Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: panowie

Joe Alex - Zmącony spokój Pani Labiryntu

Im dalej w cykl, tym Joe Alex bardziej tęskni za Karoliną, która tym razem zamknięta w swoim mieszkanku (i chroniona przez cerberowatą służącą) odcyfrowuje tajemniczy papirus, sugerujący, że kreteński labirynt znajduje się na jednej z wysepek morza Egejskiego. W Admiralicji Brytyjskiej, gdzie Joe ma oczywiście znajomości (nie darmo jest lotnikiem-bohaterem), od ręki znajdują na podstawie danych z papirusu wyspę. I cudownym trafem instytut dostaje nagle grant od anonimowej staruszki, do wydania na wyprawę archeologiczną. Płynie więc cały zespół Karoliny - bogate małżeństwo Gordonów własnym jachtem, reszta - profesor Lee, Karolina i troje pozostałych - dwóch mężczyzn i kobieta - statkiem. Alex nie byłby sobą, gdyby przypadkiem nie dowiedział się z akt Scotland Yardu, że profesor ma coś do Roberta Gordona. Dociekliwy czytelnik dowiaduje się też, że wszyscy uczestnicy wycieczki - oprócz Karoliny - coś do niego mają.

Alex oczywiście ma w małym palcu grecką mitologię i historię wierzeń Kreteńczyków, tym razem to Karolina patrzy na niego z ogromnym uczuciem. Nie tylko dlatego, że w newralgicznym momencie dostarcza jej alibi.

Na wyspie jest tylko latarnik, Alex, ekipa dystyngowanych archeologów i mnóstwo jaskiń, które zespół zaczyna parami badać (oprócz jednego z panów, który płynie na ryby, bo lubi łowić i nie ma pary do eksplorowania). Do tego dochodzi intensywna burza, uderzająca na wyspę. Nie wiadomo po co Robert Gordon wychodzi sam w środek nawałnicy (wiadomo, idzie sprawdzić, czy jacht jest bezpieczny, ale logika tego jest ewidentnie w celu zawiązania intrygi) i jak się łatwo domyślić, nie wraca. Znaleziony zostaje z zabytkowym posążkiem w skrzyżowanych rękach (sugerującym klątwę Pani Labiryntu) oraz rozbitą głową, co daje niedwuznacznie sygnał, że rzeczywiście na wyspie jest skarb. I morderca. Kiedy i grecki latarnik zostaje znaleziony martwy, wiadomo też, że morderca jest jednym z uczestników wycieczki. Tyle że wszyscy byli razem w baraku i nikt nie miał szans zabić ofiary. Detektyw jednak nie wierzy w klątwę i mimo braku możliwości sprawdzenia odcisków palców oraz dokładnego czasu zgonu uważa, że morderca nie jest nadprzyrodzony.

W tle antycypacja Indiany Jonesa z łażeniem po jaskiniach, zapadniami, ukrytymi przejściami i szukaniem skarbów, które czekają na szczęśliwego znalazcę mimo kilku tysięcy lat pozostawania w ukryciu.

Obowiązkowa porcja szowinizmu: Karolina w spodniach, przekraczająca jako pierwsza od 150 lat próg gabinetu admirała ("Mimo to admirał opanował się natychmiast"). Wyjątkowo bez aluzji do Joyce'a i narzekania, ze Alex chciałby napisać Prawdziwą Literaturę, a nie jakieś tam kryminałki; może dlatego, że klimat ewidentnie turystyczny i wakacyjny.

Inne tego autora tu.

#61

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 15, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Joe Alex - Cichym ścigałam go lotem

Słomczyński wychodził z założenia, że - chociaż kryminały to rozrywka dla klasy niższej - warto przy okazji nieść kaganek oświaty. Tym razem motto pochodzi z "Eumenid" Ajschylosa, a cichym ścigały lotem ćmy z gatunku Atropos L., nazwane na cześć jednej z Mojr. Bo, jak w poprzednich tomach... "Może kiedyś napiszę książkę...? - szepnął podejrzanie rozmarzonym głosem. - Książkę, na miarę epoki, wielkie wspaniałe dzieło, które będę co wieczór wyciągał spod poduszki[1] i odczytywał ze skupieniem, żeby potem z czcią ucałować własną rękę. Obawiam się tylko, że nikt tego nie będzie czytał i wszyscy będą mieli mi za złe, że marnuję czas zamiast pisać dobre, precyzyjnie zbudowane zagadki dla domorosłych detektywów (...)".

