Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: panowie

Neal Stephenson, Nicole Galland - The Rise and Fall of D.O.D.O.

Melisande, lingwistka pracująca w Harvardzie, zostaje niespodziewanie zagadnięta przez uprzejmego młodego człowieka o wojskowym sznycie, wyrzuconego z gabinetu przez jej zwierzchnika (niesamowitego platfusa umysłowego, o czym się również czytelnik może przekonać później). Młody człowiek, Tristan, okazuje się pracować dla tajnej wojskowej komórki D.O.D.O. i proponuje intratną i ekstraciekawą pracę - tłumaczenie starych, a czasem i starożytnych dokumentów (oryginałów!), którą jednak nie może się nikomu pochwalić, bo CLASSIFIED. Szybko odkrywa, że wszystkie dokumenty dotyczą w istocie jednego - kiedyś magia istniała, tak jak dźwięk i elektryczność, a kobiety, zwane potem wiedźmami, umiały z niej korzystać; w XIX wieku magia zaczęła słabnąć, aż ostatecznie w 1841 roku zniknęła całkiem za sprawą rozwoju nauki (konkretnie - fotografii). Po szczegółowo opisanym przebiegu naukowego śledztwa okazało się, że wiele lat temu jeden z naukowców próbował opublikować pracę, w której - z niejakim zażenowaniem - sugerował, że da się stworzyć kontrolowane środowisko, w którym klasyczna fizyka nie działa; wyśmiany, prac zaniechał. Emerytowany fizyk, Frank Oda, bo o nim była mowa, został błyskawicznie dokooptowany do ekipy D.O.D.O. (wraz z dystyngowaną małżonką) i niedługo później udało się stworzyć coś w rodzaju pomieszczenia Schroedingera, tworzącego przestrzeń nieoznaczoną, w której powinna działać magia. Brakowało tylko wiedźmy, która byłaby w stanie urządzenie przetestować, ale WTEM do Melisande zgłasza się przez Facebook ekscentryczna staruszka pochodzenia węgierskiego, Erszebet, twierdząc, że spotkała Melisandę ponad 150 lat temu i została poproszona o przedłużenie sobie życia na tyle, żeby mogła dożyć do powrotu magii i przywróciła ją światu (mówiła też wiele innych rzeczy, również niezbyt grzecznych). Jak się łatwo domyślić, magia działa, ale tylko w ograniczeniu do pomieszczenia, co skupia plany wojska na podróżach w czasie (kosztem utraty jednego mniej istotnego generała).

Co chwila wracałam do strony tytułowej, żeby upewnić się, czy jednak Connie Willis się do książki nie dotykała - bo są i podróże w czasie, i wojskowe procedury, niebezpiecznie ocierające się o korpo-poprawność. Oczywiście jest typowa dla Stephensona kreacja świata na wielu stronach (nie bierzcie książki, jeśli nie macie trzech tygodni wolnego, zwłaszcza jeśli - jak ja - po angielsku czytacie wolniej niż po polsku), zbudowana z szeregu zapisów wielu osób: pamiętnika Melisande z 1841 roku, sugerującego już na początku, że Coś Poszło Nie Tak, dziennika Rebeki East-Ody, żony Franka, fragmentów intranetowej komunikacji wewnątrz D.O.D.O, listów XVI-wiecznej irlandzkiej wiedźmy czy wreszcie wielozwrotkowej skandynawskiej sagi, opiewającej czynny wielkiego Magnusa, Który Najechał na Walmart (co, nie ukrywam, było całkowicie nieczytalnym kawałkiem). Mimo sporych gabarytów książka zaprawiona ogromną dozą sytuacyjnego i dialogowego humoru zdecydowanie nie nuży (poza tym, dude, wojsko + wiedźmy, czego tu nie lubić?).

Jak to w książkach o podróżach w czasie, można oczywiście się zacząć czepiać (braku) logiki niektórych posunięć, aczkolwiek teoria wielu równoległych linii czasu (różne przeszłości wpływające na jedno dziś z możliwą do rozgałęzienia przyszłością), po których wiedźmy są w stanie nawigować, pozwala na wiele (łącznie z plastycznym zmienianiem dzisiejszego świata z minuty na minutę, tak że człowiek uważa właśnie zmienioną przeszłość za oczywistą). Ja się nie będę czepiać, chociaż były chwile, że chciałam trącić bohaterów z delikatną sugestią, że właśnie po raz kolejny ignorują najprostsze rozwiązanie.

Inne tego autora.

#3

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 17, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Patrick Suskind - Pachnidło

Książki zaczęłam słuchać jeszcze w 2017, więc nie wiem, czy zakwalifikować ją jednoznacznie jako Najgorszą 2017 czy zacząć nią stawkę na Najgorszą 2018 z Szansą na Bezkonkurencyjne Pierwsze Miejsce. Tak czy tak - przesłuchałam, więc Wy nie musicie.

Jan Baptista Grenouille (czytany przez lektora "Grenuj", co błyskawicznie mi się zrymowało i tak już zostało) urodził się w najbardziej śmierdzącym na świecie miejscu - w XVIII-wiecznym Paryżu, na targu rybnym. Był dzieckiem nieślubnym, ograniczona umysłowo matka chciała go zostawić na kupie gnijących ryb, ale wydarł się na tyle głośno, że ktoś go usłyszał, więc w konsekwencji matkę skazano na śmierć, a niemowlę zaczęło podróż przez domy zastępcze. Long story short, dziecko było przerzucane jak gorący kartofel, bo nie pachniało, a to dla wielu ówczesnych było oznaką diabelską (oraz każdy napotkany człowiek był platfusem umysłowym). Kiedy Grenouille zaczął jako tako ogarniać, na czym świat polega, odkrył, że jedyną rzeczą, jaka go interesuje, to zapachy. Katalogował je, uczył się ich, poznawał, aż wreszcie dotarło go niego, że chce się zapachem zajmować. Przez pracę w garbarni trafił do perfumiarni (z przystankiem na zamordowanie ślicznie pachnącej dziewczynki, której zapachem się upił), przez kilka lat incognito zawojowując rynek perfum w Paryżu i nie tylko, po czym w misji zakonserwowania zapachu dziewiczej niewinności (przy czym dziewica musiała być pulchna i ładna, najlepiej ruda) udał się do Graz, gdzie podobno umieli coś więcej niż destylację. Po drodze zatrzymał się w najbardziej odludnym miejscu Francji, gdzie w górskiej grocie przez 7 lat wegetował na korzonkach i surowych jaszczurkach, śniąc deliryczne sny o zapachach, po czym - kiedy sam wpadł na to, że nie pachnie - wrócił do pierwotnego planu i w Grazu, zatrudniając się w lokalnym zakładzie produkującym wonne olejki, wymyślił wreszcie sposób na ultra-pachnidło. W tym celu zabił najpierw trochę zwierząt, potem trochę ludzi, wreszcie 25 młodych dziewcząt. Po czym dotarło do niego, że to i tak było bez sensu, więc zdecydował się - po brawurowej ucieczce spod ręki kata - na powrót do Paryża i śmierć tam.

Ale to nie fabuła jest w tej książce najgorsza (chociaż zdecydowanie dilerska). Ba, nawet najgorszy nie jest brutalny naturalizm ze szczególnym uwzględnieniem setek słów na smród, detaliczne opisy śmierci czy ohydę biedy. Ta książka jest zwyczajnie nudna i przegadana; autor przez wiele stron snuje wyrafinowane metafory, np. porównując Grenouille'a do kleszcza za pomocą opisania kleszcza i jego zwyczajów, żeby czytelnik zajarzył, że bohater jest podobny do kleszcza, który... Los każdej z postaci drugoplanowych znajduje miejsce na kartach książki, nawet jeśli już nie jest istotna dla akcji, można się tylko cieszyć, że Suskind nie zdecydował się opisać wszystkich mieszkańców ówczesnej Francji, bo w końcu czemu nie. No i zakończenie, podsumowujące bezsens całości. W moim przypadku również bezsens czytania.

#2/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 14, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 7 komentarzy - Skomentuj


Hakan Nesser - Komisarz i cisza / Sprawa Munstera / Karambol

Komisarz i cisza to swego rodzaju pożegnanie z Van Veeterenem, który - po rozwiązaniu sprawy gwałciciela i mordercy nastoletnich dziewcząt - czuje tak duże wypalenie i nienawiść do świata, w którym dochodzi do takich zbrodni, że znika z szeregów policji. Zanim jednak do tego dojdzie, rezerwuje wczasy na Kretę, żeby przypadkiem spotkać żonę jednego z denatów, która wpadła mu w oko podczas śledztwa rok wcześniej (w "Kobiecie ze znamieniem"). Do wyjazdu ma dwa tygodnie i właśnie na te dwa tygodnie jego szef prosi go o wsparcie prowincji, gdzie w letniskowym Sorbinowie na posterunku pozostał młody aspirant, który nie bardzo wie, jak rozplątać dziwną sprawę (i czy w ogóle jest sprawa). Tajemnicza kobieta dzwoni i żąda wszczęcia śledztwa w sprawie zaginionej dziewczynki z obozu przy jeziorze. Obóz prowadzi charyzmatyczny ksiądz z nawiedzonymi opiekunkami, który bynajmniej nie chce współpracować z policją i twierdzi, że żadnej dziewczynki mu nie brakuje. Po kolejnym telefonie, już bardziej precyzyjnym, policja odkrywa zwłoki, a ksiądz znika z ośrodka, co prowadzi do dramatycznych wydarzeń. Van Veeteren poznaje na miejscu dziennikarza, Prygodę, z którym wypija zawartość jego piwniczki i ogląda kino moralnego niepokoju. Śledztwo udaje się wyjaśnić mimo niewyraźnie napisanej litery "S".

Tytuł jednoznacznie wyjaśnia, że Sprawę Münstera prowadzi komisarz Münster, ponieważ Van Veeteren zamiast stresu codziennej pracy śledczej wybrał pół etatu w antykwariacie i trzyma się swojej decyzji, chociaż oczywiście służy długoletniemu współpracownikowi wsparciem merytorycznym i towarzyskim, zaś detektyw Reinhart oddalił się na długi urlop ojcowski. Starszy mężczyzna, który właśnie wygrał na spółkę z kumplami 20 tys. koron, wraca do domu po uczczeniu tego faktu i zostaje przez żonę znaleziony martwy; ktoś zabił go wieloma ciosami noża. Policja w zasadzie nie ma punktu zaczepienia, ale szybko się okazuje, że zaginął jeszcze jeden ze współwygrających oraz sąsiadka zabitego. Drugoplanowo, Münster - wprawdzie mąż i ojciec dzieciom - zakochuje się w swojej koleżance, Ewie Moreno. Epizodycznie występuje kot o imieniu Mussolini, ale nie ma to wpływu na śledztwo.

