Wierzę, że czytacie, więc - żeby wszyscy zdążyli - dziś o wystawie bez opóźnień.
Pierwsza w Polsce, długo wyczekiwana, must have w tym sezonie. Kilkanaście obrazów Fridy, kilkanaście Diego, sporo zdjęć, dodatkowo obrazy i zdjęcia ich uczniów, w tym pochodzenia polskiego (to ten "polski kontekst"). Oczekiwałam dużych wrażeń, ale ich w zasadzie nie było (obrazy znam, tło i historię również). Tłumy pod obrazami, spróbuję jeszcze raz w spokojny dzień roboczy, może mi się odbiór poprawi. Majutowi się podobało, chociaż główną atrakcją było odczytywanie podpisów pod obrazami (wreszcie! literki się składają w sensowną całość! nie przypuszczałam!) oraz ciasto czekoladowe w Świetlicy.
Wystawa czynna do 21.01.2018, bilety 25/20 zł. Jak lubicie ciasto czekoladowe (lub cokolwiek innego) w Świetlicy, za okazaniem biletu zniżka 10%.









GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 1, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
Tag:
sztuka
- 4 komentarze
- Skomentuj
Wierzę, że czytacie, więc - żeby wszyscy zdążyli - dziś o wystawie bez opóźnień.
Pierwsza w Polsce, długo wyczekiwana, must have w tym sezonie. Kilkanaście obrazów Fridy, kilkanaście Diego, sporo zdjęć, dodatkowo obrazy i zdjęcia ich uczniów, w tym pochodzenia polskiego (to ten "polski kontekst"). Oczekiwałam dużych wrażeń, ale ich w zasadzie nie było (obrazy znam, tło i historię również). Tłumy pod obrazami, spróbuję jeszcze raz w spokojny dzień roboczy, może mi się odbiór poprawi. Majutowi się podobało, chociaż główną atrakcją było odczytywanie podpisów pod obrazami (wreszcie! literki się składają w sensowną całość! nie przypuszczałam!) oraz ciasto czekoladowe w Świetlicy.
Wystawa czynna do 21.01.2018, bilety 25/20 zł. Jak lubicie ciasto czekoladowe (lub cokolwiek innego) w Świetlicy, za okazaniem biletu zniżka 10%.









GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 1, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
Tag:
sztuka
- 4 komentarze
- Skomentuj
Już sam tytuł (i jeden z najbardziej rozpoznawalnych w literaturze początków) zdradza zakończenie - baronowa Blixen, Dunka, po latach, jakie minęły od opuszczenia przez nią farmy u stóp gór Ngong, opowiada o swoim życiu w Afryce. Nie jest to opowieść fabularna, tylko zbiór luźno ze sobą powiązanych (zwykle bohaterami) historii, osadzonych w latach 1913-1931. Trudno uniknąć tutaj enumeracji - jest (w kolejności dowolnej) o chrześcijaństwie[1] w pogańsko-islamskiej Afryce, kolonializmie[2] i roli białego człowieka, polowaniach, afrykańskim prawodawstwie, życiu rodzinnym czy zwierzętach.
Przede wszystkim doznałam ogromnego zaskoczenia, bo - w przeciwieństwie do filmu (Streep, Brandauer, Redford) - nie jest to historia o miłości. Gdzieś, pod koniec, wspomniany jest Denys Finch Hutton jako jeden z wielu przyjaciół autorki, trochę historii ze wspólnych polowań, wreszcie jego niespodziewana śmierć w wypadku nie-wypadku. Oczywiście widać głębokie i nieskrywane uczucie, jakim autorka darzyła Denysa, ale pokazane jest w delikatny i subtelny sposób, bardziej na marginesie zapisków. W ogóle za to nie pojawia się (poza kilkoma drobnymi wzmiankami w ostatniej części książki) niewierny mąż autorki, w filmie "ten trzeci".
Chociaż nie, kłamię, to jest historia o miłości. O miłości do Afryki - gdzie najpiękniejsza przyroda, najświeższa i najmniej skażona zachodnią cywilizacją, gdzie perspektywy i chęć życia. Można to oczywiście odczytywać jako nostalgiczne wspomnienia ponad 50-letniej re-emigrantki, dla której pobyt w Afryce był tożsamy z młodością i czasem życiowych okazji, chociaż im bliżej końca, tym opowieści stawały się bardziej minorowe i opisujące upadek również tego, co było w Afryce piękne jeszcze 20 lat wcześniej.
[1] Wspomnienia o misjach i próbach wtłaczania Kikuju w świat wierzeń chrześcijańskich były tymi momentami, kiedy z irytacją przewracałam oczami; autorka - osoba niespecjalnie religijna - mimo swojej otwartości na świat, w kwestii wiary bywała irytująca.
[2] Tu oczywiście można by rozpocząć dyskusję, czy wystarczająco etyczny był neokolonializm baronowej Blixen, ludzkiej pani, która za 180 dni niskopłatnej pracy w roku pozwała odwiecznym właścicielom swojej farmy żyć na niej i pracować (chociaż - uczciwie dodam - dbała o nich, leczyła, uczyła i próbowała podnieść ich poziom życia).
#59/12
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 30, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2017, kenia
- 2 komentarze
- Skomentuj
Już sam tytuł (i jeden z najbardziej rozpoznawalnych w literaturze początków) zdradza zakończenie - baronowa Blixen, Dunka, po latach, jakie minęły od opuszczenia przez nią farmy u stóp gór Ngong, opowiada o swoim życiu w Afryce. Nie jest to opowieść fabularna, tylko zbiór luźno ze sobą powiązanych (zwykle bohaterami) historii, osadzonych w latach 1913-1931. Trudno uniknąć tutaj enumeracji - jest (w kolejności dowolnej) o chrześcijaństwie[1] w pogańsko-islamskiej Afryce, kolonializmie[2] i roli białego człowieka, polowaniach, afrykańskim prawodawstwie, życiu rodzinnym czy zwierzętach.
Przede wszystkim doznałam ogromnego zaskoczenia, bo - w przeciwieństwie do filmu (Streep, Brandauer, Redford) - nie jest to historia o miłości. Gdzieś, pod koniec, wspomniany jest Denys Finch Hutton jako jeden z wielu przyjaciół autorki, trochę historii ze wspólnych polowań, wreszcie jego niespodziewana śmierć w wypadku nie-wypadku. Oczywiście widać głębokie i nieskrywane uczucie, jakim autorka darzyła Denysa, ale pokazane jest w delikatny i subtelny sposób, bardziej na marginesie zapisków. W ogóle za to nie pojawia się (poza kilkoma drobnymi wzmiankami w ostatniej części książki) niewierny mąż autorki, w filmie "ten trzeci".
Chociaż nie, kłamię, to jest historia o miłości. O miłości do Afryki - gdzie najpiękniejsza przyroda, najświeższa i najmniej skażona zachodnią cywilizacją, gdzie perspektywy i chęć życia. Można to oczywiście odczytywać jako nostalgiczne wspomnienia ponad 50-letniej re-emigrantki, dla której pobyt w Afryce był tożsamy z młodością i czasem życiowych okazji, chociaż im bliżej końca, tym opowieści stawały się bardziej minorowe i opisujące upadek również tego, co było w Afryce piękne jeszcze 20 lat wcześniej.
[1] Wspomnienia o misjach i próbach wtłaczania Kikuju w świat wierzeń chrześcijańskich były tymi momentami, kiedy z irytacją przewracałam oczami; autorka - osoba niespecjalnie religijna - mimo swojej otwartości na świat, w kwestii wiary bywała irytująca.
[2] Tu oczywiście można by rozpocząć dyskusję, czy wystarczająco etyczny był neokolonializm baronowej Blixen, ludzkiej pani, która za 180 dni niskopłatnej pracy w roku pozwała odwiecznym właścicielom swojej farmy żyć na niej i pracować (chociaż - uczciwie dodam - dbała o nich, leczyła, uczyła i próbowała podnieść ich poziom życia).
#59/12
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 30, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2017, kenia
- 2 komentarze
- Skomentuj
Michał, wypalony dziennikarz z wielkiego miasta, obejmuje posadę kierownika administracyjnego ośrodka wczasowego w miejscowości Florianów. Zamiast wgłębiać się w tajniki księgowości i zarządzania, bardziej interesuje go tajemnicze morderstwo popełnione na miejscowym cmentarzu. Zaczyna prowadzić własne śledztwo, znajduje się kolejny trup, a dodatkowo jeden z wczasowiczów jest tajniakiem. I chyba do czegoś dociera, bo ginie w wypadku. Tu zaczyna się właściwa akcja powieści - siostra zmarłego przekazuje jego notatki przyjacielowi Michała, Orskiemu, z prośbą o odkrycie tajemnicy, ponieważ nie wierzy, że brat zginął w wypadku w samochodzie prowadzonym przez jednego z napływowych mieszkańców Florianowa.
Orski prowadzi swoje śledztwo irytując bynajmniej nie przestępców, tylko milicję[1] (która stara się go zniechęcić, żeby nie przeszkadzał w śledztwie, czasem sypnie garstką informacji, przez co dziennikarz kilkukrotnie wchodzi w paradę detektywom) oraz żonę. Ja wiem, że w latach mniej więcej 70. żony zasadniczo "krzątały się po kuchni" i zajmowały dziećmi, ale nie dziwię się zupełnie, że pani Orska nie była szczęśliwa z mężem, który niespodziewanie wyjeżdżał w dowolne miejsce Polski, odbierał telefony późnym wieczorem i zaniedbywał zlecenia, z których mieli na chlebek z masłem.
[1] Której przedstawiciel wyglądał "bardziej na dyskotekowego prezentera niż milicjanta". Niestety autor nie naświetlił tej kwestii. W ogóle książka uboga w detale, rzadko piją, częściej palą.
#58
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2017, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 2 komentarze
- Skomentuj
Michał, wypalony dziennikarz z wielkiego miasta, obejmuje posadę kierownika administracyjnego ośrodka wczasowego w miejscowości Florianów. Zamiast wgłębiać się w tajniki księgowości i zarządzania, bardziej interesuje go tajemnicze morderstwo popełnione na miejscowym cmentarzu. Zaczyna prowadzić własne śledztwo, znajduje się kolejny trup, a dodatkowo jeden z wczasowiczów jest tajniakiem. I chyba do czegoś dociera, bo ginie w wypadku. Tu zaczyna się właściwa akcja powieści - siostra zmarłego przekazuje jego notatki przyjacielowi Michała, Orskiemu, z prośbą o odkrycie tajemnicy, ponieważ nie wierzy, że brat zginął w wypadku w samochodzie prowadzonym przez jednego z napływowych mieszkańców Florianowa.
Orski prowadzi swoje śledztwo irytując bynajmniej nie przestępców, tylko milicję[1] (która stara się go zniechęcić, żeby nie przeszkadzał w śledztwie, czasem sypnie garstką informacji, przez co dziennikarz kilkukrotnie wchodzi w paradę detektywom) oraz żonę. Ja wiem, że w latach mniej więcej 70. żony zasadniczo "krzątały się po kuchni" i zajmowały dziećmi, ale nie dziwię się zupełnie, że pani Orska nie była szczęśliwa z mężem, który niespodziewanie wyjeżdżał w dowolne miejsce Polski, odbierał telefony późnym wieczorem i zaniedbywał zlecenia, z których mieli na chlebek z masłem.
[1] Której przedstawiciel wyglądał "bardziej na dyskotekowego prezentera niż milicjanta". Niestety autor nie naświetlił tej kwestii. W ogóle książka uboga w detale, rzadko piją, częściej palą.
#58
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2017, kryminal, klub-srebrnego-klucza
- 2 komentarze
- Skomentuj
[13.08.2017]
Do Szamotuł wybrałam się głównie na wystawę ilustracji Janusza Grabiańskiego (niestety zakończoną, dostępna do 31.08[1]), a poza tym dlatego, że nie byłam. Uroczy ryneczek (obowiązkowo lody!), kawałek dalej Zamek Górków z ekspozycją stałą i czasową wystawą. Kustoszka przeprosiła nas za niewygody, ponieważ przez zamkiem intensywnie i głośno próbował zespół, jak to się kiedyś mówiło, młodzieżowy. Nie żeby to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, słońce, ciepło, muzyka. Wystawę oczywiście trzeba było zobaczyć - powrót do dzieciństwa, pierzaste akwarele z kotami, piękne, szlachetne twarze dzieci, delikatne szkice budynków; Rogaś z Doliny Roztoki i Ryży Placek. Część dla dorosłych równie fantastyczna - kalendarze modowe ze zwiewnymi, rozmarzonymi modelkami w pracowicie co do oczka odrobionych swetrach czy okładki do "Sagi rodu Forsythe'ów", które natychmiast wypierają serialowych aktorów z lat 60.
Dookoła zamku piękny park z fontanną, zabudowania przyzamkowe i wąska Baszta Halszki[2], gdzie po wąskich schodach przechodzi się z sali do sali, od piwnicznych wykopalisk z regionu do prawie współczesnej wojskowej techniki. Chyba najciekawsze muzeum dla dziecka - maszyna do pisania, lornetki, welocyped czy etapy powstawania kolorowych dagerotypów; szkoda, że nie interaktywne.
Gorącą zwolenniczką chłodu gotyckich katedr (i przeciwniczką barokizacji budowli gotyckich, oczywiście) będąc, zajrzałam i do bazyliki kolegiackiej; mnie się podobało (i zdobnie, i chłodno), młodzież skupiła się na zbieraniu plastikowych kulek, które ktoś rozsypał pod kościelną bramą.
Fontanna / Wieża Halszki
Wystawa + garderoba, za otwartymi drzwiami balkonowymi próba
Wieża Halszki / Welocyped (ale jak się wsiada?!)
Bazylika
Bazylika, wnętrze / Pejzażyk - Wargowo / Bazylika, detal
Puszyste
Galsworthy, Irene
Galsworthy, Fleur
Galsworthy, młody Jolyon
Puszyste
Moda inaczej oraz puszyste
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Wiem, minął ponad miesiąc, ale kompletnie przestałam się zgadzać z kalendarzem, poza tym skoro nikt nie komentuje, to i nikt nie czyta, i nikt i tak by nie pojechał (czy mam focha? ależ).
[2] Elżbiety Ostrogskiej, która straciła rozum po śmierci męża i niedługo potem też umarła. Fajna baszta, ale nie idźcie tą drogą.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja -
Tagi:
polska, szamotuły, sztuka
- 13 komentarzy
- Skomentuj
[13.08.2017]
Do Szamotuł wybrałam się głównie na wystawę ilustracji Janusza Grabiańskiego (niestety zakończoną, dostępna do 31.08[1]), a poza tym dlatego, że nie byłam. Uroczy ryneczek (obowiązkowo lody!), kawałek dalej Zamek Górków z ekspozycją stałą i czasową wystawą. Kustoszka przeprosiła nas za niewygody, ponieważ przez zamkiem intensywnie i głośno próbował zespół, jak to się kiedyś mówiło, młodzieżowy. Nie żeby to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, słońce, ciepło, muzyka. Wystawę oczywiście trzeba było zobaczyć - powrót do dzieciństwa, pierzaste akwarele z kotami, piękne, szlachetne twarze dzieci, delikatne szkice budynków; Rogaś z Doliny Roztoki i Ryży Placek. Część dla dorosłych równie fantastyczna - kalendarze modowe ze zwiewnymi, rozmarzonymi modelkami w pracowicie co do oczka odrobionych swetrach czy okładki do "Sagi rodu Forsythe'ów", które natychmiast wypierają serialowych aktorów z lat 60.
Dookoła zamku piękny park z fontanną, zabudowania przyzamkowe i wąska Baszta Halszki[2], gdzie po wąskich schodach przechodzi się z sali do sali, od piwnicznych wykopalisk z regionu do prawie współczesnej wojskowej techniki. Chyba najciekawsze muzeum dla dziecka - maszyna do pisania, lornetki, welocyped czy etapy powstawania kolorowych dagerotypów; szkoda, że nie interaktywne.
Gorącą zwolenniczką chłodu gotyckich katedr (i przeciwniczką barokizacji budowli gotyckich, oczywiście) będąc, zajrzałam i do bazyliki kolegiackiej; mnie się podobało (i zdobnie, i chłodno), młodzież skupiła się na zbieraniu plastikowych kulek, które ktoś rozsypał pod kościelną bramą.
Fontanna / Wieża Halszki
Wystawa + garderoba, za otwartymi drzwiami balkonowymi próba
Wieża Halszki / Welocyped (ale jak się wsiada?!)
Bazylika
Bazylika, wnętrze / Pejzażyk - Wargowo / Bazylika, detal
Puszyste
Galsworthy, Irene
Galsworthy, Fleur
Galsworthy, młody Jolyon
Puszyste
Moda inaczej oraz puszyste
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Wiem, minął ponad miesiąc, ale kompletnie przestałam się zgadzać z kalendarzem, poza tym skoro nikt nie komentuje, to i nikt nie czyta, i nikt i tak by nie pojechał (czy mam focha? ależ).
[2] Elżbiety Ostrogskiej, która straciła rozum po śmierci męża i niedługo potem też umarła. Fajna baszta, ale nie idźcie tą drogą.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja -
Tagi:
polska, szamotuły, sztuka
- 13 komentarzy
- Skomentuj
[23.09.2017]
Kobylniki zwykle są przystankiem w połowie drogi, tak na rozprostowanie nóg. Może kiedyś wejdę do środka, na razie zawsze trafiam na jakąś imprezę zamkniętą albo przygotowania do.

Poprzednia wizyta tutaj.
Do Włocławka wyjątkowo jechałam tym razem też na ślub A., współpracowniczki TŻ. A. ofiarnie wytłumaczyła mi, jak trafić do kościoła, który był moim kościołem parafialnym[1]; dwie przecznice od domu, w którym spędziłam pierwsze kilkanaście lat mojego życia. Ślub uroczy, choć wrześniowy dzień zimny; ze względu na obfitość kasztanów tylko rozsądek zakazał mi sugestii, że może parę na dobry początek by obrzucić. Rozbawiła mnie rozmowa z żoną jednego z gości ślubnych, której wyjaśniłam, że w zasadzie niczego z tego, co właśnie oglądamy, za "moich czasów" nie było. Niby bez zmian - na ulicy te same drzewa, w parku Łokietka asfalt popękany jak lata temu, górka wprawdzie mniejsza, ale to może ja urosłam, natomiast kościół raczej świeży[1], pomnik obok ma raptem kilkanaście lat, a tuż za parkiem WTEM pojawił się prawdziwie zabytkowy pałac o niespełna 10-letniej historii. Przy okazji wizyty we Włocławku polecam, zwłaszcza jak kto docenia kontrasty estetyczne.
Park Łokietka. W tle Pałac Bursztynowy, nowy zabytek
Pałac Bursztynowy
Plac Wolności, na wprost DH Kujawiak
Po prawej pomnik, niegdyś Żołnierzy Polskich i Radzieckich, dziś Żołnierza Polskiego[2]
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] To znaczy nie był, bo wtedy się chodziło do innego, a ten obecny się dopiero budował. Ale tak, wiedziałam, gdzie iść.
[2] Kolejna świeżynka - kiedyś pomnik miał na ścianach ludyczne płaskorzeźby z damą dzielącą się z żołnierzem zasobami z koszyka i inne, co to już ich nie pamiętam, dzisiaj - skromną okładzinę, że niby nic pod spodem nie ma.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 23, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, kobylniki, wloclawek
- 2 komentarze
- Skomentuj
[23.09.2017]
Kobylniki zwykle są przystankiem w połowie drogi, tak na rozprostowanie nóg. Może kiedyś wejdę do środka, na razie zawsze trafiam na jakąś imprezę zamkniętą albo przygotowania do.

Poprzednia wizyta tutaj.
Do Włocławka wyjątkowo jechałam tym razem też na ślub A., współpracowniczki TŻ. A. ofiarnie wytłumaczyła mi, jak trafić do kościoła, który był moim kościołem parafialnym[1]; dwie przecznice od domu, w którym spędziłam pierwsze kilkanaście lat mojego życia. Ślub uroczy, choć wrześniowy dzień zimny; ze względu na obfitość kasztanów tylko rozsądek zakazał mi sugestii, że może parę na dobry początek by obrzucić. Rozbawiła mnie rozmowa z żoną jednego z gości ślubnych, której wyjaśniłam, że w zasadzie niczego z tego, co właśnie oglądamy, za "moich czasów" nie było. Niby bez zmian - na ulicy te same drzewa, w parku Łokietka asfalt popękany jak lata temu, górka wprawdzie mniejsza, ale to może ja urosłam, natomiast kościół raczej świeży[1], pomnik obok ma raptem kilkanaście lat, a tuż za parkiem WTEM pojawił się prawdziwie zabytkowy pałac o niespełna 10-letniej historii. Przy okazji wizyty we Włocławku polecam, zwłaszcza jak kto docenia kontrasty estetyczne.
Park Łokietka. W tle Pałac Bursztynowy, nowy zabytek
Pałac Bursztynowy
Plac Wolności, na wprost DH Kujawiak
Po prawej pomnik, niegdyś Żołnierzy Polskich i Radzieckich, dziś Żołnierza Polskiego[2]
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] To znaczy nie był, bo wtedy się chodziło do innego, a ten obecny się dopiero budował. Ale tak, wiedziałam, gdzie iść.
[2] Kolejna świeżynka - kiedyś pomnik miał na ścianach ludyczne płaskorzeźby z damą dzielącą się z żołnierzem zasobami z koszyka i inne, co to już ich nie pamiętam, dzisiaj - skromną okładzinę, że niby nic pod spodem nie ma.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 23, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, kobylniki, wloclawek
- 2 komentarze
- Skomentuj