Nietypowo, akcja właściwa się dzieje post factum - Joe Alex kupuje domek z ogrodem na przedmieściach Londynu, z delikatną sugestią, że to miejsce na wychowywanie dzieci (na mniej zawoalowane sugestie czas przyjdzie dwa tomy później). Zbiera swoich przyjaciół - komisarza Parkera z małżonką i pannę Beacon, żeby przeczytać im swoją opowieść o zbrodni, która wydarzyła się w ogrodzie domu obok.

W domu obok mieszkał Gordon Bedford, znany ekonomista i zamiłowany entomolog. Miał młodą, piękną żonę oraz młodego asystenta (jak się okazuje, skłaniających się ku sobie), Cyrila, brata-lekkoducha, który roztrwonił swój spadek, pozostając niechętnie ze starą żoną i pocieszając się młodą służącą. Porobiło mu się za plecami dziwnych układów, któregoś poranka więc został znaleziony otruty cyjankiem, którego zwykle używał do zabijania ciem (zwłaszcza z gatunku Trupia główka). Sytuacja byłaby czysta, gdyby nie to, że zostawił dwa listy samobójcze.

Ben Parker ma naciski z prasy i rządu, ponieważ zamordowany robił analizy ekonomiczne na wysokim poziomie tajności; budzi Alexa nad ranem, przerywając mu uroczy sen o locie bombowcem. Alex wchodzi więc do pięknej willi z ogrodem i rozwiązuje sprawę w kilka godzin. Daktyloskopia się wyjątkowo przydaje, nie ma niestety rysunku z planem budynku (uwielbiam), ale jest drobiazgowa analiza krok po kroku wszystkich możliwych koncepcji i odrzucanie tych, które się nie łapią ze względu na zgromadzone dowody. Problem w tym, że na samym końcu Alex wcale nie jest zadowolony, że złapał zbrodniarza, bo zamordowany był nie dość, że szowinistą[2], to jeszcze miał inne wady.

Bawi nieco mnie luksus, przebijający przez akcję kryminalną - mamy wszak PRL w latach 60., a tu Joe z Karoliną spożywają kolację w restauracji mieszczącej się w penthousie na dachu kilkunastopiętrowego wieżowca z widokiem na pełen neonów Londyn (z neonem zachęcającym dzieci do jedzenia mączki Nestle), gdzie świetnie umundurowani kelnerzy cytują Teofrastusa. Wierny (acz cyniczny) służący Higgins wyposaża nowy dom Alexa w najlepszą i największą lodówkę, chłodzącą wina reńskie z dobrego rocznika.

[1] Useless trivia: Wydanie Ulissesa Joyce'a w twardej oprawie znacząco przeszkadzało by w śnie, jakby je trzymać pod poduszką. BTDT.

[2] "Dlatego wolałbym mieć do czynienia z najgłupszym mężczyzną niż z najprzemyślniejszą kobietą" czy cytowane już na facebooku "To dziwne, jak łatwo kobiety zasypiają. Myślę, że jest to jedna z przyczyn, dla których odegrały tak małą rolę w rozwoju naszego gatunku".

Inne tego autora tu.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 10, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Joe Alex - Jesteś tylko diabłem

Miało być strasznie, ale niespecjalnie mnie przestraszyło. Karolina prowadzi badania za granicą, detektyw-pisarz ma do skończenia książkę, ale mu nie idzie. Przychodzi do niego dwóch panów - znany adwokat, Alexander Gilburne i mieszkający obok niego zaprzyjaźniony architekt. Mieszkają obok nawiedzonej posiadłości rodziny Ecclestonów i Groty Diabła. W Grocie odkryli ślady czarcich kopyt, w posiadłości ktoś obrócił obraz przodka-pogromcy czarownic, a chwilę potem w zamkniętym pokoju umarła potomkini w 10. pokoleniu, co przepowiedziała spalona na stosie przez przodka wieśniaczka. Zamknięty pokój, trucizna, depresja po stracie męża - policja uznała to za samobójstwo. Pan Gilbourne - niekoniecznie, albowiem wdowa miała wyjść za niego za mąż, a na książce, którą jej tego dnia podarował, znaleziony odcisk kopyta, takiego samego jak w grocie. Joe Alex daje się namówić na wizytę w Norfold Manor, ponieważ w grocie znowu znaleziono ślady, a obraz został obrócony awersem do ściany i na zakurzonej ramie nie widać odcisków palców. Przy życiu został jeszcze brat potencjalnej samobójczyni, Nicolas Ecclestone, znawca wszelkich kulturowych i literaturowych wystąpień diabła, jego córka z mężem oraz matka-sparaliżowana staruszka.

Alex nie wierzy w moce nadprzyrodzone, w posiadłości odkrywa przyjemną pannę służącą (nie pamiętam, czy to w tym tomie, czy innym myśli o tym, że zdarzało mu się takie przyjemne panny podszczypywać w parku) oraz bogaty księgozbiór poświęcony diabłu. Niestety, nie udaje mu się zapobiec kolejnej zbrodni, również popełnionej w zamkniętym pokoju, mimo otoczenia posiadłości przez Scotland Yard i obecności samego Bena Parkera opodal.

W tle idealny służący Higgins, pilnujący temperatury wody, ciepłoty i stopnia chrupkości grzanek, pakujący walizki oraz odgadujący w locie życzenia detektywa.

Inne tego autora tu.

#59

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 8, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj


Joe Alex - Śmierć mówi w moim imieniu

Po niezaangażowaniu uczuciowym z poprzedniego tomu, Joe Alex jest już wielkim fanem Karoliny Beacon, ale się niespecjalnie z tym emitują i na przykład przed zaprzyjaźnionym komisarzem ze Scotland Yardu, Benem Parkerem, udają, że wcale nie spędzili właśnie czasu razem w mieszkaniu Alexa. Idą sobie we trójkę do teatru, spotykają rodzinę znanego Karolinie profesora archeologii, zauważają, że żona profesora ma dużą torebkę (duża torebka? do teatru? fi donc), oglądają "Krzesła" Ionescu, po czym kilka godzin później wracają do teatru, bo grający główną rolę został zasztyletowany. Czas zgonu absurdalnie sugeruje, że zginął wtedy, kiedy wszyscy obecni mieli alibi (wszak prawie do końca spektaklu był na scenie, niby w masce, ale kto by tak zagrał, jak nie on).

Alex z Parkerem nocą (od 2 do 6 rano) chodzą i przesłuchują, również w domach. Detektyw wyjaśnia swoje obserwacje Benowi, chowając je przed czytelnikiem, nieładnie bardzo. Tu rzuci "ja nie szukam tego, co jest, szukam tego, czego nie ma", tam obieca, że "jeszcze jedna osoba, a wszystko wyjaśni".

Natomiast największym zaskoczeniem jest Karolina, która opowiada z pasją o swoim archeologicznym odkryciu, co zdumiewa Alexa, który chyba nie spodziewał się, że szczupła i spokojna Angielka ma taką wiedzę fachową.

PS Serio, Anglicy mówią "Poproszę whisky z sodą"?

Inne tego autora tu.

#57

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 3, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 2 komentarze - Skomentuj


Joe Alex - Powiem wam jak zginął

Jak wielokrotnie wspominałam, mam sklerozę, więc ze spokojem mogę przeczytać po raz kolejny kryminały Joe Alexa, do samego końca nie domyślając się nawet, kto zabił. Aczkolwiek nie do końca winna jest moja skleroza, ponieważ Słomczyński bardzo unika podawania jakichś tropów i do ostatniej sceny publicznego ujawnienia ("zebraliśmy się tutaj") i detektyw cały czas biczuje się i wyzywa się od durniów i głupców, bo "jak mogłem tego nie zauważyć". Maniera autora jest dość męcząca, z monologami wewnętrznymi, z katastroficznym ogłaszaniem, że przyszłość jest ustalona i "gdyby detektyw wiedział, co stanie się za kilka godzin". Jakby wiedział, to by go autor położył.

