Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: panowie

Franz Kafka - Proces

No dobrze, przemyślałam swój stosunek do Pachnidła jako najgorszej książki 2018, albowiem - oględnie powiem - Proces bynajmniej też mnie nie zachwycił.

Józef K. WTEM zostaje aresztowany - ot, do pensjonatu, w którym mieszka, wchodzą smutni panowie, informują go o fakcie aresztowania, zjadają mu śniadanie, po czym Józef idzie do pracy, jak co dzień. Nie wiadomo jaki jest powód ani konsekwencja tego faktu - w bliżej nieokreślonej przyszłości ma się odbyć proces, czasem bywa wzywany do sądu, plotka się rozchodzi po mieście oraz wuj z prowincji się strasznie ciska, bo hańba dla rodziny. Działania Józefa przypominają grę RPG, prowadzoną przez schizofrenicznego mistrza gry - chodzi w losowe miejsca, tu zmolestuje współlokatorkę, tam w sądzie obrazi urzędnika, innym razem dostanie napadu duszności, wuj prowadzi go do chorego adwokata, który wprawdzie niewiele robi, ale ma uroczą pielęgniarkę, która z kolei molestuje Józefa (ku jego niechęci, mimo że panna młoda i ładna; w ogóle to jakiś fetysz autora, takie przypadkowe rzucanie się ledwo poznanych ludzi na siebie - na Józefa ostrzy sobie też zęby dwukrotnie spotkana żona woźnego sądowego), w kościele, po którym ma oprowadzić żądnego zwiedzania kontrahenta z banku, wdaje się w mistyczną pogawędkę z księdzem (kapelanem więziennym), świat prawa wyjaśnia mu malarz-domokrążca oraz były kupiec na krawędzi załamania nerwowego. Czy wspominałam, że działania Józefa nie mają konsekwencji? Mija rok, pojawiają się znowu smutni panowie, wyprowadzają Józefa na pole pod miastem, rozbierają i zabijają. Koniec. Wspominałam, że nigdzie nie pada najmniejsze wyjaśnienie, czego dotyczy proces?

I dialogi. Bardzo niedobre. Większość ludzi, z którymi Józef rozmawia, brzmią jakby mieli nieustające zatwardzenie. Czasem cedzą półsłówka, czasem do przypadkowo napotkanej osoby wygłaszają monolog na kilkanaście stron. Sam Józef jest antypatycznym bucem, postrzegającym większość swojego otoczenia jako ludzi poślednich, niższej klasy niż on, skupionym tylko na tym, że zrobić dobre wrażenie na zwierzchnikach w pracy i klientach. Finał jest ulgą, również dla czytelnika.

(I tak, czytałam kilka opracowań, w których FK wielkim autorem jest, ale książka się nie broni).

#16/#4

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 6, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj


Hakan Nesser - Człowiek bez psa / Całkiem inna historia

Inspektor Gunnar Barbarotti (pół Szwed, pół Włoch) ma 45 lat, rozwiódł się z żoną (straszną sekutnicą) i ma trójkę dzieci. Tuż po rozstaniu z żoną rozpoczął układać się z Bogiem (choć nie jest specjalnie wierzący, ale opiera się na Biblii jak na książce inspiracyjnej), że będzie przyznawał mu punkty za ułatwienia w życiu (wykluczając śledztwo). Czasem Bóg był na minusie[1], czasem lekko wychodził na plus do momentu, kiedy Barbarotti nie poznał Marianne, również rozwiedzionej, dla odmiany z dwójką dzieci. Od tej chwili bilans już zdecydowanie zaczął wychodzić pozytywnie mimo zawirowań w drugim tomie. Eva Backman to współpracowniczka Barbarottiego, inteligentna, ironiczna, pracowita, niestety mieszkająca z mężem-hokeistą i trzema synami, grającymi w hokeja (jak się nietrudno domyślić, hokeja nienawidzi). Jest jeszcze małomówny Smutas, spec od wyszukiwania w bazach danych i technikaliów oraz szef - Asunander - doświadczony i mądry policjant, milkliwy z powodu wypadku na służbie - 10 lat wcześniej bandyta wybił mu prawie wszystkie zęby, a sztuczna szczęka mu wypada lub się obluzowuje podczas mówienia, stąd umiejętność lakonicznego, ale czytelnego komunikowania się.