Kolejne śledztwo o kryptonimie Karambol prowadzi okrojona ekipa - Van Veeterena dalej nie ma, a Münster odbywa rekonwalescencję po dramatycznym finale poprzedniego śledztwa. Nastolatek wracający nocą od dziewczyny zostaje znaleziony w rowie, ktoś go potrącił ze skutkiem śmiertelnym i zbiegł z miejsca wypadku. Policja jest bezradna, a człowiek odpowiedzialny za (nieumyślną, ale jednak nie do obrony) zbrodnię oddycha z ulgą, bo nikt nie ma szans się dowiedzieć, że był pijany i zabił. Oddycha do momentu, kiedy w skrzynce znajduje list od szantażysty, który za milczenie domaga się wynagrodzenia. Pechowy kierowca zamiast zapłacić wybiera opcję uciszenia autora listu, co rozpoczyna tytułowy karambol morderstw. Ponieważ jednym z zamordowanych jest syn Van Veeterena, sprawa okazuje się być osobista dla wszystkich.

Wprawdzie sprawy w każdym z tomów są niełatwe, ale lubię, jak autor opisuje śledztwa - nie jako nadludzką wiedzę, którą ma policja, ale ciężką, codzienną, czasem nieefektywną i nieowocną tyrkę, która wymaga uporu i inteligencji, żeby posklejać fakty ze sobą. Oraz, nieustająco doceniam padające dialogowe i monologowe perełki (nie wspominając o jedzeniu i piciu, z którego można by zrobić niezłe menu w dobrej restauracji):

– Sure‍ – potwierdził‍ Rooth.
– Znasz francuski? – spytał deBries. – Zrobiłeś kurs zaoczny?
Rooth podrapał się po swojej widmowej brodzie.
– Fuck off – odparł. – To stare niemieckie przysłowie. Czy będziemy tak dalej bić pianę, czy pan komisarz ma jeszcze coś do nas?
W drzwiach spotkał wychodzącego Suijderbecka.
– Nie będzie cię na odprawie?
– Zapomniałem papierosów – bąknął Suijderbeck pod nosem i splunął na rabatkę. – Idę tylko do kiosku, wrócę, zanim zdążysz się wysikać.
Świetnie, pomyślał Kluuge. Życzliwi koledzy i miła atmosfera, dokładnie tak, jak uczyli nas w szkole policyjnej.
Szef policji Hiller wyglądał jak nadmuchana żaba.
- Wygląda dość kiepsko - zauważył Reinhart.
- Nie żyje - wyjaśnił Meusse. - Padało.
- Nie ma go na liście. Mamy zresztą tylko trzy zgłoszone zaginięcia w ostatnim tygodniu. Kobieta z demencją z domu starców w Lohr i piętnastoletni chłopiec, który uciekł z domu.
Rooth przestał żuć herbatnik.
- Trzy - zauważył. - Powiedziałaś „trzy”.
- Tak - potwierdziła Moreno. - Ale ten trzeci to wąż. Myślę, że jego też możemy wykluczyć.
- Wąż? - zapytał Jung.
- Zielona mamba - sprecyzowała Moreno. - Podobno zniknęła z mieszkania przy Kellnerstraat w nocy z poniedziałku na wtorek. Według właściciela, śmiertelnie niebezpieczna. Ale miła. Może zabić człowieka w dwie sekundy, wabi się Betsy.
- Betsy? Miałem kiedyś dziewczynę o imieniu Betsy - powiedział Rooth. - Nie była miła, ale też zniknęła...
- Dziękuję za informacje - przerwał Reinhart i postukał fajką w stół.

Inne tego autora.

#81-82/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 6, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 1 komentarz - Skomentuj


Elia Kazan - Układ

Odkładałam tę książkę, bo byłam przekonana, że to thriller polityczno-biznesowy; otóż zupełnie nie. Eddie, Amerykanin w pierwszym pokoleniu pochodzenia greckiego, wiodący pracownik agencji reklamowej (zbieg okoliczności? nie sądzę) z Los Angeles, zatrudniany do najtrudniejszych klientów, jest królem życia. Ojciec nazywa go grubą rybą, najlepsza z żon Florance cieszy się z dwóch domów, z czego jednego z basenem, a dodatkowo młoda kochanka Gwen sprawia, że mimo 43 lat (!) nie czuje się staro. Królowanie się kończy, kiedy żona znajduje nagie zdjęcia, które sobie Eddie z kochanką porobili w chwili zbytków. Następuje rozstanie z kochanką, obietnica zmiany, najlepsze małżeństwo wśród znajomych, sielanka aż do chwili, kiedy Eddie wjeżdża pod rozpędzoną ciężarówkę. To jest moment, kiedy dociera do niego, że niby nie żył własnym życiem - od zawsze robił coś wymuszonego przez okoliczności: ojca, wojsko, żonę, pracodawców, wreszcie przyjaciół; czasem z wygody, bo uleganie kosztowało mniej wysiłku niż walka, czasem dla przeżycia. Każda życiowa sytuacja była jakimś układem, nawet wybór między żoną i kochanką, zbyt trudny do podjęcia. Gorzej, nawet próba wyjścia z jakiegoś układu pakuje go w następny.

To dość męcząca książka, może nie zaskakująca zwrotami akcji, bo narracja prowadzona jest post factum z zapowiadaniem, do czego prowadzą opisywane wydarzenia, ale pełna goryczy i opisów sytuacji, z których nie ma jednego dobrego wyjścia. Pokazuje stopniową dekonstrukcję bohatera, który niczym asceta wyrzeka się wszystkiego, co w życiu osiągnął, czasem za dość wysoką cenę. Wielokrotnie miałam ochotę strzelić Eddiego w ucho, kiedy bezwolnie pozwalał przemiatać się otoczeniu jak kłębek kurzu, ale - spójrzmy w duszę - ilu z nas nie zadrżałoby na dźwięk głosu ojca-tyrana, szorstkiego mentora czy krytycznej małżonki nawet będąc już dorosłymi?

Optymistycznie życzę Wam (i sobie) - w 2018 nie idźmy na kiepskie układy ze światem.

#80/#15

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 31, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Mariusz Urbanek - Zły Tyrmand

Jeśli po przeczytaniu "Dziennika 1954" został niedosyt, zbiór wywiadów Urbanka pozwala na zajrzenie "pod podszewkę" - to spotkania z ludźmi, którzy Tyrmanda w tym okresie znali i - w większości - zostali mimowolnymi bohaterami jego książki. Opowiadają o tamtym okresie, o samym Tyrmandzie, swoim stosunku do niego, czasem dość gorzko (zwłaszcza jeśli wzmianka o nich w "Dzienniku" była niespodziewanie krzywdząca), czasem nostalgicznie. Autor prowadzi tak rozmowy, żeby odpowiedzieć ma kilka pytań: ile blagi było w "Dzienniku", czy rzeczywiście był pisany w gorącym roku 1954, czy raczej antydatowany i sklejany z notatek dużo później, jak zakończyły się historie nakreślone i urwane przez Tyrmanda. Sporo miejsca poświęca osobie "Bogny" i jej wspomnieniom - nastoletniej lolicie, z którą się Tyrmand prowadzał; lekko skandaliczny urok narracji 34-letniego wówczas mężczyzny zostaje zastąpiony przez niesmak nawet mimo faktu, że Bogna miała lat 18, a nie 16. Pojawia się sporo znanych nazwisk - Agnieszka Osiecka, Stefan Kisielewski, Zygmunt Kałużyński czy Szymon Kobyliński.

Nie jestem wielbicielką tego typu książek (niefabularnych), przeczytałam ją niejako z rozpędu (bo kupiłam); pozycja obowiązkowa dla ultra-fanów, dla mniej ortodoksyjnych - niekoniecznie.

Inne książki L. Tyrmanda.

#79

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 27, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Kazuo Ishiguro - Nie opuszczaj mnie

Hailsham, szkoła z internatem dla młodzieży na angielskiej prowincji, w czasach przedinternetowych. Miłostki, konflikty, mniej lubiani nauczyciele i ci bardziej. Narratorka dorasta, zaczynają ją dziwić na pozór oczywiste do tej pory sprawy - czemu nikt nie wyjeżdża na święta i wakacje do domu, czemu nikt nie ma domu poza internatem; kim jest tajemnicza Madame zbierająca najładniejsze rysunki, wiersze i rzeźby; czemu nauczyciele czasem zachowują się dziwnie, tak jakby im było dzieci żal. W perspektywy dorosłej narratorki, Kathy, opiekunki Dawców, wiadomo już, że nie są to zwykłe dzieci, tylko klony (czyje? nie wiadomo), przygotowane specjalnie po to, żeby oddawać swoje organy (komu - autor nie precyzuje). Skupia się na podobnym podejściu do wydarzeń jak w "Okruchach dnia" - poczuciu sensu życia. Kathy jest dumna w zasadzie ze wszystkiego - z elitarnej (a jak się potem okazuje, eksperymentalnej) szkoły, swoich umiejętności jako opiekunki, sposobu, w jaki rozwiązuje problemy, aż wreszcie z perspektywy zostania Dawcą, jak pozostali wychowankowie Hailsham.

Dziwna to książka i taka... niedokończona. Osią akcji jest retrospektywna (więc wiadomo, jaki był skutek) opowieść o próbie podjętej przez Kathy i jej ukochanego, którzy próbują "złamać" system i wyjść z przypisanych im ról; uważają, że ujawnienie prawdziwości łączącego ich uczucia pozwoli na bycie "normalnymi", jak inni ludzie. Niewiele poza tym jest ujawnione - co to za system i co ma przynieść, jak wyglądał los klonów poza elitarnym Hailsham (poza tym, że był o wiele mniej komfortowy).

Rozbawiła mnie przeczytana gdzieś wypowiedź Ishiguro, który odżegnuje się od pisania science-fiction. Otóż jednak to jest science-fiction, nie mam wątpliwości.

Świetna recenzja ^dees tutaj.

Inne tego autora.

#76

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 12, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Hakan Nesser - Punkt Borkmanna / Powrót / Kobieta ze znamieniem

Poprzedni tom niespecjalnie mnie wciągnął, ale kolejne - bardzo. Mimo początkowego braku chemii polubiłam Van Veeterena, cynicznego, dowcipnego[1] i elokwentnego policjanta na granicy wypalenia zawodowego i życiowego[2], ale ciągle węszącego i pchającego kolejne śledztwa do przodu mimo tępego szefa[3] i często braku jakichkolwiek przesłanek do kontynuowania sprawy. Ba, ma całkiem ogarniętą ekipę, która - w przeciwieństwie do szefa - bardzo dobrze ze sobą współpracuje i ma życie prywatne! Śledztwa nie są też prowadzone metodą olśnień (chociaż czasem się to Van Veeterenowi zdarza, co go jednak niepomiernie irytuje), tylko wymagają ciężkiej pracy, setek godzin poświęconych na przesiewanie zgłoszeń i danych (rzecz się dzieje na początku lat 90., nawet w Holandii nie było wtedy jeszcze sprawnie działających sieci komputerowych). Najbardziej lubię porównanie padające w "Kobiecie", że najczęstszą metodą pracy jest zadanie świadkom pytań zgodnie z regułą świni poszukującej trufli - jeśli odpowiednio długo i wytrwale się grzebie w ziemi, to prędzej czy później coś się znajdzie. Oraz że policjant to ktoś, kto nie ma szansy na bycie kimkolwiek w życiu.

Tytułowy punkt Borkmanna to taki moment w śledztwie, kiedy policja dysponuje już wszystkimi niezbędnymi śladami, żeby rozpoznać przestępcę. Problem w tym, że najczęściej detektywi nie są w stanie tego punktu określić i często tylko przypadek pozwala na rozwiązanie sprawy. Van Veeteren wraz ze współpracownikiem Münsterem zostaje delegowany do miasteczka Kaalbringen, gdzie morderca za pomocą siekiery rozwala głowy pozornie nie związanym ze sobą mężczyznom. Na miejscu jest emerytowany inspektor Bausen, dla którego to ostatnia sprawa przed odejściem na emeryturę. Od razu się z Van Veeterenem dogadują - Bausen ma doskonale zaopatrzoną piwniczkę z winami[4], a do tego świetnie gra w szachy. Münsterowi nie jest tak wesoło - delegacja odciąga go od dzieci i żony, która również jest faktem rozłąki zirytowana; na szczęście śledztwo jest nadzwyczaj ciekawe, a lokalni współpracownicy - całkiem niegłupi i sympatyczni. Ba, nawet przestępca okazuje się - mimo makabrycznego zamiłowania do walenia siekierą po głowie - bardzo miłym człowiekiem.

W "Powrocie" z więzienia po drugim wyroku wychodzi morderca. Długo się wolnością nie cieszy, bo znika; jego zwłoki po prawie roku znajduje przedszkolna wycieczka[5]. Trochę zajmuje, zanim ekipa odkryje, kim jest denat (nie pomaga brak głowy, stóp i rąk), dodatkowo Van Veeteren część śledztwa prowadzi ze szpitalnego łóżka, bo akurat wycinają mu raka jelita grubego. Śledztwo podważa winę zaginionego, a jego zwłoki sugerują, że ktoś, kto zabił wcześniej dwie kobiety i znalazł kozła ofiarnego, dalej jest na wolności. Kiedy po mozolnym zbieraniu dowodów Van Veeteren wkracza na finałową rozmowę z podejrzanym, finał jest niespodziewany i zaskakujący nawet dla mnie (a trochę kryminałów w życiu przeczytałam).

W "Kobiecie ze znamieniem" giną na oko zupełnie nie związani ze sobą mężczyźni - każdy najpierw dostaje dwa strzały w serce, potem kolejne trafiają w przyrodzenie. Wydaje się nic ich nie łączyć, tym bardziej sprawa jest trudna, bo nie ma motywu; nie pomaga, że rzecz się dzieje w styczniu, kiedy Van Veeteren wolałby zapaść w hibernację. Tuż przed trzecią zbrodnią ekipa odkrywa, że panowie kończyli razem szkołę wojskową; nagle mają ponad 30 potencjalnych ofiar (jeśli trend się utrzyma), z których jedna może, choć nie musi, być mordercą. Wątek śledztwa przeplatany jest przemyśleniami zbrodniarza, które jednak niespecjalnie zdradzają zakończenie.

[1]

– Znasz historię Heliogabala? – zapytał.
– Tego od krwi na trawie? – Tak. Był cesarzem rzymskim od 218 do 222 roku. Zabijał ludzi, bo lubił podziwiać czerwień na zielonym tle. Bezkompromisowy esteta, bez dwóch zdań. Chociaż krew nie najlepiej utrzymuje kolor.
– Nie – odparł Bausen. – I mało prawdopodobne, żeby to było motywem tej zbrodni. W środę w nocy musiało tu być ciemno jak diabli. Dwie sąsiadujące ze sobą latarnie są zepsute.
– Hm. To skreślamy wątek Heliogabala. Zawsze to miło móc wyeliminować jakieś nazwisko z listy...
– A pan komisarz nie da mi żadnej dobrej rady? – spytał, kiedy wychodzili już z lokalu.
Van Veeteren podrapał się po karku.
–  Nie. Przecież sam już powiedziałeś: trzeba umieć być cierpliwym. Kury nie będą szybciej znosić jajek od tego, że będziemy stać nad nimi i się gapić.
–  Skąd pan komisarz bierze te wszystkie powiedzonka?
–  Nie mam pojęcia – rzucił ubawiony Van Veeteren. – My, poeci, tak już mamy. To po prostu na nas spływa.
Van Veeteren z irytacją zgasił swoją cygaretkę.
–  Przecież wiem – wymamrotał. – Wycięli mi kawałek jelita, Münster, a nie mózgu.

