Do kina na filmy b. o. idzie się nie na film per se, tylko dla okoliczności pobocznych. Dziś wyjątkowo film stanął na wysokości zadania[1], ale widownia również. Rząd niżej weszli spóźnieni rodzice z dwójką, po czym jedno z dwójki rozpłakało się rzewnie, kiedy na ekranie walnął piorun i już tak wyło do ewakuacji z lokalu. Drugie z dwójki zawyło dla towarzystwa, ale po wyjściu bardziej wrażliwego rodzeństwa się zainteresowało akcją, po czym jakiś czas po wyjściu mamy wyemitowało głośną tęsknotę za tą ostatnią i wywlekło nieco opierającego się ojca z sali. Potem już było jak zwykle - okazjonalne "o, teraz go zabiło" przy kolejnym pechu prześladującego głównego bohatera, a na końcu, kiedy wymienialiśmy nad głową Majuta rytualne "mnie się podobało", z tyłu sali zabrzmiało kilkuletnie, acz wypowiedziane wszystkowiedzącym tonem "takie sobie".
[1] Piorun i magiczny dom, po pierwsze, że o kocie, po drugie w ścieżce dźwiękowej The Cure i Madness.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 23, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Do kina na filmy b. o. idzie się nie na film per se, tylko dla okoliczności pobocznych. Dziś wyjątkowo film stanął na wysokości zadania[1], ale widownia również. Rząd niżej weszli spóźnieni rodzice z dwójką, po czym jedno z dwójki rozpłakało się rzewnie, kiedy na ekranie walnął piorun i już tak wyło do ewakuacji z lokalu. Drugie z dwójki zawyło dla towarzystwa, ale po wyjściu bardziej wrażliwego rodzeństwa się zainteresowało akcją, po czym jakiś czas po wyjściu mamy wyemitowało głośną tęsknotę za tą ostatnią i wywlekło nieco opierającego się ojca z sali. Potem już było jak zwykle - okazjonalne "o, teraz go zabiło" przy kolejnym pechu prześladującego głównego bohatera, a na końcu, kiedy wymienialiśmy nad głową Majuta rytualne "mnie się podobało", z tyłu sali zabrzmiało kilkuletnie, acz wypowiedziane wszystkowiedzącym tonem "takie sobie".
[1] Piorun i magiczny dom, po pierwsze, że o kocie, po drugie w ścieżce dźwiękowej The Cure i Madness.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 23, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Niedomagam ostatnio na energię, listopad mnie przytłoczył namacalnym SAD. Wyciągnę trochę z archiwum, co mi zalegało od dawna.
Kiedyś wjechałam w wiecznie zakorkowaną Naramowicką (dlatego zwłaszcza polecam w weekendy, wtedy mniej) i trafiłam, choć nie bez pewnego kłopotu, do Fortezzy. Nie bez kłopotu, bo hotel/restauracja Fortezza mieści się przy ulicy Dworskiej, która nie jest oznaczona na tabliczce. Warto, nie tylko ze względu na bogate menu z elementami sezonowymi - dobrze przyprawione zupy, duże porcje obiadowe, ciekawe przystawki (podobno jest dobra pizza). Budynek powstał na bazie starego fortu Fergusson, jego ceglane ściany są elementem nowoczesnej architektury, dużo szkła i przestrzeni. Lokal jest raczej biznesowo-okazjonalny. Można wejść bez schodów z poziomu parkingu. Dla dzieci jest zaaranżowany fajny kącik z akwarium, wykładziną i zabawkami, w pewnej odległości od stolików.

(więcej zdjęć nie mam, ciemno było i padało)
Poznikało ostatnio kilka restauracji egzotycznych (Warung Bali, Shivaz), na szczęście pojawiła się nowa restauracja indyjska Tavaa. Mieści się na pięterku (niestety, schody) z pięknym widokiem na Ratajczaka. Tym bardziej widok można podziwiać, że dwa stoliki (dwuosobowe) stoją w witrynce nad ulicą; można robić za żywą reklamę restauracji. Menu jest dość krótkie, ale zawiera wszystkie indyjskie pewniaki - tikka masalę, butter chicken, raitę czy dania tandoori, dodatkowo jest sporo dań wegetariańskich. Znajomy Hindus wyżej ocenił Taveę niż Taj India na Malcie.


Do Trattorii zabrali mnie E. i S. na bardzo miły lancz. To filia restauracji w Przeźmierowie, o której już kiedyś pisałam, tyle że nastawiona bardziej na ofertę lanczową czy wieczory z winem. Wielki krąg wonnego sera na środku, pod ścianami regały z butelkami, bardzo uczynna i szybka obsługa (już dawno nie byłam w restauracji, w której ktoś upierał się przy trzymaniu mi odzieży wierzchniej).
O Cafe Blubra też już wspominałam przy okazji zwiedzania Szamarza, spędziłam tam miłą chwilę z C. na kawie. Kilka schodków do sutereny, wygodne kanapy, do kawy (niestety, nie ma ekspresu, jest tylko "z dripa") na miejscu pieczone ciasta i ciastka. Dużo książek, można sobie z czymś smacznym usiąść i zostać. Z facebookowego profilu wiem (oprócz aktualności z Rynku Jeżyckiego), że dzieją się tam rękodzielnicze warsztaty i akcje wspomagające np. dzikie koty.

(pretekstowe zdjęcie z telefonu)
Z kolei do Cafe Bimba nie trzeba wchodzić w ogóle, bo można usiąść przy niej na ulicy (krzesła nie są zbyt wygodne, jednak). Ale wejść warto, bo mieści się w zabytkowym wagonie tramwajowym. Jest chleb ze smalcem, rogale marcińskie, czasem zupa i dobra kawa. Co lubię, to że można patrzeć na Poznań przemieszczający się w jedną i drugą stronę, psy na trawniku, tramwaje i murale na Zielonej.




Adresy:
Nawiązując do tytułu, w księgarniach wysyp fajnych książek kucharskich, których nie mam: O jabłkach Elizy Mórawskiej, What Katie Ate Katie Quinn Davies czy Moja mała francuska kuchnia Rachel Khoo. Żadna aluzja, tak tylko wspominam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 22, 2014
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
murale
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niedomagam ostatnio na energię, listopad mnie przytłoczył namacalnym SAD. Wyciągnę trochę z archiwum, co mi zalegało od dawna.
Kiedyś wjechałam w wiecznie zakorkowaną Naramowicką (dlatego zwłaszcza polecam w weekendy, wtedy mniej) i trafiłam, choć nie bez pewnego kłopotu, do Fortezzy. Nie bez kłopotu, bo hotel/restauracja Fortezza mieści się przy ulicy Dworskiej, która nie jest oznaczona na tabliczce. Warto, nie tylko ze względu na bogate menu z elementami sezonowymi - dobrze przyprawione zupy, duże porcje obiadowe, ciekawe przystawki (podobno jest dobra pizza). Budynek powstał na bazie starego fortu Fergusson, jego ceglane ściany są elementem nowoczesnej architektury, dużo szkła i przestrzeni. Lokal jest raczej biznesowo-okazjonalny. Można wejść bez schodów z poziomu parkingu. Dla dzieci jest zaaranżowany fajny kącik z akwarium, wykładziną i zabawkami, w pewnej odległości od stolików.

(więcej zdjęć nie mam, ciemno było i padało)
Poznikało ostatnio kilka restauracji egzotycznych (Warung Bali, Shivaz), na szczęście pojawiła się nowa restauracja indyjska Tavaa. Mieści się na pięterku (niestety, schody) z pięknym widokiem na Ratajczaka. Tym bardziej widok można podziwiać, że dwa stoliki (dwuosobowe) stoją w witrynce nad ulicą; można robić za żywą reklamę restauracji. Menu jest dość krótkie, ale zawiera wszystkie indyjskie pewniaki - tikka masalę, butter chicken, raitę czy dania tandoori, dodatkowo jest sporo dań wegetariańskich. Znajomy Hindus wyżej ocenił Taveę niż Taj India na Malcie.


Do Trattorii zabrali mnie E. i S. na bardzo miły lancz. To filia restauracji w Przeźmierowie, o której już kiedyś pisałam, tyle że nastawiona bardziej na ofertę lanczową czy wieczory z winem. Wielki krąg wonnego sera na środku, pod ścianami regały z butelkami, bardzo uczynna i szybka obsługa (już dawno nie byłam w restauracji, w której ktoś upierał się przy trzymaniu mi odzieży wierzchniej).
O Cafe Blubra też już wspominałam przy okazji zwiedzania Szamarza, spędziłam tam miłą chwilę z C. na kawie. Kilka schodków do sutereny, wygodne kanapy, do kawy (niestety, nie ma ekspresu, jest tylko "z dripa") na miejscu pieczone ciasta i ciastka. Dużo książek, można sobie z czymś smacznym usiąść i zostać. Z facebookowego profilu wiem (oprócz aktualności z Rynku Jeżyckiego), że dzieją się tam rękodzielnicze warsztaty i akcje wspomagające np. dzikie koty.

(pretekstowe zdjęcie z telefonu)
Z kolei do Cafe Bimba nie trzeba wchodzić w ogóle, bo można usiąść przy niej na ulicy (krzesła nie są zbyt wygodne, jednak). Ale wejść warto, bo mieści się w zabytkowym wagonie tramwajowym. Jest chleb ze smalcem, rogale marcińskie, czasem zupa i dobra kawa. Co lubię, to że można patrzeć na Poznań przemieszczający się w jedną i drugą stronę, psy na trawniku, tramwaje i murale na Zielonej.




Adresy:
Nawiązując do tytułu, w księgarniach wysyp fajnych książek kucharskich, których nie mam: O jabłkach Elizy Mórawskiej, What Katie Ate Katie Quinn Davies czy Moja mała francuska kuchnia Rachel Khoo. Żadna aluzja, tak tylko wspominam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 22, 2014
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
murale
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mała, rozkapryszona Mary jest wychowywana przez hinduską nianię, bo jej piękna matka woli przyjęcia i rozrywki. Kiedy oboje rodzice i większość służby umiera podczas epidemii, Mary trafia do mrocznego i smutnego domu wuja w Anglii, gdzie nikt się nią nie zajmuje, co na początku jej nie przeszkadza, bo i tak nikogo nie lubi. Ale w pewnym momencie ciekawa świata 10-latka czuje się na tyle samotna, że zaczyna się zaprzyjaźniać - z gadatliwą, prostą służącą, z niemiłym ogrodnikiem, aż wreszcie odkrywa tajemnicę posiadłości - ogród zamknięty od 10 lat, po śmierci żony wuja. I zapomnianego przez ojca chłopca, jej równolatka, który nie wstaje z łóżka w przekonaniu, że zaraz umrze.
Słuchajcie, sama jestem zdziwiona. Mimo całej naiwności, całej pozytywistycznej otoczki (idź w ogród, a nabierzesz życia), to w dalszym ciągu - kiedy się ją czyta po nieledwie 30 latach - ładna historia. O odkrywaniu tajemnic, o cyklu życia, pięknie przyrody, sile niespodzianki i wpływie dobrych ludzi; o tym, że dobro rodzi dobro. Plastyczna, ciepła, w każdej chyba 10-latce wzbudzi chęć szukania tajemniczych przejść, własnego zakątka i wykreowania własnego świata. To, co odrzuca, to po pierwsze archaiczne tłumaczenie Jadwigi Włodarkiewiczowej (są inne?) - mnóstwo w nim kalek językowych ("więcej mądra"), niezręczności frazy, powtarzanie nieustająco podobnych zdań. Nie będę ironizować z kolonializmu w wydaniu egzotycznym i feudalizmu bardziej lokalnie, taki był klimat, ale po drugie - niestrawna jest przewijająca się nawet nie między wierszami, a wprost, nachalnie podana teza, że są lepsi, bo na to zasługują i gorsi, bo tak.
Inne tej autorki:
#120
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 19, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2014, dla-dzieci
- 3 komentarze
- Skomentuj
Mała, rozkapryszona Mary jest wychowywana przez hinduską nianię, bo jej piękna matka woli przyjęcia i rozrywki. Kiedy oboje rodzice i większość służby umiera podczas epidemii, Mary trafia do mrocznego i smutnego domu wuja w Anglii, gdzie nikt się nią nie zajmuje, co na początku jej nie przeszkadza, bo i tak nikogo nie lubi. Ale w pewnym momencie ciekawa świata 10-latka czuje się na tyle samotna, że zaczyna się zaprzyjaźniać - z gadatliwą, prostą służącą, z niemiłym ogrodnikiem, aż wreszcie odkrywa tajemnicę posiadłości - ogród zamknięty od 10 lat, po śmierci żony wuja. I zapomnianego przez ojca chłopca, jej równolatka, który nie wstaje z łóżka w przekonaniu, że zaraz umrze.
Słuchajcie, sama jestem zdziwiona. Mimo całej naiwności, całej pozytywistycznej otoczki (idź w ogród, a nabierzesz życia), to w dalszym ciągu - kiedy się ją czyta po nieledwie 30 latach - ładna historia. O odkrywaniu tajemnic, o cyklu życia, pięknie przyrody, sile niespodzianki i wpływie dobrych ludzi; o tym, że dobro rodzi dobro. Plastyczna, ciepła, w każdej chyba 10-latce wzbudzi chęć szukania tajemniczych przejść, własnego zakątka i wykreowania własnego świata. To, co odrzuca, to po pierwsze archaiczne tłumaczenie Jadwigi Włodarkiewiczowej (są inne?) - mnóstwo w nim kalek językowych ("więcej mądra"), niezręczności frazy, powtarzanie nieustająco podobnych zdań. Nie będę ironizować z kolonializmu w wydaniu egzotycznym i feudalizmu bardziej lokalnie, taki był klimat, ale po drugie - niestrawna jest przewijająca się nawet nie między wierszami, a wprost, nachalnie podana teza, że są lepsi, bo na to zasługują i gorsi, bo tak.
Inne tej autorki:
#120
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 19, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2014, dla-dzieci
- 3 komentarze
- Skomentuj
Miałam dylematy, co zrobić, jak wybierze mnie firma, która niechętna jest całemu etatowi. Firma dylemat rozwiązała prosto, wysyłając mi zakończony kropką nienawiści email z rekruterskim bullshitem: Po etapie rozmów kwalifikacyjnych z przykrością informujemy, że niestety nie możemy zaprosić Pani do dalszego etapu rekrutacji. Pani dane pozostaną jednak w naszej bazie i pozwolimy sobie kontaktować się z Panią w sprawie podobnych stanowisk. Było nam niezmiernie miło spotkać się z Panią i życzymy Pani sukcesów w rozwoju kariery zawodowej.
Z wrodzoną gracją pominę komentarz o zabawie w ciuciubabkę z wynagrodzeniem; jakby wisiały widełki w ogłoszeniu, nie marnowałabym czasu.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 19, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
SOA -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Miałam dylematy, co zrobić, jak wybierze mnie firma, która niechętna jest całemu etatowi. Firma dylemat rozwiązała prosto, wysyłając mi zakończony kropką nienawiści email z rekruterskim bullshitem: Po etapie rozmów kwalifikacyjnych z przykrością informujemy, że niestety nie możemy zaprosić Pani do dalszego etapu rekrutacji. Pani dane pozostaną jednak w naszej bazie i pozwolimy sobie kontaktować się z Panią w sprawie podobnych stanowisk. Było nam niezmiernie miło spotkać się z Panią i życzymy Pani sukcesów w rozwoju kariery zawodowej.
Z wrodzoną gracją pominę komentarz o zabawie w ciuciubabkę z wynagrodzeniem; jakby wisiały widełki w ogłoszeniu, nie marnowałabym czasu.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 19, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
SOA -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... wiem, zabrzmiało minorowo, ale ja Wam tylko chcę dać czas. Czas na to, żeby wymyślić mądry, kolorowy, może miękki i pachnący prezent dla kogoś, kto na to czeka w Niegowie, w domu opieki. Mieszkają tam dziewczynki i chłopcy, choć - ze względu na wiek - może raczej damy i dżentelmeni, którzy ucieszą się z pocztówki albo czegoś miłego w świątecznej paczce. O akcji piszą wyczerpująco Kaczka i Bebe, którym nie przeszkadza ani położenie geograficzne, ani brak słońca, ani to, że droga na pocztę błotnista i usiana przeszkodami (słowo, to dlatego mi tak ciężko zawsze coś wysłać!). Napisały o tym TUTAJ.
Wybierzcie jedną osobę, może dwie, kogoś, kto Was ujął, kogo polubiliście. Pokażcie stronę z listą niegowskich dzieci w pracy. Kupcie kolorowy papier i wstążeczkę. Poproście Wasze dzieci o pomoc w wyborze albo przygotowaniu prezentu. Spójrzcie potem na zdjęcia zachwyconych obdarowanych; ja się wzruszam, chociaż twarda jestem jak niedojrzałe awokado.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 17, 2014
Link bezpośredni -
- 1 komentarz
- Skomentuj
... wiem, zabrzmiało minorowo, ale ja Wam tylko chcę dać czas. Czas na to, żeby wymyślić mądry, kolorowy, może miękki i pachnący prezent dla kogoś, kto na to czeka w Niegowie, w domu opieki. Mieszkają tam dziewczynki i chłopcy, choć - ze względu na wiek - może raczej damy i dżentelmeni, którzy ucieszą się z pocztówki albo czegoś miłego w świątecznej paczce. O akcji piszą wyczerpująco Kaczka i Bebe, którym nie przeszkadza ani położenie geograficzne, ani brak słońca, ani to, że droga na pocztę błotnista i usiana przeszkodami (słowo, to dlatego mi tak ciężko zawsze coś wysłać!). Napisały o tym TUTAJ.
Wybierzcie jedną osobę, może dwie, kogoś, kto Was ujął, kogo polubiliście. Pokażcie stronę z listą niegowskich dzieci w pracy. Kupcie kolorowy papier i wstążeczkę. Poproście Wasze dzieci o pomoc w wyborze albo przygotowaniu prezentu. Spójrzcie potem na zdjęcia zachwyconych obdarowanych; ja się wzruszam, chociaż twarda jestem jak niedojrzałe awokado.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 17, 2014
Link bezpośredni -
- 1 komentarz
- Skomentuj