już nie. Trudno, najwyżej będzie moja krzywda).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 31, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


John Fowles - Mag

Lata 50. Nicholas Urfe, 25-letni absolwent prestiżowej brytyjskiej uczelni, nie wie za bardzo, co ze sobą w życiu zrobić, wybiera więc posadę nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos; krótki wywiad z poprzednim nauczycielem tamże budzi jego ciekawość. W międzyczasie wdaje się w nic dla niego nie znaczący romans z Alison, poznaną na przyjęciu australijską stewardesą. Są ze sobą kilka tygodni, ale kiedy przychodzi rozpoczęcie roku szkolnego, Nicholas bez żalu pakuje się i wyjeżdża na wyspę. Czuje się wyalienowany, nie angażuje się w życie szkoły, nie nawiązuje przyjaźni, po części z poczucia wyższości, po części z zawieszenia, poczekalni. To, co budzi go z powrotem do życia, to spotkanie z Mauricem Conchisem, równie tajemniczym, co bogatym mieszkańcem wyspy - przez niektórych oskarżanym o kolaborację podczas wojny. Conchis proponuje mu gościnę, ale na swoich warunkach: Nicholas będzie uczestniczył w opowieści, ale nie będzie mógł zadawać pytań i w każdej chwili będzie mógł odejść, tyle że wtedy nie pozna końca historii. Nicholas traktuje to jako zabawę aż do momentu, w którym pojawia się Lily, aktorka obsadzona przez Conchise’a w różnych rolach - od ducha swojej zmarłej narzeczonej, przez schizofreniczkę leczoną przez Conchise’a-psychiatrę czy wreszcie brytyjską aktorkę, zakochującą się w Nicholasie bez wiedzy zleceniodawcy. Opowieści milionera i gra prowadzona przez niego zaczyna być coraz bardziej dramatyczna, a młody człowiek traci kontrolę nad swoim życiem; jego obsesją staje się wyjaśnienie całej historii nawet kosztem bólu, jakiego przy tym zazna.

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. Ani nie polubiłam nihilistycznego Nicholasa, ani Conchise’a, bawiącego się w bliżej nieokreślonym celu w boga i sędziego. Nie wierzę w umiejętność prowadzenia ludzi na uwięzi i grania na ich instynktach z nudów (bo Nicholas nie był pierwszym “obiektem” Conchise’a, był - i owszem - najciekawszym), nie wierzę w oplecenie kogoś siatką ułudy, żeby ten odkrył w sobie coś ważnego. Dużo filozofowania o kondycji ludzkości, która uwolniona z konieczności dbania o byt, popada w egoizm i autoerotykę, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie światem, bezinteresownością i budowaniem zdrowych, wzajemnych kontaktów, nie poprawia przyjemności z lektury. I przy tym wszystkim to nie jest zła książka, tylko we mnie zdołała niczego pozytywnego wzbudzić.

Inne tego autora:

#85

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 27, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Haag - Durrellowie z Korfu

Za sprawą świetnego brytyjskiego serialu, który niedawno się pojawił, powstała kolejna wersja historii nietypowej rodziny, która uciekając przed długami, depresją i angielską mżawką, osiedliła się w latach 30. na Korfu. Kolejna wersja, bo wcześniejsze pojawiły się za sprawą twórczości dwóch synów - Geralda (zwanego Gerrym) i Lawrence’a (zwanego Larrym), a każda z nich opowiadała jakiś absolutnie subiektywny wycinek wspomnień.

Bogata w zdjęcia historia rodziny Durrellów, głównie skupiona jest na okresie spędzonym przez Durrelów na Korfu i próbuje namierzać rozjazdy między prozą Gerry’ego i Larry’ego a bardziej obiektywnymi źródłami. I jakkolwiek przeczytałam całość z zainteresowaniem, tak nie wiem, czy lektura cokolwiek wniosła do mojego postrzegania bohaterów. Są rzeczy świeże - dramatyczna historia śmierci Durella seniora, ewakuacja z Korfu (w tym krótka, ale wstrząsająca informacja o cesarskim cięciu na żywo u Margo) i epilog, oszczędnie opisujący losy rodziny po powrocie z wyspy - ale to trochę mało, żeby do książki wracać. Chyba że po zdjęcia, zdjęć jest sporo.

Dziękuję C. za pożyczenie.

#84

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 8, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


John O’Farrell - Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie

Ogólnie wiadomo, że mężowie z czasem przestają słuchać swoich żon (pozdrawiam!) oraz zapominać o ważnych rzeczach związanych z domem, dziećmi i żoną (rocznica ślubu, zrobić zakupy, powiesić oprawione zdjęcia). Vaughan zapomniał nagle o wszystkim - kim jest, gdzie mieszka, gdzie pracuje, że w ogóle ma żonę i dzieci (zachowując jednak pamięć o otaczającym świecie czy technologii). Zatarła się ta część pamięci, która przechowywała sprawy prywatne. W szpitalu, kiedy już lekarze uwierzyli, że nie symuluje, przypomniał sobie numer telefonu do swojego najlepszego kumpla[1] i zaczął powoli odzyskiwać swoje życie. Nie nastroiło go pozytywnie to, że piękna kobieta, przedstawiona mu jako jego żona, nienawidzi go i właśnie się z nim rozwodzi. Problemy się zaczęły mnożyć, kiedy rozpoczął odkrywać kolejne urywki ze swojej historii, bo okazało się, że był (jest?) osobą antypatyczną, nieprzyjemną i często powodującą konflikty, znienawidzoną w szkole, w której uczył historii. Kiedy z zewnątrz, bez zaangażowania emocjonalnego zaczął oceniać swoje zachowanie np. na filmie nagranym podczas rodzinnego grilla, dotarło do niego, że jego żona podjęła sensowną decyzję o rozstaniu. Czując, że jest zupełnie innym człowiekiem niż był, próbuje więc - mniej lub bardziej zgrabnie - ratować swój związek.

Jest to, jak inne tego autora, książka humorystyczna (ale bez drwiny, serio zabawna[2]), nie spodziewałam się moralitetu i realności zachowania. Pomysł próby odtworzenia swojego życia przez publicznie dostępną stronę w Wikipedii są urocze, podobnie wspomnienia, wyciągane z niepamięci. Trochę scen wzruszających, trochę wymagających silnego kołka do zawieszania niewiary, trochę gorzkich (z dziećmi, świadkami walki rodziców). Nieźli bohaterowie drugoplanowi (wspomniany kolega-moron czy nadaktywna teściowa). Rozwiązanie fabularne finału jest dość karkołomne, ale to nie szwedzki kryminał, tylko angielska klasa średnia.

[1] Który był, oględnie mówiąc, moronem. Wyobraźcie sobie, że Wasz najlepszy przyjaciel traci pamięć, o czym mu mówicie? O swoim życiu prywatnym i wspólnych balangach, kłamiąc co jakiś czas dla zabawy, czy jednak rozpoczynacie od tego, gdzie mieszka, z kim jest w związku, że ma dzieci, umierającego ojca w szpitalu? No właśnie.

[2]

Spojrzeli na siebie, delikatnie potrząsnęli z irytacją głowami i wrócili do szukania podobieństw pomiędzy moim wyglądem a zdjęciem [zaginionej] nastolatki, sikha i Jacka Russella terriera, który jak przynajmniej przyznali, znalazł się w niewłaściwym segregatorze.
Dopiero koło czterdziestki jest czas, by wreszcie złapać oddech, przeanalizować wszystko i zastanowić się, w jakim jest się punkcie i co się osiągnęło. I wtedy zdajemy sobie sprawę, że jest to dalekie od tego, na co liczyliśmy i leniwie oczekiwaliśmy, że samo z siebie się wydarzy. Czterdziestka to Dekada Rozczarowań.

Inne tego autora tutaj.