Człowiek bez psa zaczyna się jak zwyczajna powieść obyczajowa o absurdalnie skonfliktowanej, choć pozornie zgodnej rodzinie. Na 65. urodziny seniora rodu, Karla Erika, urządzane przez Rosemarie (z tendencjami samobójczymi) przyjeżdża trójka ich dzieci - najstarsza córka, Ebba, kończąca tego samego dnia 40 lat (z synami - nastolatkiem i studentem oraz mężem), młodsza Kristina (również z mężem i nieco autystycznym dwuletnim synkiem) i najmłodszy Robert, aspirujący pisarz i sportowiec, niestety znany głównie ze skandalu podczas nagrania erotycznego reality show. Problem w tym, że nikt nie cieszy się na to spotkanie - ani gospodarze (Rosemarie jest wściekła[2], bo Karl Erik bez jej wiedzy zdecydował, że wyprowadzą się do Hiszpanii), ani ich dzieci (przymus i ciosanie kołków na głowie plus oczywiście TA SPRAWA z Robertem), ani wnuki (młodszy Kristoffer, który tęskni za nastoletnią miłością ze szkoły, starszy Henrik z kolei wolałby być w objęciach ukochanego ze studiów, o synu Kristin trudno wyrokować, gdyż jest mało elokwentny). Po rozpoczęciu świętowania jest drętwo, alkohol z jednej strony sprawy ułatwia, z drugiej doprowadza oczywiście do scysji ojca z Robertem; po pierwszym dniu pijany Robert wychodzi i nie wraca. Wszyscy to ignorują (bo Robert przysporzył rodzinie już wystarczająco kłopotu) do momentu, kiedy o poranku kolejnego dnia znika 19-letni Henrik. Tego zignorować się nie da, więc do akcji wkracza policja. Długie, męczące, często poszlakowe śledztwo, które rozwiązuje się przez przypadek[3] - osoba zamieszana w zniknięcie Roberta ginie w wypadku i wizyta w mieszkaniu ujawnia trop, a w sprawie Henrika - Barbarotti przypadkiem styka się z osobą, z którą rozmowa poddaje mu pomysł na wyjaśnienie sprawy.

Całkiem inna historia dotyka Barbarottiego osobiście - zgarnia przed wyczekanym urlopem z Marianne paczkę listów od listonosza, wyjeżdża, i już na urlopie okazuje się, że to anonim adresowany właśnie do inspektora, w którym ktoś ostrzega, że zabije człowieka o podanych personaliach. Wyjątkowo urlop nie zostaje przerwany, ale list nie jest ostatnim - policja musi podejmować trudne decyzje o ochronie kilkudziesięciu osób, oceniać, czy byli w stanie zapobiec kolejnym morderstwom oraz wchodzi w konflikt z prasą, która ma przecieki ze sprawy. To nie jest śledztwo olśnień, tylko - jak zwykle u Nessera - ciężkiej operacyjnej pracy ("technicy [w lipcu] przeczesali obszar wokół miejsca przestępstwa równy boisku piłkarskiemu. Wyniki analiz poznamy gdzież pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem"). Kompozycyjnie, śledztwo przeplatane jest pamiętnikiem mordercy, który wyjaśnia swoje motywy, opisując pechowe lato na francuskim wybrzeżu pięć lat wcześniej. Absurdalnie, nawet kiedy policja otrzymuje ten pamiętnik, nie jest bliższa rozwiązania sprawy niż na początku.

Jak w cyklu obok, się je i pije. Wprawdzie po kawalersku Barbarotti składania się ku ziemniaczanego purée ze smażoną kiełbasą, ale gotuje i dla ukochanej kobiety przygotowuje: spaghetti z pesto, kaparami, oliwkami i cieniutkimi plastrami parmezanu. Do tego kieliszek czerwonego wina (...) i cząstka gruszki; w restauracji szczupak z chrzanem z gotowanymi ziemniakami i roztopionym masłem lub zapiekany ser kozi, marynowane małże, kruche mięso z sosem na bazie białego wina i musztardy, dwa gatunki sera, roquefort i comté, crème brûlée plus wino alzackie i bordeaux, calvados i kawa (to we Francji); homara kupuje w ulubionym sklepie rybnym prowadzonym przez pochodzącego z Polski byłego skoczka narciarskiego nazwiskiem Dobrowolski(!).

Inne tego autora.

[1]

Po czasie Gunnar Barbarotti opracował (w porozumieniu, rzecz jasna, z Bogiem) system punktowy bazujący na tym, jakie jest prawdopodobieństwo szczęśliwego zakończenia. Jeżeli modlitwa Gunnara nie zostawała wysłuchana, Bóg tracił zawsze jeden punkt, jeżeli zaś Nasz Pan jej wysłuchał, mógł dostać jeden, dwa, a nawet trzy punkty.
Rok po rozwodzie Bóg nie istniał. Udało mu się uskładać całe osiemnaście punktów przy aż trzydziestu dziewięciu na minusie, co dawało bilans ujemny w wysokości dwudziestu jeden punktów.
W kolejnym roku poszło mu nieco lepiej, nastąpiła korekta i bilans podskoczył do minus piętnastu. Rok później opuścił się znowu do minus osiemnastu, jednak to w czasie czwartego – bieżącego – roku nastąpił zwrot. Już w maju Bóg nadrobił straty, a w połowie lipca istniał z zapasem sześciu punktów, notowanie to zostało jednak zniszczone przez deszczowy i pochmurny tydzień wakacji w Szkocji, zapalenie ucha oraz jesień naszpikowaną ciężką i niezbyt owocną policyjną robotą.

[2] Naprawdę. Tu był ten pierwszy moment, kiedy opadły mi ręce.

[3] Cbavrjnż bpmljvśpvr bovr fcenjl fvę mr fboą avr łąpmą - Eboreg mavxn cemrm jlqnemravr fcemrq xvyxhanfgh yng, n Uraevx m cbjbqh vavpwnpwv frxfhnyarw m 12 yng fgnefmą pvbgxą (xgóen pupr zh hqbjbqavć, żr avr wrfg ubzbfrxfhnyvfgą, #vqbagrira).

#14/15

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 25, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Hakan Nesser - Sprawa Ewy Moreno

Ewa Moreno jedzie na urlop do swojego chłopaka. Problem w tym, że szef, korzystając z jej wakacyjnej destynacji, zleca jej na pierwszy dzień urlopu dodatkową sprawę - przesłuchanie przestępcy, który twierdzi, że ma ważne informacje i chce je przehandlować w zamian za obniżenie wyroku. Nie może przekazać sprawy komu innemu, bo przestępca domaga się policjanta płci żeńskiej. Ewa się oczywiście zgadza, bo kto by wybrał dawno zaplanowany urlop nad pracę (jest to wątek, który pojawia się zaskakująco często u Nessera). W pociągu spotyka 18-letnią Mikaelę, która jedzie do kliniki psychiatrycznej, żeby poznać swojego biologicznego ojca, o którym się dowiedziała kilka dni temu. Ewa początkowo dzieli czas między swojego chłopaka (chętnie) i rozmowę z cwanym delikwentem (niechętnie), ale kiedy okazuje się, że poznana w pociągu Mikaela zniknęła, włącza się w śledztwo ze szkodą dla stosunków z chłopakiem. Kolejne zwłoki (mężczyzna zmordowany ciosem w oczodół, fachowa robota) na plaży, nikt nie chce rozmawiać o wydarzeniach sprzed 16 lat, które doprowadziły ojca Mikaeli do psychiatryka, wreszcie kolejne zaginięcie - tym razem ojca; wszystko to sprawia, że Ewa - w przeciwieństwie do lokalnego szefa policji, który jakoś nie wspiera śledztwa - czuje się jak u siebie. Niestety na koniec przesłuchiwany przestępca spuszcza na nią bombę - ma dowody na to, że jeden z policjantów z Maardam jest pedofilem.

Prywatnie: Ewa ma biseksualnego brata w Rzymie oraz siostrę-narkomankę/prostytutkę, lokalizacja nieznana. Z obojgiem nie ma kontaktu. W zasadzie z nikim nie ma kontaktu, bo i z chłopakiem się nie dogaduje.

Się je: ratatouille z curry, indyjskim kminkiem i gęstą śmietaną, czerwone włoskie wino, ser malevoli z plastrami gruszki (też często pojawia się u autora, chyba lubi to zestawienie).

