[28.01-4.02.2023]
Tak jak 5 lat temu, nocowaliśmy w dzielnicy Funchal zwanej Sao Martinho albo Lido, w tym samym hotelu[1], co wtedy (tylko przez cały tydzień nie udało nam się spotkać hotelowego kota!). Niewiele jest tu do takiego typowego zwiedzania, ale jest dość malownicze centrum handlowe, w którym wprawdzie ograniczyliśmy się do zakupów[2] w lokalnym odpowiedniku Biedronki (Pingo Doce), ale dostępna jest pełna oferta globalnych sieciówek, sporo restauracji, wypożyczalnia samochodów, nieco mniejsze niż w Porto Moniz baseny naturalne oraz plaża i widoki. Kamienista Praia Formosa wymaga pewnego wysiłku, żeby na nią dotrzeć, bo najprostsze dojście jest zabarykadowane przez hotel. Schodzi się sporo w dół serpentynkami, widoki po drodze urocze, ale potem trzeba wrócić. I tu okazało się, że wychodząc z plaży można albo mozolnie wspinać się stromymi ścieżkami i po setkach schodów albo wjechać windą. Winda wprawdzie wymagała karty, ale akurat ktoś zjeżdżał i ją otworzył, więc wjechaliśmy jak do siebie. Nastąpił wprawdzie pewien incydent, bo okazało się, że trzeba przejść przez lobby dość skomplikowanego logistycznie hotelu i kiedy zapytałam z głupia frant na recepcji, quo vadis, została przesłuchana, jak się w ogóle dostałam i kazano mi zapłacić 75 euro za wejście na teren. Skleciłam historyjkę o znajomych spotkanych na plaży, z którymi wróciliśmy, nie wiem, w jakim pokoju, nie chcemy wejść, chcemy wyjść, nie interesują mnie państwa udogodnienia, wyszliśmy, ale nieco niemiło było przez chwilę. Więc da się windą, ale trochę tupetu trzeba. A widoki - zdjęcia mówią same za siebie. Zachody słońca z tarasu tuż przy pokoju, sun deck przy jadalni z widokiem na Praia Formosa i kozy, wreszcie inne hotele i przydomowe plantacyjki platanów.
Praia Formosa
Baseny naturalne / Z klifu w dół
Zachód słońca z tarasu
Anjo da Praça da Assicom / Balkon z tęczą
Widok na Cabo Girao
W dół na plażę / Dzika pitanga, można zrywać, jak nasze mirabelki
Lido wieczorem
Przed zachodem / Tubylec
Się buduje, a kozy koszą zielone
Domki i bananowce
Zachód słońca z tarasu, co wieczór
Prosto w ocean
Bananowce / Klify
Światełka wieczorem
Bananowce / Basen w hotelu, cały dla nas
Codziennie inaczej
Sun deck / Widok na Praia Formosa
U podnóża klifu

Basen, odbicia, pseudo-Warhol
Promenada
Jakaś ryba i bolo do caco / Sałatka z tuńczykiem
Widok na wschód
Jedzone było w:
[1] Notka dla pamięci - apartamenty niby dwupokojowe, ale to tak naprawdę wnęka kuchenna z częścią wypoczynkową, z rozkładaną kanapą dla trzeciej osoby (wzdech, czemuż aż czemuż w łatwy i przewidywalny sposób nie można dla nastolatki zamówić oddzielnego łóżka i samodzielnego pokoju w ramach apartamentu) i oddzielną sypialnią. Na plus, oszklony balkon, codziennie uzupełniana kawa i herbata, w kuchni wszystko do zmywania, a w łazience kosmetyki.
[2] Młodzież testowała różne smaki zupek błyskawicznych, jakby ktoś się wybierał do Portugalii wyspiarskiej lub kontynentalnej i miał miejsce w bagażu oraz wolne kilka euro, to polecam się łaskawej pamięci, bo tęskni za nudlami w kubeczku. Ja poszłam w lokalne owoce, pierwszy raz jadłam pitangę, ciekawe, ale raczej jako ciekawostka i, pewnie nie pierwszy raz, smoczy owoc. Pewnie nie pierwszy, bo pamiętałam fakt jedzenia podczas wyprawy na Tajwan, ale nie pamiętałam smaku, co jakby się wyjaśniło, bo smoczy owoc nie smakuje niczym. Taki mokry melon bez aromatu.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 7, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
portugalia, funchal, madera, sao-martinho
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[28.01-4.02.2023]
Tak jak 5 lat temu, nocowaliśmy w dzielnicy Funchal zwanej Sao Martinho albo Lido, w tym samym hotelu[1], co wtedy (tylko przez cały tydzień nie udało nam się spotkać hotelowego kota!). Niewiele jest tu do takiego typowego zwiedzania, ale jest dość malownicze centrum handlowe, w którym wprawdzie ograniczyliśmy się do zakupów[2] w lokalnym odpowiedniku Biedronki (Pingo Doce), ale dostępna jest pełna oferta globalnych sieciówek, sporo restauracji, wypożyczalnia samochodów, nieco mniejsze niż w Porto Moniz baseny naturalne oraz plaża i widoki. Kamienista Praia Formosa wymaga pewnego wysiłku, żeby na nią dotrzeć, bo najprostsze dojście jest zabarykadowane przez hotel. Schodzi się sporo w dół serpentynkami, widoki po drodze urocze, ale potem trzeba wrócić. I tu okazało się, że wychodząc z plaży można albo mozolnie wspinać się stromymi ścieżkami i po setkach schodów albo wjechać windą. Winda wprawdzie wymagała karty, ale akurat ktoś zjeżdżał i ją otworzył, więc wjechaliśmy jak do siebie. Nastąpił wprawdzie pewien incydent, bo okazało się, że trzeba przejść przez lobby dość skomplikowanego logistycznie hotelu i kiedy zapytałam z głupia frant na recepcji, quo vadis, została przesłuchana, jak się w ogóle dostałam i kazano mi zapłacić 75 euro za wejście na teren. Skleciłam historyjkę o znajomych spotkanych na plaży, z którymi wróciliśmy, nie wiem, w jakim pokoju, nie chcemy wejść, chcemy wyjść, nie interesują mnie państwa udogodnienia, wyszliśmy, ale nieco niemiło było przez chwilę. Więc da się windą, ale trochę tupetu trzeba. A widoki - zdjęcia mówią same za siebie. Zachody słońca z tarasu tuż przy pokoju, sun deck przy jadalni z widokiem na Praia Formosa i kozy, wreszcie inne hotele i przydomowe plantacyjki platanów.
Praia Formosa
Baseny naturalne / Z klifu w dół
Zachód słońca z tarasu
Anjo da Praça da Assicom / Balkon z tęczą
Widok na Cabo Girao
W dół na plażę / Dzika pitanga, można zrywać, jak nasze mirabelki
Lido wieczorem
Przed zachodem / Tubylec
Się buduje, a kozy koszą zielone
Domki i bananowce
Zachód słońca z tarasu, co wieczór
Prosto w ocean
Bananowce / Klify
Światełka wieczorem
Bananowce / Basen w hotelu, cały dla nas
Codziennie inaczej
Sun deck / Widok na Praia Formosa
U podnóża klifu

Basen, odbicia, pseudo-Warhol
Promenada
Jakaś ryba i bolo do caco / Sałatka z tuńczykiem
Widok na wschód
Jedzone było w:
[1] Notka dla pamięci - apartamenty niby dwupokojowe, ale to tak naprawdę wnęka kuchenna z częścią wypoczynkową, z rozkładaną kanapą dla trzeciej osoby (wzdech, czemuż aż czemuż w łatwy i przewidywalny sposób nie można dla nastolatki zamówić oddzielnego łóżka i samodzielnego pokoju w ramach apartamentu) i oddzielną sypialnią. Na plus, oszklony balkon, codziennie uzupełniana kawa i herbata, w kuchni wszystko do zmywania, a w łazience kosmetyki.
[2] Młodzież testowała różne smaki zupek błyskawicznych, jakby ktoś się wybierał do Portugalii wyspiarskiej lub kontynentalnej i miał miejsce w bagażu oraz wolne kilka euro, to polecam się łaskawej pamięci, bo tęskni za nudlami w kubeczku. Ja poszłam w lokalne owoce, pierwszy raz jadłam pitangę, ciekawe, ale raczej jako ciekawostka i, pewnie nie pierwszy raz, smoczy owoc. Pewnie nie pierwszy, bo pamiętałam fakt jedzenia podczas wyprawy na Tajwan, ale nie pamiętałam smaku, co jakby się wyjaśniło, bo smoczy owoc nie smakuje niczym. Taki mokry melon bez aromatu.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 7, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
portugalia, funchal, madera, sao-martinho
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pan Renner to spiritus movens małej miejscowości o dźwięcznej nazwie Jeżówka. Za zarobione za granicą pieniądze kupił zrujnowany zamek, zatrudnił do pracy przy nim ludzi, nawet znalazł księdza do tytułowej parafii; tak, to taki lekko odrealniony niby-PRL, zwłaszcza w porównaniu z podobnym wątkiem u Edigeya. W zamku mieszkają trzy siostry - bibliotekarka Antonina, kucharka Marianna, nauczycielka Klara i o pokolenie młodsza Blanka. Blanka przyjeżdża właśnie na zorganizowany przy kościele odpust i przywozi ze sobą narzeczonego, nieco wiekowego już Franciszka. I traf chce, Franciszka ktoś konwencjonalnie morduje. Okazuje się, że każdy z obecnych i podejrzanych ma jakąś tajemnicę z przeszłości - cyrkowiec niechcący zabił swoją żonę, lekarz wezwany do fikcyjnego chorego spowodował wypadek i został zawieszony w zawodzie, matką pewnego dziecka okazuje się ktoś inny niż publicznie podawano, wreszcie mężczyzna w wyniku pożaru stracił prawie całą rodzinę. I oczywiście przynajmniej część tych tajemnic ma związek z denatem, którym okazuje się szabrownikiem, hochsztaplerem, szantażystą, a możliwe, że i podpalaczem.
Się je: tort migdałowy, pasztet, kurę i rybę w galarecie, bulion z diablotką (nie wiedziałam, co to diablotka!), sałatę z cytryną i oliwą na sposób francuski, risotto, kanapki z zimnym mięsem.
Się pali: sporty (wygniecione), carmeny, giewonty, piasty.
Się pije: jałowcówkę, kryniczankę i oczywiście wódkę.
Się nosi: odświętnie nylony i wełnę 100%.
Się siada: na rekamierze (znowu, nowe słowo!).
Szowinizm i mizoginia:
— Żelazna? — kapłan zaśmiał się. — Żelazna drabina do prac przy instalacji elektrycznej? Pomysł godny kobiet.
— Mówię o różnicy wieku. Pani młoda dziewczyna, i on… hm… starzec nieledwie.
— Co też pan mówi. Franciszek był eleganckim mężczyzną. Każda by za nim poleciała, i jak jeszcze! Wiek jego nic mnie nie obchodził. — Zastanowiła się. — Trudno wymagać, żeby z powodu swoich lat żenił się z jakąś starą babą.
— Nie, byłem wikarym w Sniatówce. Właściwie nie byłem już wikarym… — urwał, ale zaraz dokończył: — Zawieszono mnie w czynnościach…
— Z jakiego powodu?
— Miałem wypadek motocyklowy.
— Przejechał ksiądz człowieka?
— Tak… nie… Potrąciłem babę, nic jej się nie stało.
Inne z tej serii.
#22
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 6, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pan Renner to spiritus movens małej miejscowości o dźwięcznej nazwie Jeżówka. Za zarobione za granicą pieniądze kupił zrujnowany zamek, zatrudnił do pracy przy nim ludzi, nawet znalazł księdza do tytułowej parafii; tak, to taki lekko odrealniony niby-PRL, zwłaszcza w porównaniu z podobnym wątkiem u Edigeya. W zamku mieszkają trzy siostry - bibliotekarka Antonina, kucharka Marianna, nauczycielka Klara i o pokolenie młodsza Blanka. Blanka przyjeżdża właśnie na zorganizowany przy kościele odpust i przywozi ze sobą narzeczonego, nieco wiekowego już Franciszka. I traf chce, Franciszka ktoś konwencjonalnie morduje. Okazuje się, że każdy z obecnych i podejrzanych ma jakąś tajemnicę z przeszłości - cyrkowiec niechcący zabił swoją żonę, lekarz wezwany do fikcyjnego chorego spowodował wypadek i został zawieszony w zawodzie, matką pewnego dziecka okazuje się ktoś inny niż publicznie podawano, wreszcie mężczyzna w wyniku pożaru stracił prawie całą rodzinę. I oczywiście przynajmniej część tych tajemnic ma związek z denatem, którym okazuje się szabrownikiem, hochsztaplerem, szantażystą, a możliwe, że i podpalaczem.
Się je: tort migdałowy, pasztet, kurę i rybę w galarecie, bulion z diablotką (nie wiedziałam, co to diablotka!), sałatę z cytryną i oliwą na sposób francuski, risotto, kanapki z zimnym mięsem.
Się pali: sporty (wygniecione), carmeny, giewonty, piasty.
Się pije: jałowcówkę, kryniczankę i oczywiście wódkę.
Się nosi: odświętnie nylony i wełnę 100%.
Się siada: na rekamierze (znowu, nowe słowo!).
Szowinizm i mizoginia:
— Żelazna? — kapłan zaśmiał się. — Żelazna drabina do prac przy instalacji elektrycznej? Pomysł godny kobiet.
— Mówię o różnicy wieku. Pani młoda dziewczyna, i on… hm… starzec nieledwie.
— Co też pan mówi. Franciszek był eleganckim mężczyzną. Każda by za nim poleciała, i jak jeszcze! Wiek jego nic mnie nie obchodził. — Zastanowiła się. — Trudno wymagać, żeby z powodu swoich lat żenił się z jakąś starą babą.
— Nie, byłem wikarym w Sniatówce. Właściwie nie byłem już wikarym… — urwał, ale zaraz dokończył: — Zawieszono mnie w czynnościach…
— Z jakiego powodu?
— Miałem wypadek motocyklowy.
— Przejechał ksiądz człowieka?
— Tak… nie… Potrąciłem babę, nic jej się nie stało.
Inne z tej serii.
#22
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 6, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1686. 18-letnia Nella zostaje poślubiona bogatemu amsterdamskiemu kupcowi, Johannesowi Brandtowi. Wprowadza się do pięknego domu, ale zamiast stęsknionego męża wita ją zgorzkniała siostra, Marin. Zamiast oczekiwanej nocy poślubnej Nella otrzymuje piękną, realistycznie wykonaną replikę kamienicy, zostawiona sama sobie wpada więc na pomysł znalezienia kogoś, kto jej ten domek umebluje. Z ówczesnego biuletynu ogłoszeniowego (chciałam napisać “książki telefonicznej”, ale jednak to XVII wiek) wynajduje kontakt do osoby, która takie usługi świadczy, wysyła służącą z listem i pieniędzmi, niebawem na jej progu pojawiają się przepiękne, wierne miniaturki domowników, chociaż niekoniecznie takie, jakie zamawiała. Jednocześnie dziewczyna widzi, że w domu dzieją się tajemnicze rzeczy, znajduje karteczki z wiadomościami, dwójka służących zachowuje się zaskakująco pewnie, zaś jej męża coś dziwnego łączy z atrakcyjnym chłopcem na posyłki. Śledzi więc wszystkich, próbuje zrozumieć, na czym polegają interesy wiecznie nieobecnego męża, nawet w pewnym momencie podejmuje sama decyzje, chociaż oczywiście najważniejsze dla niej jest odkrycie, skąd miniaturzysta (a konkretnie miniaturzystka) wie, co się w domu Brandtów dzieje. Finał jest dość przewidywalny - ząż bxnmhwr fvę trwrz, fgąq avrpuęć qb xbafhzcpwv mjvąmxh, mn gb fmjntvrexn fxeljn cbq fmrebxvzv fhxavnzv pvążę m pmnealz fłhżąplz.
Po przeczytaniu zostałam w pół do wyjaśnienia, bo wprawdzie tajemnice domu przy Herengracht się wyjaśniają, ale temat tytułowej miniaturzystki - skąd wiedziała o tajemnicach, jak podmieniała figurki albo jakie magiczne moce miała, żeby figurki się zmieniały - został skrzętnie pominięty. Pewnie może to rozwiązać lektura drugiej części, podobno już napisanej. Trochę foch, bo aż tak mi się nie podobało, a będę musiała kolejną książkę kupić i przeczytać. I trochę rozczarowanie, bo to takie przeciętne czytadełko z zakrętką równościową w sztafażu historycznym.
#21
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 5, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1686. 18-letnia Nella zostaje poślubiona bogatemu amsterdamskiemu kupcowi, Johannesowi Brandtowi. Wprowadza się do pięknego domu, ale zamiast stęsknionego męża wita ją zgorzkniała siostra, Marin. Zamiast oczekiwanej nocy poślubnej Nella otrzymuje piękną, realistycznie wykonaną replikę kamienicy, zostawiona sama sobie wpada więc na pomysł znalezienia kogoś, kto jej ten domek umebluje. Z ówczesnego biuletynu ogłoszeniowego (chciałam napisać “książki telefonicznej”, ale jednak to XVII wiek) wynajduje kontakt do osoby, która takie usługi świadczy, wysyła służącą z listem i pieniędzmi, niebawem na jej progu pojawiają się przepiękne, wierne miniaturki domowników, chociaż niekoniecznie takie, jakie zamawiała. Jednocześnie dziewczyna widzi, że w domu dzieją się tajemnicze rzeczy, znajduje karteczki z wiadomościami, dwójka służących zachowuje się zaskakująco pewnie, zaś jej męża coś dziwnego łączy z atrakcyjnym chłopcem na posyłki. Śledzi więc wszystkich, próbuje zrozumieć, na czym polegają interesy wiecznie nieobecnego męża, nawet w pewnym momencie podejmuje sama decyzje, chociaż oczywiście najważniejsze dla niej jest odkrycie, skąd miniaturzysta (a konkretnie miniaturzystka) wie, co się w domu Brandtów dzieje. Finał jest dość przewidywalny - ząż bxnmhwr fvę trwrz, fgąq avrpuęć qb xbafhzcpwv mjvąmxh, mn gb fmjntvrexn fxeljn cbq fmrebxvzv fhxavnzv pvążę m pmnealz fłhżąplz.
Po przeczytaniu zostałam w pół do wyjaśnienia, bo wprawdzie tajemnice domu przy Herengracht się wyjaśniają, ale temat tytułowej miniaturzystki - skąd wiedziała o tajemnicach, jak podmieniała figurki albo jakie magiczne moce miała, żeby figurki się zmieniały - został skrzętnie pominięty. Pewnie może to rozwiązać lektura drugiej części, podobno już napisanej. Trochę foch, bo aż tak mi się nie podobało, a będę musiała kolejną książkę kupić i przeczytać. I trochę rozczarowanie, bo to takie przeciętne czytadełko z zakrętką równościową w sztafażu historycznym.
#21
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 5, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[31.01.2023]
Madera jest mała, ma 57 km długości i 22 km szerokości; owszem, to nie jest tak, że z jednego końca na drugi przejeżdża się odpowiednio w pół godziny i kwadrans, bo górki i postrzępione wybrzeże, ale odległości są żadne. Dlatego zwykle trasę (w moim przypadku z Sao Martinho, o którym niebawem) zwykle planowałam metodą małych skoków, żeby podczas jednego wyjazdu zobaczyć więcej. Oczywiście plany sobie, życie sobie, ale moim zdaniem to optymalna metoda na miejsce z setką fantastycznych widoków. Ribeira Brava na południu i Porto Moniz na północy mogą stać się punktami na różnych trasach, przykładowo:
Cabo Girão - Ribeira Brava - przełęcz Encumeada - Porto Moniz - płaskowyż Paúl da Serra - Bica da Cana - Câmara de Lobos
albo, alternatywnie,
Ribeira Brava - Cascata dos Anjos - Praia da Calheta - Farol da Ponta do Pargo - Teleférico das Achadas da Cruz - Porto Moniz (Natural Swimming Pools i Aquário da Madeira) - Fanal.
Na każdej z tras da się zatrzymać przy mniejszych atrakcjach - punktach widokowych czy w miasteczkach albo zrobić sobie pętlę spacerową po lewadzie.
Do Ribeira Brava można pojechać obejrzeć Stadion Narodowy Madery (nie no, oczywiście że nie pojechałam, do muzeum CR też nie). Urokiem miasteczka są łączące się strumienie wody, spływające z lewad i wpadające do oceanu. Zatrzymałam się przy zabytkowym kościele (płatne parkingi!) Igreja de São Bento z XV wieku, ale po szybkim rzucie oka raczej skupiliśmy się na uroczej promenadzie przy plaży i samej plaży. Plaża wprawdzie kamienista, ale miejscami są łachy czarnego piasku, woda idealnie czysta, aczkolwiek w styczniu jednak lekutko zimna, Bałtyk w czerwcu. Na plaży, gdzie z córką szukałyśmy szkiełek i muszelek, spotkałyśmy uroczego owczarka niemieckiego z rodziną, który nie mógł się zdecydować, czy chce się zakumplować z nami, czy jednak woda! fale! patyki! Finalnie wygrała natura.
Kawa i ciacho - słodkie pastel de nata - w Dom Luís restaurante (R. Gago Coutinho e Sacadura Cabral) tuż przy plaży. Niestety, zaczynało padać, na czas kawy schroniliśmy się pod parasolami, ale w drodze do samochodu lało już solidnie, na szczęście to taki wiosenny, ciepły deszczyk, zanim dojechaliśmy do kolejnego miejsca, zdążyliśmy wyschnąć.
W drodze
W drodze
Po drodze do Porto Moniz jest wiele punktów widokowych, jak się trafi taka pogoda, że słońce i deszcz, to na przykład w Miradouro da Santinha można złapać tęczę nad panoramą miasteczka.
W drodze, ponownie
W Porto Moniz główną atrakcją są morskie baseny, zasilane wodą morską, malowniczo przelewającą się przez skałki. W styczniowe, deszczowe popołudnie do pływania niekoniecznie, ale w słoneczny, ciepły dzień to zdecydowanie coś, co warto, bo malowniczość jest w pakiecie przy każdej pogodzie. W miasteczku znajduje się również oceanarium, niestety czynne do 18, więc kiedy po obiedzie z widokiem w Orce (Rotunda das Piscinas nº 3), wytoczyłam się w wieczór, już nie było sensu wbijać na ostatnią chwilę.
Lokalna specjalność - Bolo do caco, płaski chlebek często z czosnkiem
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 5, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
portugalia, madera, porto-moniz, ribeira-brava
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[31.01.2023]
Madera jest mała, ma 57 km długości i 22 km szerokości; owszem, to nie jest tak, że z jednego końca na drugi przejeżdża się odpowiednio w pół godziny i kwadrans, bo górki i postrzępione wybrzeże, ale odległości są żadne. Dlatego zwykle trasę (w moim przypadku z Sao Martinho, o którym niebawem) zwykle planowałam metodą małych skoków, żeby podczas jednego wyjazdu zobaczyć więcej. Oczywiście plany sobie, życie sobie, ale moim zdaniem to optymalna metoda na miejsce z setką fantastycznych widoków. Ribeira Brava na południu i Porto Moniz na północy mogą stać się punktami na różnych trasach, przykładowo:
Cabo Girão - Ribeira Brava - przełęcz Encumeada - Porto Moniz - płaskowyż Paúl da Serra - Bica da Cana - Câmara de Lobos
albo, alternatywnie,
Ribeira Brava - Cascata dos Anjos - Praia da Calheta - Farol da Ponta do Pargo - Teleférico das Achadas da Cruz - Porto Moniz (Natural Swimming Pools i Aquário da Madeira) - Fanal.
Na każdej z tras da się zatrzymać przy mniejszych atrakcjach - punktach widokowych czy w miasteczkach albo zrobić sobie pętlę spacerową po lewadzie.
Do Ribeira Brava można pojechać obejrzeć Stadion Narodowy Madery (nie no, oczywiście że nie pojechałam, do muzeum CR też nie). Urokiem miasteczka są łączące się strumienie wody, spływające z lewad i wpadające do oceanu. Zatrzymałam się przy zabytkowym kościele (płatne parkingi!) Igreja de São Bento z XV wieku, ale po szybkim rzucie oka raczej skupiliśmy się na uroczej promenadzie przy plaży i samej plaży. Plaża wprawdzie kamienista, ale miejscami są łachy czarnego piasku, woda idealnie czysta, aczkolwiek w styczniu jednak lekutko zimna, Bałtyk w czerwcu. Na plaży, gdzie z córką szukałyśmy szkiełek i muszelek, spotkałyśmy uroczego owczarka niemieckiego z rodziną, który nie mógł się zdecydować, czy chce się zakumplować z nami, czy jednak woda! fale! patyki! Finalnie wygrała natura.
Kawa i ciacho - słodkie pastel de nata - w Dom Luís restaurante (R. Gago Coutinho e Sacadura Cabral) tuż przy plaży. Niestety, zaczynało padać, na czas kawy schroniliśmy się pod parasolami, ale w drodze do samochodu lało już solidnie, na szczęście to taki wiosenny, ciepły deszczyk, zanim dojechaliśmy do kolejnego miejsca, zdążyliśmy wyschnąć.
W drodze
W drodze
Po drodze do Porto Moniz jest wiele punktów widokowych, jak się trafi taka pogoda, że słońce i deszcz, to na przykład w Miradouro da Santinha można złapać tęczę nad panoramą miasteczka.
W drodze, ponownie
W Porto Moniz główną atrakcją są morskie baseny, zasilane wodą morską, malowniczo przelewającą się przez skałki. W styczniowe, deszczowe popołudnie do pływania niekoniecznie, ale w słoneczny, ciepły dzień to zdecydowanie coś, co warto, bo malowniczość jest w pakiecie przy każdej pogodzie. W miasteczku znajduje się również oceanarium, niestety czynne do 18, więc kiedy po obiedzie z widokiem w Orce (Rotunda das Piscinas nº 3), wytoczyłam się w wieczór, już nie było sensu wbijać na ostatnią chwilę.
Lokalna specjalność - Bolo do caco, płaski chlebek często z czosnkiem
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 5, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
portugalia, madera, porto-moniz, ribeira-brava
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Na “Kota w butach: Ostatnie życzenie” poszłam do kina, bo młodzież się domagała rozrywki. Bardzo przyjemny sidequel cyklu o Shreku z kotem w głównej roli. Puszek niespecjalnie dobrze umie liczyć, dziwi się więc, kiedy okazuje się, że właśnie zużywa swoje dziewiąte, ostatnie życie. Malowniczo się załamuje, trafia do przytułku dla starych kotów, skąd wyciąga go jednak myśl o magicznej gwieździe, która spełnia życzenia. Może mu licznik żyć zresetuje i będzie mógł był wesołym zawadiaką przez kolejne wcielenia. Do magicznego skarbu jest oczywiście więcej chętnych, Kot również buduje sobie, nieco niechętnie, drużynę składającą się z narzeczonej opuszczonej przed ołtarzem i szczeniaka-Pollyanny. Trochę magii, sporo naparzania się i układów choreograficznych, humor, bardzo dobra muzyka i mnóstwo mrugnięć do widza starszego.
”Visitors”, już z zacisza własnego fotela, to krótki serial o tym, co się może stać, gdy na Ziemi wylądują kosmici i nie będzie to prominentne miasto w USA, taki komediowy cross-over między Tales from the Loop i Miasteczkiem Twin Peaks. Richard, dawniej właściciel salonu gier video, decyduje się zostać policjantem, jak jego dziadek, aktualnie pacjent demencyjny. Pierwszego dnia służby zaczynają się dziać dziwne rzeczy - na niebie coś wybucha, a w miasteczku pojawiają się wzajemnie zwalczający się kosmici, agenci federalni oraz dawno zaginiony dziadek jednej z policjantek. Liczę na sezon drugi, bo zakończenie jest uroczo dwuznaczne i sugeruje zabawę w wiele rzeczywistości.
”Intergallactic” to dla odmiany brytyjska przygodówka w klimacie Expanse i Firefly: w XXII wieku, po drastycznych zmianach klimatycznych, na zubożałej we wszystkie źródła energii Ziemi ustanowił się Commonworld. Policjantka, córka kanclerki, zostaje oskarżona o poważne przestępstwo i zanim ustosunkowana matka zdąży zareagować, leci wraz z innymi przestępczyniami do kolonii karnej. Oczywiście szybko wychodzi, że to ustawka - więźniarki przejmują statek, na pokładzie jest też naukowczyni, oficjalnie wróg publiczny Commonworldu, a tak naprawdę jedyna osoba, która umie znaleźć nowe paliwo, niezbędne do przetrwania cywilizacji. Równie szybko okazuje się, że Commonworld wcale nie jest systemem idealnym, a raczej reżimem, więc sabotująca ucieczkę więźniarek policjantka staje przed również osobistym dylematem, czy wspierać rzeczywistość, w której się wychowała, czy stanąć po stronie rebelii. Dużo strzelanek, trup pada gęsto, girl power, cyniczny pilot do wynajęcia i różne ciekawe światy, jakie pasażerki statku zwiedzają w drodze do docelowej “Arkadii”. Niestety, nie docierają tam, bo serial został scancelowany po pierwszym sezonie. A szkoda.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 3, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Na “Kota w butach: Ostatnie życzenie” poszłam do kina, bo młodzież się domagała rozrywki. Bardzo przyjemny sidequel cyklu o Shreku z kotem w głównej roli. Puszek niespecjalnie dobrze umie liczyć, dziwi się więc, kiedy okazuje się, że właśnie zużywa swoje dziewiąte, ostatnie życie. Malowniczo się załamuje, trafia do przytułku dla starych kotów, skąd wyciąga go jednak myśl o magicznej gwieździe, która spełnia życzenia. Może mu licznik żyć zresetuje i będzie mógł był wesołym zawadiaką przez kolejne wcielenia. Do magicznego skarbu jest oczywiście więcej chętnych, Kot również buduje sobie, nieco niechętnie, drużynę składającą się z narzeczonej opuszczonej przed ołtarzem i szczeniaka-Pollyanny. Trochę magii, sporo naparzania się i układów choreograficznych, humor, bardzo dobra muzyka i mnóstwo mrugnięć do widza starszego.
”Visitors”, już z zacisza własnego fotela, to krótki serial o tym, co się może stać, gdy na Ziemi wylądują kosmici i nie będzie to prominentne miasto w USA, taki komediowy cross-over między Tales from the Loop i Miasteczkiem Twin Peaks. Richard, dawniej właściciel salonu gier video, decyduje się zostać policjantem, jak jego dziadek, aktualnie pacjent demencyjny. Pierwszego dnia służby zaczynają się dziać dziwne rzeczy - na niebie coś wybucha, a w miasteczku pojawiają się wzajemnie zwalczający się kosmici, agenci federalni oraz dawno zaginiony dziadek jednej z policjantek. Liczę na sezon drugi, bo zakończenie jest uroczo dwuznaczne i sugeruje zabawę w wiele rzeczywistości.
”Intergallactic” to dla odmiany brytyjska przygodówka w klimacie Expanse i Firefly: w XXII wieku, po drastycznych zmianach klimatycznych, na zubożałej we wszystkie źródła energii Ziemi ustanowił się Commonworld. Policjantka, córka kanclerki, zostaje oskarżona o poważne przestępstwo i zanim ustosunkowana matka zdąży zareagować, leci wraz z innymi przestępczyniami do kolonii karnej. Oczywiście szybko wychodzi, że to ustawka - więźniarki przejmują statek, na pokładzie jest też naukowczyni, oficjalnie wróg publiczny Commonworldu, a tak naprawdę jedyna osoba, która umie znaleźć nowe paliwo, niezbędne do przetrwania cywilizacji. Równie szybko okazuje się, że Commonworld wcale nie jest systemem idealnym, a raczej reżimem, więc sabotująca ucieczkę więźniarek policjantka staje przed również osobistym dylematem, czy wspierać rzeczywistość, w której się wychowała, czy stanąć po stronie rebelii. Dużo strzelanek, trup pada gęsto, girl power, cyniczny pilot do wynajęcia i różne ciekawe światy, jakie pasażerki statku zwiedzają w drodze do docelowej “Arkadii”. Niestety, nie docierają tam, bo serial został scancelowany po pierwszym sezonie. A szkoda.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 3, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 4 komentarze
- Skomentuj