#82

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 27, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Cormac McCarthy - Droga

Świat się skończył, nie wiadomo dlaczego. Zimno, nie ma już słońca, przemysłu, rządów, prądu. Po popiołach cywilizacji idą ojciec z synem, pchając sklepowy wózek z zapasami, znalezionymi po drodze. Idą, bo nie jest bezpiecznie zostawać w jednym miejscu, a dodatkowo na wybrzeżu jest cieplej. Czasem są głodni, czasem muszą uciekać przed ludźmi, którzy mogą ich skrzywdzić. Bo nie ma już zwierząt, ale najgroźniejszym drapieżnikiem jest człowiek, odarty ze społecznych konwencji, skupiony na przeżyciu zdziczały kanibal. Narratorem jest ojciec, który ma scenariusz na sytuację, kiedy jego syn umrze (jedyna kula w pistolecie), ale nie jest w stanie przejść do wyobrażenia sobie tego, co się stanie z odwrotną kolejnością. Co robić, jeśli on już wie, że nie ma nadziei, ale ze wszystkich sił chce sprawić, żeby jego syn miał siłę na kolejne dni. Pada najważniejsze pytanie: “A skąd wiemy, że to my jesteśmy ci dobrzy, tatusiu?”.

I może jest to kolejna powieść katastroficzna, ale taka, że z przerażeniem wyglądasz przez okno i idziesz przytulić dziecko. To się mogło zdarzyć w czasie Zimnej Wojny, to się może zdarzyć jutro. Już same rozważania o wyborze śmierci dziecka jako mniejszego zła przyprawiają o dreszcze. Oszczędna forma - krótkie, mocne zdania, nieprzypisane dialogi, przemieszanie wspomnień ojca o świecie, w którym desygnaty pojęć straciły już swoje znaczenie z obserwacją umierającego świata bez przyszłości, to wszystko sprawia, że to bolesna lektura, w której można znaleźć (przynajmniej ja znalazłam) obicie swoich lęków macierzyńskich. Podobny strach odczuwałam lata temu przy "Ostatnim brzegu" Shute'a.

#81

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 22, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 1 komentarz - Skomentuj


Hakan Nesser - Żywi i umarli w Winsford

Maria, szwedzka prezenterka telewizyjna podróżująca z psem Castorem, wynajmuje skromną chatkę na angielskim wrzosowisku, w okolicy Winsford. Opowiada, że jest pisarką, publikującą pod pseudonimem, że się jakiś czas temu rozwiodła, stąd brak chęci na kontakty z dawnym życiem. Prowadzi proste życie, spaceruje, odwiedza lokalne puby, widać, że potrzebuje spokoju. Sytuacja trochę się zmienia, kiedy poznaje sympatycznego rozwodnika z niepełnosprawnym synem. Tyle że to nie jest romans. Sielską opowieść o rozpoczęciu nowego życia na wrzosowiskach przerywają skąpo wydzielane przez Marię wspomnienia z “poprzedniego” okresu. Depresyjne, mroczne, pełne żalu. Martin, mąż Marii, profesor uniwersytecki, został oskarżony o gwałt. Mimo wycofania się oskarżającej dziewczyny, plama na opinii pozostała. Sama Maria, zwłaszcza po rozmowie z dziewczyną, przestaje mężowi ufać, dodatkowo przypomina sobie wcześniejsze zdrady i swoje osamotnienie. Zgadza się jednak na ucieczkę; Martin planuje napisać bestseller o wydarzeniach w hipisowskiej komunie literatów sprzed lat, dla spokoju chce spędzić pół roku w Maroku (rym niezamierzony). I tu następuje szereg zdarzeń (m.in. w Międzyzdrojach), w wyniku których osamotniona Maria przedziera się to przez klasykę literatury, to przez rękopisy męża, oglądając się czasem przez ramię i drżąc, bo tuż obok niej zaparkował złowieszczy samochód z polską i szwedzką gazetą.

To nie jest kryminał w typowym ujęciu - owszem, jest zbrodnia (nie jedna), czytelnik jednak stosunkowo szybko poznaje tajemnicę Marii. Śledztwo dzieje się gdzieś w tle, w dość nagłym finale zazębia się z narracją Marii. Fantastyczny, gęsty klimat sprawia, że ciężko się oderwać. Owszem, są pewne wady - kilka wątków jest potraktowanych powierzchownie (np. kwestia dzieci, tajemnica oryginalnego celu podróży - czemu tak naprawdę Maroko czy wreszcie kim był(a) G., autor(ka) naglących e-maili), dialog wewnętrzny Marii jest dość przygnębiający, ale angielska prowincja dookoła wraz z tajemnicami starych domów aż prosi się o ponowną lekturę.

Inne tego autora tutaj.

#80

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 21, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj