A.I.
Świetny plan i wykonanie! Chylę czoła, zwłaszcza że potrafię sobie wyobrazić, że jeśli rzeczy gromadziło się długi czas, to nie jest łatwo nawet zacząć. Przeczytałam z ogromną przyjemnością - porządkowanie to coś, co lubię robić regularnie (raz na rok-dwa) i bardzo dobrze jest wiedzieć, że inni też tak robią, że się starają (tu w ogóle staranie level master!), nie wyrzucają po prostu na śmietnik. Plus jeszcze efekt domina - zachęcenie innych ludzi!
Sama co rok-dwa sprzedaję używaną elektronikę (jeśli coś do sprzedaży akurat jest, używamy wszystkiego raczej długo, póki dobrze działa). W Szwajcarii niestety nie da się sprzedać ubrań/butów/dodatków, jeśli nie jest to Dior czy Chanel albo chociaż Rayban - nikt ich nie kupi, nawet z metką (próbowałam), nawet za symbolicznego franka. Przyznam, że ciężko jest mi tak po prostu wrzucić do kontenera zupełnie nowe, dobre ubrania czy buty... W tym roku paradoksalnie "pomogła" wojna. Przy przetrząsaniu szaf nie brałam jeńców, absolutnie wszystko, co nosiłam rzadko albo czego nie nosiłam, tylko sobie ot tak było, bo przecież zupełnie niezniszczone/nowe, nieważne, że nigdy tego nie wkładam - poszło. Także elektronika, kable, przejściówki, nieużywane dywany, śpiwory, torby, plecaki, naczynia plastikowe, parasolki, okulary przeciwsłoneczne itp. Radość podwójna - komuś pomogło (ww. to wszystko rzeczy z listy, o przyniesienie których proszono), a nie trzeba było wyrzucić (nie znoszę wyrzucać całkowicie dobrych rzeczy!) Żałuję, że nie ma tu właśnie czegoś takiego jak polski Vinted czy Śmieciarka jedzie. Ot, minus dobrobytu...
Co do “death cleaning” - no cóż, też mnie czasami nachodzą te myśli. Biorąc pod uwagę moje pudełka z pamiątkami (w jednym listy i kartki, w drugim bilety, w jednej szufladzie pudełka i pudełeczka, w jednej skrzyni foldery, w 2 wielkich pudłach różne: wstążki, bileciki, stare buteleczki po perfumach itp.) - to na pewno pójdzie do śmieci. Książek po polsku też nikt tu nie zechce... Ubrania i buty - może rodzina (siostrzenica?) Na pewno biżuteria, elektronika i markowe rzeczy się przydadzą nawet po śmierci, bo to ma tu wartość i będzie można sprzedać. Inne - pójdą do potrzebujących lub na śmietnik, jak sądzę. Ale z drugiej strony - póki żyję, nie mam ochoty się pozbywać polskich książek ani pamiątek. Do książek wracam, a pamiątki nie zagracają, mają swoje konkretne miejsca (górne półki szaf, itp.)
Też kupuję coraz mniej - acz przyznam uczciwie, że wiąże się to z faktem, że przez minione 11 lat nagromadziłam sobie (z górką) naprawdę wszystko, co jest mi potrzebne i teraz tylko dokupuję/wymieniam, gdy coś się zniszczy. Jasne, czasami także coś, bo jest ładne i tego chcę, nawet jeśli nie potrzebuję - ale to się już często nie zdarza. Coraz więcej przyjemności czerpię z faktu podziwiania i zastanawiania się "mogłabym to sobie kupić, ale czy to naprawdę ma sens? czy naprawdę tego potrzebuję? czy tego chcę? czy nie zapomnę po pięciu minutach, że to kupiłam?"
Zalęgnięty kotek - rozumiem w pełni!
Uściski!
Sama co rok-dwa sprzedaję używaną elektronikę (jeśli coś do sprzedaży akurat jest, używamy wszystkiego raczej długo, póki dobrze działa). W Szwajcarii niestety nie da się sprzedać ubrań/butów/dodatków, jeśli nie jest to Dior czy Chanel albo chociaż Rayban - nikt ich nie kupi, nawet z metką (próbowałam), nawet za symbolicznego franka. Przyznam, że ciężko jest mi tak po prostu wrzucić do kontenera zupełnie nowe, dobre ubrania czy buty... W tym roku paradoksalnie "pomogła" wojna. Przy przetrząsaniu szaf nie brałam jeńców, absolutnie wszystko, co nosiłam rzadko albo czego nie nosiłam, tylko sobie ot tak było, bo przecież zupełnie niezniszczone/nowe, nieważne, że nigdy tego nie wkładam - poszło. Także elektronika, kable, przejściówki, nieużywane dywany, śpiwory, torby, plecaki, naczynia plastikowe, parasolki, okulary przeciwsłoneczne itp. Radość podwójna - komuś pomogło (ww. to wszystko rzeczy z listy, o przyniesienie których proszono), a nie trzeba było wyrzucić (nie znoszę wyrzucać całkowicie dobrych rzeczy!) Żałuję, że nie ma tu właśnie czegoś takiego jak polski Vinted czy Śmieciarka jedzie. Ot, minus dobrobytu...
Co do “death cleaning” - no cóż, też mnie czasami nachodzą te myśli. Biorąc pod uwagę moje pudełka z pamiątkami (w jednym listy i kartki, w drugim bilety, w jednej szufladzie pudełka i pudełeczka, w jednej skrzyni foldery, w 2 wielkich pudłach różne: wstążki, bileciki, stare buteleczki po perfumach itp.) - to na pewno pójdzie do śmieci. Książek po polsku też nikt tu nie zechce... Ubrania i buty - może rodzina (siostrzenica?) Na pewno biżuteria, elektronika i markowe rzeczy się przydadzą nawet po śmierci, bo to ma tu wartość i będzie można sprzedać. Inne - pójdą do potrzebujących lub na śmietnik, jak sądzę. Ale z drugiej strony - póki żyję, nie mam ochoty się pozbywać polskich książek ani pamiątek. Do książek wracam, a pamiątki nie zagracają, mają swoje konkretne miejsca (górne półki szaf, itp.)
Też kupuję coraz mniej - acz przyznam uczciwie, że wiąże się to z faktem, że przez minione 11 lat nagromadziłam sobie (z górką) naprawdę wszystko, co jest mi potrzebne i teraz tylko dokupuję/wymieniam, gdy coś się zniszczy. Jasne, czasami także coś, bo jest ładne i tego chcę, nawet jeśli nie potrzebuję - ale to się już często nie zdarza. Coraz więcej przyjemności czerpię z faktu podziwiania i zastanawiania się "mogłabym to sobie kupić, ale czy to naprawdę ma sens? czy naprawdę tego potrzebuję? czy tego chcę? czy nie zapomnę po pięciu minutach, że to kupiłam?"
Zalęgnięty kotek - rozumiem w pełni!
Uściski!
