Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Projekt Jeżyce - Mickiewicza

Jeżyce to dla mnie kwintesencja miasta. Nierówne, zastawione samochodami ulice. Małe sklepiki, firmy usługowe, NFZ i salony kosmetyczne. Na Mickiewicza bywam codziennie. To ulica kontrastów - od pięknych kamienic z balkonikami i wieżyczkami, przez okropny budynek ZUS-u i "Klub Średniolatka" do drewnianej przybudówki w podwórzu, żywcem wyjętej z Tatr. Nie dziwi mnie wystawa zabytkowych kafli na ścianie jednego z budynków i liście lip, jesiennie spadające na chodnik. To uliczka z kawiarniami - elegancka Mała Czarna, Brisman, przytulna Aisza (i nieco myląca Oranżeria, w której nie da się niczego zjeść, ale da się uszyć zasłony), z salonem mody ciążowej tuż obok wejścia do szpitala im. Raszei, gdzie na świat przychodzi spory procent poznańskich niemowląt. Ze szkołą jogi i centrum nauki chińskiego. Ciekawa jestem, czy jeszcze coś znajdę na Mickiewicza; życie prowadzi mnie na tę ulicę już po raz kolejny.

GALERIA ZDJĘĆ (również inne ulice).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 20, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce - - 5 komentarzy - Skomentuj


Projekt Jeżyce - Mickiewicza

Jeżyce to dla mnie kwintesencja miasta. Nierówne, zastawione samochodami ulice. Małe sklepiki, firmy usługowe, NFZ i salony kosmetyczne. Na Mickiewicza bywam codziennie. To ulica kontrastów - od pięknych kamienic z balkonikami i wieżyczkami, przez okropny budynek ZUS-u i "Klub Średniolatka" do drewnianej przybudówki w podwórzu, żywcem wyjętej z Tatr. Nie dziwi mnie wystawa zabytkowych kafli na ścianie jednego z budynków i liście lip, jesiennie spadające na chodnik. To uliczka z kawiarniami - elegancka Mała Czarna, Brisman, przytulna Aisza (i nieco myląca Oranżeria, w której nie da się niczego zjeść, ale da się uszyć zasłony), z salonem mody ciążowej tuż obok wejścia do szpitala im. Raszei, gdzie na świat przychodzi spory procent poznańskich niemowląt. Ze szkołą jogi i centrum nauki chińskiego. Ciekawa jestem, czy jeszcze coś znajdę na Mickiewicza; życie prowadzi mnie na tę ulicę już po raz kolejny.

GALERIA ZDJĘĆ (również inne ulice).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 20, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce - - 5 komentarzy - Skomentuj


Yrsa Sigurðardóttir - Weź moją duszę

Thora jest prawnikiem, głównie zajmuje się sporządzaniem umów (oraz - na przykład - ustaleniami, na jakiej wysokości ma być wrzutnia na listy). Jeden z jej klientów, Jonas, prosi ją o pomoc przy zakupionej przez niego na hotel nieruchomości, w której straszy (a dla właściciela ezoterycznego hotelu jest to problematyczne). Thora oddaje pod opiekę 16-letniego syna (niebawem ojca) oraz 6-letnią córkę eks-mężowi i udaje się na wizję lokalną na prowincję do hotelu. Zupełnym przypadkiem przyjeżdża za nią kochanek - Niemiec Matthew (którego sprytnie anonsuje jako nosiciela wirusa HIV, żeby nie głuszyły go nudzące się pracownice hotelu) i pomaga jej w śledztwie. Nie dość, że w hotelu pojawia się duch dziewczyny, nocami słychać płacz dziecka (a żadnego dziecka w okolicy nie ma), to jeszcze w dzień przyjazdu Thory ginie brutalnie zamordowana i zgwałcona architektka, Birna.

Oczywiście Thora mogłaby współpracować z policją i pewnie dzięki temu nie doszłoby do drugiego morderstwa, ale "dla dobra mocodawcy" prowadzi śledztwo sama. A to się włamie do pokoju zamordowanej i skłusuje pamiętnik, a to zirytuje mnóstwo ludzi, zadając pytania (na przykład o islandzkich nazistów), czy wreszcie znajdzie zwłoki sprzed ponad 60 lat. Matthew, który wprawdzie nie mówi po islandzku, na zmianę ciągnie Thorę do łóżka albo chodzi w roli jej ochroniarza i osoby do towarzystwa po okolicy. Wbrew mocnemu początkowi - zamordowaniu 4-letniej dziewczynki w 1945 roku - i wbrew dość mrocznemu klimatowi miejsca nawiedzonego, książka jest taka zupełnie normalna, czasem nawet lekko zabawna. Polubiłam Thorę mimo jej lekkomyślności i nadstawiania głowy bez powodu, jest niegłupia, inteligentna i wyjątkowo cierpliwa (chyba że rozmawia z byłym mężem).

Inne tej autorki:

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 18, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2012, kryminal - 1 komentarz - Skomentuj


Yrsa Sigurðardóttir - Weź moją duszę

Thora jest prawnikiem, głównie zajmuje się sporządzaniem umów (oraz - na przykład - ustaleniami, na jakiej wysokości ma być wrzutnia na listy). Jeden z jej klientów, Jonas, prosi ją o pomoc przy zakupionej przez niego na hotel nieruchomości, w której straszy (a dla właściciela ezoterycznego hotelu jest to problematyczne). Thora oddaje pod opiekę 16-letniego syna (niebawem ojca) oraz 6-letnią córkę eks-mężowi i udaje się na wizję lokalną na prowincję do hotelu. Zupełnym przypadkiem przyjeżdża za nią kochanek - Niemiec Matthew (którego sprytnie anonsuje jako nosiciela wirusa HIV, żeby nie głuszyły go nudzące się pracownice hotelu) i pomaga jej w śledztwie. Nie dość, że w hotelu pojawia się duch dziewczyny, nocami słychać płacz dziecka (a żadnego dziecka w okolicy nie ma), to jeszcze w dzień przyjazdu Thory ginie brutalnie zamordowana i zgwałcona architektka, Birna.

Oczywiście Thora mogłaby współpracować z policją i pewnie dzięki temu nie doszłoby do drugiego morderstwa, ale "dla dobra mocodawcy" prowadzi śledztwo sama. A to się włamie do pokoju zamordowanej i skłusuje pamiętnik, a to zirytuje mnóstwo ludzi, zadając pytania (na przykład o islandzkich nazistów), czy wreszcie znajdzie zwłoki sprzed ponad 60 lat. Matthew, który wprawdzie nie mówi po islandzku, na zmianę ciągnie Thorę do łóżka albo chodzi w roli jej ochroniarza i osoby do towarzystwa po okolicy. Wbrew mocnemu początkowi - zamordowaniu 4-letniej dziewczynki w 1945 roku - i wbrew dość mrocznemu klimatowi miejsca nawiedzonego, książka jest taka zupełnie normalna, czasem nawet lekko zabawna. Polubiłam Thorę mimo jej lekkomyślności i nadstawiania głowy bez powodu, jest niegłupia, inteligentna i wyjątkowo cierpliwa (chyba że rozmawia z byłym mężem).

Inne tej autorki:

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 18, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2012, kryminal - 1 komentarz - Skomentuj


Pomiędzy

Z jednej strony świeży zapach rozgrzanego snem ciała 3-latki, którą niosę z samochodu do domu, wczepioną we mnie łapkami jak młody lemur. Odkrywcze połączenia słów, śpiewanie w celu sprzątania, historie opowiadane przez jabjadojka pitbujowi i dajmatańcikowi, śmiech z udawanego kręcenia nosem na smrodek. Torba pełna mikrych żołędzi i zwiędniętych stokrotek.

Z drugiej świat kawiarni, leniwej lektury w wygodnym fotelu, przerywanej drzemką. Chodzenia tam, gdzie się chce, bez negocjacji i tłumaczenia, po co; bez konieczności ciągłego czuwania, czy nikt nie wyskakuje właśnie na ulicę. Patrzenie tylko pod swoje nogi. Kino czy teatr bez ustaleń kilka tygodni wcześniej. Ot, wyjść z domu albo porozmawiać bez interludiów.

Jestem pomiędzy. Chcę uczestniczyć w poznawaniu świata, bo świat z perspektywy niespełna metra jest fantastycznie barwny, tajemniczy i niosący obietnice. Ale zdążyłam przyzwyczaić się do przyjemności, jaką daje posiłek z kimś, kto nie wypluwa pogryzionego właśnie kawałka chleba. Kradnę kawałki życia między odprowadzeniem do przedszkola i dojściem do pracy. Tak, słucham muzyki z przekleństwami, kiedy śpiąca posapuje na tylnym siedzeniu. Jestem buntownikiem między 14:35 a 14:50. I po 21:30, kiedy zapada w sen.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 18, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 5 komentarzy - Skomentuj


Pomiędzy

Z jednej strony świeży zapach rozgrzanego snem ciała 3-latki, którą niosę z samochodu do domu, wczepioną we mnie łapkami jak młody lemur. Odkrywcze połączenia słów, śpiewanie w celu sprzątania, historie opowiadane przez jabjadojka pitbujowi i dajmatańcikowi, śmiech z udawanego kręcenia nosem na smrodek. Torba pełna mikrych żołędzi i zwiędniętych stokrotek.

Z drugiej świat kawiarni, leniwej lektury w wygodnym fotelu, przerywanej drzemką. Chodzenia tam, gdzie się chce, bez negocjacji i tłumaczenia, po co; bez konieczności ciągłego czuwania, czy nikt nie wyskakuje właśnie na ulicę. Patrzenie tylko pod swoje nogi. Kino czy teatr bez ustaleń kilka tygodni wcześniej. Ot, wyjść z domu albo porozmawiać bez interludiów.

Jestem pomiędzy. Chcę uczestniczyć w poznawaniu świata, bo świat z perspektywy niespełna metra jest fantastycznie barwny, tajemniczy i niosący obietnice. Ale zdążyłam przyzwyczaić się do przyjemności, jaką daje posiłek z kimś, kto nie wypluwa pogryzionego właśnie kawałka chleba. Kradnę kawałki życia między odprowadzeniem do przedszkola i dojściem do pracy. Tak, słucham muzyki z przekleństwami, kiedy śpiąca posapuje na tylnym siedzeniu. Jestem buntownikiem między 14:35 a 14:50. I po 21:30, kiedy zapada w sen.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 18, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 5 komentarzy - Skomentuj




Magdalena Samozwaniec - Zalotnica niebieska

Wspominałam już kiedyś, że niespecjalnie lubię i niezbyt doceniam poezję. Dlatego trochę męczyłam się przy biografii Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej; przyszłam po bujne 20-lecie międzywojenne, po epokę ludzi znanych nie tylko z tego, że byli znani. Samozwaniec napisała świetną rozprawkę, uzasadniając odpowiednio dobranym wierszem swoje opinie o wydarzeniach i uczuciach. Pomijając wiersze (i abstrahując od ich jakości), to pełna zachwytu historia, napisana przez siostrę o siostrze, pełna miłości, subiektywnego zachwytu i tęsknoty za życiem, które prowadziły razem. Wiele rzeczy mnie dziwiło - zaczynając od ultratradycyjnego wychowania panien w cnocie, z wymykaniem się na schadzki do kościoła i korespondencję przez kanapę przy jednoczesnym utrzymywaniu przez papę Kossaka licznych metres i kochanic, a na przedziwnych stosunkach towarzysko-finansowych kończąc. Nie zmienia to faktu, że to kawałek pięknej historii o poetce, która kochała mocno i żyła intensywnie, choć niespecjalnie długo.

Inne tej autorki:

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 17, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, biografia, 2012 - 2 komentarze - Skomentuj


Magdalena Samozwaniec - Zalotnica niebieska

Wspominałam już kiedyś, że niespecjalnie lubię i niezbyt doceniam poezję. Dlatego trochę męczyłam się przy biografii Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej; przyszłam po bujne 20-lecie międzywojenne, po epokę ludzi znanych nie tylko z tego, że byli znani. Samozwaniec napisała świetną rozprawkę, uzasadniając odpowiednio dobranym wierszem swoje opinie o wydarzeniach i uczuciach. Pomijając wiersze (i abstrahując od ich jakości), to pełna zachwytu historia, napisana przez siostrę o siostrze, pełna miłości, subiektywnego zachwytu i tęsknoty za życiem, które prowadziły razem. Wiele rzeczy mnie dziwiło - zaczynając od ultratradycyjnego wychowania panien w cnocie, z wymykaniem się na schadzki do kościoła i korespondencję przez kanapę przy jednoczesnym utrzymywaniu przez papę Kossaka licznych metres i kochanic, a na przedziwnych stosunkach towarzysko-finansowych kończąc. Nie zmienia to faktu, że to kawałek pięknej historii o poetce, która kochała mocno i żyła intensywnie, choć niespecjalnie długo.

Inne tej autorki:

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 17, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, biografia, 2012 - 2 komentarze - Skomentuj