Trzy zaprzyjaźnione panie, mężatki, nienawidzą swoich mężów i trzeba przyznać, że mają powody - panowie są bogatymi palantami, zdradzają je również z profesjonalistkami (co samo w sobie nie jest złe, bo są też obrzydliwi i lepiej, żeby swe chucie realizowali poza domem) i nie zawahają się, żeby w razie rozwodu zostawić bez grosza przy duszy, bo damy podpisały intercyzy. Tu niestety zaczyna się ten dwuznaczny moralnie aspekt, bo żadna z pań nie kochała swojego męża, wszystkie wyszły za mąż dla pieniędzy. Kiedy jedna z nich zachodzi w ciążę z kochankiem (wspominałam o dwuznaczności moralnej?), decydują się na wspólne uśmiercenie małżonków. Pierwsza z nich zabija swojego męża przypadkiem, rzucając w niego przedmiotami podczas kąpieli, jednym z przedmiotów jest włączona do prądu suszarka do włosów. Ponieważ autorka darzy swoje bohaterki sympatią, to takie mrugnięcie okiem do czytelnika, że ach, przecież mogła nie wiedzieć. Do akcji wkracza policjant po przejściach (zdradzony przez poprzednią flamę) oraz rzutka prawniczka, szantażowana przez jednego z inkryminowanych mężów, ponieważ na studiach zarabiała jako kurtyzana. Policjant chce przyszpilić żony, zwłaszcza że po śmierci pierwszego niebawem ginie i drugi, a prawniczka planuje samodzielnie zabić szantażystę, który - oprócz możliwości zniszczenia obiecującej prawniczej kariery - stręczy ja swoim kumplom i to darmo.
Waham się, czy jest to książka bardzo zła czy tylko zła. W założeniu zabawna komedia pomyłek jest dość przerażającym eksperymentem na zdrowym rozsądku.
Inne tej autorki.
#70
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 6, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Trzy zaprzyjaźnione panie, mężatki, nienawidzą swoich mężów i trzeba przyznać, że mają powody - panowie są bogatymi palantami, zdradzają je również z profesjonalistkami (co samo w sobie nie jest złe, bo są też obrzydliwi i lepiej, żeby swe chucie realizowali poza domem) i nie zawahają się, żeby w razie rozwodu zostawić bez grosza przy duszy, bo damy podpisały intercyzy. Tu niestety zaczyna się ten dwuznaczny moralnie aspekt, bo żadna z pań nie kochała swojego męża, wszystkie wyszły za mąż dla pieniędzy. Kiedy jedna z nich zachodzi w ciążę z kochankiem (wspominałam o dwuznaczności moralnej?), decydują się na wspólne uśmiercenie małżonków. Pierwsza z nich zabija swojego męża przypadkiem, rzucając w niego przedmiotami podczas kąpieli, jednym z przedmiotów jest włączona do prądu suszarka do włosów. Ponieważ autorka darzy swoje bohaterki sympatią, to takie mrugnięcie okiem do czytelnika, że ach, przecież mogła nie wiedzieć. Do akcji wkracza policjant po przejściach (zdradzony przez poprzednią flamę) oraz rzutka prawniczka, szantażowana przez jednego z inkryminowanych mężów, ponieważ na studiach zarabiała jako kurtyzana. Policjant chce przyszpilić żony, zwłaszcza że po śmierci pierwszego niebawem ginie i drugi, a prawniczka planuje samodzielnie zabić szantażystę, który - oprócz możliwości zniszczenia obiecującej prawniczej kariery - stręczy ja swoim kumplom i to darmo.
Waham się, czy jest to książka bardzo zła czy tylko zła. W założeniu zabawna komedia pomyłek jest dość przerażającym eksperymentem na zdrowym rozsądku.
Inne tej autorki.
#70
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 6, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie lubię filmów z tezą, niestety sfabularyzowana "historia" rodziny Beksińskich do nich należy. "Historia", bo - mimo prawdziwości pokazanych epizodów i oparcia na faktach oraz materiałach z archiwum rodzinnego - brakuje w niej rzetelności. Wybrano tylko sceny pasujące do tezy - rodzina przeklęta, sami to na siebie sprowadzili, ich wszystkich trzeba by leczyć. Chyba najbardziej zła w swojej wymowie była jedna ze scen, w której syn rzuca ojcu, że jest taki jaki jest, bo ojciec go nigdy nie uderzył. Megalomania i egocentryzm ojca, dwie umierające seniorki trzymane na uboczu, zdominowana, apatyczna matka i wreszcie niestabilny syn, marginalnie określany jako geniusz, ale w filmie pokazany raczej jako psychicznie chory, który gibie się jak pierdolony rezus. W filmie pojawia się dialog o homeostazie, której poczucie miał ojciec, a zabrakło synowi, ale to jest mój główny zarzut do filmu - absurdalnie zabrakło właśnie tego, 90% życia, która upływa spokojnie, bez wahań nastrojów. Zabrakło tła, które wyjaśnia sens wyborów postaci, epizody podobierane są co najmniej idiotycznie - katastrofa samolotu, cięcie, żebranie o miłość u odchodzącej kobiety, cięcie, wyjazd rodzinny do ruin zamku, cięcie, demolowanie kuchni. Wyobraźcie sobie, że z waszego życia wybierzecie 10 sytuacji, w których rzucaliście przedmiotami, rozstawaliście się z ówczesną miłością życia, krzywdziliście kogoś, byliście skrzywdzeni, pijani lub krańcowo załamani, mówiliście rzeczy w celu wywołania skandalu lub zirytowania kogoś. To właśnie o tym jest "Ostatnia rodzina" i dlatego wyszłam z kina zmęczona, oszukana i z poczuciem manipulacji.
Bardzo mnie ten film zmęczył, wieloma rzeczami - nieuchronnością scenariusza (wszak wiadomo, jak się skończyło), manierą aktorską Ogrodnika, bolesną ohydą architektury i wzornictwa lat 70. i 80. Absurdalnie uważam jednak, że warto go obejrzeć, ale jako uzupełnienie innych źródeł (felietony Tomasza, książka M. Grzebałkowskiej, audycje wspomnieniowe, książka W. Weissa).
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 5, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie lubię filmów z tezą, niestety sfabularyzowana "historia" rodziny Beksińskich do nich należy. "Historia", bo - mimo prawdziwości pokazanych epizodów i oparcia na faktach oraz materiałach z archiwum rodzinnego - brakuje w niej rzetelności. Wybrano tylko sceny pasujące do tezy - rodzina przeklęta, sami to na siebie sprowadzili, ich wszystkich trzeba by leczyć. Chyba najbardziej zła w swojej wymowie była jedna ze scen, w której syn rzuca ojcu, że jest taki jaki jest, bo ojciec go nigdy nie uderzył. Megalomania i egocentryzm ojca, dwie umierające seniorki trzymane na uboczu, zdominowana, apatyczna matka i wreszcie niestabilny syn, marginalnie określany jako geniusz, ale w filmie pokazany raczej jako psychicznie chory, który gibie się jak pierdolony rezus. W filmie pojawia się dialog o homeostazie, której poczucie miał ojciec, a zabrakło synowi, ale to jest mój główny zarzut do filmu - absurdalnie zabrakło właśnie tego, 90% życia, która upływa spokojnie, bez wahań nastrojów. Zabrakło tła, które wyjaśnia sens wyborów postaci, epizody podobierane są co najmniej idiotycznie - katastrofa samolotu, cięcie, żebranie o miłość u odchodzącej kobiety, cięcie, wyjazd rodzinny do ruin zamku, cięcie, demolowanie kuchni. Wyobraźcie sobie, że z waszego życia wybierzecie 10 sytuacji, w których rzucaliście przedmiotami, rozstawaliście się z ówczesną miłością życia, krzywdziliście kogoś, byliście skrzywdzeni, pijani lub krańcowo załamani, mówiliście rzeczy w celu wywołania skandalu lub zirytowania kogoś. To właśnie o tym jest "Ostatnia rodzina" i dlatego wyszłam z kina zmęczona, oszukana i z poczuciem manipulacji.
Bardzo mnie ten film zmęczył, wieloma rzeczami - nieuchronnością scenariusza (wszak wiadomo, jak się skończyło), manierą aktorską Ogrodnika, bolesną ohydą architektury i wzornictwa lat 70. i 80. Absurdalnie uważam jednak, że warto go obejrzeć, ale jako uzupełnienie innych źródeł (felietony Tomasza, książka M. Grzebałkowskiej, audycje wspomnieniowe, książka W. Weissa).
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 5, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1938. W Monachium[1] podpisano układ, w myśl którego Kraj Sudetów przeszedł z rąk czeskich w niemieckie. To dla Czechów taka trauma jak dla nas wrzesień 1939, chociaż chyba nawet gorzej, bo mimo powszechnej mobilizacji nie zaczęli się bronić przed okupantem. 2008. Do Pragi przyjeżdża francuski dyplomata i w geście dobrej woli pokazuje papugę należącą do dygnitarza - Edourda Daladiera, który w 1938 roku podpisał monachijski układ. Pavel, zgorzkniały dziennikarz, zirytowany absurdem sytuacji, porywa papugę i szybko się orientuje, że mówiąca papuga to źródło doskonałego skandalu - nie dość, że mówi głosem Daladiera, to jeszcze nie ma dobrego mniemania o Czechach, a Fuhrera sławi dość intensywnie. Wywiady, skandale, odwołanie dygnitarza, zaognienie na linii Czechy-Francja, policja w pogoni za dziennikarzem... Tyle że nagły przeskok do 2014 zupełnie zmienia odbiór całości - gb 40% svyzh anxeępbartb cemrm raghmwnfglpmaą rxvcę svyzbją j xbcebqhxpwv m Senapwą, avrqbxbńpmbartb m cbjbqh oenxh ohqżrgh. V b glz wrfg jłnśpvjl svyz - wnx jlwść m ebmtemronartb cynah m tbqabśpvą v łntbqalz hśzvrpurz zvzb qmvrwąplpu fvę pmnfrz qenzngój.
Mnie się ogromnie to podobało - uwielbiam czeski dystans do wszystkiego, umiejętność łagodnego śmiania się ze swoich wad (w tym narodowych) bez popadania w moralizm czy głupkowatość. "Rok diabła" już mnie oswoił z tym, żeby nie wierzyć w rzeczywistość z ekranu, a jednak dalej się daję łapać w pułapkę kinowej iluzji.
[1] Bardzo mnie cieszy czeska nazwa i to nie dlatego, że język czeski jest taki zabawny, ale dlatego, że jest urocza - Mnichov.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 3, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1938. W Monachium[1] podpisano układ, w myśl którego Kraj Sudetów przeszedł z rąk czeskich w niemieckie. To dla Czechów taka trauma jak dla nas wrzesień 1939, chociaż chyba nawet gorzej, bo mimo powszechnej mobilizacji nie zaczęli się bronić przed okupantem. 2008. Do Pragi przyjeżdża francuski dyplomata i w geście dobrej woli pokazuje papugę należącą do dygnitarza - Edourda Daladiera, który w 1938 roku podpisał monachijski układ. Pavel, zgorzkniały dziennikarz, zirytowany absurdem sytuacji, porywa papugę i szybko się orientuje, że mówiąca papuga to źródło doskonałego skandalu - nie dość, że mówi głosem Daladiera, to jeszcze nie ma dobrego mniemania o Czechach, a Fuhrera sławi dość intensywnie. Wywiady, skandale, odwołanie dygnitarza, zaognienie na linii Czechy-Francja, policja w pogoni za dziennikarzem... Tyle że nagły przeskok do 2014 zupełnie zmienia odbiór całości - gb 40% svyzh anxeępbartb cemrm raghmwnfglpmaą rxvcę svyzbją j xbcebqhxpwv m Senapwą, avrqbxbńpmbartb m cbjbqh oenxh ohqżrgh. V b glz wrfg jłnśpvjl svyz - wnx jlwść m ebmtemronartb cynah m tbqabśpvą v łntbqalz hśzvrpurz zvzb qmvrwąplpu fvę pmnfrz qenzngój.
Mnie się ogromnie to podobało - uwielbiam czeski dystans do wszystkiego, umiejętność łagodnego śmiania się ze swoich wad (w tym narodowych) bez popadania w moralizm czy głupkowatość. "Rok diabła" już mnie oswoił z tym, żeby nie wierzyć w rzeczywistość z ekranu, a jednak dalej się daję łapać w pułapkę kinowej iluzji.
[1] Bardzo mnie cieszy czeska nazwa i to nie dlatego, że język czeski jest taki zabawny, ale dlatego, że jest urocza - Mnichov.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 3, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[1.10.2016]
Na dzisiejszy brak koloru i stopnie poniżej zera - poznański Ogród botaniczny.






GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 1, 2016
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[1.10.2016]
Na dzisiejszy brak koloru i stopnie poniżej zera - poznański Ogród botaniczny.






GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 1, 2016
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Zwyczajna 38-letnia kobieta z Dublina, Stella, zostaje z dnia na dzień sparaliżowana - zapadła na rzadką chorobę. Życie jej całej rodziny się zmienia - ona ląduje w szpitalu, może ruszać tylko powieką, a resztę fizjologii załatwiają za nią maszyny. Rodzina - mąż i dwójka nastoletnich dzieci, siostra i rodzice - niespecjalnie są w stanie się nią zaopiekować, a ich wsparcie nie jest wystarczające. Jedyną osobą, która odnajduje w niej człowieka, jest jej neurolog, dr Taylor. Łatwo się domyślić, że zaczyna ich oboje coś łączyć; wprawdzie tuż przed wyleczeniem atrakcyjny (choć żonaty) doktor znika, ale po jakimś czasie wraca do życia Stelli, wysyłając jej wydrukowaną książkę z jej wypowiedziami z czasu paraliżu. Niespodziewanie książka staje się sławna, Stella rusza na podbój Stanów, gdzie chcą ją promować. Problem w tym, że nie jest ani autorką (nie jest w stanie napisać drugiej książki), ani nie jest wystarczająco szczupła, żeby odnieść sukces.
Usiłowałam znaleźć jakieś dobre punkty tej książki, ale ciężko mi szło - oprócz bardzo złych (o czym niżej) wzorców, jest zwyczajnie miałka. Niby dwuwątkowa - Stella opowiada o o tym, jak się wszystko zaczęło - stłuczce z udziałem doktora Taylora, chorobie i zmianach w jej życiu, przeplatając to współczesnością, z której wiadomo, że nie ma happy endu. Tyle że obie narracje wyglądają jak przypadkowo sklejone. Rodzina nie przypomina genialnej rodziny Walshów z poprzednich tomów - w założeniu zabawna - jest nijaka z tendencją do bycia niesympatyczną (serio - żona, matka, córka, siostra leży sparaliżowana w szpitalu, a wszyscy nader chętnie opuszczają wymuszone 15-minutowe wizyty, mając pretensję do Stelli, że zachorowała; dopiero po poleceniu przez doktora ojciec zaczyna zostawać na dłużej i córce czytać książki). Nawet teoretycznie zabawne scenki w prowadzonym przez Stellę i jej siostrę salonie kosmetycznym nie zapadają w pamięć. Wątek miłosny oraz doklejone na ślinę i taśmę klejącą zakończenie, niestety celują w grupę docelową "50 twarzy Greya" lub ten trochę frywolniejszy nurt harlekinów. Wiadomo, dalej się dobrze czyta, ale wolę wrócić do poprzednich tomów.
Z wielu powodów jest to książka bardzo zła. Bohaterka, sparaliżowana, mogąca ruszać tylko powieką, w dalszym ciągu usiłuje mikromenedżować dom, w którym mieszka mąż-patafian i dwoje nastolatków (tak, pytają sparaliżowaną o to, gdzie są jakieś skarpetki oraz jak znaleźć lokatorów do wynajmowanego mieszkania), co jeszcze nie jest najgorszą rzeczą, jaką robi. Kiedy rozstaje się z mężem, który jej zwyczajnie nie kocha, ale mimo to ściąga na siebie nienawiść dzieci, jedzie do nowego domu męża i dzieci (bo z tej obrazy się od niej wyprowadziły), żeby - uwaga - zrobić im zakupy, ugotować i posprzątać, bo mąż nie umie zetrzeć syfu z blatu w kuchni, o obsłudze pralki i zmywarki nie wspominając (cudowna scena - matka pokazuje 16-letniej córce, jak wcisnąć guziki na AGD, co córka kwituje "o, nie wiedziałam, że to takie łatwe"). Nie idźcie tą drogą.
Tłumaczenie też nie najlepsze - bohaterka na potęgę obżera się ciasteczkami Jaffa zamiast delicjami, a w salonie kosmetycznym specjalistki usuwają paniom zaskórniaki.
Inne tej autorki.
#69
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 30, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, beletrystyka
- 2 komentarze
- Skomentuj
Zwyczajna 38-letnia kobieta z Dublina, Stella, zostaje z dnia na dzień sparaliżowana - zapadła na rzadką chorobę. Życie jej całej rodziny się zmienia - ona ląduje w szpitalu, może ruszać tylko powieką, a resztę fizjologii załatwiają za nią maszyny. Rodzina - mąż i dwójka nastoletnich dzieci, siostra i rodzice - niespecjalnie są w stanie się nią zaopiekować, a ich wsparcie nie jest wystarczające. Jedyną osobą, która odnajduje w niej człowieka, jest jej neurolog, dr Taylor. Łatwo się domyślić, że zaczyna ich oboje coś łączyć; wprawdzie tuż przed wyleczeniem atrakcyjny (choć żonaty) doktor znika, ale po jakimś czasie wraca do życia Stelli, wysyłając jej wydrukowaną książkę z jej wypowiedziami z czasu paraliżu. Niespodziewanie książka staje się sławna, Stella rusza na podbój Stanów, gdzie chcą ją promować. Problem w tym, że nie jest ani autorką (nie jest w stanie napisać drugiej książki), ani nie jest wystarczająco szczupła, żeby odnieść sukces.
Usiłowałam znaleźć jakieś dobre punkty tej książki, ale ciężko mi szło - oprócz bardzo złych (o czym niżej) wzorców, jest zwyczajnie miałka. Niby dwuwątkowa - Stella opowiada o o tym, jak się wszystko zaczęło - stłuczce z udziałem doktora Taylora, chorobie i zmianach w jej życiu, przeplatając to współczesnością, z której wiadomo, że nie ma happy endu. Tyle że obie narracje wyglądają jak przypadkowo sklejone. Rodzina nie przypomina genialnej rodziny Walshów z poprzednich tomów - w założeniu zabawna - jest nijaka z tendencją do bycia niesympatyczną (serio - żona, matka, córka, siostra leży sparaliżowana w szpitalu, a wszyscy nader chętnie opuszczają wymuszone 15-minutowe wizyty, mając pretensję do Stelli, że zachorowała; dopiero po poleceniu przez doktora ojciec zaczyna zostawać na dłużej i córce czytać książki). Nawet teoretycznie zabawne scenki w prowadzonym przez Stellę i jej siostrę salonie kosmetycznym nie zapadają w pamięć. Wątek miłosny oraz doklejone na ślinę i taśmę klejącą zakończenie, niestety celują w grupę docelową "50 twarzy Greya" lub ten trochę frywolniejszy nurt harlekinów. Wiadomo, dalej się dobrze czyta, ale wolę wrócić do poprzednich tomów.
Z wielu powodów jest to książka bardzo zła. Bohaterka, sparaliżowana, mogąca ruszać tylko powieką, w dalszym ciągu usiłuje mikromenedżować dom, w którym mieszka mąż-patafian i dwoje nastolatków (tak, pytają sparaliżowaną o to, gdzie są jakieś skarpetki oraz jak znaleźć lokatorów do wynajmowanego mieszkania), co jeszcze nie jest najgorszą rzeczą, jaką robi. Kiedy rozstaje się z mężem, który jej zwyczajnie nie kocha, ale mimo to ściąga na siebie nienawiść dzieci, jedzie do nowego domu męża i dzieci (bo z tej obrazy się od niej wyprowadziły), żeby - uwaga - zrobić im zakupy, ugotować i posprzątać, bo mąż nie umie zetrzeć syfu z blatu w kuchni, o obsłudze pralki i zmywarki nie wspominając (cudowna scena - matka pokazuje 16-letniej córce, jak wcisnąć guziki na AGD, co córka kwituje "o, nie wiedziałam, że to takie łatwe"). Nie idźcie tą drogą.
Tłumaczenie też nie najlepsze - bohaterka na potęgę obżera się ciasteczkami Jaffa zamiast delicjami, a w salonie kosmetycznym specjalistki usuwają paniom zaskórniaki.
Inne tej autorki.
#69
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 30, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, beletrystyka
- 2 komentarze
- Skomentuj