Dobry film treściowo, totalnie zrąbany technicznie. Jak słyszę Lars von Trier, to mi się zapala mała czerwona lampka i słyszę pisk "crap! crap! crap!". Mam wrażenie, że cała filozofia von Triera (dźwięk z kamery, światło naturalne, zdjęcia z ręki i inne cudowania) mają za zadanie ukryć, że Trier ni cholery nie umie filmów kręcić (doskonale by się wpisał w kino polskie, kulejące pod tymi względami, ale tu przynajmniej nikt nie udaje, że spartolony dźwięk to maniera ahtystyczna). Tragiczny montaż (porwane, czasem przeskakujące sceny), oddech kamerzysty zza pleców, buro i obleśne. Ja wiem, że to niby taki zabieg, że ważna treść, a nie forma, ale bez przesady. Nawet najlepsza treść traci, jak kamera lata jak u menela pod sklepem.
Da się przeżyć, bo film ciekawy. Aktor ma udawać szefa, którym do tej pory zasłaniał się przy każdej decyzji właściciel firmy tylko po to, żeby firmę sprzedać. Im głębiej wchodzi w firmę, tym lepiej poznaje ludzi i wszystkie zakulisowe machinacje. Jest śmiesznie na początku, ale potem się okazuje, że raczej smutno. Śmiesznie, bo sytuacje typu "przychodzi laik do firmy IT i wydaje mu się, że świetnie sobie radzi" są w firmie IT na porządku dziennym (tylko się można przerzucać nazwiskami). Smutno, bo to dość prawdziwa historia o tym, jak łatwo podejmować złe decyzje, zakrywając się mitycznym "szefem", nie biorąc odpowiedzialności za nic i będąc cały czas "dobrym kumplem".
Niezłe, ale nie ma żadnego powodu, żeby iść na to do kina. Bynajmniej nie po to, żeby formę podziwiać.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Otworzyli nową część Starego Browaru, to i poszłam już po tygodniu. Ogólnie na plus, SB ma styl, nowa część jest równie spójnie zrobiona co stara.
Wygląd: 10/10 - jest absolutnie pięknie, zachwyciła mnie metalowa klatka schodowa z okienkami, coś uroczego.
Sklepy spożywcze - niam. Kuchnie świata - mają ogromny potencjał, dużo meksyku, Dr Peppers, Jelly Beansy (niestety, dość odęta panna kasowa na pytanie o beef jerky odpowiedziała elokwentnie "nie przypuszczam"); Alma - niezły wybór słodyczy (białe toblerone, jak kto lubi, czekoladki austrackie), niezłe sery (tanio Irish Cheddar).
L'Occitane: pięknie pachnie. Ceny dość okrągłe.
Knajpy: niestety kiepsko. Złota rybka - porażka totalna, mają tylko "zestawy", czyli oni ustalają, ile mi ryby walną na talerz, dowalą frytek, których nie chcę, a surówki z wiadra, bo za inne to trzeba dopłacić. Czerwone Sombrero - lepiej iść do knajpy w pasażu Apollo, większe porcje, klimatyczniejsza knajpa. Do tego jakiś matoł wpadł na pomysł, że co będzie plebs siadał gdzie chce, więc "jest zakaz"[1] siadania przy jednym stoliku z żarciem z dwóch knajp.
[1] Zakaz olałam, chyba wyglądałam na dość wkurzoną "zestawem" ze Złotej rybki, żeby ktoś przychodził mi tłumaczyć, że mam zjeść kolację przy innym stoliku niż TŻ, jedzący żarcie z innej knajpy.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Otworzyli nową część Starego Browaru, to i poszłam już po tygodniu. Ogólnie na plus, SB ma styl, nowa część jest równie spójnie zrobiona co stara.
Wygląd: 10/10 - jest absolutnie pięknie, zachwyciła mnie metalowa klatka schodowa z okienkami, coś uroczego.
Sklepy spożywcze - niam. Kuchnie świata - mają ogromny potencjał, dużo meksyku, Dr Peppers, Jelly Beansy (niestety, dość odęta panna kasowa na pytanie o beef jerky odpowiedziała elokwentnie "nie przypuszczam"); Alma - niezły wybór słodyczy (białe toblerone, jak kto lubi, czekoladki austrackie), niezłe sery (tanio Irish Cheddar).
L'Occitane: pięknie pachnie. Ceny dość okrągłe.
Knajpy: niestety kiepsko. Złota rybka - porażka totalna, mają tylko "zestawy", czyli oni ustalają, ile mi ryby walną na talerz, dowalą frytek, których nie chcę, a surówki z wiadra, bo za inne to trzeba dopłacić. Czerwone Sombrero - lepiej iść do knajpy w pasażu Apollo, większe porcje, klimatyczniejsza knajpa. Do tego jakiś matoł wpadł na pomysł, że co będzie plebs siadał gdzie chce, więc "jest zakaz"[1] siadania przy jednym stoliku z żarciem z dwóch knajp.
[1] Zakaz olałam, chyba wyglądałam na dość wkurzoną "zestawem" ze Złotej rybki, żeby ktoś przychodził mi tłumaczyć, że mam zjeść kolację przy innym stoliku niż TŻ, jedzący żarcie z innej knajpy.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Nie to, że mi się nie podobało. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobało. Typowy uczciwy film dla nieco starszych (>6 lat) dzieci, tyle że bez wartości dodanej - żadnych odwołań kulturowych, mrugnięcia oczkiem do nieco starszych dzieci, tej całej po-mo zabawy, jaka była w "Gdzie jest Nemo" czy "Shreku". Ładna animacja, stosunkowo mało przemocy, a jak jest, to bardzo umowna (nikt nie ginie). W Lesie ktoś kradnie przepisy na ciasteczka, Czerwony Kapturek jedzie do babci, która ma najwięcej przepisów, żeby ją ochronić przed kradzieżą. Przy łóżku babci spotyka się Kapturek, wilk, drwal i babcia. Do zajścia wezwana zostaje policja, która przeprowadza śledztwo, kto kradnie przepisy. Może w wersji oryginalnej film coś zyskuje, po polsku aktorzy są mocno tacy sobie, piosenki brzmią od czapy, a film ratują obrazki.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie to, że mi się nie podobało. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobało. Typowy uczciwy film dla nieco starszych (>6 lat) dzieci, tyle że bez wartości dodanej - żadnych odwołań kulturowych, mrugnięcia oczkiem do nieco starszych dzieci, tej całej po-mo zabawy, jaka była w "Gdzie jest Nemo" czy "Shreku". Ładna animacja, stosunkowo mało przemocy, a jak jest, to bardzo umowna (nikt nie ginie). W Lesie ktoś kradnie przepisy na ciasteczka, Czerwony Kapturek jedzie do babci, która ma najwięcej przepisów, żeby ją ochronić przed kradzieżą. Przy łóżku babci spotyka się Kapturek, wilk, drwal i babcia. Do zajścia wezwana zostaje policja, która przeprowadza śledztwo, kto kradnie przepisy. Może w wersji oryginalnej film coś zyskuje, po polsku aktorzy są mocno tacy sobie, piosenki brzmią od czapy, a film ratują obrazki.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
P. miał rację - to jest bardzo zły film. Ale śmieszny. Statham chyba już na stałe zakwalifikował się do ról faceta, który jeździ, daje w mordę i dupczy, ale nie da się ukryć, że jest w tym świetny (kiepski Revolver pokazał, że nie warto z niego robić myśliciela z dylematami filozoficznymi). Zdecydowanie gorszy od Transporterów, bardzo gore (krew, krew, dużo krwi), czasem śmiesznie ("gdy mówiłem, że jestem programistą gier komputerowych, kłamałem", jazda w pozie "Titanic" na motorze w szpitalnym giezełku bez gatek, ale ze wzwodem), czasem całkiem bez sensu. Można przeżyć bez obejrzenia.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
P. miał rację - to jest bardzo zły film. Ale śmieszny. Statham chyba już na stałe zakwalifikował się do ról faceta, który jeździ, daje w mordę i dupczy, ale nie da się ukryć, że jest w tym świetny (kiepski Revolver pokazał, że nie warto z niego robić myśliciela z dylematami filozoficznymi). Zdecydowanie gorszy od Transporterów, bardzo gore (krew, krew, dużo krwi), czasem śmiesznie ("gdy mówiłem, że jestem programistą gier komputerowych, kłamałem", jazda w pozie "Titanic" na motorze w szpitalnym giezełku bez gatek, ale ze wzwodem), czasem całkiem bez sensu. Można przeżyć bez obejrzenia.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 18, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W zasadzie każda książka O'Farrella jest o tym, do czego prowadzi kłamstwo. Co robi mąż, gdy żona urodziła dwójkę dzieci? Wynajmuje mieszkanie i pod pretekstem ciężkiej pracy spędza poza domem miłe, relaksujące dni. Nie pracuje zbyt ciężko, do domu wraca na weekendy i może wtedy wykrzesać z siebie nieco zainteresowania dla wyjących dzieci, zmęczonej żony i przeznaczyć jakiś czas na s.e.k.s. Wszystko pasuje do momentu, kiedy nie okazuje się, że w wynajętym mieszkaniu zaczyna mieć prawie że drugą rodzinę i odrębny krąg znajomych. Niezła humoreska o tym, że posiadanie dzieci to wcale nie jest taka fajna rzecz, ale jak już się ma, to pozamiatane i nie ma odwrotu. Dość miła odmiana po wszystkich słodkich ćwierkaniach, jak to dzieci cementują małżeństwa (betonowe buty na dnie zatoki portowej) i że dopiero z dziećmi małżeństwo ma jakiś sens.
Inne tego autora tu.
#12
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 16, 2007
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W zasadzie każda książka O'Farrella jest o tym, do czego prowadzi kłamstwo. Co robi mąż, gdy żona urodziła dwójkę dzieci? Wynajmuje mieszkanie i pod pretekstem ciężkiej pracy spędza poza domem miłe, relaksujące dni. Nie pracuje zbyt ciężko, do domu wraca na weekendy i może wtedy wykrzesać z siebie nieco zainteresowania dla wyjących dzieci, zmęczonej żony i przeznaczyć jakiś czas na s.e.k.s. Wszystko pasuje do momentu, kiedy nie okazuje się, że w wynajętym mieszkaniu zaczyna mieć prawie że drugą rodzinę i odrębny krąg znajomych. Niezła humoreska o tym, że posiadanie dzieci to wcale nie jest taka fajna rzecz, ale jak już się ma, to pozamiatane i nie ma odwrotu. Dość miła odmiana po wszystkich słodkich ćwierkaniach, jak to dzieci cementują małżeństwa (betonowe buty na dnie zatoki portowej) i że dopiero z dziećmi małżeństwo ma jakiś sens.
Inne tego autora tu.
#12
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 16, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2007
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wet wyciął tłuszczaka, na szczęście paskudztwo niezłośliwe, bez żadnych efektów okolicznych. Kot postanowił rozchodzić narkozę i dla odmiany usiłuje mu wpieprzyć kot czarno-biały.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 16, 2007
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj