Podobno
... za tydzień ma być wiosna.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
... za tydzień ma być wiosna.
Zaczęło się grubo, bo od reklamy "Buła chrupiąca, parówa strzelająca".
Potem wyszłam z Lidla tak szybko jak weszłam, bo nie widziałam takich dzikich tłumów jeszcze (i z tulipanów były dwa bukieciki, z czego jednej zwiędnięty). Już wiem, że nie warto wchodzić do Lidla w sobotę. I że nie da się wyjść z pustym wózkiem, bo nie ma takiej opcji.
Wróciłam z zakupami do domu. Czy to jest jakiś lans ogólnowielkopolski, żeby parkować w Suchym Lesie? Nie. Ma. Żadnego. Miejsca. No chyba że kilkaset metrów dalej, ale wyjątkowo nie chciało mi się ze wspomnianymi zakupami wlec po śniegu; wilki, roztopy. Znalazłam, zmieściłam się, przesuwając po centymetrze. I chyba w tej sytuacji nie należy się dziwić, że stanęłam pod drzwiami klatki schodowej, przyciskając przycisk otwierający drzwi na samochodowych kluczykach. I nie działało. Bo przecież nie dlatego, że jestem roztargniona.
.Jednym ze skutków ubocznych prawie trzech lat spacerów po wsi i osiedlu jest znajomość z większością właścicieli psów. Taki sąsiad z klatki obok ma owczarka berneńskiego. Wielkie, ogromne, piękne bydlę. Pies, nie sąsiad. Spotykam sąsiada rano, nieustająco zachwycam się tym, że bestia za każdym razem jest większa, coraz bardziej kudłata i dalej niesamowicie przyjacielska. "No rośnie jeszcze, rośnie. Ale wie pani, co najgorsze? Zaczął mi latać za sukami!".
Waga wzbiła się na wyżyny absurdu i mimo diety ("jem to, co zwykle, ale z wyrzutami sumienia") nie planuje spaść. Zaprzyjaźniłam się z panią Magdą, specjalistką od dietetyki i mam schudnąć. Zakładając, że nie będę sama siebie oszukiwać, zacznę jeść regularnie, a nie wtedy, kiedy sobie o tym przypomnę, wyrzucę kabanosy, czekoladę, panierkę i jelly beansy... to zmieszczę się w dżinsy, w które się mieściłam w październiku. Do lata. Można się śmiać.
Poza tym udało mi się dzisiaj zatankować pełen bak i dopiero w tym momencie zorientować się, że jestem bez walorów pieniężnych. I bez jakichkolwiek dokumentów. Albowiem nie wiem, gdzie jest mój portfel. Wspominałam, że moje życie to nieustająca fala sukcesów? Tak.
I jeszcze ma być sporo zimniej. Kiedy już się przyzwyczaiłam. Niezachwyt. Tylko ten Edynburg za dwa tygodnie trzyma mnie w pionie.
Mam dwa służbowe moleskiny (dwa, bo ubiegłoroczny ma jeszcze puste kartki i przecież można go używać) oraz jeden podróżny, a i tak - jak szewc niepewny swego rękodzieła - notuję wszystkie myśli w głowie. A potem, haha, ależ oczywiście, że zapominam.
Poza tym dzisiaj wyprało mnie z czegokolwiek. Więc i z notesem nie byłoby ze mnie pożytku.
Pani i pan, wchodzą do ogródka w mallowej restauracji, w zasadzie pustej. Pan steruje w kierunku lady, pani scenicznym szeptem napomina: "Najpierw siadamy, bo musimy się rozebrać". Po czym pani zdjęła kurtkę, pan nie zdjął nic, nawet czapki i razem poszli do kasy.
Ostatnie zdjęcie zrobiłam w niedzielę. Przez cały tydzień nie wzięłam aparatu do ręki. Suxx to be me.
Weszłam w świat jednolinijkowców, z formą narzuconą przez medium. Elaboruję się w sytuacjach służbowych, wprowadzając wstęp, rozwinięcie i zakończenie oraz koniecznie jakiś mocny charakter dla ożywienia akcji. Prywatnie 160 znaków z niejakim obrzydzeniem do dwóch zdań. Nie umiem przejść do drugiego akapitu, nie wspominając o suspensie.
Ze względu na gabaryt, jakiego nabrałam przez zimę, zdecydowałam się nie kupować nowych spodni, bo dotychczasowe całkiem fajne. A jak kupię nowe, to nie ma szans, że będę robić jakiekolwiek wysiłki[1] w celu zmieszczenia się w posiadane. Dlatego dziś założyłam legginsy. Dawno nie czułam się tak atrakcyjna dla siebie.
Już za drugim razem udało mi się wydrukować w pracy wędrujący dokument[2]. Za drugim bo za pierwszym razem machałam identyfikatorem po ekranie dotykowym, a nie po czytniku. Ekran dotykowy bynajmniej nie identyfikuje.
Mam ochotę dodać nową kategorię pt. "Nieustające pasmo sukcesów"[3].
[1] Restauracja w nowym budynku fabrycznym nie pomaga. Od 12 patrzę na zegarek, żeby o 13 wystartować po pyszną zupkę i co ino. Menu bywa na stronie na facebooku.
[2] True story - puszcza się na drukarkę, macha identyfikatorem i z dowolnej drukarki wylatuje cieplutki wydruk.
[3] Nie żebym nie odniosła dziś sukcesiku. Poszłam do banku zanieść cesję ubezpieczenia mieszkania, której się bank domagał. Przed ponagleniem! I przed naliczeniem kary umownej. Normalnie nie jak ja.
A gdyby tak znaleźć wreszcie te Heinleinowskie drzwi do lata? Z zatrzymanym czasem, gdzie można wejść, spędzić dowolne godziny, a potem wrócić w tej samej chwili? Późne popołudnie po upalnym dniu, słońce już niżej, nie białe, ale ciepłe, złote. Można spać w tym zatrzymanym, letnim drżącym powietrzu, spać tak długo, aż wreszcie się nabierze chęci, żeby wstać. I wstanie się tylko dlatego, że ma się ochotę, nie że trzeba. Można czytać tom za tomem, nie martwiąc się, że życie jest za krótkie na przeczytanie chociaż ułamka tego, co warto przeczytać (a przecież i literatura niska warta jest swojej chwili). Można. Zbieram w głowie te wszystkie zdjęcia z łóżkami pełnymi poduszek, szezlongami w ogrodach, stolikami przy plaży. Może to tam, trochę bliżej absolutu?
Tak, nie wysypiam się, a nie wysłane głosowanie wspólnoty mieszkaniowej w sprawie naprawy balkonów irytuje mnie, a nie mogę się ogarnąć, żeby je wysłać.