Inne tego autora.

#13

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 18, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj


Evzen Bocek - Arystokratka na koniu

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie jestem w stanie streścić fabuły tego "odcinka", bo trudno tę książczynę nazwać częścią cyklu (57 minut czasu lektury na kindlu). W środku opisane są wakacje 1997, podczas których w zamku Kostka: Maria udziela wywiadu plotkarskiej gazecie po głodówce, prozaku i orzechówce, ale wywiad się nie ukazuje, bo książę Szwarzenberg zakochał się w striptizerce, senior Kostka nie płaci nikomu pensji, bo chce mieć pieniądze dla siebie, pojawia się sklerotyczna babcia Kostka, umiera księżna Diana, więc matka Marii jest w żałobie. Trafiłam gdzieś na określenie "sitcom" i to chyba dobrze oddaje jakość wydawnictwa - powtarzalne gagi, sytuacja od początku do końca fabuły nie ulega zmianie, codziennie rano nowy odcinek, w którym bohaterowie wymazali zdarzenia dnia poprzedniego, brakuje tylko śmiechu w tle.

Inne tego autora.

#12

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 14, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj


Jakub Żulczyk - Ślepnąc od świateł

Jacek jest człowiekiem kulturalnym, obeznanym ze sztuką, małomównym, ale dużo myślącym. Budzi zaufanie, a to się przydaje w jego fachu - trzeba mieć zaufanie do dilera narkotyków dobrej jakości. Dzień pracy rozpoczyna się wieczorem, bo wtedy rusza ta prawdziwa Warszawa: celebryci rozpoczynają imprezy, kreatywni z wielkich agencji oddychają po kolejnym dniu i muszą rozładować napięcie, znudzone bogate panie domu potrzebują chwili wytchnienia od swojego pustego życia. A Jacek tylko przejeżdża swoim anonimowym, dyskretnym samochodem, nie ocenia, czasem pójdzie na rękę i pozwoli na mały kredyt. Tak się buduje markę. I do pewnego momentu ten cały układ działa - bezpieczna anonimowość, brak innych związków niż handlowe, wsparcie narkotykowej mafii i rosnące zapasy gotówki, która pozwala na opuszczenie tego pustego świata w chwili, kiedy się już praca znudzi. Jacek planuje kilka tygodni w Argentynie, zamierza jeszcze tylko załatwić kilka interesów, zanim wskoczy na pokład samolotu, bo czas przed Bożym Narodzeniem to czas owocny w tym biznesie. Problem w tym, że sytuacja się komplikuje, nagle pojawia się była dziewczyna, która - mimo że okazała się suką - jednak ciągle coś dla Jacka znaczy. Nagle jeden z biznesów nie idzie tak jak trzeba, a krnąbrny dłużnik nie ulega perswazji tak jak powinien.

6 dni, podczas których wpadasz w coraz głębszą studnię, grzęźniesz razem z bohaterem, zaczyna do Ciebie docierać, że Jacek może do końca nie jest tym dżentelmenem-detalistą, za jakiego się podaje; brak snu, coraz większe problemy, zaczynasz się zastanawiać, czy dowieziesz bohatera na lotnisko. Mocna, gęsta proza na gorączkę (doskonale wchodzi przy ponad 38°C). Może irytować maniera wkładania w prozę faz deliryczno-onirycznych, ale - jak wspomniałam - człowiek z podwyższoną temperaturą jakoś to akceptuje; znacznie mniej akceptuje obraz świata, brudnego, bez wyjścia, gdzie można tylko zejść na dno, gdzie każdy jest bandytą lub dziwką. Najgorsze w tym wszystkim jest miasto - gnijące, aktywujące się nocą, nie do opanowania. W warstwie językowej - świetna książka, pół internetu obsiane jest cytatami; podziwiasz bohatera, doceniasz jego erudycję, tyle że w pewnym momencie łapiesz się na tym, że to wszystko lukier, a pod spodem pozostaje sam brutalizm mafijnych porachunków, o którym autor wie zaskakująco wiarygodnie dużo.

Inne tego autora:

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 10, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Kamil Fejfer - Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas

Wielką fanką ironiczno-depresyjnego profilu Magazynu Porażka na Facebooku będąc, nastawiłam się chyba na coś innego niż 10 felietonów o tym, że w zasadzie wszędzie w Polsce jest kijowo pracować. Owszem, jest coś złowrogo nie tak, że pracownik naukowy z dorobkiem zarabia mniej kasjerka w markecie (i równie złowrogie jest to, że za ciężką pracę kasjerki również nie ma sensownego wynagrodzenia, które pozwala zasypiać bez strachu i mieć oszczędności), że udawanie etatu przez umowę-zlecenie czy jednoosobowądziałanośćgospodarczą nie jest chronione prawem pracy (#BTDT, dwie niezapłacone faktury), a celem korporacji jest wyżęcie z pracownika wszystkiego, co wymagane, mamiąc go wizją awansu i kartą Benefit. No jest źle. Niestety, nie ma recepty na to (poza wyjazdem za granicę, gdzie z kolei nikt człowieka nie tytułuje kierownikiem i nie ma kolegów czy rodziny). Nie jest to lektura na depresję, na rosnący licznik odrzuconych (lub - gorzej - pozostawionych bez odpowiedzi) cefałek, niestety, nie jest to lektura na żaden stan ducha, tylko smutny signum temporis.

#10

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 7, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Carl Zafon Ruiz - Więzień nieba

Przedświąteczny kryzys 1957 roku daje się we znaki w księgarni Sempere i Syn, co motywuje ojca do wstawienia na wystawę świątecznej szopki w celu przyciągnięcia klienteli. Efekt zostaje osiągnięty, aczkolwiek oprócz klientów właściwych pojawia się tajemniczy starzec bez ręki, który dokonuje zakupu nietypowego prezentu dla... Fermína Romero de Torres. Akcja rozdziela się na dwa tory: współcześnie Daniel Sempere, aktualnie młody ojciec, śledzi dziwnego mężczyznę, próbując zapobiec problemom w życiu przyjaciela, który właśnie się dowiedział, że będzie ojcem, a na dniach ma zostać młodym małżonkiem; jednocześnie Fermín rozpoczyna wreszcie swoją opowieść o przeszłości, której unikał od lat. Historia wydarzeń z 1939 roku, kiedy to Fermín został osadzony w więzieniu Montjuic i poznał Davida Martina (bohatera "Gry Anioła"), wyjaśnia tajemnicę nagłej śmierci matki Davida, Isabelle (asystentki Martina) oraz ujawnia trochę przeszłości samego Fermína.

Mimo mrocznej tematyki - więzienia w żadnym chyba systemie politycznym, a już zdecydowanie we frankistowskiej Hiszpanii, nie są tematem lekkim - książka to kopalnia pysznych dialogów (bo nie tylko Fermín jest człowiekiem złotoustym, bez względu na mizerię sytuacji); są szlachetni przestępcy i równie szlachetne damy negocjowalnego afektu, bandytami okazują się za to ludzie na stanowiskach. Epizodycznie pojawia się Cmentarz Zapomnianych Książek.

Niestety, ten tom ma kilka wad - absurdalnie największą z nich jest mikra objętość. Zanim akcja w ogóle zdążyła się rozkręcić - koniec (zgaduję, że to kamyk pod kolejną część, ale zdecydowanie dynamika na tym traci). Część wątków pozostaje nierozwiązana (np. dokąd Bea wybierała się, skoro nie na spotkanie z byłym narzeczonym), kolejne są skwitowane jednym prawie że zdaniem (co się stało z Martinem i jego wieloletnim prześladowcą). Irytację budzi przejście Davida i Bei ze stanu radosnego zakochania do siermiężności życia małżeńskiego, w którym ona dba o dom i dziecko, a on siedzi w pracy, wracając czasem nad ranem, bo akurat ma męskie sprawy przy alkoholu.

Inne tego autora.

#9

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 7, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Stanisław Lem - Kongres futurologiczny

Sama fabuła opowiadania nie jest skomplikowana - Ijon Tichy uczestniczy w Kongresie Futurologicznym na fikcyjnej Costaricanie; sytuacja świata jest dość ciężka ze względu na niepokoje społeczne, przeludnienie, zatrucie środowiska i zbrojenia, więc coś trzeba przedsięwziąć. Czas na to przychodzi szybko, bo już w trakcie pierwszego dnia obrad wybucha wojna domowa. Ci uczestnicy Kongresu, którzy przeżyli (a dalece nie wszyscy) ukrywają się w kanałach pod Hiltonem, ale nie są bezpieczni - dostały się do nich środki halucynogenne, rozproszone przez pacyfikujące zamieszki oddziały. Tichy zapada się w coraz głębszy ciąg urojeń, z którego nie jest w stanie wyjść - za każdym razem, kiedy się budzi, ma poczucie, że ciągle jest w świecie wirtualnym. Ucieka z kanałów, żeby obudzić się po wypadku w obcym ciele, potem zostaje zamrożony na kilkadziesiąt lat, bo jego psychoza narasta, wreszcie budzi się w świecie idealnym, gdzie za pomocą dobrze dobranej chemii są zaspokajane wszelkie potrzeby ludzkości. Niestety, nie wszystko się Tichemu i w tym świecie zgadza, usiłuje więc i tu dociec, czy środki psychotropowe, na które jest nieustająco narażony, nie maskują czegoś okropnego.

Jakkolwiek opowiadanie było dla mnie dość męczące pod względem językowym (co skądinąd doceniam, bo Lem był genialnym słowotwórcą, ale zabawa w wymyślanie określeń na środki chemiczne różnego autoramentu jednak nuży po kilku akapitach), tak porusza kilka przełomowych (zwłaszcza jak na czas powstania opowiadania) tematów, aktualnych również dziś - czy rzeczywistość wirtualna może być nieodróżnialna od realnej (i jak być pewnym, co się aktualnie postrzega[1]?); czy warto za wszelką cenę dążyć do poznania prawdy, nawet ze świadomością, że jest ukrywana dla naszej korzyści; dokąd zmierza cywilizacja (ze szczególnym uwzględnieniem nadawania rangi rzeczom wirtualnym, szczególnie aktualne w dobie cywilizacji wiecznej autoprezentacji w mediach cyfrowych).

[1] Patrz "Incepcja".

#8/#3

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 6, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Stephen King - Koniec warty

Trzecia część trylogii (czyli łatwo się domyślić pewnych finalnych rozwiązań fabularnych) o detektywie Billu Hodgesie i jego ekipie. Morderca z Mercedesa, Hartsfield, jest pacjentem Kliniki Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu, ponieważ cios w czaszkę skarpetką wypełnioną kulkami z łożysk raczej nie robi nikomu dobrze; okazuje się jednak, że jego stan absurdalnie się poprawił - potrafi korzystając z nieuwagi albo zahipnotyzowania przejmować ciała swoich lekarzy i pielęgniarzy. Hodges, coraz bardziej wychudzony detektyw, odkrywa, że ma słabo rokującego raka trzustki. Nie jest to specjalnie dobra nowina w żadnej sytuacji, ale tym bardziej kiedy okazuje się, że Pan Mercedes planuje zmusić do samobójstwa wszystkich, których uważa za swoich wrogów, na szczycie listy umieszczając ekipę detektywa. Niestety, to najsłabsza książka i najmniej detektywistyczna, a najbardziej nadprzyrodzona. Do przejęcia umysłu wystarczy dać ofierze specjalnie spreparowaną konsolę do gier (wystarczy odrobina socjotechniki), a wgapiająca się w kolorowe rybki osoba staje się podatna na wpływ mordercy (bez względu na odległość). Dobrze się czyta, jakieś tam napięcie się buduje, ale miałam poczucie, że przeczytałam książkę napisaną według listy kroków "jak napisać bestseller".

Inne tego autora.

#7

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 5, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Arthur Conan Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa

Klasyka kryminału, wiadomo, ale tym razem zdecydowałam się podejść do lektury z lekkim (wszak to jednak Holmes!) hejtem. Uwaga - ze względu na wiekowość literatury, będą spoilery.

Ofiarą "Zabójstwa przy moście" była podstarzała Brazylijka, wzgardzona żona bogacza, który poznał młodą, piękną guwernantkę, a żona przeszkadzała mu w skonsumowaniu romansu. Holmesowi oczywiście wystarczy rzut oka na piękną pannę, aresztowaną na podstawie poszlak, żeby autorytatywnie stwierdzić, że ta anielska istota jest niewinna. Podczas wyjaśnienia sprawy rewolwer Watsona wpada do wody, a współcześnie wystarczyłoby sprawdzić, czy ze znalezionej broni rzeczywiście strzelano.

Tytułowa "Samotna cyklistka" przychodzi do Holmesa i, ponieważ jest zjawiskowo śliczna, detektyw przyjmuje sprawę. Koło panny dzieją się rzeczy dziwne - pojawiają się dawni znajomi jej wuja, który lata temu wyemigrował, jeden ją zatrudnia i chce się żenić, drugi (wyjątkowy oblech) zabiera się do rzeczy z łapami, a do tego śledzi ją tajemniczy człowiek na rowerze. Zapowiada się dramatycznie, a tymczasem chodzi o kasę i nikt nie umiera.

"Umierający detektyw" to historia dość ładnie pokazująca ślepe przywiązanie Watsona, który wezwany do umierającego Sherlocka, daje się obrażać, zostaje skrzyczany, ale posłusznie wykonuje polecenia. Dzięki temu Holmes aresztuje mordercę, a od Watsona przydatniejsza jest belladonna i gliceryna.

"Pięć pestek pomarańczy" to znak, że adresat listu z taką zawartością niebawem zginie marnie. Holmesowi trochę zajmuje, żeby połączyć wpisane na kopertach litery KKK z przyjazdem pierwszego denata z południa Stanów Zjednoczonych tuż po Wojnie Secesyjnej. Już po zamordowaniu trzech osób wykrywa zbrodniarza za pomocą analizy rejestrów portowych. W dobie internetu mógłby to ogarnąć w kilka godzin.

"Ostatnia zagadka" to kolejna historia, w której Watson jest potraktowany per noga i zostaje w przekonaniu, że Sherlock spadł w dół wodospadu wraz ze swoim arcywrogiem, Moriartym. Spoiler alert: nie spadł, a Watson daje się nabrać na najstarszy numer świata - w dramatycznej sytuacji daje się odwołać do "umierającej Angielki, która przed śmiercią chce zobaczyć rodaka". Geniuszu Sherlocka ma dowodzić wejście frontem do domu Watsona i wyjście tyłem przez parkan, dla zmylenia obserwujących.

"Przygoda w pustym domu" miała być samodzielnym śledztwem osieroconego Watsona, ale - niespodzianka - pojawia się Holmes, udatnie przebrany za staruszka, zaskoczenie. Sprawa wyjaśnia się mimochodem, bo morderca zasadza się też na detektywa. Głównymi bohaterami są: pani Hudson i woskowe popiersie odziane w szlafrok.

"Błękitny karbunkuł" zostaje znaleziony w żołądku świątecznej gęsi i to chyba jedyna sprawa, kiedy widać sprawną detektywistyczną robotę. Sherlock lokalizuje człowieka niosącego zgubioną potem gęś (chociaż określanie, że ktoś pracuje umysłowo po wielkości głowy, jest dość naiwne), odkrywa, skąd wziął gęś oraz - finalnie - znajduje przestępcę, który klejnot skradł i nakarmił nim ptaka. W serialu byłby to odcinek Christmas special.

W "Żółtej twarzy" do Sherlocka zgłasza się stroskany małżonek, którego do tej pory idealna żona zaczęła mieć tajemnice. Podejrzewa nie wiadomo co, a okazuje się, że chodzi o dość specyficzne dziecko z poprzedniego związku. Sherlock nie robi nic, tylko jedzie z klientem na konfrontację. Wyjątkowo pojawia się happy end i nie ma zbrodni.

"Dziedzice z Reigate" są w konflikcie o ziemię z sąsiadem i obydwie rodziny nawiedza plaga przestępstw. Najpierw u jednym pojawia się włamywacz i kradnie dziwny zestaw rzeczy, potem u drugich ktoś włamuje się, że odstrasza go stangret, niestety zostaje zabity w trakcie. Sherlock spędza akurat czas u znajomego Watsona w okolicy, zagląda więc z ciekawości, niestety jest słaby i niechcący przewraca stolik w Reigate. Ha, wcale nie niechcący, tylko jako dywersję, bo szuka dowodu w kieszeni szlafroka zbrodniarza.

Inne tego autora:

#4/#2

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 20, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj