Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O pożytkach z przeglądania facebooka

Więc to nie jest tak, że zawsze czas spędzony na facebooku jest czasem straconym, chociaż oczywiście raczej jest i mam na to solidną liczbę godzin, przepieprzonych na oglądaniu słodkich kotków i "o, znowu ktoś nie ma racji w Internecie" wątków; przypadkiem trafiłam na informację o tym, że w Collegium Maius odbywa się spacer z profesorem historii sztuki. Absolutnie wartościowa godzina, podczas której można się sporo dowiedzieć o celowości architektury, wpisywaniu funkcji budynków w lokalizację i czas, konsekwencjach użycia materiałów i powodach takiego, a nie innego kształtu budynku; dla mnie to fantastyczna przeciwwaga dla obserwowania degeneracji miasta, budowania, gdzie popadnie i bez głębszego zastanowienia się innego niż koszt gruntu czy liczba potencjalnych mieszkań. Zuzanka poleca, przeglądajcie informacje o wydarzeniach w bliskiej okolicy. Do Collegium Maius (Fredry 10) można wejść bez wejściówek, tak prosto z ulicy i - jak stwierdził oprowadzający po budynku pan profesor - doznać uczucia "wow".

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 10, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: photowalk - 0 komentarzy - Skomentuj


O pożytkach z przeglądania facebooka

Więc to nie jest tak, że zawsze czas spędzony na facebooku jest czasem straconym, chociaż oczywiście raczej jest i mam na to solidną liczbę godzin, przepieprzonych na oglądaniu słodkich kotków i "o, znowu ktoś nie ma racji w Internecie" wątków; przypadkiem trafiłam na informację o tym, że w Collegium Maius odbywa się spacer z profesorem historii sztuki. Absolutnie wartościowa godzina, podczas której można się sporo dowiedzieć o celowości architektury, wpisywaniu funkcji budynków w lokalizację i czas, konsekwencjach użycia materiałów i powodach takiego, a nie innego kształtu budynku; dla mnie to fantastyczna przeciwwaga dla obserwowania degeneracji miasta, budowania, gdzie popadnie i bez głębszego zastanowienia się innego niż koszt gruntu czy liczba potencjalnych mieszkań. Zuzanka poleca, przeglądajcie informacje o wydarzeniach w bliskiej okolicy. Do Collegium Maius (Fredry 10) można wejść bez wejściówek, tak prosto z ulicy i - jak stwierdził oprowadzający po budynku pan profesor - doznać uczucia "wow".

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 10, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: photowalk - 0 komentarzy - Skomentuj


Hermann Hesse - Wilk stepowy

Smutny, schorowany 50-latek, wynajmuje pokój w mieszczańskim domu[1], żeby... no właśnie nie wiadomo, co - nie robi nic, tylko się snuje. Trochę czyta, trochę pije, trochę spaceruje, unika ludzi, wreszcie któregoś dnia znika. Syn właścicielki domu, smętny pracownik biurowy, odnajduje dziennik lokatora i decyduje się go przedstawić światu[2]. Harry, tajemniczy lokator, rzeczywiście nie nic nie robi, poza czytaniem, snuciem się, cierpieniem z powodu licznych (choć bliżej nieokreślonych) schorzeń, jadaniem tu i ówdzie (ze szczególną predylekcją do młodych win alzackich) i rozważaniem kwestii zakończenia swojego marnego życia za pomocą brzytwy, sznura lub trucizny. Próba spotkania towarzyskiego z niegdyś lubianym profesorem kończy się irytacją, obrażeniem gospodarza i ucieczką; jest też kulminacją największego życiowego problemu Harry'ego, który nie czuje się ani człowiekiem (bo rządzą nim zwierzęce impulsy, nie pozwalające mu być grzecznym członkiem społeczeństwa), ani wilkiem (bo jest za mało dziki, żeby biegać bez ubrania i mordować). Za pomocą nierealnych znaków (migające magiczne litery reklamujące teatr dla nienormalnych, broszurka o dwoistym człowieku-wilku) trafia na Herminę, młodą kurtyzanę, która okazuje się go rozumieć (chociaż nieustająco drwi z niego) i pokazuje mu, jak czerpać z życia radość (w skrócie - taniec, seks, w tym homoseksualny oraz miękkie i twarde narkotyki). Finałem jest bal maskowy, zakończony deliryczno-narkotyczną przechadzką po bezdrożach umysłu Harry'ego.

Nadrabiając zaległości w tzw. literaturze kultowej, ze smutkiem stwierdzam, że niekoniecznie warto. Lektura "Wilka stepowego" nie prowadzi do czegokolwiek (poza poczuciem, że drugs are baaad mkay). Domyślam się, że w dwudziestoleciu międzywojennym była to rzecz przełomowa, zwłaszcza w kwestiach obyczajowych, ale sto lat później jakoś nie porywa. Dodatkowo, jeśli się nie lubi zakończeń leniwie otwartych ("nie wiem, co mi się roiło pod wpływem narkotyków, a co było naprawdę"), a ja na ten przykład niespecjalnie, to można do końca nie dotrzymać.

[1] Na półpiętrze którego stała araukaria, moje nemezis podczas słuchania audiobooka; lektor uparcie artykułował ją jako "aurakarię", budząc moją żywiołową chęć poprawienia. RAZ się pomylił i przeczytał prawidłowo, prawie że zaczęłam klaskać.

[2] Co oznacza, że kończy się przedmowa, a zaczyna dziennik, a do właścicielki domu i jej syna już nie wracamy.

#62/13

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, beletrystyka, 2017 - 3 komentarze - Skomentuj


Hermann Hesse - Wilk stepowy

Smutny, schorowany 50-latek, wynajmuje pokój w mieszczańskim domu[1], żeby... no właśnie nie wiadomo, co - nie robi nic, tylko się snuje. Trochę czyta, trochę pije, trochę spaceruje, unika ludzi, wreszcie któregoś dnia znika. Syn właścicielki domu, smętny pracownik biurowy, odnajduje dziennik lokatora i decyduje się go przedstawić światu[2]. Harry, tajemniczy lokator, rzeczywiście nie nic nie robi, poza czytaniem, snuciem się, cierpieniem z powodu licznych (choć bliżej nieokreślonych) schorzeń, jadaniem tu i ówdzie (ze szczególną predylekcją do młodych win alzackich) i rozważaniem kwestii zakończenia swojego marnego życia za pomocą brzytwy, sznura lub trucizny. Próba spotkania towarzyskiego z niegdyś lubianym profesorem kończy się irytacją, obrażeniem gospodarza i ucieczką; jest też kulminacją największego życiowego problemu Harry'ego, który nie czuje się ani człowiekiem (bo rządzą nim zwierzęce impulsy, nie pozwalające mu być grzecznym członkiem społeczeństwa), ani wilkiem (bo jest za mało dziki, żeby biegać bez ubrania i mordować). Za pomocą nierealnych znaków (migające magiczne litery reklamujące teatr dla nienormalnych, broszurka o dwoistym człowieku-wilku) trafia na Herminę, młodą kurtyzanę, która okazuje się go rozumieć (chociaż nieustająco drwi z niego) i pokazuje mu, jak czerpać z życia radość (w skrócie - taniec, seks, w tym homoseksualny oraz miękkie i twarde narkotyki). Finałem jest bal maskowy, zakończony deliryczno-narkotyczną przechadzką po bezdrożach umysłu Harry'ego.

Nadrabiając zaległości w tzw. literaturze kultowej, ze smutkiem stwierdzam, że niekoniecznie warto. Lektura "Wilka stepowego" nie prowadzi do czegokolwiek (poza poczuciem, że drugs are baaad mkay). Domyślam się, że w dwudziestoleciu międzywojennym była to rzecz przełomowa, zwłaszcza w kwestiach obyczajowych, ale sto lat później jakoś nie porywa. Dodatkowo, jeśli się nie lubi zakończeń leniwie otwartych ("nie wiem, co mi się roiło pod wpływem narkotyków, a co było naprawdę"), a ja na ten przykład niespecjalnie, to można do końca nie dotrzymać.

[1] Na półpiętrze którego stała araukaria, moje nemezis podczas słuchania audiobooka; lektor uparcie artykułował ją jako "aurakarię", budząc moją żywiołową chęć poprawienia. RAZ się pomylił i przeczytał prawidłowo, prawie że zaczęłam klaskać.

[2] Co oznacza, że kończy się przedmowa, a zaczyna dziennik, a do właścicielki domu i jej syna już nie wracamy.

#62/13

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, beletrystyka, 2017 - 3 komentarze - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Koszuty - Szlachcin - Winna Góra - Środa Wielkopolska

[7.10.2017]

Dzień miał być słoneczny i piękny, złota polska jesień w październiku, a wyszło jak zwykle - kilka minut słońca, chwilę później ulewny deszcz. Dwór w Koszutach zupełnie się nie zmienił od czasu odwiedzin w trzy lata temu (a schodzący kominiarz nieustająco cieszył tym razem prawie-ośmiolatkę). Tym razem zaskoczyła nas pogoda, bo ulewny deszcz zagonił nas do altanki w ogrodzie, gdzie spędziliśmy kilkanaście minut, czekając, aż przestanie. I przestał, ale i tam wyjściowe obuwie udało mi się przemoczyć.

GALERIA ZDJĘĆ.

Potem nastąpił tzw. rekonesans, bo do pałacu w Winnej Górze się spóźniliśmy - był otwarty dla zwiedzających do 14, a opuszczony dwór w Szlachcinie wprawdzie miał zachęcająco dziurawy płot, ale właśnie zaczęło lać i obuwie wyjściowe jednak było mi potrzebne w stanie mniej ubłoconym niż bardziej.

Głównym celem wyprawy była Środa Wielkopolska, gdzie M. z biura brała ślub (stąd obuwie i mniej casual strój niż zazwyczaj). Nie zdziwicie się zapewne, jak wspomnę, że padało. Przemknęliśmy się na obiad, potem kilka kroków dookoła rynku, wreszcie do kościoła. Urocze miasteczko, ale śluby jednak lepiej się sprawdzają latem (na przykład pod koniec sierpnia, kiedy to podczas mojego ślubu padało i było mokro).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 7, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend - Tagi: polska, koszuty, szlachcin, winna-góra, środa-wielkopolska - 3 komentarze - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Koszuty - Szlachcin - Winna Góra - Środa Wielkopolska

[7.10.2017]

Dzień miał być słoneczny i piękny, złota polska jesień w październiku, a wyszło jak zwykle - kilka minut słońca, chwilę później ulewny deszcz. Dwór w Koszutach zupełnie się nie zmienił od czasu odwiedzin w trzy lata temu (a schodzący kominiarz nieustająco cieszył tym razem prawie-ośmiolatkę). Tym razem zaskoczyła nas pogoda, bo ulewny deszcz zagonił nas do altanki w ogrodzie, gdzie spędziliśmy kilkanaście minut, czekając, aż przestanie. I przestał, ale i tam wyjściowe obuwie udało mi się przemoczyć.

GALERIA ZDJĘĆ.

Potem nastąpił tzw. rekonesans, bo do pałacu w Winnej Górze się spóźniliśmy - był otwarty dla zwiedzających do 14, a opuszczony dwór w Szlachcinie wprawdzie miał zachęcająco dziurawy płot, ale właśnie zaczęło lać i obuwie wyjściowe jednak było mi potrzebne w stanie mniej ubłoconym niż bardziej.

Głównym celem wyprawy była Środa Wielkopolska, gdzie M. z biura brała ślub (stąd obuwie i mniej casual strój niż zazwyczaj). Nie zdziwicie się zapewne, jak wspomnę, że padało. Przemknęliśmy się na obiad, potem kilka kroków dookoła rynku, wreszcie do kościoła. Urocze miasteczko, ale śluby jednak lepiej się sprawdzają latem (na przykład pod koniec sierpnia, kiedy to podczas mojego ślubu padało i było mokro).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 7, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend - Tagi: polska, koszuty, szlachcin, winna-góra, środa-wielkopolska - 3 komentarze - Skomentuj


Connie Willis - Pojedynek na słowa

Prawie dokładnie po roku od przeczytania wersji oryginalnej z dużą przyjemnością (i o wiele szybciej) przeszłam przez polskie tłumaczenie. Fabułę można sobie przypomnieć w poprzedniej notce; to, na co chyba mniej zwróciłam uwagę poprzednio, teraz jednak zakłuło mnie dość mocno (jak już nie przerzucałam gorączkowo stron, żeby zobaczyć, jak autorka rozwiąże kolejną katastrofę). Briddey, główna bohaterka, nie robi przez całą książkę NIC. Teoretycznie jest menedżerką w korporacji, ale jej praca polega na umawianiu się przez sekretarkę na spotkania, które odkłada albo są odkładane, rozmowach na korytarzu, dostarczaniu swojemu narzeczonemu (z którym teoretycznie nie jest w zależności służbowej, ale posłusznie go wyręcza w pracy) materiału na jego kolejne spotkania z zarządem (pozyskiwanego od ofiarnego C.B., który - chyba jako jedyny w tej firmie - uczciwie pracuje i wymyśla cokolwiek) i uciekaniu przed współpracownikami, którzy czegoś od niej chcą. Teoretycznie gdzieś tam jest wspomniane, że robi jakieś raporty, ale z czego i po co (skoro nic nie robi) - nie wiadomo. Gorzej, że nie robi też kompletnie nic poza pracą, jedynie miota się między swoją nadczynną rodziną a problemami osobistymi (które się z bezwolności i nicnierobienia wzięły). Gryzie mnie, że jej dystynktywną cechą są rude włosy, nie inteligencja, humor, wiedza, miły charakter, umiejętności. Autorko, w żadnej innej książce nie było tak płaskiej bohaterki! 9-letnia Maeve, kuzynka Briddey, jest zdecydowanie ciekawsza (chociaż to nie w niej zakochuje się inteligentny nerd).

Ale sceny w bibliotece - nieustająco fantastyczne.

Inne tej autorki.

#61

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 6, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, sf-f, 2017 - 0 komentarzy - Skomentuj


Connie Willis - Pojedynek na słowa

Prawie dokładnie po roku od przeczytania wersji oryginalnej z dużą przyjemnością (i o wiele szybciej) przeszłam przez polskie tłumaczenie. Fabułę można sobie przypomnieć w poprzedniej notce; to, na co chyba mniej zwróciłam uwagę poprzednio, teraz jednak zakłuło mnie dość mocno (jak już nie przerzucałam gorączkowo stron, żeby zobaczyć, jak autorka rozwiąże kolejną katastrofę). Briddey, główna bohaterka, nie robi przez całą książkę NIC. Teoretycznie jest menedżerką w korporacji, ale jej praca polega na umawianiu się przez sekretarkę na spotkania, które odkłada albo są odkładane, rozmowach na korytarzu, dostarczaniu swojemu narzeczonemu (z którym teoretycznie nie jest w zależności służbowej, ale posłusznie go wyręcza w pracy) materiału na jego kolejne spotkania z zarządem (pozyskiwanego od ofiarnego C.B., który - chyba jako jedyny w tej firmie - uczciwie pracuje i wymyśla cokolwiek) i uciekaniu przed współpracownikami, którzy czegoś od niej chcą. Teoretycznie gdzieś tam jest wspomniane, że robi jakieś raporty, ale z czego i po co (skoro nic nie robi) - nie wiadomo. Gorzej, że nie robi też kompletnie nic poza pracą, jedynie miota się między swoją nadczynną rodziną a problemami osobistymi (które się z bezwolności i nicnierobienia wzięły). Gryzie mnie, że jej dystynktywną cechą są rude włosy, nie inteligencja, humor, wiedza, miły charakter, umiejętności. Autorko, w żadnej innej książce nie było tak płaskiej bohaterki! 9-letnia Maeve, kuzynka Briddey, jest zdecydowanie ciekawsza (chociaż to nie w niej zakochuje się inteligentny nerd).

Ale sceny w bibliotece - nieustająco fantastyczne.

Inne tej autorki.

#61

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 6, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, sf-f, 2017 - 0 komentarzy - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Całe zdanie nieboszczyka

Zalążkiem całej akcji jest to, że Joanna, żeby nie zmarznąć na kopenhaskich wyścigach, zakłada pod kapelusz blond perukę. Fuksem wygrywa, po czym - na fali entuzjazmu - jedzie wygraną przehulać w nielegalnym kasynie. Wtem, podczas nalotu policji, tuż przy niej umiera postrzelony przestępca, a tuż przed śmiercią wyjawia jej (biorąc ją za sprawą peruki za przestępczynię), gdzie zakopał wszystkie pieniądze i kosztowności szajki. Przestępcy wywożą ją do Brazylii, gdzie usiłują na różne sposoby wydobyć z niej informację o koordynatach skarbu. Dzielna Joanna nie poddaje się, ucieka raz luksusowym autem, ucieka drugi raz - tym razem skutecznie - luksusowym jachtem, ląduje we Francji, gdzie ponownie zostaje porwana i tym razem zamiast w luksusowej rezydencji nad basenem, ląduje w lochu pod zamkiem. Z lochu się wykopuje, ucieka przez Paryż do Taorminy, gdzie spędza miło czas, chociaż nieustająco szuka wokół siebie ścigających ją złoczyńców; ponieważ wpada z paranoję za sprawą poznanego atrakcyjnego dżentelmena, ląduje wreszcie w Polsce, gdzie nie kończą się jej kłopoty mimo ogromnego zaufania do milicji obywatelskiej.

Żeby nie zdradzać większości rozwiązań fabularnych, streszczę tylko, co jest niezbędne do wykaraskania się z dowolnych tarapatów: plastikowe szydełko, kalendarzyk kieszonkowy Domu Książki, atlas geograficzny, tłuczek do mięsa, brak zamiłowania do jedzenia oraz zaufani przyjaciele.

Na fali sycylijskiego wyjazdu wyciągnęłam z półki ulubioną lekturę z czasów nastoletnich i zostałam z nieco ambiwalentnymi uczuciami. Okoliczności geograficzne są przez autorkę dobrze odrobione, zwłaszcza mogę potwierdzić to w przypadku Taorminy, gdzie mimo upływu lat wszystko się zgadza. Warstwa logiczna kuleje, a zachowanie bohaterki jest, ostrożnie mówiąc, nieco chaotyczne. Już nie śmieszy mnie do łez jak przed laty, chociaż dalej to bardzo przyjemne czytadełko.

Inne tej autorki:

Inne z tej serii.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 3, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, prl, 2017, kryminal, z-jamnikiem - 2 komentarze - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Całe zdanie nieboszczyka

Zalążkiem całej akcji jest to, że Joanna, żeby nie zmarznąć na kopenhaskich wyścigach, zakłada pod kapelusz blond perukę. Fuksem wygrywa, po czym - na fali entuzjazmu - jedzie wygraną przehulać w nielegalnym kasynie. Wtem, podczas nalotu policji, tuż przy niej umiera postrzelony przestępca, a tuż przed śmiercią wyjawia jej (biorąc ją za sprawą peruki za przestępczynię), gdzie zakopał wszystkie pieniądze i kosztowności szajki. Przestępcy wywożą ją do Brazylii, gdzie usiłują na różne sposoby wydobyć z niej informację o koordynatach skarbu. Dzielna Joanna nie poddaje się, ucieka raz luksusowym autem, ucieka drugi raz - tym razem skutecznie - luksusowym jachtem, ląduje we Francji, gdzie ponownie zostaje porwana i tym razem zamiast w luksusowej rezydencji nad basenem, ląduje w lochu pod zamkiem. Z lochu się wykopuje, ucieka przez Paryż do Taorminy, gdzie spędza miło czas, chociaż nieustająco szuka wokół siebie ścigających ją złoczyńców; ponieważ wpada z paranoję za sprawą poznanego atrakcyjnego dżentelmena, ląduje wreszcie w Polsce, gdzie nie kończą się jej kłopoty mimo ogromnego zaufania do milicji obywatelskiej.

Żeby nie zdradzać większości rozwiązań fabularnych, streszczę tylko, co jest niezbędne do wykaraskania się z dowolnych tarapatów: plastikowe szydełko, kalendarzyk kieszonkowy Domu Książki, atlas geograficzny, tłuczek do mięsa, brak zamiłowania do jedzenia oraz zaufani przyjaciele.

Na fali sycylijskiego wyjazdu wyciągnęłam z półki ulubioną lekturę z czasów nastoletnich i zostałam z nieco ambiwalentnymi uczuciami. Okoliczności geograficzne są przez autorkę dobrze odrobione, zwłaszcza mogę potwierdzić to w przypadku Taorminy, gdzie mimo upływu lat wszystko się zgadza. Warstwa logiczna kuleje, a zachowanie bohaterki jest, ostrożnie mówiąc, nieco chaotyczne. Już nie śmieszy mnie do łez jak przed laty, chociaż dalej to bardzo przyjemne czytadełko.

Inne tej autorki:

Inne z tej serii.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 3, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, prl, 2017, kryminal, z-jamnikiem - 2 komentarze - Skomentuj