Narratorka, którą ze względu na pamiętnikarsko-eseistyczny sposób narracji utożsamiam jednak z autorką, opowiada o samobójczej śmierci swojego przyjaciela, pisarza i wykładowcy literatury. Mężczyzna popełnił samobójstwo w kwiecie wieku, zostawiając trzecią żonę i, jak się okazuje po pogrzebie, w testamencie prosi narratorkę o opiekę nad psem: wielkim dogiem arlekinem. Pies jest po przejściach, został przez mężczyznę znaleziony kilka lat wcześniej w parku, nie udało się znaleźć właściciela, któremu się zgubił lub który go porzucił, teraz bardzo źle reaguje na brak swojego człowieka. Narratorka czuje się wmanewrowana przez przyjaciela, ale zgadza się, bo czuje wspólnotę doświadczania żałoby. Narracja przez to jest dwuwątkowa - dygresyjne wspomnienia o zmarłym przeplatają się opowieścią o stopniowym oswajaniu starzejącego się, łagodnego olbrzyma o imieniu Apollo. Niby prosta opowieść o przyjaźni nieco się komplikuje, bo tak naprawdę nie wiem po przeczytaniu, kim jest tytułowy przyjaciel - czy człowiek, który zdecydował się odejść, czy pies, dla którego dom narratorki był trzecią w życiu i prawdopodobnie ostatnią przystanią. I wtedy pojawia się koniec, który zmienia całą wymowę książki; zwykle w przypadku takiego rozwiązania fabularnego miałam poczucie oszukania, ale tu tak nie było, bo to bardzo przewrotna opowieść, która finalnie jest przede wszystkim historią o byciu pisarzem.
Książka nie jest długa, na dwa wieczory, ale ile tu się dzieje! Dojrzałe, introspektywne przeżywanie żałoby, na którą de facto świat autorce nie pozwala, wszak była tylko przyjaciółką, nie żoną, partnerką jednorazowego romansu, zawsze gdzieś z boku, przeplata się z erudycyjnymi nawiązaniami literaturowymi i opowieści o codzienności pracy wykładowcy/-czyni i pisarza/-rki (jest i narzekanie na tych dzisiejszych studentów). Jest obserwacja mechanizmów, które sprawiały, że (do czasu) mężczyźnie na stanowisku wolno było uwodzić studentki, wprowadzać atmosferę erotyzmu przez umiejętny dobór literatury; gdzieś na marginesie pojawia się wątpliwość, czy bycie pisarzem zwalnia ze społecznych mechanizmów kontroli (patrz: “Lolita”) i odwrotnie - czy cancel culture w uproszczeniu odrzucająca wszystkich twórców, nie prezentujących “się jako osoba, którą chcielibyśmy mieć za przyjaciela, co oznacza kogoś postępowego i prowadzącego zdrowy tryb życia”, to zdrowe podejście. Wreszcie pies jako towarzysz człowieka, nie w kontekście codziennych spacerów, ale jako archetyp wierności i miłości po grób - Hachiko czy Greyfriars Bobby. Autorka pokazuje literaturowe przykłady miłości, czasem przerażająco skrzywionej, niejednoznacznej antropomorfizacji zwierząt, wreszcie prawdziwego bólu, kiedy to człowiek musi zdecydować o tym, żeby cierpiącemu zwierzęciu pozwolić odejść. Zastanawia się, ile w tym jest egoizmu, a nie miłości, bo niedaleko tutaj do pytania, czy komuś, kto cierpi, powinno się pozwolić odejść (patrz: przyjaciel, który zdecydował się zakończyć swoje życie).
Rzadko mam takie poczucie, ale to książka do powtórnego przeczytania, również w odniesieniu do niespodziewanego zakończenia.
Inne tej autorki:
#5
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 18, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2023
- 2 komentarze
- Skomentuj
Narratorka, którą ze względu na pamiętnikarsko-eseistyczny sposób narracji utożsamiam jednak z autorką, opowiada o samobójczej śmierci swojego przyjaciela, pisarza i wykładowcy literatury. Mężczyzna popełnił samobójstwo w kwiecie wieku, zostawiając trzecią żonę i, jak się okazuje po pogrzebie, w testamencie prosi narratorkę o opiekę nad psem: wielkim dogiem arlekinem. Pies jest po przejściach, został przez mężczyznę znaleziony kilka lat wcześniej w parku, nie udało się znaleźć właściciela, któremu się zgubił lub który go porzucił, teraz bardzo źle reaguje na brak swojego człowieka. Narratorka czuje się wmanewrowana przez przyjaciela, ale zgadza się, bo czuje wspólnotę doświadczania żałoby. Narracja przez to jest dwuwątkowa - dygresyjne wspomnienia o zmarłym przeplatają się opowieścią o stopniowym oswajaniu starzejącego się, łagodnego olbrzyma o imieniu Apollo. Niby prosta opowieść o przyjaźni nieco się komplikuje, bo tak naprawdę nie wiem po przeczytaniu, kim jest tytułowy przyjaciel - czy człowiek, który zdecydował się odejść, czy pies, dla którego dom narratorki był trzecią w życiu i prawdopodobnie ostatnią przystanią. I wtedy pojawia się koniec, który zmienia całą wymowę książki; zwykle w przypadku takiego rozwiązania fabularnego miałam poczucie oszukania, ale tu tak nie było, bo to bardzo przewrotna opowieść, która finalnie jest przede wszystkim historią o byciu pisarzem.
Książka nie jest długa, na dwa wieczory, ale ile tu się dzieje! Dojrzałe, introspektywne przeżywanie żałoby, na którą de facto świat autorce nie pozwala, wszak była tylko przyjaciółką, nie żoną, partnerką jednorazowego romansu, zawsze gdzieś z boku, przeplata się z erudycyjnymi nawiązaniami literaturowymi i opowieści o codzienności pracy wykładowcy/-czyni i pisarza/-rki (jest i narzekanie na tych dzisiejszych studentów). Jest obserwacja mechanizmów, które sprawiały, że (do czasu) mężczyźnie na stanowisku wolno było uwodzić studentki, wprowadzać atmosferę erotyzmu przez umiejętny dobór literatury; gdzieś na marginesie pojawia się wątpliwość, czy bycie pisarzem zwalnia ze społecznych mechanizmów kontroli (patrz: “Lolita”) i odwrotnie - czy cancel culture w uproszczeniu odrzucająca wszystkich twórców, nie prezentujących “się jako osoba, którą chcielibyśmy mieć za przyjaciela, co oznacza kogoś postępowego i prowadzącego zdrowy tryb życia”, to zdrowe podejście. Wreszcie pies jako towarzysz człowieka, nie w kontekście codziennych spacerów, ale jako archetyp wierności i miłości po grób - Hachiko czy Greyfriars Bobby. Autorka pokazuje literaturowe przykłady miłości, czasem przerażająco skrzywionej, niejednoznacznej antropomorfizacji zwierząt, wreszcie prawdziwego bólu, kiedy to człowiek musi zdecydować o tym, żeby cierpiącemu zwierzęciu pozwolić odejść. Zastanawia się, ile w tym jest egoizmu, a nie miłości, bo niedaleko tutaj do pytania, czy komuś, kto cierpi, powinno się pozwolić odejść (patrz: przyjaciel, który zdecydował się zakończyć swoje życie).
Rzadko mam takie poczucie, ale to książka do powtórnego przeczytania, również w odniesieniu do niespodziewanego zakończenia.
Inne tej autorki:
#5
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 18, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2023
- 2 komentarze
- Skomentuj
Niesezon jest. Jak jest słonko (a ostatnio było! dwa dni z rzędu!), to pracuję, jak kończę pracować albo jest weekend, to nie ma słonka. Jak się łatwo domyślić, w tej sytuacji Nie Bywam Nigdzie. To i nie ma zdjęć. Ale nie bójcie się, mam jeszcze w zapasach trochę koloru. W listopadzie, wyprawiwszy zstępną do Włoch (pod opieką, ale samą! z zapasem euro i kartą, samą!), pewnego słonecznego poranka poszliśmy na śniadanie do stosunkowo niedawno odremontowanej restauracji Port Sołacz. Nie że ze zstępną źle, ale umówmy się, znacznie spokojniej bez; spotkaliśmy znajomych, którzy dawno temu zajmowali się naszym małym dzieckiem, żebyśmy mogli iść do kina czy na koncert, teraz przyszli z prawie dwulatką i z zazdrością słuchali, że kiedyś przyjdzie taki moment, że nie będą ciągnąć ze sobą opornego balastu. Śniadanie bardzo dobre, kawa również, świetnie miejsce, żeby podreperować nadwątlone spacerem siły. Trochę tęsknię za tym czasem, kiedy na Sołaczu bywałam codziennie, ale tego kawałka już nie ma, żyćko. Na pocieszenie, głównie swoje, dorzucam trochę archiwalnych, nie publikowanych zdjęć z okolicznej Rusałki i golęcińskiego stadionu.




GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 17, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
solacz, rusalka
- 4 komentarze
- Skomentuj
Niesezon jest. Jak jest słonko (a ostatnio było! dwa dni z rzędu!), to pracuję, jak kończę pracować albo jest weekend, to nie ma słonka. Jak się łatwo domyślić, w tej sytuacji Nie Bywam Nigdzie. To i nie ma zdjęć. Ale nie bójcie się, mam jeszcze w zapasach trochę koloru. W listopadzie, wyprawiwszy zstępną do Włoch (pod opieką, ale samą! z zapasem euro i kartą, samą!), pewnego słonecznego poranka poszliśmy na śniadanie do stosunkowo niedawno odremontowanej restauracji Port Sołacz. Nie że ze zstępną źle, ale umówmy się, znacznie spokojniej bez; spotkaliśmy znajomych, którzy dawno temu zajmowali się naszym małym dzieckiem, żebyśmy mogli iść do kina czy na koncert, teraz przyszli z prawie dwulatką i z zazdrością słuchali, że kiedyś przyjdzie taki moment, że nie będą ciągnąć ze sobą opornego balastu. Śniadanie bardzo dobre, kawa również, świetnie miejsce, żeby podreperować nadwątlone spacerem siły. Trochę tęsknię za tym czasem, kiedy na Sołaczu bywałam codziennie, ale tego kawałka już nie ma, żyćko. Na pocieszenie, głównie swoje, dorzucam trochę archiwalnych, nie publikowanych zdjęć z okolicznej Rusałki i golęcińskiego stadionu.




GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 17, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
solacz, rusalka
- 4 komentarze
- Skomentuj
Przełom lat 50. i 60. Miriam Maisel ma dwójkę dzieci, piękne mieszkanie na Manhattanie oraz męża, który zrobił karierę w biznesie, a do tego chciałby zostać hobbystycznie komikiem. Niestety mimo wysiłków, głównie żony, niespecjalnie mu idzie. Pewnego dnia pęka i spuszcza bombę - ma romans, jest rozczarowany życiem oraz brakiem sukcesów na scenie i ją opuszcza. I żonę, i scenę. Wściekła Miriam upija się i niechcący występuje w bardzo udanym improwizowanym stand-upie w jednym z klubów, wprawdzie trafia do aresztu, ale jest to pierwszy krok do tego, żeby zaczęła rozważać, czy rola żydowskiej żony, córki i synowej szacownych żydowskich rodzin to rola dla niej. Wspiera ją w tym Susie, dość bałaganiarska managerka z klubu. W tle przekrój* społeczny życia amerykańskiej klasy średniej, perypetie miłosne, scenki z szołbiznesu czasów analogowych i początków telewizji, trochę umiarkowanego rasizmu i nieumiarkowany szowinizim. Miriam jest (zwykle) zabawna w tym, co robi, czasem bywa dramatycznie, jeśli potrzebujecie jakiejś zabawnej, nie ogłupiającej obyczajówki na długie wieczory, to może to być serial dla Was.
Ale *.
Po pierwszych odcinkach, ba, chyba nawet przez półtora sezonu, byłam zachwycona. Bo zabawny kobiecy stand-up, dekonstrukcja mitu gospodyni domowej, społeczne rytuały nowojorskich żydów egzotyczne, zwłaszcza z bałaganiarskim przemysłowcem Maiselem (teściem) i autystycznym naukowcem Weissmanem (ojcem), piękne wnętrza i kostiumy. Niestety, to serial, który cierpi na syndrom “za dużo” - za dużo pieniędzy na sceny zbiorowe, kostiumy i robienie wszystkiego na bogato. Ze spokojem można by było skomasować akcję do dwóch sezonów (aktualnie cztery, piąty i mam nadzieję ostatni w drodze), ale nie, musi być miejsce na odcinek z musicalem, odcinek drogi, trzeba pokazywać fragmenty przedstawień innych artystów, nie tylko komediowych, trzeba rozwlekać najprostsze gagi na kilkadziesiąt minut, wprowadzać kolejne i kolejne wątki tylko po to, żeby o nich zapomnieć albo żeby wyjaśniły zmianę lokalizacji. I kostiumy, tysiące kostiumów, wspominałam o kostiumach? Ale najgorsze to niespójność głównej bohaterki - Miriam na scenie jest inteligentna, sarkastyczna, celna w obserwacjach (i potrafi pokazać gołą pierś, fakt, że po alkoholu), niestety tę cechę traci w życiu codziennym, zamieniając się w mieszczkę, 100% tradwife, skrępowaną również metaforycznym gorsetem zwyczajów. Musi pojechać na lato do tego samego kurortu i brać udział w zabawach, musi mieć aprobatę rabina, musi utrzymywać pozory, nawet jeśli już nie ma ku temu żadnych powodów, a presja otoczenia do niektórych zachowań wcale jej nie zmusza. Ja wiem, że łatwo mi mówić z wyżyn AD 202x, ale jeśli już scenarzyści bawią się w dekonstrukcję, to niech będą konsekwentni. Zgadzam się też z zarzutem, że niby serial z pazurem, ale wszystko jest tylko pozornie odważne, bo nawet ten szowinizm taki ładniutki, pastelowy. Gdzieś przemyka się delikatne wspomnienie rasizmu, policja to zabawne chłopaki, którzy robią wesołe naloty i wszyscy się dobrze bawią pod celą, podobnie inne służby, które może i mogą pisarzowi zakazać publikacji i przyglądać się zdradzie tajemnicy państwowej, ale na końcu wystarczy podać im mostek wołowy (specjalność Midge), żeby problem zniknął. Takie to wodewilowe, chociaż miłe dla oka.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 16, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przełom lat 50. i 60. Miriam Maisel ma dwójkę dzieci, piękne mieszkanie na Manhattanie oraz męża, który zrobił karierę w biznesie, a do tego chciałby zostać hobbystycznie komikiem. Niestety mimo wysiłków, głównie żony, niespecjalnie mu idzie. Pewnego dnia pęka i spuszcza bombę - ma romans, jest rozczarowany życiem oraz brakiem sukcesów na scenie i ją opuszcza. I żonę, i scenę. Wściekła Miriam upija się i niechcący występuje w bardzo udanym improwizowanym stand-upie w jednym z klubów, wprawdzie trafia do aresztu, ale jest to pierwszy krok do tego, żeby zaczęła rozważać, czy rola żydowskiej żony, córki i synowej szacownych żydowskich rodzin to rola dla niej. Wspiera ją w tym Susie, dość bałaganiarska managerka z klubu. W tle przekrój* społeczny życia amerykańskiej klasy średniej, perypetie miłosne, scenki z szołbiznesu czasów analogowych i początków telewizji, trochę umiarkowanego rasizmu i nieumiarkowany szowinizim. Miriam jest (zwykle) zabawna w tym, co robi, czasem bywa dramatycznie, jeśli potrzebujecie jakiejś zabawnej, nie ogłupiającej obyczajówki na długie wieczory, to może to być serial dla Was.
Ale *.
Po pierwszych odcinkach, ba, chyba nawet przez półtora sezonu, byłam zachwycona. Bo zabawny kobiecy stand-up, dekonstrukcja mitu gospodyni domowej, społeczne rytuały nowojorskich żydów egzotyczne, zwłaszcza z bałaganiarskim przemysłowcem Maiselem (teściem) i autystycznym naukowcem Weissmanem (ojcem), piękne wnętrza i kostiumy. Niestety, to serial, który cierpi na syndrom “za dużo” - za dużo pieniędzy na sceny zbiorowe, kostiumy i robienie wszystkiego na bogato. Ze spokojem można by było skomasować akcję do dwóch sezonów (aktualnie cztery, piąty i mam nadzieję ostatni w drodze), ale nie, musi być miejsce na odcinek z musicalem, odcinek drogi, trzeba pokazywać fragmenty przedstawień innych artystów, nie tylko komediowych, trzeba rozwlekać najprostsze gagi na kilkadziesiąt minut, wprowadzać kolejne i kolejne wątki tylko po to, żeby o nich zapomnieć albo żeby wyjaśniły zmianę lokalizacji. I kostiumy, tysiące kostiumów, wspominałam o kostiumach? Ale najgorsze to niespójność głównej bohaterki - Miriam na scenie jest inteligentna, sarkastyczna, celna w obserwacjach (i potrafi pokazać gołą pierś, fakt, że po alkoholu), niestety tę cechę traci w życiu codziennym, zamieniając się w mieszczkę, 100% tradwife, skrępowaną również metaforycznym gorsetem zwyczajów. Musi pojechać na lato do tego samego kurortu i brać udział w zabawach, musi mieć aprobatę rabina, musi utrzymywać pozory, nawet jeśli już nie ma ku temu żadnych powodów, a presja otoczenia do niektórych zachowań wcale jej nie zmusza. Ja wiem, że łatwo mi mówić z wyżyn AD 202x, ale jeśli już scenarzyści bawią się w dekonstrukcję, to niech będą konsekwentni. Zgadzam się też z zarzutem, że niby serial z pazurem, ale wszystko jest tylko pozornie odważne, bo nawet ten szowinizm taki ładniutki, pastelowy. Gdzieś przemyka się delikatne wspomnienie rasizmu, policja to zabawne chłopaki, którzy robią wesołe naloty i wszyscy się dobrze bawią pod celą, podobnie inne służby, które może i mogą pisarzowi zakazać publikacji i przyglądać się zdradzie tajemnicy państwowej, ale na końcu wystarczy podać im mostek wołowy (specjalność Midge), żeby problem zniknął. Takie to wodewilowe, chociaż miłe dla oka.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 16, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Żeby pokazać nastolatce, że to nie jest tak, że jej pokolenie odkryło mangę i anime[1], eloy wyciągnął z zasobów “Ghost in the Shell”. Trochę przewracałam oczami i sarkałam, że nie trafia do mnie estetyka i nie czuję emocji, ale odwołuję wszystko, co mówiłam, bo to bardzo dobry film. XXI wiek (haha). Ludzie mogą żyć jako cyborgi, wystarczy minimalna rozumna część człowieka. Motoko, cyberpolicjantka, ściga hakera, zwanego Puppet Master; rządowa agencja chce go złapać, bo nie dość, że potrafi włamywać się do komputerów, to jeszcze wchodzi do umysłów cyborgów. Tyle że nie ma hakera, a świadoma osobowość, która zrodziła się w Sieci jako efekt uboczny rządowych projektów. Motoko rozumie Puppet Mastera i jego motywacje, decyduje się więc połączyć swój umysł z umysłem “ghosta” i, zostawiając agencję rządową w przekonaniu, że świadomość została unicestwiona, odchodzi w nowym ciele. Oczywiście dookoła tego jest kilka innych wątków, mnóstwo pościgów i naparzanek, trochę polityki i dyskusja o tym, co konstytuuje świadomość (patrz “Matrix”). 1995, nie zestarzał się ani trochę.
Pokazaliśmy też film gorszego sortu, który się zestarzał bardzo. “Czy leci z nami pilot” to historia pechowego lotu, podczas którego załoga (pedofil, koszykarz incognito i ten trzeci, wszyscy ze śmiesznymi imionami typu “Roger” i “Over”) zatruła się nieświeżą rybą, samolot pilotuje automatyczny pilot z zaworkiem do nadmuchiwania w okolicy pasa, ale ktoś musi wylądować. Na szczęście na pokładzie jest pilot wojskowy z traumą, zakochany w stewardesie, więc kiedy już zanudzi na śmierć współpasażerów opowiadaniem o swoich problemach, przezwycięża traumę i problem z piciem i ląduje. W międzyczasie są żarty fekalne, erotyczne, gołe cycki, przemoc, Leslie Nielsen, narkotyki, seksizm, kolonializm, rasizm i inne zabawne sytuacje. Śmieszne, ale niekoniecznie.
[1] Jakiś czas temu chcieliśmy nawet rodzinnie pójść na “One Piece: Red”, ale młodzież oznajmiła, że to krindż, więc poszła z koleżanką.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 14, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Żeby pokazać nastolatce, że to nie jest tak, że jej pokolenie odkryło mangę i anime[1], eloy wyciągnął z zasobów “Ghost in the Shell”. Trochę przewracałam oczami i sarkałam, że nie trafia do mnie estetyka i nie czuję emocji, ale odwołuję wszystko, co mówiłam, bo to bardzo dobry film. XXI wiek (haha). Ludzie mogą żyć jako cyborgi, wystarczy minimalna rozumna część człowieka. Motoko, cyberpolicjantka, ściga hakera, zwanego Puppet Master; rządowa agencja chce go złapać, bo nie dość, że potrafi włamywać się do komputerów, to jeszcze wchodzi do umysłów cyborgów. Tyle że nie ma hakera, a świadoma osobowość, która zrodziła się w Sieci jako efekt uboczny rządowych projektów. Motoko rozumie Puppet Mastera i jego motywacje, decyduje się więc połączyć swój umysł z umysłem “ghosta” i, zostawiając agencję rządową w przekonaniu, że świadomość została unicestwiona, odchodzi w nowym ciele. Oczywiście dookoła tego jest kilka innych wątków, mnóstwo pościgów i naparzanek, trochę polityki i dyskusja o tym, co konstytuuje świadomość (patrz “Matrix”). 1995, nie zestarzał się ani trochę.
Pokazaliśmy też film gorszego sortu, który się zestarzał bardzo. “Czy leci z nami pilot” to historia pechowego lotu, podczas którego załoga (pedofil, koszykarz incognito i ten trzeci, wszyscy ze śmiesznymi imionami typu “Roger” i “Over”) zatruła się nieświeżą rybą, samolot pilotuje automatyczny pilot z zaworkiem do nadmuchiwania w okolicy pasa, ale ktoś musi wylądować. Na szczęście na pokładzie jest pilot wojskowy z traumą, zakochany w stewardesie, więc kiedy już zanudzi na śmierć współpasażerów opowiadaniem o swoich problemach, przezwycięża traumę i problem z piciem i ląduje. W międzyczasie są żarty fekalne, erotyczne, gołe cycki, przemoc, Leslie Nielsen, narkotyki, seksizm, kolonializm, rasizm i inne zabawne sytuacje. Śmieszne, ale niekoniecznie.
[1] Jakiś czas temu chcieliśmy nawet rodzinnie pójść na “One Piece: Red”, ale młodzież oznajmiła, że to krindż, więc poszła z koleżanką.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 14, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Sierżanta Chrzanowskiego przegania przez życie wiatr historii. Kilka lat szkoły podstawowej, wojna, jako 17-latek zgłasza się do wojska zaraz po wyzwoleniu, walczy w Bieszczadach z upowcami, jako świeżo upieczony milicjant jedzie nad Odrę, na Ziemie Odzyskane, gdzie walczy z bandami Wherwolfu (sic!), awansuje, walczy z szabrem, poskramia bandytyzm i walnie przyczynia się do normalizacji życia na swoim terenie, kończy zaocznie szkołę podstawową, pracuje jako komendant prowincjonalnego posterunku, ale żeby pójść dalej - do szkoły policyjnej w Szczytnie - musi zdać maturę. Siedzi więc po godzinach, uczy się matematyki, jego zmorą jest geometria[1]. Kiedy dowiaduje się, że w jego okolicy po raz kolejny uderzył przestępca z charakterystyczną blizną, zgłasza się do komendy w Ciechanowie, że chce pomóc w tym trudnym i nierozwikłanym jak na razie śledztwie, żeby dostać punkty za aktywność. Na początku oczywiście wszyscy są nieufni[2], ale Chrzanowski szybko pokazuje, że jest mistrzem dedukcji, a z samej lektury akt wyciąga o wiele więcej informacji niż wyżsi stopniem oficerowie. Ponieważ przestępca jest zaskakująco dobrze poinformowany o osobach, które aktualnie mają większą gotówkę, ale też o każdej czynności milicji, jest podejrzenie, że nawet w samej komendzie wojewódzkiej może być jego szpieg albo sam zbrodniarz. Sprawę oczywiście wyjaśnia Chrzanowski i dostaje zielone światło na szkołę podoficerską w Szczytnie, jeśli tylko zda maturę, w tym tę nieszczęsną geometrię[3].
Schemat goni schemat. Pracowity Chrzanowski sam robi gipsowe odlewy, odkrywa zależności między napadami a porą roku, postrzelony udaje martwego, żeby morderca się do niego zbliżył, idzie do teatru, gdzie dowiaduje się od znanego aktora, jak się robi - spoiler alert - sztuczne blizny (i w zasadzie ma już podanego podejrzanego na tacy), udziela rad w kwestii damskich fryzur. Jego wyższy stopniem kolega, któremu nie udało się przez lata aż tyle osiągnąć, patrzy na niego jak w obrazek, a sam popełnia niedyskrecje, które mogą śledztwo dużo kosztować. Obraz społeczeństwa też jest bardzo uproszczony - codzienne zakupy i obiad jako centralny punkt dnia, żona w domu przy dzieciach i gospodarstwie, pracują tylko panny, wdowy i rozwódki, a do fryzjera chodzi się na mycie i czesanie przynajmniej raz w tygodni.
Się dzwoni: aparatem z korbką.
Się wychowuje dzieci: - Hanka wróciła do domu prawie o dziewiątej - wyjaśniła matka. - Chciałam jej dobrze przyłożyć za to włóczenie się po nocy, ale ojciec ją wybronił. Jeszcze raz tak zrobi, to popamięta ruski miesiąc. (...) - Ojciec kupił mu czarną ortalionową wiatrówkę. Nieraz mówiłam chłopakowi, żeby oszczędzał ją na święta, ale czy to posłucha? Żebym nie dopilnowała, to chyba by w niej i spał.
Seksizm powszedni: sekretarka majora jest “przystojna i sympatyczna”, zaś panna Halinka, fryzjerka, “jeszcze zgrabniejsza i ładniejsza” (na tyle atrakcyjna, że jeden z młodych plutonowych MO, poważnie zadurzony w pannie Halince, nadużywając nieco swoich możliwości zawodowych, zdołał wykryć, że panna Halinka wcale nie jest, jeżeli chodzi o stan cywilny, „panną”, lecz rozwódką). Kobieta, która po wypadku miała blizny na twarzy, była traktowana jak ktoś gorszy, na szczęście, kiedy blizny zniknęły, jej śliczna twarzyczka cieszyła oko mężczyzn.
Się kupuje: szynkę spod lady, jeśli się jest żoną komendanta.
Się ogląda: “Stawkę większą niż życie”, bo to święto narodowe.
[1] Bawiąc-uczyć: w jaki trapez równoramienny można wpisać okrąg. Autor nawet zamieścił rozwiązanie zadania wraz ze wzorami.
[2] ”On już wie, że macie razem pracować. Jak się zbłaźnicie, obaj dostaniecie po uszach”.
[3] I serio, nikt nie zadaje sobie pytania, na co 45-letniemu mężczyźnie, który od ponad 25 lat pracuje w służbie, matura.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#4
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 13, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, kryminal, klub-srebrnego-klucza, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Sierżanta Chrzanowskiego przegania przez życie wiatr historii. Kilka lat szkoły podstawowej, wojna, jako 17-latek zgłasza się do wojska zaraz po wyzwoleniu, walczy w Bieszczadach z upowcami, jako świeżo upieczony milicjant jedzie nad Odrę, na Ziemie Odzyskane, gdzie walczy z bandami Wherwolfu (sic!), awansuje, walczy z szabrem, poskramia bandytyzm i walnie przyczynia się do normalizacji życia na swoim terenie, kończy zaocznie szkołę podstawową, pracuje jako komendant prowincjonalnego posterunku, ale żeby pójść dalej - do szkoły policyjnej w Szczytnie - musi zdać maturę. Siedzi więc po godzinach, uczy się matematyki, jego zmorą jest geometria[1]. Kiedy dowiaduje się, że w jego okolicy po raz kolejny uderzył przestępca z charakterystyczną blizną, zgłasza się do komendy w Ciechanowie, że chce pomóc w tym trudnym i nierozwikłanym jak na razie śledztwie, żeby dostać punkty za aktywność. Na początku oczywiście wszyscy są nieufni[2], ale Chrzanowski szybko pokazuje, że jest mistrzem dedukcji, a z samej lektury akt wyciąga o wiele więcej informacji niż wyżsi stopniem oficerowie. Ponieważ przestępca jest zaskakująco dobrze poinformowany o osobach, które aktualnie mają większą gotówkę, ale też o każdej czynności milicji, jest podejrzenie, że nawet w samej komendzie wojewódzkiej może być jego szpieg albo sam zbrodniarz. Sprawę oczywiście wyjaśnia Chrzanowski i dostaje zielone światło na szkołę podoficerską w Szczytnie, jeśli tylko zda maturę, w tym tę nieszczęsną geometrię[3].
Schemat goni schemat. Pracowity Chrzanowski sam robi gipsowe odlewy, odkrywa zależności między napadami a porą roku, postrzelony udaje martwego, żeby morderca się do niego zbliżył, idzie do teatru, gdzie dowiaduje się od znanego aktora, jak się robi - spoiler alert - sztuczne blizny (i w zasadzie ma już podanego podejrzanego na tacy), udziela rad w kwestii damskich fryzur. Jego wyższy stopniem kolega, któremu nie udało się przez lata aż tyle osiągnąć, patrzy na niego jak w obrazek, a sam popełnia niedyskrecje, które mogą śledztwo dużo kosztować. Obraz społeczeństwa też jest bardzo uproszczony - codzienne zakupy i obiad jako centralny punkt dnia, żona w domu przy dzieciach i gospodarstwie, pracują tylko panny, wdowy i rozwódki, a do fryzjera chodzi się na mycie i czesanie przynajmniej raz w tygodni.
Się dzwoni: aparatem z korbką.
Się wychowuje dzieci: - Hanka wróciła do domu prawie o dziewiątej - wyjaśniła matka. - Chciałam jej dobrze przyłożyć za to włóczenie się po nocy, ale ojciec ją wybronił. Jeszcze raz tak zrobi, to popamięta ruski miesiąc. (...) - Ojciec kupił mu czarną ortalionową wiatrówkę. Nieraz mówiłam chłopakowi, żeby oszczędzał ją na święta, ale czy to posłucha? Żebym nie dopilnowała, to chyba by w niej i spał.
Seksizm powszedni: sekretarka majora jest “przystojna i sympatyczna”, zaś panna Halinka, fryzjerka, “jeszcze zgrabniejsza i ładniejsza” (na tyle atrakcyjna, że jeden z młodych plutonowych MO, poważnie zadurzony w pannie Halince, nadużywając nieco swoich możliwości zawodowych, zdołał wykryć, że panna Halinka wcale nie jest, jeżeli chodzi o stan cywilny, „panną”, lecz rozwódką). Kobieta, która po wypadku miała blizny na twarzy, była traktowana jak ktoś gorszy, na szczęście, kiedy blizny zniknęły, jej śliczna twarzyczka cieszyła oko mężczyzn.
Się kupuje: szynkę spod lady, jeśli się jest żoną komendanta.
Się ogląda: “Stawkę większą niż życie”, bo to święto narodowe.
[1] Bawiąc-uczyć: w jaki trapez równoramienny można wpisać okrąg. Autor nawet zamieścił rozwiązanie zadania wraz ze wzorami.
[2] ”On już wie, że macie razem pracować. Jak się zbłaźnicie, obaj dostaniecie po uszach”.
[3] I serio, nikt nie zadaje sobie pytania, na co 45-letniemu mężczyźnie, który od ponad 25 lat pracuje w służbie, matura.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#4
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 13, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, kryminal, klub-srebrnego-klucza, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj