Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: węgry

Kawałek metra (2)

Budapeszt. Miasto po dwóch stronach Dunaju, co - jak się okazuje - wcale nie przeszkadza w tym, żeby wykopać pod ziemią drugie najstarsze metro na świecie (1896!). Zważywszy na egzotyczność języka, w którym taka "policja" to "rendőrség", to naprawdę zaskakujące, że metro nazywa się tak zwyczajnie - "metró". Podejrzanie oczywiste. W Budapeszcie metro jest zdecydowanie fajniejsze niż jeżdżenie samochodem, albowiem wiele ulic jest jednokierunkowych i czasem trzeba przejechać dwa razy przez Dunaj, jak się źle skręci. BTDTGTT (jako pasażer, bo nie miałam jeszcze prawa jazdy).


(2005, 2006)

I tak jak berlińską linię U2 rozsławił pewien dubliński zespół, tak budapesztańskie metro występuje jako pełnoprawny bohater w filmie "Kontrolerzy".

Dotychczas: Berlin * Budapeszt * Buenos Aires * Dublin * Praga * Lizbona * Porto * Wiedeń * Saloniki * Amsterdam.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 6, 2015

Link bezpośredni - Tag: wegry - 0 komentarzy - Skomentuj


Węgierski fastfood

Węgry kojarzą się z dobrym jedzeniem. Bogaty w ryby Balaton i sławna zupa rybna halászlé, pełna kapsaicyny papryka w aromatycznej zupie gulaszowej i leczo czy słynny na cały świat czekoladowo-karmelowy tort Dobosz pozwalają podejrzewać, że węgierska dieta jest zdrowa, pełna witamin i urozmaicona. Nic bardziej mylnego. Typowa węgierska kuchnia zakłada, że do zaprawionego poranną setką palinki żołądka trafiają smażone na słoninie czy smalcu, opanierowane i zaprawione śmietaną dania.

W czasach socjalizmu tańszym odpowiednikiem drogich restauracji były bary mleczne "Paprika" z podobnym jak restauracje menu, ale skromniej podanym i niespecjalnie dobrym jakościowo. W raz z kapitalizmem pojawiła się najpierw pizza, a potem tanie budki z chińszczyzną. Sieciowe fast foody do dziś są uznawane za jedzenie dość drogie, więc luksusowe i nawet akcja MacDonalda z wprowadzeniem specjalnego węgierskiego menu, składającego się z mini-lángosy, węgierskiego hamburgera, domowych frytek i znanego węgierskiego deseru somlói galuska (ciasta z czekoladą i bitą śmietaną, przypominającego górę ze spływającą lawą, nazwaną na część nieczynnego wulkanu Somlói) nie przysporzyła popularności tego typu placówkom.

Pierwszą pułapką czyhającą na ufnego turystę są tłuste i kaloryczne lángose (czytaj: langosze) - smażone na głębokim tłuszczu wytrawne drożdżowo-ziemniaczane placki, ozdobione kleksem kwaśnej śmietany, startym serem, czosnkiem albo szynką czy kiełbasą, a czasem i dżemem. Dostępne są w większości miejsc turystycznych, w małych budkach, przypominających te sprzedające u nas gofry. Swojego pierwszego lángosa zjadłam na Wyspie Małgorzaty, ociekającego masłem, posypanego startym ostrym serem i polanego sosem czosnkowym. Wspomnienia o nim chodziły za mną jeszcze przez dwa dni i mimo że był bardzo dobry, nie powtórzyłam tego doświadczenia.

Pogácsa (czytaj: pogacza) to z kolei niewielka drożdżowa okrągła bułeczka, pieczona w piekarniku, czasem kilkucentymetrowa, czasem nieco większa - rekordowa wersja z Debreczyna ma ponad 30 cm. W zależności od regionu ma nadzienie w środku albo jest posypywana z wierzchu - makiem, sezamem, serem, skwarkami, papryką, czosnkiem, prażoną cebulą czy kminkiem. Jest często sprzedawana w piekarniach i ulicznych stoiskach jako przekąska, stanowi też dodatek do obiadu, zwłaszcza gulaszu albo potrawki.

Főzelék (dosłownie: "gotowane", czytaj: fozelyk) jest z kolei typową potrawą domową i stołówkową. To wolno gotowana, a najczęściej rozgotowana na papkę mieszanina jarzyn, zagęszczona mąką, mlekiem bądź śmietaną, czasem okraszona skwarkami albo smażonymi na chrupko boczkiem. Może stanowić samodzielne danie albo być wzbogacone o klopsiki z mielonego mięsa, gotowane na twardo jajko czy smażoną kiełbasę. Złośliwi mówią, że to zbrodnia popełniona na jarzynach, a długie gotowanie sprawia, że każdy főzelék smakuje tak samo bez względu na składniki. Znajomy Węgier chwali się umiejętnością przygotowania świetnego finomfőzeléka, czyli papki składającej się z groszku, zielonej fasolki, marchwi i kukurydzy, zabielonej mlekiem i doprawionej odrobiną słodkiej papryki. I chociaż danie jest typowo domowe, od kilku lat na Węgrzech pojawiają się fastfoowe bary "főzelékowe", w których można dostać do plastikowej miseczki chochlę tak apetycznej dla Węgrów brei.

Moją ulubioną uliczną przekąską były mini-kanapeczki tureckiej firmy Duran - kilkanaście rodzajów, na różnych typach pieczywa, ze świeżymi warzywami i smacznymi zestawieniami składników. Tanie i nieduże, wystarczały na posilenie się po godzinnym spacerze. Ku mojemu żalowi firma Duran wycofała się jakiś czas temu z Węgier, ale sandwiczy i kanapek można spróbować zarówno w Turcji, jak i Austrii.

Warto też ugasić pragnienie fröccsem. To drink składający się z dwóch części wina i jednej wody (zwany "nagyfröccs", czyli duży szprycer), jednej części wina i dwóch wody (wtedy zwany "hosszú lépés", czyli "długi krok") albo dwóch części wody i trzech wina ("házmester", czyli "cieć"). Najsłabszy jest "lakófröccs" (fröccs lokatorski) - 1 część wina na 4 częśći wody. W wersji bezalkoholowej popularny jest fröccs jabłkowy, czyli 2 części soku jabłkowego i jedna część wody sodowej. W większości restauracji nikt nie zdziwi się prośbie o przygotowanie fröccsa brzoskwiniowego albo pomarańczowego, ale w kartach zwykle można znaleźć tylko wersję jabłkową.

Jó étvágyat, czyli smacznego!

[Tekst "Węgierski fastfood" do Magazynu Business&Beauty, grudzień 2011].

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 6, 2011

Link bezpośredni - Tag: węgry - 1 komentarz - Skomentuj


Fazola

Więgierski kolega oglądał fotki z wyjazdu. Przy tej zapytał, czy to mnie śmieszy. No, tak, bo fazola to po polsku "beanz". Otóż Węgrów śmieszy bardziej, bo fazola to "penis-ola". Fantastic country.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 28, 2006

Link bezpośredni - Tag: wegry - 0 komentarzy - Skomentuj


Budapeszt-Eger 2006

  • nocleg - czyste apartamenta na Szentkiralyi utca 5
  • nie dojechaliśmy na pchli targ - w praktyce okazało się, że wysiedliśmy za wcześnie, a Pchli Targ jest za siódmą górą i rzeką
  • Wyspa Małgorzaty (Margit Sziget) - fontanna z wodą plumkającą w rytm muzyki, langosze (480 HUF z czosnkiem, śmietaną i serem żółtym), ruinki, wieża widokowa (200 HUF wstęp), obywatele IV RP na wakacjach, ogród japoński i kotek
  • ulice Budapesztu, również nocą i kotek
  • Wzgórze Zamkowe - kolejka zębata na Górę Zamkową (700 HUF), wzgórze Zamkowe, widok na Budę i Peszt, pokazy samolotów
  • Wzgórza Budańskie - kolejka zębata na Wzgórza (w ramach sieciówki miejskiej), Wzgórza i wyciag krzesełkowy (500 HUF), nie jeździ w co drugi poniedziałek
  • Tropicarium - płaszczki i rekiny
  • Eger - kościół franciszkanów, minaret (200 HUF) i Dolina Pięknej Kobiety
  • Varosliget
  • Wzgórze Gellerta - 2500 HUF

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 27, 2006

Link bezpośredni - Tag: wegry - 0 komentarzy - Skomentuj



Budapeszt - miasto śmierdzące mułem

Wyjedzie człowiek na raptem tydzień, a tu się okazuje, że psia kupa jest symbolem narodowym i nie można w nią wtykać flag, bo to obraza symboli. Jak mi aresztują Raczkowskiego, to się chyba sama oflaguję (nie w sensie wtykania flagi).

Budapeszt zaiste śmierdzi stęchlizną i zgnilizną na każdym kroku, zwłaszcza w bardziej zabytkowych dzielnicach. Szczęśliwie większość czasu był upał i mało było czuć, ale po burzy i wieczorami bywało intensywnie. A burza była i to niezła, specjalnie dla nas. 20 sierpnia na bulwarach naddunajskich było ponad milion ludzi (albo kilkaset tysięcy, nie liczyłam), bo upał, święto narodowe, konkurs lotów Red Bulla, parada statków i różne takie. O 21 miał się zacząć pokaz sztucznych ogni. Chwilę przed zaczęło błyskać - wbrew moim domysłom nie była to próba generalna fajerwerków ("Kupiłam pudełko zapałek, dobre, w sklepie paliły się wszystkie"), a błyskawice. I w ciągu 10 minut zeszła z budańskich wzgórz potworna nawałnica, która łamała drzewa, powiewała telebimami i zrywała linie wysokiego napięcia. Fajerwerki strzelały, słychać było vangelisopodobną muzykę (do czasu aż szlag zasilania nie trafił), a ludzie jak lemingi szli w deszcz w kierunku światła. Padał potworny deszcz, po 5 minutach ściekała ze wszystkiego woda. Przemoczyłam nowe buty, szczęśliwie przeżyły (paszport, portfel i mapy też, aparat ocalał ;-)), eloy po burzy wycisnął z koszulki ładne parę litrów wody. W samym środku nie było strasznie, tylko trochę dech zapierało. Dotrwaliśmy do końca fajerwerków, których tak na oko nie dało się zatrzymać, jak już ktoś wcisnął czerwony guziczek. Oczywiście zima zaskoczyła drogowców, miasto sparaliżowało (stanęły tramwaje, zamknięte były dwa czy trzy mosty, wszędzie korki), słychać było tylko karetki, ludzie poowijani tak na oko w obrusy (zakładam, że nie były to kaftany bezpieczeństwa). Sądząc z węgierskiej TV, w związku ze zbliżającymi się wyborami wszyscy mieli pretensje do wszystkich o tę burzę.

W Budapeszcie się przede wszystkim chodzi (i je, ale o tym za chwilę). Ciężko natomiast jest z samochodem - nie dość, że wszędzie jest strefa, a panowie parkingowi nie dość, że nie kumają słowa po ludzku (a i po węgiersku chyba też nie bardzo), to jeszcze średnio czytają i potrafią wpieprzyć o 17:05 mandat za brak kwitka parkingowego, gdy wspomniany kwitek leży w samochodzie i widnieje na nim godzina 11:30 dnia następnego. Szczęśliwie odkryliśmy, że w okolicy parku Varosliget (przy restauracji Platan) nie ma strefy, można dojechać metrem, więc tam zostawiliśmy samochód (i potem tylko się zastanawialiśmy, czy go znajdziemy następnego dnia...). Dodatkowo ktoś usiadł, pomyślał i zakazał w zasadzie większości skrętów w lewo na skrzyżowaniach, co ma swoje zalety (w miarę płynny ruch), ale jest dość upierdliwe w sytuacji, kiedy trzeba w to lewo skręcić. W efekcie jeździliśmy ruchem wężowym, czasem pokonując Dunaj i trzy razy, bo większość ulic jest jednokierunkowa. Generalnie na czas budapesztowy warto odstawić samochód w jakieś miejsce, a po mieście jeździć genialną komunikacją miejską - metrem, tramwajami, autobusami, kolejką zębatą czy podmiejską (karta na tydzień kosztuje jedyne 3400 HUF).

Trochę marudzę, że Budapeszt wszystko rekompensuje pięknem. Stare kamienice, mosty, pomniki, katedry, aleje. Na co drugim rogu knajpki (wychodzi, że mimo łażenia po ulicach, schodach i wzgórzach przywiozłam dokładnie tyle kilo obywatela, co wywiozłam). Jak człowiek zgłodnieje, może kupić langosza - placek smażony w głębokim oleju, boski z czosnkiem, kwaśną śmietaną i żółtym serem. Zachwycające też był kanapeczki z Duran Sandwiches - mnóstwo i tanie, a wszystkie fantastycznie dobre. "Węgierskie" jedzenie knajpowe głównie dla turystów, najlepsze są zupy (rybna halaszle, gulasz czy pikatne ragout).

Tak jak przeglądałam przewodnik w drodze powrotnej, wyszło, że przeszliśmy przez większość lokalnych atrakcji (kolega nawet odkreślał na planie wycieczki, co było zaliczone):

  • kąpiel w hotelu Gellerta: zabytkowy, XIX-wieczny zespół basenów - ze sztucznymi falami, z wodą w temperaturze 8-26-36-38 stopni i zespół łaźni - parowych, wodnych, saun, wszystko w pięknych kompozycjach kafelków, marmurów i - w przeciwieństwie do takiego Ciechocinka - czyste,
  • Wyspa Małgorzaty: długi na 2,5 km park, położony na środku Dunaju między mostami Arpada i Margit - park, fontanny, ruiny klasztorów, widokowa wieża ciśnień, ogród japoński, kilka pływalni, piękne miejsce do nic-nie-robienia, poniewczasie dowiedziałam się, że za wchodzenie w głąb fontanny można dostać bilecik na okrągłą kwotę 80k forintów, bo podobno "water electric kaput!"
  • Wzgórze Zamkowe: można się wskrobać na górę piechotą, można wjechać kolejką wagonikową lub autobusem, całość jest zachowana prześlicznie, czysta i przygotowana pod tabuny turystów, których było mnóstwo, bo było święto narodowe i festiwal folkowy (cepeliada, przeważnie). Pod Zamkiem są lochy, nie mają młodych, ale jest labirynt z oryginalnymi kopiami malunków prehistorycznych i innych takich,
  • Wzgórza Budańskie: można wjechać kolejkami (zębatą - jeździ na trzeciej szynie pośrodku, na której są zęby, bo przecież na gładkich szynach pociąg by się ślizgał, dziecięcą - otwarty pociąg, obsługiwany przez dzieci, a zjechać na wyciągu krzesełkowym). W praktyce wyszło, że kolejka dziecięca nie jeździ w poniedziałki i trzeba iść jak czarny człowiek lasem pod górę. Kiedy już odpadły mi nogi i miałam wizję, że nasze ciała za dwa tygodnie odkryją lokalne sępy, okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie jeździ w co drugi poniedziałek, a ten był trzeci i szczęśliwie jeździł. W przeciwieństwie do kolejki zębatej, która trzeszczy i hałasuje (a przejeżdża zaraz koło domów), wyciąg jest cichy i przepływa nad ogródkami dzielnicy willowej - na tarasach siedzą ludzie i piją herbatę, leżą leniwe psy, wszyscy patrzą, czy czasem ktoś nie spadnie z krzesełka...
  • Varosliget: park miejski, zielono i dużo zabytków różnego autoramentu, ładnie, jest też basen ze zjeżdżalnią,
  • Tropicarium: taka nasza poznańska Palmiarnia, tylko nowa, w centrum handlowym i z większym rozmachem. Płaszczki są najlepsze! Są też rekiny, piranie, Nemo & Dory, dwa leniwe krokodyle czy inne iguany w zasymulowanym środowisku naturalnym (m. in. z burzą w dżungli amazońskiej).

Poza tym w Budapeszcie, jak już wspomniałam, się chodzi. W górę, w dół, w alejach, od knajpy do knajpy.

Skoczyliśmy też na chwilę do Egeru - 120 km od Budapesztu, śliczne zabytkowe miasteczko (na węgierskie standardy - 17 największe miasto, 50 tys. mieszkańców) z kościołami, zamkiem, turystami, minaretem i jaskiniami z winem. Minaret zabijał - metr średnicy w środku, 97 stopni, na których ledwo mieściła się stopa, 34 metry od ziemi i ażurowy taras widokowy o szerokości 35 cm. Mój mały lęk wysokości nagle urósł i nie bardzo chciałam się odlepić od ściany, żeby spojrzeć w dół ("23 sierpnia w Egerze zawalił się zabytkowy minaret, na górze byli turyści z Polski", aaaargh). Obok miasta są jaskinie, w których wykute jest mnóstwo piwniczek z winem - bardzo turystyczne, mnóstwo Polaków i Rosjan przyjeżdża próbować kilkuset rodzajów egerskich win, po czym toczą się do pobliskich knajpek i napychają gulaszem czy halaszle. Kawałek dalej za miastem jest spokojniej, a wino ciut tańsze (i "barzzo dobre, wytrawne").

W przyszłym roku chyba pojadę gdzie indziej, na razie mam mały przesyt.

GALERIA ZDJĘĆ tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 26, 2006

Link bezpośredni - Tag: wegry - 1 komentarz - Skomentuj


Chciałam na Węgry pojechać

W tym celu ze znajomymi od ponad trzech miesięcy rezerwujemy apartament na Węgrzech. Niestety, rezerwant uparcie pisze do nas polszczyzną. Na prośbę o podanie sposobu na wpłacenie zaliczki, odpisał:
Szanowny Panie XXX !
Dziękuję za mail.
Czy Pan nie może czekać z zaliczką ?
Jeżeli Pan zmienie / rezygnuje ja mogę zapłacić zaliczkę nazad *bez koszty za przelew.*
*Zaliczka : 29 810 HUF*
Otrzymaję *codzień *rezerwację z Polski, ale tylko w 14 dnia przyjdzie gości z Polski.
Proszę odwiedzić naszą stronię internetową za szczególi, jeżeli Pan teraz chce zapłacić zaliczkę.
Pomocy. Tłumaczenia.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 6, 2006

Link bezpośredni - Tag: wegry - 0 komentarzy - Skomentuj