To pierwszy tom przygód błyskotliwego i nie do końca skromnego londyńskiego autora kryminałów, prawej ręki Benjamina Parkera, inspektora ze Scotland Yardu. 15 lat temu Ben, Ian Drummond (aktualnie znany naukowiec-wynalazca) oraz Joe Alex wyskoczyli z płonącego samolotu, strąconego przez hitlerowców, ratując się jako jedyni z 10-osobowej załogi samolotu. Alex ma depresję, PTSD, nic go nie cieszy (do czasu), nawet życie osobiste ma miałkie, bo niby ma pannę - Karolinę Beacon, znaną archeolożkę, ale nie jest to wielka i dramatyczna miłość, ot, towarzystwo do teatru. Ben prosi Alexa o przeprowadzenie śledztwa w posiadłości ich wspólnego przyjaciela, Iana, ponieważ przyszedł anonim sugerujący, że obce mocarstwo chce przejąć wynalazek i nie zawaha się przed krwawą robotą. To - absurdalnie - wyrywa Alexa z marazmu, jedzie więc do Sunshine Manor wraz z żoną naukowca, znaną aktorką Sarą (w której mógłby się oczywiście zakochać). Na miejscu jest kochanek Sary, współpracownik Iana, piękna żona współpracownika, Lucy - chirurg-neurolog, kochający się w niej sekretarz obu naukowców oraz Amerykanin, który chce obu panów zatrudnić do pracy na rzecz USA. Co uwielbiam - jest plan budynku z rzutami pokoi poszczególnych aktorów dramatu. Posiadłość jest odizolowana, pilnowana, a jednak Ian zostaje znaleziony zasztyletowany, dokładnie w taki sposób, w jaki Oresteja (którą ma grać Sara) zabiła męża.

Oprócz typowego kryminału jest trochę zabawnych drobiazgów: pełne żalu zdania Alexa o tym, że zamiast pisać obrzydłe mu powieści kryminalne, w których jest nadzwyczaj sprawny, wolałby zajmować się Jamesem Joyce'em. Jest też trochę mniej zabawnych - szowinizm wychodzi wielopoziomowo, czy to w stosunkach państwo-służba, czy w kwestii ról damsko-męskich (Sara o mało co nie przejechała dziecka, którego lekkomyślna matka nie dopilnowała, po czym opieprzyła kobietę, sugerując, że gdyby był jej mąż, to by kazała mu jej złoić skórę za głupotę).

Technicznie: jest chyba tylko jedna seria (z komiksem na okładce), w której wyszedł komplet (8 tomów). Można kupić audiobooki, czytane przez Zborowskiego, nie można kupić e-booków. Smuteczek.

Inne tego autora:

#56

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 31, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 7 komentarzy - Skomentuj


Nigel Slater - Tost. Historia chłopięcego głodu

To nie jest książka kucharska, chociaż to typowy food pr0n z lekkim akcentem autobiograficznym. Króciutkie epizody, opisujące potrawy (słodycze, nawynosy czy domowe jedzenie, czasem z półfabrykatów, ale jednak domowe), jakie jadał przy różnych okazjach mały Nigel, przeplatają się z historią nietypowego dzieciństwa. Umierająca na astmę matka, w coraz rzadszych momentach gotowała synowi rzeczy, które na zawsze zapamiętał (mimo że nie były jak z książki kucharskiej). Zakupy w luksusowym sklepiku, namiastka starszego brata w osobie młodego ogrodnika Josha, wuj-pedofil, bawiący się w poszukiwanie monety w strefach intymnych, oschły i nieumiejący kochać ojciec, śmierć matki i druga żona ojca; to wszystko się przewija w tle opowieści o batonikach, kożuchu na mleku, pieczeni jagnięcej czy gumie balonowej. Fascynacja kulinariami, równie intensywna, jak budzące się zainteresowanie płcią przeciwną, prowadzi Nigela do pracy w kuchni hotelów i restauracji (i do poznawania licznych kobiet, koniecznie w sensie biblijnym).

Małomiasteczkowa Anglia wcale nie jest sielankowa - ekshibicjoniści wyglądający zza krzaka, młodzież wyrywa się spod rodzicielskiej kontroli i gwałtownie dojrzewa na tylnym siedzeniu samochodów, praca w hotelu/kurorcie to nieustające żonglowanie naczyniami albo w łóżku. Mimo to książka jest zachwycająco naiwna i niewyrachowana, ciepła i nostalgiczna. W zamkniętym chłopięcym pokoju słychać Beatlesów, Marca Bolana i Rolling Stones.

Zachęciła mnie Barb; też chcę zobaczyć Helenę B-C w roli macochy.

#54

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 27, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 1 komentarz - Skomentuj


Leonard Cohen - Ulubiona gra

Nie pamiętam już „Buszującego w zbożu”, do którego porównywana jest pierwsza książka kanadyjskiego poety i barda, ale jeśli też idea była taka, że młodzieniec nie wie, co zrobić ze swoim życiem i strasznie go męczy, cokolwiek robi, to to jest ten klimat. Breaveman, Żyd z Montrealu dojrzewa z przekonaniem, że jego celem jest miłość fizyczna (i w przeciwieństwie do „Kompleksu Portnoya” nie zamierza brać sprawy we własne ręce). Szuka kobiety idealnej, którą pokocha tak bardzo, jak tylko można ją pokochać. W trakcie więc eksperymentuje z hipnozą, żeby poprawić swoje szanse na konsumpcję, prowokuje bójki, odbywa jakieś przypadkowe związki, ale bez specjalnego zaangażowania. Pisze dziennik, mimochodem zostaje poetą, publikuje jedną książkę, drugą, schodzi do poziomu robotnika, pracując w hucie, jako windziarz czy wreszcie – ze swoim przyjacielem z dzieciństwa – na obozie dla kanadyjskiej młodzieży. Podobno to książka o dojrzewaniu; ja bym raczej nazwała ją przeintelektualizowanymi poszukiwaniami w głębi siebie, tak bardzo lubianymi przez klientów psychiatrów. Tyle że bez lekkości Woody Allena, którego stać na ironię wobec siebie. Braveman owszem, jest cyniczny i próbuje obserwować się z dystansem, ale bardziej jak bohatera czytanej książki, bo niespecjalnie zgodnie z autorefleksją biega po Montrealu jak fretka na sterydach, nie umiejąc sobie znaleźć miejsca. Wszystko jest przeplatane cohenowskim liryzmem, więc jak jak kto lubi, to pewnie - nad warstwą dotyczącą typowo zmysłowego poznania ciała kobiecego – sobie tę poezję wyłuska.

Trafiło mi się tłumaczenie Pawła Lipszyca, możliwe, że lepiej się czyta w innym wydaniu, które tłumaczył Maciej Zembaty.

#51

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 10, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Jack Knab - Cichy pogrzeb w Las Brisas

Zachęcona faktem, że John Knab to pseudonim Ryszarda Bańkowicza, szukałam śladów PRL-u w egzotycznym enturażu Meksyku. Niestety, to typowa książka sensacyjna, z dużą ilością szczegółów pokazującą obeznanie geograficzno-polityczne autora; świetnie, ale jakby nie taki był cel lektury. Dużo ogólników i przesądów na temat poszczególnych narodów – Anglik jest flegmatyczny, Włoszka jest idiotką, Amerykanka – puszczalską blondynką z Kalifornii, Turek – erotomanem pozbawionym zasad, a w Meksyku wszyscy jak jeden mąż są skorumpowani i zasadniczo odwalają manianę.

Przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi do Meksyku zaproszeni zostają redaktorzy z różnych czasopism, mają obserwować nastroje społeczeństwa. W grupie najbardziej znany jest angielski komentator polityczny, Walters, austriacki dziennikarz z tygodnika kulturalnego, Androsch, depeszowiec z Holandii, de Brauwe, paparazzi Sevket z Turcji oraz dwie panie - oczywiście z pism kobiecych - ambitniejsza Amerykanka Wooten oraz płytka Włoszka Gulotti. Wycieczkę psuje aresztowanie Amerykanki, która próbuje sprzedać brylanty. Władze Meksyku szybko puszczają ją wolno (kwestionując jedynie klejnoty), albowiem wysoka blondynka zna szefa ochrony prezydenta (intymnie, co jest dość poręczne), wszyscy jadą więc odpocząć do pięknego Acapulco, którego opisów autor spragnionemu egzotyki polskiemu czytelnikowi AD 1985 nie szczędzi. W Acapulco niespecjalnie odpoczywają, bo nagle ginie Anglik. Szef ochrony prezydenta, ciekawy głównie panny Wooten, zostawia w domu żonę i dzieci i zaczyna własne śledztwo. Niestety, chwilę później ginie i Amerykanka.

Tutaj już zaczyna się typowa Agatha Christie – mimo że miejscowe władze szybko zamykają kelnera, który podał truciznę Amerykaninowi, śledztwo przejmuje szef ochrony, bo domyśla się, że morderca przybył z przeszłości Waltersa i musi być wśród uczestników wycieczki. Chyba żeby nie, bo granicę przekraczają dziwni obywatele Iranu i następuje kolejny zamach, tym razem na Belga, już podczas podwójnego pogrzebu.

Okładka od ulubionego duetu Fleischmannów w tonacji czerwonej - na mokrej srebrnej tacy drink z lodem i pomarańczą oraz róża. Na bogato.

#48

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 6, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Ziental - Poker z zabójcą

Porucznik Derkacz kończył właśnie terminowe sprawozdanie, kiedy zadzwonił do niego major Jakubowski i wezwał go do zadymionej sali. Włamano się do sklepu komisowego Desy przy Alei Piastów w Szczecinie, tyle że nic nie skradziono. Milicja się zaniepokoiła i uznała, że ktoś ptaszka spłoszył i wróci, więc trzeba zorganizować zasadzkę. Wyznam, że tutaj pojawiła się u mnie odrobina niedowierzania, że do rzeczy tak błahej rzucono kilkanaście osób, ale widać nieudane włamanie boli bardziej niż morderstwa. Oczywiście szybko się okazuje za pomocą anonimu od uczynnego obywatela, że usiłowanie włamania to czubek góry lodowej, a pod spodem kryje się przemyt złotych monet. Ślad prowadzi w morze, więc porucznik Derkacz incognito mustruje się na statek, bo ma 5 lat doświadczenia jako marynarz w marynarce handlowej. To taki ekwiwalent urlopu, ponieważ z powodu nawału spraw od 5 lat nie udało mu się wyjechać (i serio - z powodu nieudanego włamania?). Ponieważ nie wiadomo, kto z załogi jest przestępcą, sekretarka Jadzia będzie udawać dziewczynę porucznika i przesyłać do niego listy, zdjęcia oraz życzenia w koncercie życzeń. Derkacz wyrusza na pokład Bogusława X, żeby w miesiąc (do Marsylii przez Hamburg, Amsterdam, Antwerpię i Rotterdam i z powrotem) wytropić przemytnika, o którym wie tylko, że miał brodę. Na lądzie sprawa się komplikuje, bo pojawia się trup i mimo że potencjalny morderca się przyznaje, Derkacz i tak przywozi ze sobą zbrodniarza.

W Hamburgu idzie z kucharzem na ucztę (którą potem nieco odchorowuje) oraz do Muzeum Figur Woskowych. W Rotterdamie wprawdzie miał zwiedzać z resztą załogi starówkę, ale wszyscy wylądowali w barze na popijawie. W Marsylii wreszcie udał się, wykazując niespotykaną jak na milicjanta ciekawością świata, na spacer; w katedrze doznał olśnienia, kto może być jego przemytnikiem i mordercą.

Książka należycie obfituje w śliczne scenki rodzajowe - a to ucztę z postaci herbaty z cukrem, zapewnienie o świetnym zaopatrzeniu handlu uspołecznionego, czy - moją ulubioną - synchronizowania zegarków.

Porucznik czynił honory gospodarza. Mimo że kapitana Jarosza - jak wiemy - nie zaliczał do swoich najlepszych przyjaciół, teraz wsypał mu dwie pełne łyżeczki kawy do szklanki i przysunął bliżej cukiernicę, przemyślnie wykonaną z łuski artyleryjskiego pocisku.
- Proszę cię, stary. Nie żałuj sobie tej słodyczy. Jeszcze, nie krępuj się...

Przez otwarte okno pokoju wleciały srebrzyste dźwięki hejnału wygrywanego z wieży Zamku Książąt Pomorskich. Południe. Mechanicznie sprawdzili zegarki.

- Za kilka dni - podjął przerwaną rozmowę major - będziesz w Rotterdamie. Co wiesz o tym porcie?
- Byłem tam niejednokrotnie - odpadł nie bez lekkiej dumy w głosie porucznik (...) - Rotterdam przypomina Szczecin - jeśli chodzi o stare budownictwo. Zresztą wszystkie porty na świecie są podobne. A wiecie, że tam kursują wodne tramwaje? Są także sklepy na wodzie...
- Kraj tulipanów - rozmarzył się Jarosz. - Ty, Derkacz, to masz szczęście. Taka wyprawa. Mam nadzieję, że przywieziesz stamtąd jakiś upominek. Na przykład tytoń do fajki...
- Do rzeczy, koledzy - przerwał Jakubowski. - Tytoń możesz sobie kupić w kiosku "Ruchu". A jeśli zależy ci na zagranicznym, to poszukaj go u handlarzy w Turzynie.

Okładka oczywiście została przygotowana przez znany duet - państwa Fleischmannów - tym razem chyba typowo na podstawie tytułu (dwie czerwone rękawice z papieru oraz zakrwawiona, podarte karty).

#46

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 29, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 4 komentarze - Skomentuj


Czesław Czerniawski - Nie wychodź na pokład po zmroku

Kapitan milicji Doliński (powstrzymaj pchającą się z podświadomości sugestię, że mógłby mieć na imię Pierre) płynie w rejs życia - ze Szczecina do Lagos, żeby przytransportować do domu syna-marynarza, który w egzotycznych okolicznościach uległ wypadkowi.

Kapitan jest zdyscyplinowany, sam siebie potrafi w myślach ochrzanić i ustawić do pionu ("Jesteście przecież na urlopie! I nic was nie obchodzi, co kto i po co. Jasne? Więc wykonujcie!"), ale i tak zaczyna podczas rejsu prowadzić śledztwo. Po części z nudów, bo nie interesuje go specjalnie, którędy jedzie, rzadko wychodzi do portu (mimo że mijają Rotterdam, Dunkierkę, Las Palmas czy wreszcie kolejne porty afrykańskie[1]), nie fascynują go odwiedzane miasta, a zakupów nie robi, mimo że zaopatrzenie jest jakby lepsze niż w Polsce (ale w końcu milicjant nie może mieć konsumpcyjnego stosunku do życia). Po części na prośbę oficera radiowego, który zdradza mu tajemnicę przypadkowego zabójstwa i każe szukać podejrzanego wśród pasażerów. Nie dość, że niespecjalnie ufa oficerowi radiowemu, który może mu robić wszak - jak to na statku - dowcip, nie ma też do dyspozycji sierżanta Antosiaka ani plutonowego Adamka. Po prostu bardzo nie lubił całej tej krzątaniny związanej ze zbieraniem informacji. "Od tego mam ludzi" - twierdził zawsze w gronie kolegów. "A ja jestem od kierowania nimi. A przede wszystkim od myślenia i wyciągania wniosków".

Kapitan czyta Simenona, popija piwo (dostępne w mesie) oraz wódkę, przemyconą przez pana Gamratka. Pan Gamratek z Radomia, albo idiota, albo bardzo sprytnie udający takiego ("- Przecież dolarami nie wolno handlować! - Ale wolno je mieć, prawda? -lekkim, żartobliwym tonem odpowiedział ochmistrz. - A tutaj można je także wymienić. - Eee, nabiera mnie pan.") znacznie ożywia akcję, podobnie jak wścibska i niegrzeczna 80-letnia podróżniczka, pani Maria. Oczywiście wszyscy są podejrzani, łącznie z kapitanem.

[1] Gdzie napada go wyszczerzony radośnie tubylec, pytając "Jasiu! Mas kosula?" i porywa wspomnianą używaną koszulę, zostawiając całego dolara amerykańskiego.

#44

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 24, 2013

Link bezpośredni - Tag: panowie - 3 komentarze - Skomentuj