[2] Eks-żona Renate, której raczej unika, bo go nudzi, syn w więzieniu, z którym niespecjalnie ma o czym rozmawiać i zamężna córka z kilkuletnimi bliźniakami, dość zajęta swoim życiem.

[3] Który potrafi nie przyjść na odprawę, bo zatrzymują go sprawy doniosłej wagi, a konkretnie przesadzanie roślin doniczkowych w gabinecie. W lutym. Nie żeby podwładni żałowali nieobecności.

[4] Się pije: Sain Emillion '71 z serem i gruszkami czy Pertrault '81.

[5] Mental note to self: nigdy nie zostać przedszkolanką.

Zaczęło się od Eunice, lat sześć, która zwymiotowała w autobusie już po przejechaniu czterystu metrów. Paul, lat trzy, mniej więcej w tym samym czasie nasikał sobie do butów. Ellen i Judith, lat cztery i pięć, dosłownie kilka minut później rzuciły się sobie do oczu z powodu zielonej chusteczki w różowe króliczki. Emile, lat trzy i pół, zanosił się od płaczu za mamą, aż huczało w całym autobusie, a Christophe’a, lat sześć, rozbolał ząb.

Inne tego autora.

#72-#74

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 2, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 1 komentarz - Skomentuj


Nathan Hill - Niksy

Skomplikowana saga ze skandynawską legendą w tle, o ludziach, którzy w pewnym momencie odkryli, że nie mają zupełnie wpływu na swoje życie. Skomplikowana jest też ze względu na strukturę - przeplatają się wydarzenia współczesne (2011) z historią z lat 80. (dzieciństwo Samuela), końca lat 60. (dramatyczny czas między szkołą a studiami Faye, matki Samuela) i z lat 40. (norweskie korzenie ojca Faye), dodatkowo część wydarzeń dzieje się w rzeczywistości wirtualnej, a kolejna partia zdarzeń ujawnia się dzięki napisaniu o nich książek.

Samuel, wykładowca niezbyt prestiżowej uczelni, gdzie załapał się jako autor jednej książki (kolejnych nie potrafił napisać), dowiaduje się, że jego matka - która zniknęła wiele lat wcześniej, kiedy miał 8 lat (i z czego do dziś się nie wygrzebał) - została aresztowana za zamach na konserwatywnego gubernatora i oskarżona o terroryzm. Wplątany w sieć niezależnych od siebie intryg - wydawca żąda od niego, żeby napisał druzgoczący dokument o swojej matce, na uczelni skandal z psychopatyczną studentką - zgadza się na wszystko i zaczyna podróż w przeszłość rodziny. W trakcie poszukiwań z pomocą uzależnionego od gry internetowej znajomego odkrywa, że jego matka jest postacią niejednoznaczną i nawet fakt porzucenia go przez nią i konsekwencji tego (nieumiejętność zdobycia ukochanej i utrzymania trudnej przyjaźni) nie wydaje się już być taki znaczący.

Pozostałam z ambiwalentnymi uczuciami po lekturze. Zgrabna konstrukcja, napisana w dynamiczny sposób, wciąga w śledzenie ciekawej historii, ale postaci są w najlepszym razie irytujące (Laura, Charlie Brown), a w większości przypadków zupełnie mdłe (pozostałe); rozwiązania fabularne okazują się mimo budowanego napięcia dość... zwyczajne. Bohaterowie są przemiatani przez życie zupełnie bez udziału własnej woli: Samuel nie próbuje grać o ukochaną z powodu decyzji jej brata, Faye - najpierw zmanipulowana przez znajomą, potem wplątana w zamieszki studenckie w Chicago - żyje nie swoim życiem. Dodatkowo wiele wątków, a niektóre robiące wrażenie doklejonych na ślinę (studium uzależnienia od gier internetowych, samo zawiązanie akcji z ewolucją ciśnięcia żwirem w przypadkową osobę do ataku terrorystycznego), rozwadniają esencję książki. Nie jest to jednak pozycja zła, ale może niekoniecznie trafia do mojego kanonu "dobrych książek".

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 26, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Zygmunt Zeydler-Zborowski - Spotkanie w Montevideo

Historia to niebanalna - PRL-owski autor kryminałów, Kowerski, jak się potem okazuje połączenie detektywa-hobbysty[1], erotomana[2] i eks-komandosa[3], płynie do Urugwaju, żeby odwiedzić szwagra. Wyprawa nie zaczyna się dobrze - strajkuje elektrownia[4], a wprawdzie celnicy pozwalają na przewiezienie dwóch litrów wódki eksportowej, ale w porcie okazuje się, że szwagier umarł kilka dni temu. Przez mieszkanie szwagra (zrozpaczona żona wyjechała do rodziny na prowincję) przewija się szereg dziwnych postaci - właścicielka domu pogrzebowego, pośrednik handlowy, kobieta o końskiej szczęce, a Kowerski zajmuje się głównie spuszczaniem łomotu napotkanym panom[5] (i niektórym paniom, tym, których nie ciągnie do łóżka), przy czym dziwi się ogromnie, że lokalna policja najpierw nie traktuje go poważnie, a potem ładuje do aresztu, bo są świadkowie pobicia. W ramach karkołomnej intrygi, w którą zaplątany był Interpol, Amerykanin ze złotymi okularami i zębami oraz brutalny szwagier byłej żony szwagra (naprawdę) przypadkiem udaje mu się sprawę rozwikłać i - wraz z niespodziewanie ocalałym szwagrem wraca do Polski, na pokładzie pisząc niniejszą książkę[6].

Się pije: wina, canię (bimber z trzciny cukrowej), mate i mocną czarną kawę.

Się je: drogie, ale niesmaczne obiady w restauracji; sandwicze na gorąco; wstrętną zupę i suchy chleb (w więzieniu), suchary i słodką marmoladę (w przypadkowym miejscu transferowym); kanapki z serem; ryż z kartoflami i z kawałkami baraniny z dodatkiem sałaty gorzkiej jak piołun czy niewyraźną zupę, mocno zaprawioną olejem, baraninę ze smażonymi kartoflami, na deser konfitury z brzoskwiń (na prowincji); pieczoną kurę, kiełbasę i jajka na twardo (w podróży).

[1] Takiego raczej niesprytnego. W celu sprawdzenia, czy rzeczywiście jeden z kaktusów ma zatrute kolce, udaje się do sklepu zoologicznego, kupuje szczura (tylko dlatego, że nie było świnki morskiej) i zwierzę zabija, z czego nic nie wynika. Obserwuje bez zdziwienia słoik z kokainą w biurku szwagra, nie wiążąc tego zupełnie ze śmiercią tego ostatniego.

[2] Kobiety w Ameryce Południowej dzielą się na chętne i płatne. Dzień po przyjeździe usiłuje pocieszyć szarmancko właścicielkę zakładu pogrzebowego, z którą - podobno - sypiał jego brat.

Rozmowa nasza toczyła się w dalszym ciągu, nie zmierzając jednak do żadnego konkretnego celu. W   pewnym momencie doszedłem do przekonania, że sytuacja dojrzała już do tego, aby nadać jej charakter bardziej intymny. Podniosłem się więc, pochyliłem się nad piękną właścicielką zakładu pogrzebowego i chciałem ją pocałować.
Odsunęła mnie jednak łagodnie, ale bardzo stanowczo.
– Czy nie uważa pan, że nazbyt szybko pragnie pan wejść w posiadanie spadku po szwagrze? – powiedziała.
Nie mam zwyczaju używać przemocy w stosunku do kobiet. A w tym wypadku daleki byłem od tego, żeby walczyć. Odsunąłem się więc spokojnie i, jak to się zwykle robi w podobnych sytuacjach, sięgnąłem po papierosa.

#seemslegit

Chwilę później, podczas zwiedzania mieszkania żony ogrodnika brata, zabawia kilka godzin w sypialni. Nie ma się oczywiście czemu dziwić.

Znowu wybuchła płaczem. Wstałem, pochyliłem się nad nią i zacząłem ją pocieszać, robiłem to zaś z takim zapałem, że pocałowałem ją w usta. Skutek był natychmiastowy. Przestała szlochać, patrzyła na mnie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Czułem się trochę zmieszany. Miałem przecież do czynienia z biedną, zrozpaczoną kobietą. Wróciłem na swoje miejsce i wypiłem wermut. (...) Na usprawiedliwienie pięknej żony kulawego ogrodnika muszę tu sobie zrobić trochę reklamy. Mam sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, ważę dziewięćdziesiąt dwa kilogramy, jestem muskularny, wysportowany i mimo iż przekroczyłem już czterdziestkę, cieszę się świetną formą fizyczną. Czuprynę mam gęstą, ciemnoblond, zaledwie leciutko szpakowatą.

Ale umówmy się, jest człowiekiem z klasą i za seks nie płaci:

Właściwie nie była brzydka, tylko bardzo zaniedbana. Miała ładne, gęste włosy i czarne oczy o mocnym blasku. Trochę może za tęga, ale jeszcze figurę miała dobrą. Siedziała przy ogniu na niskim stołeczku i piła kawę. Widocznie musiała wyczuć, że ją obserwuję, bo po chwili spytała:
– Cóż mi się tak przyglądasz?
– Bo mi się podobasz – odpowiedziałem. Wzruszyła ramionami.
– Jeżeli masz ochotę i piętnaście peso, to możesz ze mną pójść do łóżka.
Ta niedwuznaczna propozycja trochę mnie zaskoczyła. Potrząsnąłem głową.
– Żałuję bardzo, ale nie mam ani ochoty, ani piętnastu peso – wyjaśniłem.

Nawet jeśli pobudki damy są niejasne, naszemu potomkowi kosynierów to nie przeszkadza:

Weszła. Była w piżamie. Wydało mi się, że to dalszy ciąg mych marzeń. Dopiero kiedy poczułem jej pocałunki, zrozumiałem, że to nie sen. Wiedziałem, że pragnie się tylko zemścić na swym mężu, ale w danej chwili nie obchodziło mnie to.

Ba, nawet zdobywa się na ingerencję w życie prywatne damy, którą noc wcześniej obracał w piernatach:

Armando bił żonę. Walił ją grubym, skórzanym bykowcem, używanym przez peonów do poganiania bydła. Obok, na kamiennej płycie starego grobowca, siedział Carlos i paląc papierosa, najspokojniej przyglądał się tej scenie. Alma, zakrywając sobie twarz rękoma, jęczała głucho.
–  Ja cię nauczę posłuszeństwa! Ja cię nauczę posłuszeństwa –  powtarzał za każdym ciosem Armando.
W normalnych warunkach nie wtrącałbym się do rodzinnych nieporozumień, ale czułem się w jakiś sposób zobowiązany wobec tej kobiety. Chociaż więc sytuacja nie wymagała komentarzy, spytałem:
– Co pan robi?!

[3]

Stara fotografia z czasów wojny: (...) i ja, wszyscy w   mundurach komandosów. Dziarskie miny, wyzywające spojrzenia, ileż to lat, ileż wspomnień, ile wspólnie przeżytych walk, niebezpieczeństw, burd, awantur i przygód miłosnych. Bujne to było życie, pełne silnych wrażeń i wielkich nadziei. Byliśmy młodzi, bardzo młodzi i to chyba było najważniejsze. Przypomniała mi się owa pamiętna awantura w   Neapolu. Nie wiem właściwie, o co poszło. Najprawdopodobniej o jakąś dziewczynę. Włochów było z piętnastu. Nas trzech. Byliśmy wtedy w   formie. Wszystkich naszych przeciwników trzeba było odwieźć do szpitala. Lokal zdemolowaliśmy doszczętnie. Na zakończenie Wojtek zawiesił właściciela knajpy na żyrandolu. Wisiał biedak na pasku i ruszał rękami i nogami, jakby się uczył pływać. Przeklinał przy tym w swym ojczystym języku na czym świat stoi. Wojtek zawsze był pomysłowym chłopakiem.

[4] Oczywiście nie do pomyślenia w Polsce, co autor skrzętnie notuje na wypadek, jakby ktoś czytał.

[5] Chociaż czasem, uwaga, ma przemyślenia!

Ciągle nie mogłem pozbyć się dręczących wątpliwości. Bo jeżeli Garcia nie miał z tą całą sprawą nic wspólnego i tylko ten chłopak napuścił mnie na niego, to nie ulegało wątpliwości, że wygłupiłem się w sposób nieprawdopodobny. Na domiar złego mogłem mieć rzeczywiście poważne przykrości, jeżeli na przykład temu Mulatowi złamałem szczękę. (...) Zacząłem teraz żałować, że zbyt pochopnie zaatakowałem Garcię.

[6]

Wychodzę na pokład. Na leżaku przykryty kilkoma kocami leży Michał. Czyta mój maszynopis. Spogląda na mnie i pyta z uśmiechem:
– Czy masz zamiar dać to do czytania Kasi?
– Ta książka nie jest dozwolona dla mojej żony – odpowiadam.

Inne tego autora tu.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 21, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 3 komentarze - Skomentuj


Arturo Perez-Reverte - Królowa południa

"Królowa południa" to pseudo-relacja reporterska przeplatana wspomnieniami bohaterki. 12 lat wcześniej młoda Teresa Mendoza musiała uciekać z meksykańskiego stanu Sinaloa po tym, jak jej chłopak - Blondyn Davila, zwanym mistrzem krótkiego pasa, przemytnik - został zamordowany, a ona cudem uratowała się dzięki szybkiej orientacji i sprytowi. W Hiszpanii dziewczyna zorientowała się, że jest w stanie zorganizować podobną siatkę przemytniczą, tylko z mniejszą szansą na wpadkę i rzeczywiście, w więzieniu wylądowała tylko dlatego, że jeden z celników uznał złapanie jej i jej kolejnego chłopaka za cel życia. Więzienie było również trampoliną do dalszej kariery przemytniczej i kopalnią doświadczeń - Mendoza wyszła z zamiłowaniem do czytania ("Hrabia Monte Christo" jako powieść edukacyjna) i z przyjaźnią Pat O'Farrel, bogatej dziewczyny z pół tony kokainy do wzięcia.

Reverte umie prowadzić akcję w sposób brawurowy i jednocześnie wiarygodny, nie ważne, czy bohaterem jest antykwariusz w średnim wieku, czy dojrzewająca dziewczyna na progu przełomu życiowego. Nie jest istotne, czy opisuje szczegóły wielkiego przedsiębiorstwa transportowego, które jest przykrywką dla przewożenia narkotyków z miejsca na miejsce, czy opowiada o obudzonej namiętności do czytania, czyta się o tym równie smacznie.

Poprzednio czytałam tę książkę ponad 10 lat temu i niewiele pamiętałam poza ogólnym zarysem fabuły i przekonaniem, że zawiera jakiś bardzo skomplikowany twist, który obraca całość akcji. Otóż nie, nie wiem, skąd mi się to wzięło; bardzo dobra powieść sensacyjna, ale bez zakrętki.

Inne tego autora tutaj.

#69/#14

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 16, 2017

Link bezpośredni - Tag: panowie - 1 komentarz - Skomentuj