Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu, kolejny odcinek (bo długość książczyny jest dalej mizerna, 80 kindlowych ekranów, na pozostałych 20 są streszczenia wszystkich innych książek wydawnictwa, podobnie jak w poprzednich) jest znacznie ciekawszy. Zamiast powtarzalnego sitcomu z życia nierentownego zamku, zarządzanego przez wiecznie odurzonych Amerykanów i równie nieefektywnych pracowników zasiedziałych, Maria Kostka po nagłych oświadczynach Maxa odwozi go do szpitala, bo zaatakowała go borelioza. Omija ją przez to szereg wydarzeń, które 31 sierpnia 1997 roku miały kulminację w zamku - żałoba po śmierci księżniczki Diany, napad dwóch niezależnych grup przestępczych oraz wjazd policji. Jedna z grup - Sony i Andżela - chciała ukraść dla tajemniczego zleceniodawcy czaszki z katakumb, niestety oboje legitymowali się tak mizernym IQ, że gdyby nie mieli rąk przymocowanych na stałe, to niechybnie by je zgubili. Druga ekipa - rodzina Majerów (i pies), pragnąca pozyskać drogą grabieży obraz Rembrandta - była znacznie inteligentniejsza, ale jak stwierdził porucznik Nowotny, “według policyjnych statystyk ludzie z wyższym wykształceniem są najgorszymi przestępcami. Normalny człowiek nad niczym się nie zastanawia, tylko bierze z domu pończochę, w sklepie zabawkowym kupuje atrapę pistoletu, wpada do banku i dość często taki napad się udaje”. Niestety Majerom, ze względu na nadużywanie środków uspokajających i psychoaktywnych jednocześnie, bliżej było do innej sytuacji, opisywanej przez Nowotnego, “(...) o niedawnym włamaniu do mieszkania, podczas którego patrol policyjny wezwany przez sąsiadów zastał złodzieja na fotelu przed telewizorem, oglądającego Szklaną Pułapkę z Bruce'em Willisem. Przy aresztowaniu nie stawiał oporu, tylko prosił, żeby pozwolono mu obejrzeć film do końca”.
Tak jak poprzednio wspominałam, warto poczekać z lekturą, aż cały “cykl” się skończy (jeszcze nie), żeby przeczytać to jako uczciwą objętościowo książkę, a nie poszarpane odcinki.
Inne tego autora tutaj.
#15
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 11, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 1 komentarz
- Skomentuj
Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu, kolejny odcinek (bo długość książczyny jest dalej mizerna, 80 kindlowych ekranów, na pozostałych 20 są streszczenia wszystkich innych książek wydawnictwa, podobnie jak w poprzednich) jest znacznie ciekawszy. Zamiast powtarzalnego sitcomu z życia nierentownego zamku, zarządzanego przez wiecznie odurzonych Amerykanów i równie nieefektywnych pracowników zasiedziałych, Maria Kostka po nagłych oświadczynach Maxa odwozi go do szpitala, bo zaatakowała go borelioza. Omija ją przez to szereg wydarzeń, które 31 sierpnia 1997 roku miały kulminację w zamku - żałoba po śmierci księżniczki Diany, napad dwóch niezależnych grup przestępczych oraz wjazd policji. Jedna z grup - Sony i Andżela - chciała ukraść dla tajemniczego zleceniodawcy czaszki z katakumb, niestety oboje legitymowali się tak mizernym IQ, że gdyby nie mieli rąk przymocowanych na stałe, to niechybnie by je zgubili. Druga ekipa - rodzina Majerów (i pies), pragnąca pozyskać drogą grabieży obraz Rembrandta - była znacznie inteligentniejsza, ale jak stwierdził porucznik Nowotny, “według policyjnych statystyk ludzie z wyższym wykształceniem są najgorszymi przestępcami. Normalny człowiek nad niczym się nie zastanawia, tylko bierze z domu pończochę, w sklepie zabawkowym kupuje atrapę pistoletu, wpada do banku i dość często taki napad się udaje”. Niestety Majerom, ze względu na nadużywanie środków uspokajających i psychoaktywnych jednocześnie, bliżej było do innej sytuacji, opisywanej przez Nowotnego, “(...) o niedawnym włamaniu do mieszkania, podczas którego patrol policyjny wezwany przez sąsiadów zastał złodzieja na fotelu przed telewizorem, oglądającego Szklaną Pułapkę z Bruce'em Willisem. Przy aresztowaniu nie stawiał oporu, tylko prosił, żeby pozwolono mu obejrzeć film do końca”.
Tak jak poprzednio wspominałam, warto poczekać z lekturą, aż cały “cykl” się skończy (jeszcze nie), żeby przeczytać to jako uczciwą objętościowo książkę, a nie poszarpane odcinki.
Inne tego autora tutaj.
#15
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 11, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nie pamiętam, czy zawsze intryga u ESG była właśnie tak zawiązywana, ale tutaj jest sklejona na ślinę i spinacze - do biura detektywa przychodzi zamężna dama, przedstawia się fałszywym nazwiskiem i prosi o pomoc w kwestii potencjalnego szantażu. Udała się z pewnym politykiem na niezobowiązującą kolację, wtem strzelanina, policja, spisywanie zeznań, ale udało się jej zniknąć tylnym wejściem (tyle o niezobowiązującej kolacji). Problem w tym, że plotkarskie czasopismo usiłuje wyśledzić, kim był nieujęty w protokołach gość i jego flama, co może prowadzić do skandalu. Perry się zgadza i błyskawicznie sprowadza problemy, bo ignoruje prośbę klientki o zachowanie anonimowości, śledzi ją i zamiast dowiedzieć się o wysokość kwoty szantażu, wykrywa, że właścicielem czasopisma jest mąż klientki, co jakby utrudnia załatwienie sprawy polubownie czy na stopie dżentelmeńskiej. Kiedy zostają znalezione zwłoki wspomnianego męża, klientka informuje o tym Masona, niedwuznacznie sugerując (w panice albo z wyrachowania), że według niej to właśnie adwokat go zabił, ale ponieważ łączy ich pakt, to tego nie zezna policji.
To, co mnie zafascynowało, to Mason jako pracodawca. Kiedy zostają odkryte zwłoki w okolicach północy, adwokat budzi swoich współpracowników o 3 i każe im przyjść pracować, informując, że to będzie długi dzień - Paul Drake trochę narzeka, zaspana Della natomiast ofiarnie przybiega, mimo że jej praca ma polegać na “trzymaniu fortu” i czekaniu na telefon od szefa. Etyka też kuleje - Mason chętnie korzysta z przekupstwa, oszustwa, namawiania do fałszywych zeznań czy wręcz potencjalnego szantażu, szukając haków w przeszłości dziennikarza, żeby go uciszyć. Ale to nic - w strategicznym momencie wkręca swojego klienta, podstawiając nic nie wiedzącego świadka, dzięki czemu klient wyznaje zbrodnię. Wchodzi policja i Perry Mason, adwokat-geniusz, informuje funkcjonariuszy o przyznaniu się do zbrodni, proszę, tu protokół przygotowany przez pannę Street, wszyscy są pełni zachwytu, jakże on to sprytnie zrobił. To był ten moment, kiedy chciałam sobie wsadzić widelec w ucho (bo audiobook).
Inne tego autora:
#14/#3
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 6, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2019, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie pamiętam, czy zawsze intryga u ESG była właśnie tak zawiązywana, ale tutaj jest sklejona na ślinę i spinacze - do biura detektywa przychodzi zamężna dama, przedstawia się fałszywym nazwiskiem i prosi o pomoc w kwestii potencjalnego szantażu. Udała się z pewnym politykiem na niezobowiązującą kolację, wtem strzelanina, policja, spisywanie zeznań, ale udało się jej zniknąć tylnym wejściem (tyle o niezobowiązującej kolacji). Problem w tym, że plotkarskie czasopismo usiłuje wyśledzić, kim był nieujęty w protokołach gość i jego flama, co może prowadzić do skandalu. Perry się zgadza i błyskawicznie sprowadza problemy, bo ignoruje prośbę klientki o zachowanie anonimowości, śledzi ją i zamiast dowiedzieć się o wysokość kwoty szantażu, wykrywa, że właścicielem czasopisma jest mąż klientki, co jakby utrudnia załatwienie sprawy polubownie czy na stopie dżentelmeńskiej. Kiedy zostają znalezione zwłoki wspomnianego męża, klientka informuje o tym Masona, niedwuznacznie sugerując (w panice albo z wyrachowania), że według niej to właśnie adwokat go zabił, ale ponieważ łączy ich pakt, to tego nie zezna policji.
To, co mnie zafascynowało, to Mason jako pracodawca. Kiedy zostają odkryte zwłoki w okolicach północy, adwokat budzi swoich współpracowników o 3 i każe im przyjść pracować, informując, że to będzie długi dzień - Paul Drake trochę narzeka, zaspana Della natomiast ofiarnie przybiega, mimo że jej praca ma polegać na “trzymaniu fortu” i czekaniu na telefon od szefa. Etyka też kuleje - Mason chętnie korzysta z przekupstwa, oszustwa, namawiania do fałszywych zeznań czy wręcz potencjalnego szantażu, szukając haków w przeszłości dziennikarza, żeby go uciszyć. Ale to nic - w strategicznym momencie wkręca swojego klienta, podstawiając nic nie wiedzącego świadka, dzięki czemu klient wyznaje zbrodnię. Wchodzi policja i Perry Mason, adwokat-geniusz, informuje funkcjonariuszy o przyznaniu się do zbrodni, proszę, tu protokół przygotowany przez pannę Street, wszyscy są pełni zachwytu, jakże on to sprytnie zrobił. To był ten moment, kiedy chciałam sobie wsadzić widelec w ucho (bo audiobook).
Inne tego autora:
#14/#3
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 6, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2019, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nadia (Natasha Lyonne) od jakiegoś czasu przeżywa ten sam dzień - swoje 36. urodziny. Odzyskuje świadomość przed lustrem w mieszkaniu przyjaciółki, spotyka różnych ludzi, robi różne (czasem dziwne) rzeczy, szuka zaginionego kota Owsianki (bardzo ładny biały-rudy kot), żeby ostatecznie zginąć w jakiś wyrafinowany sposób. Jak w “Dniu świstaka”, jako jedyna zapamiętuje przeszłość, jej otoczenie zdaje się codziennie resetować do stanu początkowego. Miota się do momentu, kiedy w windzie lecącej w dół spotyka Alana, który ma ten sam problem - idzie oświadczyć się swojej dziewczynie, ta go odrzuca, więc się upija, a następnego dnia budzi się przed lustrem, wyjmuje pierścionek...
Nowy Jork, mnóstwo barwnych postaci drugoplanowych, świetne dialogi, bardzo zgrabnie rozwiązana logika i wreszcie to, co lubię, czyli sezon zakończony uczciwym finałem. Żeby nie było, to jest serial komediowy, ale raczej taki gorzko-ironiczny, a nie karuzela śmiechu. Nadia i Alan nie bez powodu wpadają w pętlę czasu - kolejne dni pokazują, czemu ich życie było tak puste, że nie byli w stanie być z nikim dłużej niż przez kilka chwil, a degenerujący się świat wokół nich (w stylu czyszczonej pamięci w “Eternal Sunshine of the Spotless Mind”) daje niedwuznacznie do zrozumienia, że czasu mają niewiele. Pobocznie, bardzo rozbawiło mnie, że Nadia jest programistką (testerką?) gier komputerowych i o 11 ma review, na którym team lead chwali kod kolegów, a jej wytyka błąd, który ona błyskawicznie poprawia i wyjaśnia, że to nie był jej błąd. Wstydź się, team ledzie.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nadia (Natasha Lyonne) od jakiegoś czasu przeżywa ten sam dzień - swoje 36. urodziny. Odzyskuje świadomość przed lustrem w mieszkaniu przyjaciółki, spotyka różnych ludzi, robi różne (czasem dziwne) rzeczy, szuka zaginionego kota Owsianki (bardzo ładny biały-rudy kot), żeby ostatecznie zginąć w jakiś wyrafinowany sposób. Jak w “Dniu świstaka”, jako jedyna zapamiętuje przeszłość, jej otoczenie zdaje się codziennie resetować do stanu początkowego. Miota się do momentu, kiedy w windzie lecącej w dół spotyka Alana, który ma ten sam problem - idzie oświadczyć się swojej dziewczynie, ta go odrzuca, więc się upija, a następnego dnia budzi się przed lustrem, wyjmuje pierścionek...
Nowy Jork, mnóstwo barwnych postaci drugoplanowych, świetne dialogi, bardzo zgrabnie rozwiązana logika i wreszcie to, co lubię, czyli sezon zakończony uczciwym finałem. Żeby nie było, to jest serial komediowy, ale raczej taki gorzko-ironiczny, a nie karuzela śmiechu. Nadia i Alan nie bez powodu wpadają w pętlę czasu - kolejne dni pokazują, czemu ich życie było tak puste, że nie byli w stanie być z nikim dłużej niż przez kilka chwil, a degenerujący się świat wokół nich (w stylu czyszczonej pamięci w “Eternal Sunshine of the Spotless Mind”) daje niedwuznacznie do zrozumienia, że czasu mają niewiele. Pobocznie, bardzo rozbawiło mnie, że Nadia jest programistką (testerką?) gier komputerowych i o 11 ma review, na którym team lead chwali kod kolegów, a jej wytyka błąd, który ona błyskawicznie poprawia i wyjaśnia, że to nie był jej błąd. Wstydź się, team ledzie.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Drugą część historii Joe Goldberga, wrażliwego księgarza z Nowego Jorku, czytałam jednocześnie z oglądaniem serialowej ekranizacji pierwszego tomu. Nie będę wyliczać różnic między książką a ekranizacją (można je znaleźć tu), chociaż niektóre sprawiają, że fabuła “Hidden Bodies” traci nieco sens. Serial można obejrzeć niezależnie od książki, a wcześniejsza lektura nie sprawia, że emocje przy oglądaniu są mniejsze. Doskonałe studium psychopaty, osaczającego swoją wybrankę; można palcami wskazywać zachowania toksyczne i odcinające osobę słabszą od wsparcia otoczenia. Dodatkowo w serialu bardziej niż w książce widać wykorzystanie klisz z komedii romantycznych, które tutaj nabierają jednak złowrogiego znaczenia (z drugiej strony, jakby przeanalizować kilka rom-comów, choćby "Love Actually", to nie do końca jest tak, że promują one zdrowe związki).
Pierwszy tom książki kończył się w momencie ponownego pojawienia się w księgarni Amy, “nowej Beck”, która wprawdzie oszukała wcześniej Joe, płacąc fałszywą kartą, ale okazała się zupełnie taka sama jak on - wnikliwa, wrażliwa, ironiczna i zakochana, a dodatkowo unikająca mediów społecznościowych. Intensywna miłość, porozumienie, fantastyczny weekend w Rhode Island, zaufanie; to wszystko sypie się w pył, kiedy Joe odkrywa, że Amy skorzystała z klucza do księgarni i ukradła wszystkie cenne książki. Mimo analogowości Amy, udaje mu się odkryć, że dziewczyna uciekła do Los Angeles. Rozjuszony Joe zamyka nowojorskie sprawy i udaje się na Zachód zniszczyć oszustkę. Jego umiejętności detektywistyczne pozwalają mu szybko rozstawić pułapki za pomocą ufnych Kalifornijczyków, sprawa się nieco komplikuje po pierwszym morderstwie, które wcale nie przybliża Joe do znalezienia Amy. Znajduje za to przypadkiem dziewczynę - Love, córkę lokalnych potentatów handlowych, dzięki czemu odkrywa, że kalifornijskie życie jest bardzo przyjemne, zemstę odkłada na później, wklejąc się bezszwowo w nowy świat. Oczywiście do czasu, kiedy z jednej strony zaczyna ścigać go przeszłość, a z drugiej wpada z Love w ten sam wzorzec toksycznego związku, w którym musi dbać o swoją miłość za wszelką cenę.
Tak jak w pierwszym tomie miałam jeszcze chwile zawahania, bo jednak do pewnego momentu kibicowałam Joe, Benji był szkodliwym palantem, a o Peach nawet nie będę zaczynać, tak tutaj... Pan Mooney, właściciel księgarni, kwestię kradzieży starodruków kwituje stwierdzeniem, że po to są ubezpieczone. Cała psychopatyczna reszta - poszukiwanie Amy, usuwanie kolejnych przeszkód (czytaj: mordowanie ludzi, którzy na to według Joe zasłużyli), związek z Love i rosnący konflikt z jej bratem Fortym (ach, ci kalifornijscy bogacze, zakochani w tenisie), wpuszczający Joe w spiralę przemocy - już nie daje się obronić niczym. Trochę przeszkadza mi też to “nadludzkim wysiłkiem” - socjotechniczne sztuczki, dzięki którym Joe zdobywa klucze do posiadłości Axla Rose, łatwość dostępu do łodzi Quinnów, czy wreszcie nagły zwrot koła fortuny, dzięki czemu panny lecą na Joe jak labradory na patyk (dwuznaczność zamierzona, detaliczne opisy erotyczne zdarzają się nader często). Wreszcie samo rodzeństwo Quinnów (i trzeci bliźniak Milo), sami w sobie stanowiący socjologiczne kuriozum jeszcze większe niż Joe, sprawiają, że kołek do zawieszania niewiary trzeszczy za bardzo.
Inne tej autorki tutaj.
#13
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 1, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Czytam, Seriale -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Drugą część historii Joe Goldberga, wrażliwego księgarza z Nowego Jorku, czytałam jednocześnie z oglądaniem serialowej ekranizacji pierwszego tomu. Nie będę wyliczać różnic między książką a ekranizacją (można je znaleźć tu), chociaż niektóre sprawiają, że fabuła “Hidden Bodies” traci nieco sens. Serial można obejrzeć niezależnie od książki, a wcześniejsza lektura nie sprawia, że emocje przy oglądaniu są mniejsze. Doskonałe studium psychopaty, osaczającego swoją wybrankę; można palcami wskazywać zachowania toksyczne i odcinające osobę słabszą od wsparcia otoczenia. Dodatkowo w serialu bardziej niż w książce widać wykorzystanie klisz z komedii romantycznych, które tutaj nabierają jednak złowrogiego znaczenia (z drugiej strony, jakby przeanalizować kilka rom-comów, choćby "Love Actually", to nie do końca jest tak, że promują one zdrowe związki).
Pierwszy tom książki kończył się w momencie ponownego pojawienia się w księgarni Amy, “nowej Beck”, która wprawdzie oszukała wcześniej Joe, płacąc fałszywą kartą, ale okazała się zupełnie taka sama jak on - wnikliwa, wrażliwa, ironiczna i zakochana, a dodatkowo unikająca mediów społecznościowych. Intensywna miłość, porozumienie, fantastyczny weekend w Rhode Island, zaufanie; to wszystko sypie się w pył, kiedy Joe odkrywa, że Amy skorzystała z klucza do księgarni i ukradła wszystkie cenne książki. Mimo analogowości Amy, udaje mu się odkryć, że dziewczyna uciekła do Los Angeles. Rozjuszony Joe zamyka nowojorskie sprawy i udaje się na Zachód zniszczyć oszustkę. Jego umiejętności detektywistyczne pozwalają mu szybko rozstawić pułapki za pomocą ufnych Kalifornijczyków, sprawa się nieco komplikuje po pierwszym morderstwie, które wcale nie przybliża Joe do znalezienia Amy. Znajduje za to przypadkiem dziewczynę - Love, córkę lokalnych potentatów handlowych, dzięki czemu odkrywa, że kalifornijskie życie jest bardzo przyjemne, zemstę odkłada na później, wklejąc się bezszwowo w nowy świat. Oczywiście do czasu, kiedy z jednej strony zaczyna ścigać go przeszłość, a z drugiej wpada z Love w ten sam wzorzec toksycznego związku, w którym musi dbać o swoją miłość za wszelką cenę.
Tak jak w pierwszym tomie miałam jeszcze chwile zawahania, bo jednak do pewnego momentu kibicowałam Joe, Benji był szkodliwym palantem, a o Peach nawet nie będę zaczynać, tak tutaj... Pan Mooney, właściciel księgarni, kwestię kradzieży starodruków kwituje stwierdzeniem, że po to są ubezpieczone. Cała psychopatyczna reszta - poszukiwanie Amy, usuwanie kolejnych przeszkód (czytaj: mordowanie ludzi, którzy na to według Joe zasłużyli), związek z Love i rosnący konflikt z jej bratem Fortym (ach, ci kalifornijscy bogacze, zakochani w tenisie), wpuszczający Joe w spiralę przemocy - już nie daje się obronić niczym. Trochę przeszkadza mi też to “nadludzkim wysiłkiem” - socjotechniczne sztuczki, dzięki którym Joe zdobywa klucze do posiadłości Axla Rose, łatwość dostępu do łodzi Quinnów, czy wreszcie nagły zwrot koła fortuny, dzięki czemu panny lecą na Joe jak labradory na patyk (dwuznaczność zamierzona, detaliczne opisy erotyczne zdarzają się nader często). Wreszcie samo rodzeństwo Quinnów (i trzeci bliźniak Milo), sami w sobie stanowiący socjologiczne kuriozum jeszcze większe niż Joe, sprawiają, że kołek do zawieszania niewiary trzeszczy za bardzo.
Inne tej autorki tutaj.
#13
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 1, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Czytam, Seriale -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie ukrywam, że zaplanowałam głównie odpoczynek. Leniwe Costa Teguise zdecydowanie temu sprzyjało (o czym w ostatnim odcinku), ale żeby się wyspa nie zmarnowała, wybieraliśmy opcje krótkoterminowe i niewyczerpujące. Odwiedzenie Mirador del Haría pozwala na przejechanie przez piękną dolinę Haría z miasteczkiem o takiejż nazwie, tu i ówdzie można się zatrzymać. Nie zdziwi Was zapewne to, że w miasteczku mieszkał Manrique; tu można zwiedzić drugi z jego domów-muzeów, podobno zawiera bardziej osobiste rzeczy niż siedziba fundacji w Tahiche (podobno, bo wycieczka była bardziej zainteresowana kawą i lodami). Za miasteczkiem Haría, na drodze LZ-10, teoretycznie można znaleźć punkt widokowy (darmowy, tym razem). Teoretycznie, bo w miejscu oznaczonym jako Mirador jest w 2019 tylko droga i rozbabrana budowa; szczęśliwie kilkaset metrów i dwa ostre zakręty dalej jest restauracja Los Helechos z parkingiem i widokiem na sielską Dolinę Haría (w gratisie podeszczowe chmurki). To był jedyny dzień, kiedy zmarzłam z gołymi nogami (bo deszcz i wysokość).
O tym, czemu Jardín de Cactus jest unikalny, można przeczytać w notce sprzed 5 lat. Wprawdzie miałam poczucie, że jak już raz widziałam, to nie chcę ponownie, ale oczywiście dało się to łatwo wyprostować, bo to przemiłe miejsce. Robiłam dwa podejścia - jednego dnia wtem okazało się, że po burzy padła infrastruktura, nie działały bankomaty i płatność kartą (nie wiem czemu gotówka jakoś się mnie nie trzyma, nawet na takie okazje), dopiero drugiego udało się przejść przez kasę. W środku budyneczki zaprojektowane przez tego Bobka, zwłaszcza urocze są wolnostojące toalety i oświetlenie w kawiarni. Można kupić kaktus, aloes[1] i zjeść hamburgera z kaktusem.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Otóż jak wiadomo, Kanary aloesem stoją i wszędzie można kupić pudełka z grubą sadzonką. Problem w tym, że sadzonka okazuje się być zwyczajnie odciętą gałązką, która - pozostawiona na dłużej - zwyczajnie zwiędnie. Warto sprawdzać, czy sadzonka ma doniczkę i korzeń, a nie tylko kartonik.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 28, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
wyspy-kanaryjskie, lanzarote, hiszpania, mirador-del-haria, jardin-del-cactus, ogrod-botaniczny
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nie ukrywam, że zaplanowałam głównie odpoczynek. Leniwe Costa Teguise zdecydowanie temu sprzyjało (o czym w ostatnim odcinku), ale żeby się wyspa nie zmarnowała, wybieraliśmy opcje krótkoterminowe i niewyczerpujące. Odwiedzenie Mirador del Haría pozwala na przejechanie przez piękną dolinę Haría z miasteczkiem o takiejż nazwie, tu i ówdzie można się zatrzymać. Nie zdziwi Was zapewne to, że w miasteczku mieszkał Manrique; tu można zwiedzić drugi z jego domów-muzeów, podobno zawiera bardziej osobiste rzeczy niż siedziba fundacji w Tahiche (podobno, bo wycieczka była bardziej zainteresowana kawą i lodami). Za miasteczkiem Haría, na drodze LZ-10, teoretycznie można znaleźć punkt widokowy (darmowy, tym razem). Teoretycznie, bo w miejscu oznaczonym jako Mirador jest w 2019 tylko droga i rozbabrana budowa; szczęśliwie kilkaset metrów i dwa ostre zakręty dalej jest restauracja Los Helechos z parkingiem i widokiem na sielską Dolinę Haría (w gratisie podeszczowe chmurki). To był jedyny dzień, kiedy zmarzłam z gołymi nogami (bo deszcz i wysokość).
O tym, czemu Jardín de Cactus jest unikalny, można przeczytać w notce sprzed 5 lat. Wprawdzie miałam poczucie, że jak już raz widziałam, to nie chcę ponownie, ale oczywiście dało się to łatwo wyprostować, bo to przemiłe miejsce. Robiłam dwa podejścia - jednego dnia wtem okazało się, że po burzy padła infrastruktura, nie działały bankomaty i płatność kartą (nie wiem czemu gotówka jakoś się mnie nie trzyma, nawet na takie okazje), dopiero drugiego udało się przejść przez kasę. W środku budyneczki zaprojektowane przez tego Bobka, zwłaszcza urocze są wolnostojące toalety i oświetlenie w kawiarni. Można kupić kaktus, aloes[1] i zjeść hamburgera z kaktusem.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Otóż jak wiadomo, Kanary aloesem stoją i wszędzie można kupić pudełka z grubą sadzonką. Problem w tym, że sadzonka okazuje się być zwyczajnie odciętą gałązką, która - pozostawiona na dłużej - zwyczajnie zwiędnie. Warto sprawdzać, czy sadzonka ma doniczkę i korzeń, a nie tylko kartonik.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 28, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
wyspy-kanaryjskie, lanzarote, hiszpania, mirador-del-haria, jardin-del-cactus, ogrod-botaniczny
- 1 komentarz
- Skomentuj