Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Najedzona Zuzanka

Sabbatical, sabbatical i po sabbaticalu, wróciłam do rozwiązywania problemów i trzymania posad świata, żeby się nie zawaliło. Zalegam ze zdjęciami ze Stralsundu, ale warto poczekać, pojawią się. W ramach przerywnika dziś będzie lokalnie.

2023 znajduję - jak na razie - bardzo przyjemnym w kwestii poznańskiego rynku restauracji. Najbardziej cieszą mnie śniadania - świeżo odkryty Brzask, którego jedyną wadą jest, że nieczynne w niedzielę; Ot.Warta w nadwarciańskich Łazienkach Rzecznych (będzie osobna notka oraz będę bywać częściej); Szarlotta, która niestety lepsza w tygodniu niż w weekendy, bo wtedy tłumy i mocno przerzedzona dostępność dań oraz nieodmiennie Projekt Wilson, gdzie zawsze dobrze. Obiadowo najczęściej - poza opisanymi wcześniej - bywam w Curry Mary, gdzie odkryłam, że chyba bardziej lubię tajskie curry niż indyjskie, Ratajska zaskoczyła mnie bardzo przyjemnie, bo to nie taka zwykła osiedlówka, a o makaronach w Przyjemność Pasta Disco mogę tylko w superlatywach (za to sałatka nicejska jednak nie).

Południe - empanady i curry Ramen Ya - duży wybór, tak, ramenów Curry Mary - są i indyjskie, i tajskie, i nie tylko curry Projekt Wilson Brzask Hotel Morena w Mosinie - zaskakująco dobre i ciekawe Szarlotta, byłam na randce ze sobą Przyjemność Pasta Disco - faworyzuję makaron pistacjowy Qlinarni - bardzo przyzwoite jedzenie domowe Ratajska Bo Poznań - no jakoś nie zażarło, może przez skorupkę w jajku? / RatajskaPesto Luboń - dobre, ale długo się czeka, nawet na dania lunchowe American Diner Yetztu / Patio Prowansja Ot.Warta - doskonałe, domawialiśmy pieczywo Warung Sumatra

Adresy:

(Zdjęcia niekoniecznie są bardzo, czasem światło było mocno nie, a zwykle rodzina poganiała, żebym szybciej, bo głód.)

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 23, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Najedzona Zuzanka

Sabbatical, sabbatical i po sabbaticalu, wróciłam do rozwiązywania problemów i trzymania posad świata, żeby się nie zawaliło. Zalegam ze zdjęciami ze Stralsundu, ale warto poczekać, pojawią się. W ramach przerywnika dziś będzie lokalnie.

2023 znajduję - jak na razie - bardzo przyjemnym w kwestii poznańskiego rynku restauracji. Najbardziej cieszą mnie śniadania - świeżo odkryty Brzask, którego jedyną wadą jest, że nieczynne w niedzielę; Ot.Warta w nadwarciańskich Łazienkach Rzecznych (będzie osobna notka oraz będę bywać częściej); Szarlotta, która niestety lepsza w tygodniu niż w weekendy, bo wtedy tłumy i mocno przerzedzona dostępność dań oraz nieodmiennie Projekt Wilson, gdzie zawsze dobrze. Obiadowo najczęściej - poza opisanymi wcześniej - bywam w Curry Mary, gdzie odkryłam, że chyba bardziej lubię tajskie curry niż indyjskie, Ratajska zaskoczyła mnie bardzo przyjemnie, bo to nie taka zwykła osiedlówka, a o makaronach w Przyjemność Pasta Disco mogę tylko w superlatywach (za to sałatka nicejska jednak nie).

Południe - empanady i curry Ramen Ya - duży wybór, tak, ramenów Curry Mary - są i indyjskie, i tajskie, i nie tylko curry Projekt Wilson Brzask Hotel Morena w Mosinie - zaskakująco dobre i ciekawe Szarlotta, byłam na randce ze sobą Przyjemność Pasta Disco - faworyzuję makaron pistacjowy Qlinarni - bardzo przyzwoite jedzenie domowe Ratajska Bo Poznań - no jakoś nie zażarło, może przez skorupkę w jajku? / RatajskaPesto Luboń - dobre, ale długo się czeka, nawet na dania lunchowe American Diner Yetztu / Patio Prowansja Ot.Warta - doskonałe, domawialiśmy pieczywo Warung Sumatra

Adresy:

(Zdjęcia niekoniecznie są bardzo, czasem światło było mocno nie, a zwykle rodzina poganiała, żebym szybciej, bo głód.)

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 23, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Władysław Huzik - Ukradzione twarze

Warszawski mrowiskowiec na osiedlu “Za Żelazną Bramą”. Cisi i spokojni mężowie, którzy raz w tygodniu upijają się i biją żony, gospodarz domu handlujący alkoholem, obiecujący poeta, który się rozpił i urządza po nocach ekscesy i hałaśliwe przyjęcia (“i wtedy w całym domu słychać tzw. wulgarne wyrażenia”), bezdomny[1] nocujący na klatce schodowej, lichwiarz, jednym słowem bardzo spokojna okolica. Mieszka tu też porucznik Warycha, któremu wcale się nie podoba okolica i czuje się przeraźliwie samotny[2], ale kiedy się okazuje, że ktoś zabił inżyniera Skotnickiego, mieszkającego na 10. piętrze, ma blisko do pracy[3]. Dozorca twierdzi, że nikt “obcy” nie wchodził, ale szybko się okazuje, że jego słowa nie są wiarygodne, a w mrowiskowcu ruch był jak na Marszałkowskiej. Przestępca jest sprytny, upodabnia się do osób, które chce wrobić w morderstwo, fabrykuje ślady, ale ostatecznie - po kolejnych zbrodniach - wpada, bo Warycha przekartkował “Utraconą cześć Katarzyny Blum”[4].

Przewrotnie, wspomniany zdegenerowany poeta zaprzyjaźnia się z Warychą i po zakończeniu śledztwa planuje napisanie powieści reportersko-kryminalnej o całej sprawie. Pojawiają się wątki społeczne - gdzie kupić pieluchy jednorazowe, nieplanowana ciąża i konsekwencje (wyrzucenie ze studiów), pożyczanie pieniędzy na zabieg “jeszcze wtedy nielegalny”, wreszcie pada kąśliwa ocena emigranta jako kogoś “zmieniającego ojczyzny jak rękawiczki”.

Gender codzienny: kobiety dzielą się na śliczne, szczupłe, wielkookie dziewczyny (chociaż i te czasem histeryzują, na przykład dowiadując się, że ich narzeczony został brutalnie zamordowany) i obrzydliwe, stare baby.

- Miła niewiasta, nie ma co... - westchnął porucznik, gdy Marcjanna Kielak wyniosła wreszcie swoje zwaliste ciało poza drzwi gabinetu.
- Nie zazdroszczę jej mężowi…
Kobieta w niechlujnej podomce musiała być kiedyś ładna. Mogłaby i teraz wzbudzać sympatię, gdyby nie wykrzywiał jej twarzy grymas chronicznej niechęci do otaczającego świata. (...) zanosiło się na wybuch krzykliwego babskiego jazgotu. Porucznik zgodził się w tym momencie z kapralem Kortą: za żadne skarby świata nie chciałby zostać ukarany przez los podobną żoną.

Się pije: winiak gruziński, jarzębiak, wyborową, czerwone wino (w kryształowych pucharkach), coca-colę, żytnią z kłoskiem, piwo, herbatę Yunan, kawę (przechowywaną “dla fantazji” w pudełku po “Nesce”), “harcerzyka” (również na służbie), gin, whisky, Cinzano.

Się śpiewa: nieprzyzwoite rosyjskie czastuszki.

Się wyrzuca: śmieci do zsypu (istotne) albo damską garderobę przez okno podczas libacji (nieistotne).

Się pali: dwa rodzaje gauloise’ów - zwykłe i disque bleu, carmeny, marlboro, klubowe (Warycha), caporale.

Się korzysta: ze współpracy kontrwywiadu.

Się jada: ogórki kiszone, kwas, pokrojona w plasterki kiełbasa, kaszanka z kaszy tatarczanej, którą przyrządzili na gorąco z cebulką, pomidory, jajko na twardo z majonezem.

[1] Boży ten człowiek należy do wymierającego gatunku ptaków niebieskich, którzy nie sieją i nie orzą, nie pracują, a mimo to jakoś tam żyją. O panu Czesiu należy jednak i to powiedzieć, że jada raczej niewiele. Poza tym nie kradnie, nie powoduje wypadków samochodowych, nie oszukuje przyjaciół. Nie pogłębia również problemów społecznych, domagając się mieszkania w nowych blokach lub punktualnego docierania na miejsce pospiesznych pociągów dalekobieżnych. W godzinach wieczornych, gdy tłok panuje w kawiarniach i rozpoczynają działalność eleganckie lokale gastronomiczne, pan Czesio - gardząc z natury luksusowymi alkoholami - spoczywa już zwykle na którejś z licznych w mieście klatek schodowych, nasycony do woli trunkami w rodzaju wody fryzjerskiej, przesączonego przez chleb denaturatu, kropli Inoziemcowa lub popularnym gatunkiem tanich perfum. Nie absorbuje swoją skromną osobą nikogo. (...) Do otaczającego świata pan Czesio ma stosunek filozoficzny: pełen rezerwy, w zasadzie jednak życzliwy. Zarabia na życie zbierając po śmietnikach puste butelki i jest to zajęcie dosyć godziwe. Nie zdarzyło się nigdy, aby zgromadził więcej, niż to potrzebne do przeżycia kolejnego dnia.

[2] Do czasu, do czasu. Przez całe śledztwo miota się między pracą, a życiem prywatnym, w którym pojawiła się pewna zielonooka blondynka, z którą spotyka się w restauracjach i kawiarniach, a nawet bez skrępowania zabiera do siebie i pojawia się bez żadnego owijania w bawełnę informacja o pożyciu intymnym. Ba, w finale nawet znać w jego mieszkaniu kobiecą rękę, bo na regale stoją kwiaty w wazonach i maskotki.

[3] Jak już skończy przewracać oczami, że ma za dużo zajęć: Nie było mowy, aby wykręcić się od przyjęcia tej sprawy, Warycha nie miał zresztą takiego zamiaru. Żartobliwe wyrzekanie na nadmiar roboty (chociaż nie narzekali również na niedostatek zajęć i obowiązków) należało po prostu do koleżeńskiego rytuału, stałego tematu pogawędek na temat "co by było, gdyby".

[4] Otóż porucznik czytuje książki.

Inne z tej serii.

#86

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 22, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, kryminal, klub-srebrnego-klucza, 2023 - 1 komentarz - Skomentuj


Władysław Huzik - Ukradzione twarze

Warszawski mrowiskowiec na osiedlu “Za Żelazną Bramą”. Cisi i spokojni mężowie, którzy raz w tygodniu upijają się i biją żony, gospodarz domu handlujący alkoholem, obiecujący poeta, który się rozpił i urządza po nocach ekscesy i hałaśliwe przyjęcia (“i wtedy w całym domu słychać tzw. wulgarne wyrażenia”), bezdomny[1] nocujący na klatce schodowej, lichwiarz, jednym słowem bardzo spokojna okolica. Mieszka tu też porucznik Warycha, któremu wcale się nie podoba okolica i czuje się przeraźliwie samotny[2], ale kiedy się okazuje, że ktoś zabił inżyniera Skotnickiego, mieszkającego na 10. piętrze, ma blisko do pracy[3]. Dozorca twierdzi, że nikt “obcy” nie wchodził, ale szybko się okazuje, że jego słowa nie są wiarygodne, a w mrowiskowcu ruch był jak na Marszałkowskiej. Przestępca jest sprytny, upodabnia się do osób, które chce wrobić w morderstwo, fabrykuje ślady, ale ostatecznie - po kolejnych zbrodniach - wpada, bo Warycha przekartkował “Utraconą cześć Katarzyny Blum”[4].

Przewrotnie, wspomniany zdegenerowany poeta zaprzyjaźnia się z Warychą i po zakończeniu śledztwa planuje napisanie powieści reportersko-kryminalnej o całej sprawie. Pojawiają się wątki społeczne - gdzie kupić pieluchy jednorazowe, nieplanowana ciąża i konsekwencje (wyrzucenie ze studiów), pożyczanie pieniędzy na zabieg “jeszcze wtedy nielegalny”, wreszcie pada kąśliwa ocena emigranta jako kogoś “zmieniającego ojczyzny jak rękawiczki”.

Gender codzienny: kobiety dzielą się na śliczne, szczupłe, wielkookie dziewczyny (chociaż i te czasem histeryzują, na przykład dowiadując się, że ich narzeczony został brutalnie zamordowany) i obrzydliwe, stare baby.

- Miła niewiasta, nie ma co... - westchnął porucznik, gdy Marcjanna Kielak wyniosła wreszcie swoje zwaliste ciało poza drzwi gabinetu.
- Nie zazdroszczę jej mężowi…
Kobieta w niechlujnej podomce musiała być kiedyś ładna. Mogłaby i teraz wzbudzać sympatię, gdyby nie wykrzywiał jej twarzy grymas chronicznej niechęci do otaczającego świata. (...) zanosiło się na wybuch krzykliwego babskiego jazgotu. Porucznik zgodził się w tym momencie z kapralem Kortą: za żadne skarby świata nie chciałby zostać ukarany przez los podobną żoną.

Się pije: winiak gruziński, jarzębiak, wyborową, czerwone wino (w kryształowych pucharkach), coca-colę, żytnią z kłoskiem, piwo, herbatę Yunan, kawę (przechowywaną “dla fantazji” w pudełku po “Nesce”), “harcerzyka” (również na służbie), gin, whisky, Cinzano.

Się śpiewa: nieprzyzwoite rosyjskie czastuszki.

Się wyrzuca: śmieci do zsypu (istotne) albo damską garderobę przez okno podczas libacji (nieistotne).

Się pali: dwa rodzaje gauloise’ów - zwykłe i disque bleu, carmeny, marlboro, klubowe (Warycha), caporale.

Się korzysta: ze współpracy kontrwywiadu.

Się jada: ogórki kiszone, kwas, pokrojona w plasterki kiełbasa, kaszanka z kaszy tatarczanej, którą przyrządzili na gorąco z cebulką, pomidory, jajko na twardo z majonezem.

[1] Boży ten człowiek należy do wymierającego gatunku ptaków niebieskich, którzy nie sieją i nie orzą, nie pracują, a mimo to jakoś tam żyją. O panu Czesiu należy jednak i to powiedzieć, że jada raczej niewiele. Poza tym nie kradnie, nie powoduje wypadków samochodowych, nie oszukuje przyjaciół. Nie pogłębia również problemów społecznych, domagając się mieszkania w nowych blokach lub punktualnego docierania na miejsce pospiesznych pociągów dalekobieżnych. W godzinach wieczornych, gdy tłok panuje w kawiarniach i rozpoczynają działalność eleganckie lokale gastronomiczne, pan Czesio - gardząc z natury luksusowymi alkoholami - spoczywa już zwykle na którejś z licznych w mieście klatek schodowych, nasycony do woli trunkami w rodzaju wody fryzjerskiej, przesączonego przez chleb denaturatu, kropli Inoziemcowa lub popularnym gatunkiem tanich perfum. Nie absorbuje swoją skromną osobą nikogo. (...) Do otaczającego świata pan Czesio ma stosunek filozoficzny: pełen rezerwy, w zasadzie jednak życzliwy. Zarabia na życie zbierając po śmietnikach puste butelki i jest to zajęcie dosyć godziwe. Nie zdarzyło się nigdy, aby zgromadził więcej, niż to potrzebne do przeżycia kolejnego dnia.

[2] Do czasu, do czasu. Przez całe śledztwo miota się między pracą, a życiem prywatnym, w którym pojawiła się pewna zielonooka blondynka, z którą spotyka się w restauracjach i kawiarniach, a nawet bez skrępowania zabiera do siebie i pojawia się bez żadnego owijania w bawełnę informacja o pożyciu intymnym. Ba, w finale nawet znać w jego mieszkaniu kobiecą rękę, bo na regale stoją kwiaty w wazonach i maskotki.

[3] Jak już skończy przewracać oczami, że ma za dużo zajęć: Nie było mowy, aby wykręcić się od przyjęcia tej sprawy, Warycha nie miał zresztą takiego zamiaru. Żartobliwe wyrzekanie na nadmiar roboty (chociaż nie narzekali również na niedostatek zajęć i obowiązków) należało po prostu do koleżeńskiego rytuału, stałego tematu pogawędek na temat "co by było, gdyby".

[4] Otóż porucznik czytuje książki.

Inne z tej serii.

#86

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 22, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, kryminal, klub-srebrnego-klucza, 2023 - 1 komentarz - Skomentuj


D'Artagnan i trzej muszkieterowie

Oczywiście to nie jest tak, że w Internecie jest wszystko, ale jest wystarczająco dużo, żeby skutecznie rozprawić się z dziecięcymi zauroczeniami. Tak, obejrzałam hit lat 80. - radziecką ekranizację powieści Dumasa, z której totalnie bez zrozumienia znałam na pamięć piosenkę “Para para paradujemsia na swajom weku” (i to całkiem wiernie, po tylu latach). Oczywiście byłam zachwycona D’Artagnanem i Aramisem, gorąco kibicowałam najpierw igraszkom (do niczego nie doszło!), potem problemom Konstancji i młodego gwardzisty, nienawidziłam wrednej Milady i wstrętnego kardynała. Powieść przeczytałam niewiele lat później, nawet kilkukrotnie. I, ech, mogłam nie oglądać.

Nie pamiętałam, że to musical, a że nie przepadam za musicalami, wodewilami i umownością scen, kiedy nagle wszyscy machają nóżkami i śpiewają, to błyskawicznie siadła mi przyjemność z oglądania i już tylko wyszukiwałam braki. A to że uboga scenografia - z trzy brukowane klimatycznie uliczki, kilka zapyziałych drewnianych izb grających wnętrza szynków i karczm, dużo scen w lasach i na polach, gdzie całym sztafażem była drewniana tabliczka z napisem “Paris”, wreszcie bogactwo Luwru w postaci dwóch komnat, częściowo przysłoniętych zasłonami, żeby się nie napracować. Dialogi niedobre, zwłaszcza D’Artagnan rzucający się na każdego ze słowami “Swołocz! Padliec!”, nie wspominając o rosyjskiej wymowie francuskich nazwisk i nazw. Fabuła spłycona do podstawowych wydarzeń. Ja wiem, że to jest cały czas rozrywkowa literatura niskich lotów, ale jednak żal. Tyle że mimo tego wszystkiego, ten mini serial (3 odcinki po 1,5 godziny każdy) ma swój urok. Jest komiczny, możliwe że czasem niezamierzenie i nawet raz czy dwa zdarza się moment ocierający się o jakieś emocje (piosenka Atosa o liliach). Ale jeśli macie ciepłe uczucia sprzed lat, to niekoniecznie je sobie psujcie.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 19, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


D'Artagnan i trzej muszkieterowie

Oczywiście to nie jest tak, że w Internecie jest wszystko, ale jest wystarczająco dużo, żeby skutecznie rozprawić się z dziecięcymi zauroczeniami. Tak, obejrzałam hit lat 80. - radziecką ekranizację powieści Dumasa, z której totalnie bez zrozumienia znałam na pamięć piosenkę “Para para paradujemsia na swajom weku” (i to całkiem wiernie, po tylu latach). Oczywiście byłam zachwycona D’Artagnanem i Aramisem, gorąco kibicowałam najpierw igraszkom (do niczego nie doszło!), potem problemom Konstancji i młodego gwardzisty, nienawidziłam wrednej Milady i wstrętnego kardynała. Powieść przeczytałam niewiele lat później, nawet kilkukrotnie. I, ech, mogłam nie oglądać.

Nie pamiętałam, że to musical, a że nie przepadam za musicalami, wodewilami i umownością scen, kiedy nagle wszyscy machają nóżkami i śpiewają, to błyskawicznie siadła mi przyjemność z oglądania i już tylko wyszukiwałam braki. A to że uboga scenografia - z trzy brukowane klimatycznie uliczki, kilka zapyziałych drewnianych izb grających wnętrza szynków i karczm, dużo scen w lasach i na polach, gdzie całym sztafażem była drewniana tabliczka z napisem “Paris”, wreszcie bogactwo Luwru w postaci dwóch komnat, częściowo przysłoniętych zasłonami, żeby się nie napracować. Dialogi niedobre, zwłaszcza D’Artagnan rzucający się na każdego ze słowami “Swołocz! Padliec!”, nie wspominając o rosyjskiej wymowie francuskich nazwisk i nazw. Fabuła spłycona do podstawowych wydarzeń. Ja wiem, że to jest cały czas rozrywkowa literatura niskich lotów, ale jednak żal. Tyle że mimo tego wszystkiego, ten mini serial (3 odcinki po 1,5 godziny każdy) ma swój urok. Jest komiczny, możliwe że czasem niezamierzenie i nawet raz czy dwa zdarza się moment ocierający się o jakieś emocje (piosenka Atosa o liliach). Ale jeśli macie ciepłe uczucia sprzed lat, to niekoniecznie je sobie psujcie.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 19, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Amos Oz - Mój Michael

Chana, studentka literatury, poznaje Michaela, studenta geologii, przypadkiem, gdy ten łapie ją na schodach uniwersytetu, kiedy potyka się i skręca nogę. Nie upada, chociaż noga boli; umawiają się na spotkanie, z którego wychodzą wspólne spacery, zaręczyny, poznanie obu rodzin i ślub. Po przechorowanej, trudnej ciąży, rodzi się im syn, z którym nie czuje - w przeciwieństwie do męża - specjalnej więzi. Im dalej w życie, tym bardziej Chana ma poczucie, że to nie był dobry wybór. Michael jest dobrym mężem, troskliwym, ale raczej apatycznym i niezbyt namiętnym, oboje żyją jego życiem, spotykają się z jego znajomymi, z rzadka pojawia się przyjaciółka Chany ze studiów, jej rodzina. Narasta w niej poczucie, że nie chce być tylko żoną, matką, pracowniczką na pół etatu; samotna, śni na jawie o arabskich bliźniakach, towarzyszach dziecięcych zabaw, chociaż zabawy, o których teraz myśli, już nie są dziecięce. Osadza się w roli romansowej heroiny, zdobywanej przez carskiego kuriera czy kapitana Nautilusa, próbuje nawet podsycić uczucie 17-letniego sąsiada, któremu daje korepetycje, bo chce widzieć zachwyt w jego oczach. Finał zostawia wszystko w zawieszeniu, bez dramatu, raczej z rezygnacją.

W tle Jerozolima w latach 50., wojna w Egipcie, powoli powstające na gruzach miasto, kontrast między życiem w kibucu a miejskim, konflikty w społeczności, pojawia się wspomniana rodzina Oza (wuj Klausner) czy znani autorzy książek. Między wierszami czuć próbę podjęcia tematu śmierci matki, która nie była szczęśliwa w na pozór szczęśliwym - jak u Chany - związku. Nawet język jest podobny do “Opowieści”, pełen powtórzeń, a narracja zatacza spiralami koła, wracając ciągle do tych samych wydarzeń i szukając miejsca, gdzie można było rozpruć tę dzianinę bez szkody.

Inne tego autora.

#85

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 18, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2023 - 0 komentarzy - Skomentuj


Amos Oz - Mój Michael

Chana, studentka literatury, poznaje Michaela, studenta geologii, przypadkiem, gdy ten łapie ją na schodach uniwersytetu, kiedy potyka się i skręca nogę. Nie upada, chociaż noga boli; umawiają się na spotkanie, z którego wychodzą wspólne spacery, zaręczyny, poznanie obu rodzin i ślub. Po przechorowanej, trudnej ciąży, rodzi się im syn, z którym nie czuje - w przeciwieństwie do męża - specjalnej więzi. Im dalej w życie, tym bardziej Chana ma poczucie, że to nie był dobry wybór. Michael jest dobrym mężem, troskliwym, ale raczej apatycznym i niezbyt namiętnym, oboje żyją jego życiem, spotykają się z jego znajomymi, z rzadka pojawia się przyjaciółka Chany ze studiów, jej rodzina. Narasta w niej poczucie, że nie chce być tylko żoną, matką, pracowniczką na pół etatu; samotna, śni na jawie o arabskich bliźniakach, towarzyszach dziecięcych zabaw, chociaż zabawy, o których teraz myśli, już nie są dziecięce. Osadza się w roli romansowej heroiny, zdobywanej przez carskiego kuriera czy kapitana Nautilusa, próbuje nawet podsycić uczucie 17-letniego sąsiada, któremu daje korepetycje, bo chce widzieć zachwyt w jego oczach. Finał zostawia wszystko w zawieszeniu, bez dramatu, raczej z rezygnacją.

W tle Jerozolima w latach 50., wojna w Egipcie, powoli powstające na gruzach miasto, kontrast między życiem w kibucu a miejskim, konflikty w społeczności, pojawia się wspomniana rodzina Oza (wuj Klausner) czy znani autorzy książek. Między wierszami czuć próbę podjęcia tematu śmierci matki, która nie była szczęśliwa w na pozór szczęśliwym - jak u Chany - związku. Nawet język jest podobny do “Opowieści”, pełen powtórzeń, a narracja zatacza spiralami koła, wracając ciągle do tych samych wydarzeń i szukając miejsca, gdzie można było rozpruć tę dzianinę bez szkody.

Inne tego autora.

#85

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 18, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2023 - 0 komentarzy - Skomentuj


Teściowie

Obejrzałam polską komedię o weselu, wiem, nie uczę się i mam za swoje. Tyle że wcale nie żałuję, bo to bardzo przyzwoity film, do tego bardzo dobrze zagrany.

Sala weselna. Rodzice pana młodego, zamożni i z miasta, nadopiekuńcza i panikująca matka (Ostaszewska) jest ordynatorką w szpitalu, spokojny i koncyliacyjny ojciec (Dorociński) jest biznesmenem, usiłują zapobiec kryzysowi, bo szybko wychodzi, że ślubu nie było. Decydują, że skoro zapłacone i goście obu rodzin za chwilę się pojawią, to niech. Pojawiają się rodzice niedoszłej panny młodej, finansowo stojący gorzej i mniej prestiżowo; wściekła matka (Kuna) i próbujący się mimo wszystko bawić ojciec (Woronowicz), niby jest gładko, ale szybko pojawiają się przepychanki i wzajemne wymówki. O pieniądze, o to, kto kogo lubi lub nie, o nadzieje i życiowe szanse. W tle trwa wesele - pijaństwo, kłótnie, wyrzuty, pretensje, wodzirej, zapraszamy wszystkich do węża, nie pozwól mamusi pić, ona ma chore serce, a czwórka rodziców powoli rozplątuje, co się wydarzyło, że ślub się nie odbył.

Nie dziwi mnie teatralny rodowód filmu, dodatkowo też nieco impregnowana jestem na zachwyt długim, nieprzerwanym ujęciem, kiedy kamera podąża za maksymalnie irytującą Ostaszewską, ale sama treść jest świetnym podsumowaniem całego zbioru animozji - młodzi kontra starzy, bogaci kontra biedni, miasto kontra wieś, my kontra wy, religia kontra ateizm, kultura kontra chamstwo, zabrakło tylko polityki. Dialogi bardzo dobre, sporo sarkazmu i celnego punktowania hipokryzji, a w przeciwieństwie do Smarzowskiego, całość jednak jest humorystyczna, zwłaszcza nieco przewrotna pointa, nie ma poczucia unurzania się w brudzie. Właśnie pojawiła się druga część, ale niekoniecznie jest to film kinowy, można poczekać na VOD.

Tak, włączyłam napisy, bo zupełnie nie rozumiałam, co mówi Ostaszewska.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 17, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 2 komentarze - Skomentuj


Teściowie

Obejrzałam polską komedię o weselu, wiem, nie uczę się i mam za swoje. Tyle że wcale nie żałuję, bo to bardzo przyzwoity film, do tego bardzo dobrze zagrany.

Sala weselna. Rodzice pana młodego, zamożni i z miasta, nadopiekuńcza i panikująca matka (Ostaszewska) jest ordynatorką w szpitalu, spokojny i koncyliacyjny ojciec (Dorociński) jest biznesmenem, usiłują zapobiec kryzysowi, bo szybko wychodzi, że ślubu nie było. Decydują, że skoro zapłacone i goście obu rodzin za chwilę się pojawią, to niech. Pojawiają się rodzice niedoszłej panny młodej, finansowo stojący gorzej i mniej prestiżowo; wściekła matka (Kuna) i próbujący się mimo wszystko bawić ojciec (Woronowicz), niby jest gładko, ale szybko pojawiają się przepychanki i wzajemne wymówki. O pieniądze, o to, kto kogo lubi lub nie, o nadzieje i życiowe szanse. W tle trwa wesele - pijaństwo, kłótnie, wyrzuty, pretensje, wodzirej, zapraszamy wszystkich do węża, nie pozwól mamusi pić, ona ma chore serce, a czwórka rodziców powoli rozplątuje, co się wydarzyło, że ślub się nie odbył.

Nie dziwi mnie teatralny rodowód filmu, dodatkowo też nieco impregnowana jestem na zachwyt długim, nieprzerwanym ujęciem, kiedy kamera podąża za maksymalnie irytującą Ostaszewską, ale sama treść jest świetnym podsumowaniem całego zbioru animozji - młodzi kontra starzy, bogaci kontra biedni, miasto kontra wieś, my kontra wy, religia kontra ateizm, kultura kontra chamstwo, zabrakło tylko polityki. Dialogi bardzo dobre, sporo sarkazmu i celnego punktowania hipokryzji, a w przeciwieństwie do Smarzowskiego, całość jednak jest humorystyczna, zwłaszcza nieco przewrotna pointa, nie ma poczucia unurzania się w brudzie. Właśnie pojawiła się druga część, ale niekoniecznie jest to film kinowy, można poczekać na VOD.

Tak, włączyłam napisy, bo zupełnie nie rozumiałam, co mówi Ostaszewska.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 17, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 2 komentarze - Skomentuj