Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Jerzy Edigey - Sprawa dla jednego

Motto PRL-u: smutny jak bar mleczny w Częstochowie.

Zaskakująco, najważniejszy dowód w śledztwie uzyskano, ponieważ pani Boleckiej, pracownicy pralni, zsunęła się pończocha i musiała wejść w przypadkową bramę, żeby poprawić garderobę. Dlatego mogła zaobserwować, że ktoś podchodzi do mężczyzny wysiadającego właśnie z samochodu i tłucze go czymś ciężkim w głowę. Denat nie przeżył, a przestępca wpadł, bo nie wyrzucił dżinsów z charakterystyczną plamą na nogawce, co zauważyła spostrzegawcza dama.

Denat, inżynier budownictwa, miał wielu wrogów - i w pracy, bo był skrupulatny i ostry, i w domu, bo żonie z Targówka nie chciał dać rozwodu, a wedle ówczesnego prawa sama (jako strona niewierna) nie mogła o taki wystąpić. Rodzice denata potwierdzili, że syn uparty jak osioł i nawet lanie paskiem nie pomagało, jak się uparł.

Spiritus movens śledztwa to nieco roztargniony podporucznik Antoni Szymanek, wiecznie się spóźniający, jeśli żona nie pilnuje rozkładu dnia oraz kochliwy porucznik Andrzej Ciesielski. Od razu zaiskrzyło, kiedy zobaczył piękną wdowę:



Za chwilę w drzwiach stanęła wysoka kobieta. Rude włosy, duże zielone oczy, rysy twarzy jakby żywcem skopiowane z jakiejś kamei renesansowego malarza. Figura i nogi bez zarzutu. Nikt, kto opisywał oficerom milicji Irenę Stojanowską jako piękność, nie skłamał ani nie przesadził nawet na jotę.

Z kolei z inspektorką kontroli od razu chciał iść na wódkę, chociaż została zlustrowana bardziej ostro:



Po chwili w drzwiach stanęła przystojna blondynka, włosy krótko obcięte według ostatniej mody, jasnoniebieskie dżinsy i taki sam sweter z mohairu. Dziewczyna była ciut, ciut przytęga. „Przydałoby się - pomyślał porucznik - zrzucić z pięć kilogramów.”
(sama o tym wiedziała, dlatego odmówiła wspólnego picia wódki z porucznikiem Ciesielskim).

Finansowo milicja wypada gorzej od kleru:



Mój Boże - zauważył podporucznik - gdyby mnie ojciec posłał do seminarium duchownego, nie martwiłbym się dzisiaj, skąd wziąć trzy tysiące pięćset złotych na nowe dżinsy. Takie, jakie wczoraj widziałem na Bazarze Różyckiego.

W tle pojawia się wątek małżeństwa z rozsądku - młoda dziewczyna dysponująca tylko urodą jako kapitałem wychodzi za mąż za znacznie starszego mężczyznę, tylko żeby wyrwać się z dotychczasowego środowiska (Targówek, święte się tu nie rodzą, brat i ojciec z przeszłością kryminalną, a matka z sugerowaną konduitą). Pozytywistycznie - udaje się jej, mąż - wprawdzie niekochany - kształtuje z niej damę, dzięki czemu może jak równa myśleć o związku z wykształconym porucznikiem.

Się pali: sporty, zefiry (i po raz kolejny milicjant zwierza się, że trzy razy próbował rzucić, ale bez efektu), zagraniczne morrisy.
Się pije: ciepłą coca-colę w milicyjnej kantynie i wódkę, nawet w czasie pracy.
Się nosi: modny mężczyzna powinien mieć garnitur w najmodniejszym brązowym kolorze, wiśniowe lub ciemnozielony kawat oraz skarpetki w kolorze krawata.
Się załatwia: książki (zapisy w księgarni), cement (zwłaszcza budowniczowie szklarni) i sproszkowany kwarc (wytwórcy kosmetyków). Żadnej z tych rzeczy mimo dużego popytu nie można było kupić na wolnym rynku, bo się go nie sprzedaje - niesamowity paradoks gospodarki uspołecznionej. Kraść też nie było prosto, bo nawet jeśli udało się odsypać cementu z kilkunastu ton na wywrotce, to i tak nie było worków, żeby przesypać.

Inne tego autora.

#59

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 26, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2015, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Sprawa dla jednego

Motto PRL-u: smutny jak bar mleczny w Częstochowie.

Zaskakująco, najważniejszy dowód w śledztwie uzyskano, ponieważ pani Boleckiej, pracownicy pralni, zsunęła się pończocha i musiała wejść w przypadkową bramę, żeby poprawić garderobę. Dlatego mogła zaobserwować, że ktoś podchodzi do mężczyzny wysiadającego właśnie z samochodu i tłucze go czymś ciężkim w głowę. Denat nie przeżył, a przestępca wpadł, bo nie wyrzucił dżinsów z charakterystyczną plamą na nogawce, co zauważyła spostrzegawcza dama.

Denat, inżynier budownictwa, miał wielu wrogów - i w pracy, bo był skrupulatny i ostry, i w domu, bo żonie z Targówka nie chciał dać rozwodu, a wedle ówczesnego prawa sama (jako strona niewierna) nie mogła o taki wystąpić. Rodzice denata potwierdzili, że syn uparty jak osioł i nawet lanie paskiem nie pomagało, jak się uparł.

Spiritus movens śledztwa to nieco roztargniony podporucznik Antoni Szymanek, wiecznie się spóźniający, jeśli żona nie pilnuje rozkładu dnia oraz kochliwy porucznik Andrzej Ciesielski. Od razu zaiskrzyło, kiedy zobaczył piękną wdowę:



Za chwilę w drzwiach stanęła wysoka kobieta. Rude włosy, duże zielone oczy, rysy twarzy jakby żywcem skopiowane z jakiejś kamei renesansowego malarza. Figura i nogi bez zarzutu. Nikt, kto opisywał oficerom milicji Irenę Stojanowską jako piękność, nie skłamał ani nie przesadził nawet na jotę.

Z kolei z inspektorką kontroli od razu chciał iść na wódkę, chociaż została zlustrowana bardziej ostro:



Po chwili w drzwiach stanęła przystojna blondynka, włosy krótko obcięte według ostatniej mody, jasnoniebieskie dżinsy i taki sam sweter z mohairu. Dziewczyna była ciut, ciut przytęga. „Przydałoby się - pomyślał porucznik - zrzucić z pięć kilogramów.”
(sama o tym wiedziała, dlatego odmówiła wspólnego picia wódki z porucznikiem Ciesielskim).

Finansowo milicja wypada gorzej od kleru:



Mój Boże - zauważył podporucznik - gdyby mnie ojciec posłał do seminarium duchownego, nie martwiłbym się dzisiaj, skąd wziąć trzy tysiące pięćset złotych na nowe dżinsy. Takie, jakie wczoraj widziałem na Bazarze Różyckiego.

W tle pojawia się wątek małżeństwa z rozsądku - młoda dziewczyna dysponująca tylko urodą jako kapitałem wychodzi za mąż za znacznie starszego mężczyznę, tylko żeby wyrwać się z dotychczasowego środowiska (Targówek, święte się tu nie rodzą, brat i ojciec z przeszłością kryminalną, a matka z sugerowaną konduitą). Pozytywistycznie - udaje się jej, mąż - wprawdzie niekochany - kształtuje z niej damę, dzięki czemu może jak równa myśleć o związku z wykształconym porucznikiem.

Się pali: sporty, zefiry (i po raz kolejny milicjant zwierza się, że trzy razy próbował rzucić, ale bez efektu), zagraniczne morrisy.
Się pije: ciepłą coca-colę w milicyjnej kantynie i wódkę, nawet w czasie pracy.
Się nosi: modny mężczyzna powinien mieć garnitur w najmodniejszym brązowym kolorze, wiśniowe lub ciemnozielony kawat oraz skarpetki w kolorze krawata.
Się załatwia: książki (zapisy w księgarni), cement (zwłaszcza budowniczowie szklarni) i sproszkowany kwarc (wytwórcy kosmetyków). Żadnej z tych rzeczy mimo dużego popytu nie można było kupić na wolnym rynku, bo się go nie sprzedaje - niesamowity paradoks gospodarki uspołecznionej. Kraść też nie było prosto, bo nawet jeśli udało się odsypać cementu z kilkunastu ton na wywrotce, to i tak nie było worków, żeby przesypać.

Inne tego autora.

#59

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 26, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2015, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


O paralelności

Wychowałam się na rogu Bukowej, w innym mieście wprawdzie, na Bukowej chodziłam do przedszkola. Stare, dwupiętrowe bloki z lat 50., z wąskimi, ciemnymi schodami, z lamperią obmalowaną farbą olejną. Otoczone krzakami trawniki i mikre ogródki, społecznie obrabiane zwykle przez "tych z parteru". Zrujnowane ławki, na których spędzało się letnie wieczory, kręcąc się dookoła starszych, którzy pewnie rozmawiali, acz nie pamiętam o czym (kolejki? co na obiad? polityka? proces zabójców Popiełuszki relacjonowany w radio?), pewnie raczej milczeli razem. Zardzewiałe drabinki i skrzecząca, pokrzywiona huśtawka obok wiecznie brudnej piaskownicy. Śni mi się czasem ciemna, klaustrofobiczna klatka schodowa w bloku obok, który - jako pierwszy od ulicy - miał z boku oficyny. We śnie zawsze jestem młoda, młoda, ale już dorosła. I uciekam, chociaż ciężko uciec, jeśli jest jedno wyjście.

Czemu przypomniała mi się ta Bukowa z innego miasta? W taką samą Bukową weszłam dzisiaj na poznańskim Dębcu, kilka kroków od przyszłej szkoły Mai, kilkaset metrów od naszego przyszłego domu. Zaraz za rogiem. Bukową wilgotną od deszczu, pełną starszych ludzi na małym ryneczku; na straganach owoce, warzywa, punkt dorabiania kluczy. I wszystko pachnie lipą, wzmocnioną przez deszcz. Nawet kolory jak z późnego PRL-u - zgaszona zieleń, brąz, szarość. Świat nieotagowany na google maps.

Mam dziś poczucie, że zatoczyłam spore koło. A wszystko pewnie dlatego, ze zmarzłam. 24 czerwca, 12 stopni celsjusza.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 25, 2015

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: debiec - 5 komentarzy - Skomentuj


O paralelności

Wychowałam się na rogu Bukowej, w innym mieście wprawdzie, na Bukowej chodziłam do przedszkola. Stare, dwupiętrowe bloki z lat 50., z wąskimi, ciemnymi schodami, z lamperią obmalowaną farbą olejną. Otoczone krzakami trawniki i mikre ogródki, społecznie obrabiane zwykle przez "tych z parteru". Zrujnowane ławki, na których spędzało się letnie wieczory, kręcąc się dookoła starszych, którzy pewnie rozmawiali, acz nie pamiętam o czym (kolejki? co na obiad? polityka? proces zabójców Popiełuszki relacjonowany w radio?), pewnie raczej milczeli razem. Zardzewiałe drabinki i skrzecząca, pokrzywiona huśtawka obok wiecznie brudnej piaskownicy. Śni mi się czasem ciemna, klaustrofobiczna klatka schodowa w bloku obok, który - jako pierwszy od ulicy - miał z boku oficyny. We śnie zawsze jestem młoda, młoda, ale już dorosła. I uciekam, chociaż ciężko uciec, jeśli jest jedno wyjście.

Czemu przypomniała mi się ta Bukowa z innego miasta? W taką samą Bukową weszłam dzisiaj na poznańskim Dębcu, kilka kroków od przyszłej szkoły Mai, kilkaset metrów od naszego przyszłego domu. Zaraz za rogiem. Bukową wilgotną od deszczu, pełną starszych ludzi na małym ryneczku; na straganach owoce, warzywa, punkt dorabiania kluczy. I wszystko pachnie lipą, wzmocnioną przez deszcz. Nawet kolory jak z późnego PRL-u - zgaszona zieleń, brąz, szarość. Świat nieotagowany na google maps.

Mam dziś poczucie, że zatoczyłam spore koło. A wszystko pewnie dlatego, ze zmarzłam. 24 czerwca, 12 stopni celsjusza.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 25, 2015

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: debiec - 5 komentarzy - Skomentuj


China Miéville - Miasto i miasto

Wyobraź sobie Berlin, podzielony na dwa, ale bez namacalnego Muru. Mur powstał w głowie ludzi, mieszkających w podzielonym mieście, a w zasadzie windukowany przez strach. Strach, bo zachowania pilnuje "Przekroczeniówka", która internacjonalnie ingeruje szybko i sprawnie w każdą próbę przejścia między miastami. Jeśli mieszkasz w Besźel, widzisz tylko ludzi i budynki, które są w Besźel, nawet jeśli ulica na zmianę jest zabudowana budynkami mieszczącymi się w Ul Qomie. Jeśli jesteś Ulqomiańczykiem, nie widzisz nawet kątem oka ludzi z Besźel, idących "przeplotową" ulicą, nie słyszysz ich rozmów, nie zwracasz uwagi na samochody jadące wspólną ulicą (o tyle, żeby pod nie nie wpadać). Jeśli chcesz odwiedzić sąsiednie miasto, musisz przejść przez specjalne szkolenie, wymazujące dotychczasowe nawyki - należy nauczyć się patrzenia na miasto od nowa, unikając zwracania uwagi na "swoich", "swoje" ulice i budynki. Potem z wizą przechodzisz przez Halę Łącznikową i już jesteś po drugiej stronie, mimo że wszedłeś i wyszedłeś w tym samym mieście. Bez względu na to, co się w książce dzieje, to właśnie miasta są bohaterami, a nie dość anonimowi ludzie.

Na tym tle rozgrywa się akcja - po stronie Besźiel zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Prowadzący śledztwo odkrywa, że została zamordowana po tej "drugiej" stronie, w Ul Qomie. Władze odmawiają włączenia w sprawę "Przekroczeniówki", twierdząc, że jeśli zwłoki zostały przewiezione, to legalnie. Detektyw besźańskiej policji udaje się na "drugą" stronę, gdzie usiłuje wytropić zbrodniarza, współpracując z lokalną militsyą. Na to wszystko nakłada się tajemnica przestrzeni "pomiędzy", mitycznego miasta Orciny, które zajmuje przestrzeń między i tak już nachodzącymi na siebie Besźiel i Ul Qomą.

Co mnie zachwyciło, to język i kreacja świata. Rzecz dzieje się postmodernistycznie tu i teraz, gdzieś na Bałkanach. Są amerykańskie korporacje, korzystające z rozdzielenia niegdyś jednego kraju; walka biznesowa korzysta z faktu nakładania embarga przez jedną czy drugą stronę. Jest Harry Potter i Power Rangers, jest Internet (choć gdzieniegdzie ostro cenzurowany i dający różne wyniki w zależności od tego, gdzie się aktualnie człowiek znajduje); rzeczywistość równoległa mocno osadzona w naszej, aluzyjna i pozwalająca na samodzielnie wchodzenie w paralele ludzkiej umiejętności niezauważania tego, co niewygodne.

Polonica: książka inspirowana jest "Sklepami cynamonowymi" Schulza (nie tylko w tym miejscu, ale w dusznym, psychodelicznym klimacie całej opowieści: Stanąłem w miejscu między domem opieki oznaczonym klepsydrą a sklepem z przyprawami. W powietrzu unosił się zapach cynamonu), z czasów licealnych pamiętam już tylko schizofreniczny karnisz.

Dees mi pożyczyła, chcę więcej Miéville'a, ale nie ma w ebookach, smuteczek.

Inne tego autora:

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 22, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2015 - 0 komentarzy - Skomentuj


China Miéville - Miasto i miasto

Wyobraź sobie Berlin, podzielony na dwa, ale bez namacalnego Muru. Mur powstał w głowie ludzi, mieszkających w podzielonym mieście, a w zasadzie windukowany przez strach. Strach, bo zachowania pilnuje "Przekroczeniówka", która internacjonalnie ingeruje szybko i sprawnie w każdą próbę przejścia między miastami. Jeśli mieszkasz w Besźel, widzisz tylko ludzi i budynki, które są w Besźel, nawet jeśli ulica na zmianę jest zabudowana budynkami mieszczącymi się w Ul Qomie. Jeśli jesteś Ulqomiańczykiem, nie widzisz nawet kątem oka ludzi z Besźel, idących "przeplotową" ulicą, nie słyszysz ich rozmów, nie zwracasz uwagi na samochody jadące wspólną ulicą (o tyle, żeby pod nie nie wpadać). Jeśli chcesz odwiedzić sąsiednie miasto, musisz przejść przez specjalne szkolenie, wymazujące dotychczasowe nawyki - należy nauczyć się patrzenia na miasto od nowa, unikając zwracania uwagi na "swoich", "swoje" ulice i budynki. Potem z wizą przechodzisz przez Halę Łącznikową i już jesteś po drugiej stronie, mimo że wszedłeś i wyszedłeś w tym samym mieście. Bez względu na to, co się w książce dzieje, to właśnie miasta są bohaterami, a nie dość anonimowi ludzie.

Na tym tle rozgrywa się akcja - po stronie Besźiel zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Prowadzący śledztwo odkrywa, że została zamordowana po tej "drugiej" stronie, w Ul Qomie. Władze odmawiają włączenia w sprawę "Przekroczeniówki", twierdząc, że jeśli zwłoki zostały przewiezione, to legalnie. Detektyw besźańskiej policji udaje się na "drugą" stronę, gdzie usiłuje wytropić zbrodniarza, współpracując z lokalną militsyą. Na to wszystko nakłada się tajemnica przestrzeni "pomiędzy", mitycznego miasta Orciny, które zajmuje przestrzeń między i tak już nachodzącymi na siebie Besźiel i Ul Qomą.

Co mnie zachwyciło, to język i kreacja świata. Rzecz dzieje się postmodernistycznie tu i teraz, gdzieś na Bałkanach. Są amerykańskie korporacje, korzystające z rozdzielenia niegdyś jednego kraju; walka biznesowa korzysta z faktu nakładania embarga przez jedną czy drugą stronę. Jest Harry Potter i Power Rangers, jest Internet (choć gdzieniegdzie ostro cenzurowany i dający różne wyniki w zależności od tego, gdzie się aktualnie człowiek znajduje); rzeczywistość równoległa mocno osadzona w naszej, aluzyjna i pozwalająca na samodzielnie wchodzenie w paralele ludzkiej umiejętności niezauważania tego, co niewygodne.

Polonica: książka inspirowana jest "Sklepami cynamonowymi" Schulza (nie tylko w tym miejscu, ale w dusznym, psychodelicznym klimacie całej opowieści: Stanąłem w miejscu między domem opieki oznaczonym klepsydrą a sklepem z przyprawami. W powietrzu unosił się zapach cynamonu), z czasów licealnych pamiętam już tylko schizofreniczny karnisz.

Dees mi pożyczyła, chcę więcej Miéville'a, ale nie ma w ebookach, smuteczek.

Inne tego autora:

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 22, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2015 - 0 komentarzy - Skomentuj


W deszczu, czasem w słońcu

Inne miejsce tym razem i wielki foch wśród kilkorga rodziców, że termin, znany od września, jednak nie pasuje. Sądząc po frekwencji, jednak pasował. Mimo nagłych ataków ulewnego deszczu, owocujących przemoczeniem odzieży i obuwia niektórych, ale boso też dało się po mokrej trawie biegać; wyjątkowo chłodny czerwiec tego roku. Wprawdzie nie było przedstawienia, ale mama A. zorganizowała setkę kłębków wełny i wtem cała okolica okazała się plątaniną kolorowych nitek, które atakowały znienacka, zahaczały i czasem zwalały z nóg, zwłaszcza mniej sprawnych w chodzeniu.

Pierwotna chęć współdzielenia kawałka chleba (ciasta drożdżowego, kanapki z jajkiem i małosolnego), wspólne plucie pestkami czereśni, płacz 6-letniej H., która jednak chciała odzyskać wianek właśnie wrzucony w zarośniętą glonami strugę. Lokalny rudy kot, pół pers, bardzo się polubiliśmy, odwołuję wszystkie nacechowane negatywnie opinie o persach i okolicach, są cudownie mięciutkie i pięknie mruczą, nawet jeśli im zbywa na inteligencji z wyglądu.

Kiedy wracałam do domu, na horyzoncie zamajaczył jeden filar tęczy.

Poprzednie świętojanki: 2013 i 2014.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 19, 2015

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tag: starczanowo - 1 komentarz - Skomentuj


W deszczu, czasem w słońcu

Inne miejsce tym razem i wielki foch wśród kilkorga rodziców, że termin, znany od września, jednak nie pasuje. Sądząc po frekwencji, jednak pasował. Mimo nagłych ataków ulewnego deszczu, owocujących przemoczeniem odzieży i obuwia niektórych, ale boso też dało się po mokrej trawie biegać; wyjątkowo chłodny czerwiec tego roku. Wprawdzie nie było przedstawienia, ale mama A. zorganizowała setkę kłębków wełny i wtem cała okolica okazała się plątaniną kolorowych nitek, które atakowały znienacka, zahaczały i czasem zwalały z nóg, zwłaszcza mniej sprawnych w chodzeniu.

Pierwotna chęć współdzielenia kawałka chleba (ciasta drożdżowego, kanapki z jajkiem i małosolnego), wspólne plucie pestkami czereśni, płacz 6-letniej H., która jednak chciała odzyskać wianek właśnie wrzucony w zarośniętą glonami strugę. Lokalny rudy kot, pół pers, bardzo się polubiliśmy, odwołuję wszystkie nacechowane negatywnie opinie o persach i okolicach, są cudownie mięciutkie i pięknie mruczą, nawet jeśli im zbywa na inteligencji z wyglądu.

Kiedy wracałam do domu, na horyzoncie zamajaczył jeden filar tęczy.

Poprzednie świętojanki: 2013 i 2014.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 19, 2015

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tag: starczanowo - 1 komentarz - Skomentuj


Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

Zbiór cynicznych, trafnych, choć nieco onirycznych (chociaż raczej należałoby napisać "owianych mgiełką promili i innych używek") felietonów (chociaż raczej należałoby napisać "paszkwili") z podróży autora po Europie. I tej bliskiej - okolicach Krakowa, po Mazowszu czy z Dworca Zachodniego do Grójca, i tej dalszej - Krymie, Słowacji, Niemczech. Na początku bawiłam się setnie, bo obserwacje, chociaż nie najlepiej o Trupolakach świadczące, są do dna samego prawdziwe. Jednak dość szybko poczułam przesyt - wulgaryzmami, jednostajnością obserwacji i formą, która z felietonu ewoluuje w stronę pijackiej maligny.

Inne tego autora:

#57

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 19, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2015, felietony - 0 komentarzy - Skomentuj


Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

Zbiór cynicznych, trafnych, choć nieco onirycznych (chociaż raczej należałoby napisać "owianych mgiełką promili i innych używek") felietonów (chociaż raczej należałoby napisać "paszkwili") z podróży autora po Europie. I tej bliskiej - okolicach Krakowa, po Mazowszu czy z Dworca Zachodniego do Grójca, i tej dalszej - Krymie, Słowacji, Niemczech. Na początku bawiłam się setnie, bo obserwacje, chociaż nie najlepiej o Trupolakach świadczące, są do dna samego prawdziwe. Jednak dość szybko poczułam przesyt - wulgaryzmami, jednostajnością obserwacji i formą, która z felietonu ewoluuje w stronę pijackiej maligny.

Inne tego autora:

#57

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 19, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2015, felietony - 0 komentarzy - Skomentuj